Kot

Wczoraj sobota. Wyczekana, bo małżonek miał umówione piwo z kumplami, młody urodziny kolegi, Ida miała wcześnie iść spać, a ja miałam mieć święty spokój i żeby do mnie nikt nie gadał.

Wiecie, jak to jest. Przychodzicie zmachane z pracy, zakupy, obiad, ogarniacie rzeczywistość i liczycie na chwilę dla siebie.
– Mamo, a wiesz, bo jak się dzisiaj bawiłam, to wiesz, założyłam lalce taką sukienkę, i wiesz, i dorobiłam do niej pasek…
– Mamo, a widziałaś, ten transfer tego piłkarza to nie wiadomo, czy będzie, a na instagramie widziałem taki fajny filmik, a w ogóle to zainstalowałabyś sobie tiktoka, bo to, co oglądasz na insta, to jest na tiktoku…
– Wiesz, w tej nowej pracy to jacyś nienormalni pracują, dają mi czas na wdrożenie, zaplanowali mi szkolenia, dzisiaj zrobiłem dwa proste raporty, a oni szczęśliwi, jak prosię w deszcz, a pamiętasz, jak to było w poprzedniej pracy?
Ratunku.

Przyszła upragniona sobota, młoda balowała do dziesiątej, młody do kumpla poszedł zgodnie z planem, małżonek oświadczył, że jeszcze zobaczy, bo kumple nie dojechali i są sami z tatą Alanka. I może by TA przyszedł do nas.
MOJA WOLNA SOBOTA!!
ZA NIC!!

Oświadczyłam, że nie mamy w domu żadnych przekąsek, piwo jest ciepłe, a tak w ogóle to ja nie lubię, jak mi się obcy plączą po domu, było na końcu języka, a pogoda taka piękna, niech sobie gdzieś idą.

Poszli! Obejrzałam Dirty Dancing i zjadłam kawałek ciasta z takim zakalcem, że jakbym nim rzuciła przez balkon, to by stojący na dole Romeo padł trupem. Tak to jest, jak się dodaje do ciasta jogurtu na oko.

Położyłam się po północy. Najpierw młody, zgodnie z ustaleniami zresztą, zameldował, że zostaje u kolegi na noc. Dobrze. Przysnęłam. Następnie zameldował, że jednak wraca. Dobrze. Przysnęłam. Następnie zameldował, że jednak zostaje, ale u innego kolegi. Dobrze, przysnęłam. Następnie, że bierze taksówkę i niedługo będzie. Moja wina, bo zawsze proszę, żeby meldował, jak zmienia lokal.

W międzyczasie, czyli jakoś przed drugą, pytam starego, czy długo jeszcze. On oczywiście ani kluczy, ani poczucia czasu nigdy nie ma, wiadomo. Otóż już wracają, na piechotę z lokalnej jedynej nie dla staruszków knajpy.

Po dobrych dwudziestu minutach wchodzi, niosąc na rękach… kota. Wielkiego, szarego, upasionego kota. Że się kot zgubił. I szedł za nim całą drogę. I żeby go w domu przenocować, bo on miauczy, i jest głodny i taki biedny. Ja wybudzona i zła jak diabeł, co ma młode, nakazałam natychmiastowy w tył zwrot. Nie znam kota, nie lubię kotów, nie będzie mi obcy kot chodził po mieszkaniu, dziabnięty w cztery litery małżonek czym prędzej zaśnie na kolejne kilkanaście godzin, a ja będę miała na niewyspanej głowie jeszcze kota do szczęścia. Powiedziałam obojgu sio, wziął tylko kotu wody i łososia wędzonego, i poszli. Kot się posilił i poszedł w swoją stronę.

Rano Ida spytała przytomnie: a miał przy obroży tabliczkę? Bo jak miał tabliczkę, to tam powinien być numer telefonu właścicieli…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s