Piątek

Nuda i ziew.

Rano pojechałam do okulisty. Okulistę znalazłam polską, jak miło. Zawsze to inaczej, człowiek się może wreszcie wypowiedzieć, a że trafiłam na tak samo małomówną, to siedziałam w gabinecie półtorej godziny z przerwą na badanie nerwu oka.

Pani doktor zbadała mi oczy dokładnie, ja wywracałam nimi tylko wtedy, kiedy koniecznie chciała mi przytrzymać powieki, chyba nie zna siły odruchowego ich zamykania. Na szczęście dzięki opanowaniu i współpracy pacjentki udało się nawet zmierzyć ciśnienie, bez dmuchania w gałki, bo okazuje się, że gdybym miała wirusa, możnaby go takim podmuchem rozwiać po całym gabinecie. Tym lepiej dla mnie, przytknęła mi tylko w zamian taką skuwkę do oka, oddychać, oddychać, nie mrugać, nie uciekać. Coś jak gastroskopia, jak pacjent współpracuje, to po 20 sekundach jest po zawodach.

Oczy jak na siebie mam w świetnej kondycji, widzenie w lewym oku 50% (bardzo dużo jak na statystę, bo operuję głównie prawym, lewe słabizna), w prawym 120% (nie śmiać się, max jest 160%, dopytałam! :)). Dostałam dodatkową ćwiartkę na prawe oko, bo ostatnio już sobie produkowałam zmarszczki usiłując coś z daleka odczytać. Zostałam też wysłana do kolejnego aparatu po badanie nerwu wzrokowego, bo coś się pani doktor nie podobało w dnie prawego oka. A prawe silniejsze, to nim właściwie widzę, warto, by było w formie jak najdłużej.

Rany, jakie teraz są kosmiczne technologie! Pierwszy raz u okulisty byłam mając niecałe 2,5 roku, na początku lat ’80, więc mam porównanie. Najbardziej z tamtego okresu pamiętam okropną okulistę na Tochtermanna, która na mnie krzyczała! Była bardzo niemiła i bałam się jej i nie lubiłam tych wizyt. Musiała być naprawdę bez podejścia do nieletnich pacjentów, skoro takie małe dziecko ją sobie zapamiętało.

Wracając do technologii, to popatrzyłam w parę maszyn do oczu i potem wszystko, te nerwy wzrokowe też, oglądałam na monitorze. Czad! I plamkę żółtą widziałam, w normie jest. 5% ryzyka jaskry mam w prawym oku, do obserwacji – za rok trzeba powtórzyć badanie, będzie materiał porównawczy, będzie wiadomo, czy postępuje i jak szybko.

A dobieranie okularów! Jeszcze do tej pory w gabinetach są te takie ciężkie metalowe oprawki, w które okulista wkłada szkiełka i pyta: tak lepiej? czy tak lepiej? A człowiek nigdy nie wie, jak lepiej, bo po drodze zdążył już zapomnieć, czy w tych pierwszych szkłach było lepiej. A teraz podjeżdża maszyna, taki nietoperz, patrzy się przez okrągłe szybki, a okulista w komputerze zmienia wartości szkieł. Jest o niebo szybciej, no i wreszcie wiem, czy tak lepiej. Śmiejcie się, ale dla mnie to była zawsze ta stresująca część wizyty. A teraz bajka.

Jako że od czasu do czasu słyszę od rodzicielki, że zoperowałabyś sobie te oczy, to byś nie musiała nosić okularów, zapytałam, czy hipotetycznie w przypadku mojej wady wzroku jest szansa na polepszenie stanu lewego oka. W razie gdyby prawe oślepło od jaskry, tfu odpukać, to lewe słabiutkie jest, tak naprawdę potrzebuję go tylko do panoramy i zobaczenia czegoś kątem oka, cały ciężar pracy spada na prawe. I otóż okulista odpowiedziała, że nie ma takiej możliwości, bo w moim przypadku wada wynika z uwaga uwaga niedorozwoju mózgu :D, czyli w prawej półkuli fragment odpowiadający za widzenie nie wykształcił się jak należy i nic się z tym nie da zrobić. Niczego to nie zmieniło w moim podejściu do okularów, które są dla mnie jak ręka albo noga, są integralną częścią mnie, noszę je od niemal 40 lat, jak to nagle bez?? A poza tym dawać sobie babrać w oczach i fundować organizmowi narkozę? Dziękuję, postoję.

Oraz mój niedorozwój może być niestety dziedziczny, więc młody już za stary (tzn sam powie, że źle widzi), ale młodą należy zaprowadzić do optometrysty. Nie pytajcie, czym się różni optometrysta od okulisty, czytam te definicje w internecie i jak dla mnie to to samo, no ale najpierw kazała do optometrysty, a jak ten uzna, że trzeba do okulisty, to wtedy do okulisty. Spoko, dzieci mają złoty pakiet w ubezpieczalni, możemy i do optometrysty. Oraz ku pamięci przyszłych pokoleń, jak się jakieś następne urodzi w rodzinie, też w okolicach przedszkola trzeba sprawdzić.

Wróciłam od okulisty, wrzuciłyśmy z Idą coś na ruszt i poszłyśmy do fryzjera. Sąsiadka polecała, że ona tam swoje dziatki prowadzi, obcięte jak widać, dwie dychy od głowy. Zapisałam i moją.
Wiecie co, człowiekowi to się naprawdę już poprzewracało w głowie, bo jak zobaczyłam podkładkę dla pięciolatki pełną obciętych krótkich włosków poprzednich nieletnich klientów, to zdębiałam. Do tego płaszcz na ubranie czyli dosłownie płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem, z plastiku jak worek na śmieci. Czarny. Rany. No ale dobrze, już przynajmniej mam swoją opinię na temat tego ekhm salonu. Fryzjerka rozczesała włosy, obcięła na sucho, pięć minut i z głowy. Trzeba przyznać, jak wieczorem umyłam młodej włosy i rozczesałam, były prościutkie i rzeczywiście dobrze obcięte, więc szacun dla pani, bo Ida ma falowane włosy i już widzę, jaki będzie miała w dorosłości meksyk ze znalezieniem dobrej fryzjerki do kręconych.

Po fryzjerze weszłam do domu i zapłakałam. Zadzwoniłam do serwisu, do którego zaniosłam mopa, po tym, jak wtyczka zaczęła puszczać fajerwerki, a do święta państwowego jeszcze miesiąc. Wymienić wtyczkę, co to za filozofia, dwa dni i odbiorę. Zadzwoniłam więc, bo po tygodniu cisza i nie wiem, może im źle podyktowałam numer telefonu? Okazało się, że nie, wszystko jest dobrze, ale mopa dostanę nowego, od hoovera przyjedzie, więc to jeszcze potrwa i proszą o jeszcze trochę cierpliwości. Zatem zapłakałam, bo podłoga już się tak lepiła, że przyciąganie ziemskie było kompletnie niepotrzebne. Trudno, wyciągnę wiadro i umyję tak tradycyjnie i staroświecko, mopem z wiaderkiem. Wiaderko jest. Po kij od mopa idę do piwnicy; miał być uchwytem dla biegającego za rowerkiem tatusia, na szczęście dziecko ogarnęło rowerek bez kija, za to z koleżanką z osiedla. Szczotka od mopa, gdzie jest? Możliwe, że chyba mi wpadła za suszarkę, mamo… No dobra synu, wskakuj na drabinę i sprawdzaj, może gdzieś sięgniesz (albowiem suszarka to waschturm czyli wieża pralka + suszarka. Waży to 100 kilo i nie przesuniesz, a obok, na styk do ściany jest regał na te wszystkie domestosy, musiałabym go demontować, żeby podejść do waschturmu z boku, a nie od góry. Zresztą od góry to młody, długi jest, długie ma ręce, niech próbuje). Otóż młody nie sięgnął, wpadło za głęboko, on się spieszył na autobus do fryzjera, machnęłam ręką. Wyciągnęłam takiego płaskiego mopa, który służy mi właściwie tylko do zamiatania. Nie da się on wyżąć, trzeba zdejmować ten ręczniczek i go wyżymać, wyżęłam raz, na początku, a potem tylko moczyłam raz z jednej strony, raz z drugiej. Wody na podłodze tyle, że pół godziny schło. Nie to, co mop parowy, który zostawia cieniutki filtr i można nim bez obaw oblecieć wszystkie panele.

Zmachałam się i chętnie bym padła, ale zanim ja, to padła zmywarka, więc wyciągnęłam z niej wszystko i umyłam tak zwyczajnie, analogowo. Gdy już wszystko umyłam, ze zmywarką włącznie, no bo wstyd, przyjdzie mechanik, a tam keczup, sosy i inne wspomnienia naszego menu, zatem gdy już umyłam, postanowiłam zrobić dwa eksperymenty. Pierwszy polegał na tym, że wlałam do zmywarki wody. Patrzę – stoi. Znaczy, zatkaliśmy odpływ, panowie gardzą dokładnym sprzątaniem z talerzy, no i proszę, mają za swoje, ciekawe, ile wyniesie naprawa, tak się ładnie nakręcałam, jednocześnie wybierając kubeczkiem burą wodę z filtra. Drugi eksperyment polegał zaś na tym, że a szlag! zamknęłam zmywarkę. Gdyż albowiem tak w ogóle to mrugało jej światełko jednego programu i za nic nie chciało się wyłączyć, nawet korki mu nie dały rady. A mrugało, bo jak się już po umyciu wszystkiego w rękach okazało, zmywarka została otwarta przed zakończeniem pracy, już na suszeniu, i ona mrugała, bo koniecznie chciała pełen program dokończyć. Dwie minuty po zamknięciu jej oraz dwie minuty po umyciu przeze mnie wagona naczyń, zmywarka wciągnęła wodę, zrobiła piii piii piii i oznajmiła, że na dzisiaj skończyła już pracę. No dzięki.

Gdzieś w międzyczasie machnęłam jeszcze łazienkę i prasowanie, ale za to jutro mogę się pobyczyć, ile chcę. Czyli do jakiejś ósmej, kiedy to wstanie Ida, zaraz potem listonosz pewnie przyniesie karty do głosowania, więc trzeba będzie wypełnić i czym prędzej odesłać.

I tak to proszę państwa. Do południa miałam dzień kosmiczno-technologiczny, po południu analogowo-mechaniczny. Taka refleksja na piątek wieczór.

Na uszach moje najnowsze odkrycie, Daria Zawiałow. Malinowy chruśniak leci w kółko. Oraz dzisiejszy singiel Rojka też czad, słowa zupełnie inne niż w albumie, gościnnie Taco i tylko młodzież rozczarowana, że go nie ma w teledysku.

WSZYSTKICH NAS CZEKA TO SAMO – CHUJOWY HIP HOP. Uwielbiam :D.

Letnio niedzielnie

Rozgościły się u nas upały, ulewy i przelotne burze. Teraz jest jeszcze przyjemnie, siedzę z laptopem na balkonie, mam cień i przyjemny wiaterek. Po południu słońce zacznie do nas zaglądać i wtedy będzie ewakuacja, zasłanianie i zamykanie okien, leżenie plackiem i przeczekiwanie. Póki co doceniam.

Młoda się wczoraj wyszalała na urodzinach znajomego trzylatka. Do tego stopnia, że wpadła na jakiś ostry kamyk i rozcięła podeszwę stopy. Rana na centymetr, nie wiem, jak głęboka, ale krwi poszło niewiele, ale wiadomo, krew = histeria. W wannie specjalne patenty, żeby nie zamoczyć plasterka, w dzień ją noś. Mieliśmy iść dzisiaj na imieninowy obiad Piotrka do Zic Zaca, ale trzeba będzie przełożyć świętowanie, bo przecież nie dojdzie, a nikt osiemnastu kilo szczęścia nie będzie nieść tyle drogi. Biedna mała.

Nie miałam czasu w tym tygodniu pisać po pilatesie, bo zaraz jeszcze poszłam na zumbę. Gmina sponsoruje letni fitness w parku nieopodal, teraz był pierwszy po zluzowaniu obostrzeń, to poszłam. Ooo, jak mi się podobało. Po dziesięciu minutach błagałam o litość i wyrywałam sąsiadkom nadgarstki ze stawów, żeby sprawdzić, czy to aby już nie koniec. Oczywiście, jako że prowadząca miała pod sceną swój fanklub, a ja byłam na zumbie pierwszy raz, efekt był przekomiczny. Wszyscy w prawo, ja w lewo, wszyscy obrót, ja wpadam na panią obok, no wiecie. Coś jak na tym filmie. Nie wiem, jak innym, mnie się podobało i podobno niestety mam nawet zdjęcie w lokalnej gazecie. Jeszcze nie sprawdzałam i nie wiem, czy mam odwagę. Ale może z drugiej strony będę dzięki temu bardziej rozpoznawalna na dzielni :).

Dzieci zakończyły kolejny rok edukacji. Młody – tygodniowym zwolnieniem, bo przeziębiony, zasmarkany i bez siły. Lekarz mu z automatu pobrał wymaz na koronawirusa, biedne dziecko, widziałam, jak mu tylko oczy stają się coraz większe i większe. No, ale jak to mi gastrolog kiedyś powiedział, „śmiertelność przy tym badaniu jest zerowa”, więc młody przeżył, ma się dobrze, wirusa nie ma, więc uf.

Młoda zakończyła pierwszy rok obowiązkowego przedszkola, zadowolona, że nareszcie będzie się mogła wyspać!! I wstała w sobotę 7:14, dzisiaj 7:04. Kochane dziecko. Wczoraj wstałam razem z nią, bo i tak nie mogłam już zasnąć. To już ten wiek?? 😦 Posprzątałam łazienkę, zrobiłyśmy porządek w zabawkach i przegląd w ubrankach, ogarnęłam kuchnię, poszłyśmy do parku i oddać mopa do naprawy (zaczął puszczać iskry przy kontakcie. Dla pewności sprawdziłam w dwóch gniazdkach, brawo ja, no ale mam pewność, że to nie gniazdka wina, tylko wtyczki). Potem szybki obiad i na kinderbal. Po drodze zawrotka, bo młoda nie zmieniła sukienki, po której dość łatwo można było się domyślić, co jadła na obiad, 30 stopni upał, a my do domu, uhhh.

Na kinderbalu bardzo miło, znajomi wynajęli przedszkole wraz z podwórkiem, więc w środku był cień, zabawki i stoły dla dzieci i dla dorosłych, na zewnątrz był grill, basen ogrodowy i taki jeż wariat, który leje wodą dookoła. Świetna zabawa, dzieciaki miały frajdę, dorosłym też się przydało trochę schłodzić. Gdyby nie ta na sam koniec przecięta stopa Idy, dzień byłby naprawdę udany.

Głosy oddane i odesłane. Teraz trzymamy kciuki i czekamy na wyniki, za dwa tygodnie powtórka z rozrywki. Czy ja muszę się ponownie rejestrować na stronie konsulatu na drugą turę?
Lecę sprawdzić.

Widzę,

że najlepiej mi się pisze po pilatesie. Może dlatego, że jedynie ręce nadają się wtedy do użytku, a reszta kadłuba niekoniecznie. Wczoraj były ćwiczenia z obręczą, bardzo dziękuję. Podobno potrzeba ośmiu tygodni, żeby bez większego płaczu nazajutrz funkcjonować. Dzisiaj rano wstałam i tak sobie pomyślałam, że kurcze, miałam się umówić do lekarza na kontrolne badania, coś mnie jednak boli w prawym boku, zaraz zaraz pilates wczoraj, zakwasy, mięśnie… wszystko jasne. No to jednak poczekam, aż mi przejdzie.

Młody wrócił do szkoły offline, klasy mają po 15-20 osób, ale podzielili ich jeszcze na pół i tak chodzi co drugi dzień, czyli dzisiaj wstaje na luziku przed 10. I tak już średniej sobie nie zmieni, chodzi bardziej towarzysko niż z głodu wiedzy. Wrócił też na treningi kick-boxingu, we wtorek przyszedł obolały, wczoraj miał w szkole wf, dzisiaj idzie sobie poprawić.

Małżonek niezmiennie pracuje z domu i tutaj nic się nie zmienia, dobij mnie ktoś.

W ubiegły piątek odwiedził nas znajomy, ten, który ostatnio wiózł mamę do Polski. W drodze powrotnej zabrał wszystkie moje zamówienia ze sklepów internetowych, Ida dostała stosik książek, a ja jestem zaopatrzona w kremy i malowidła na jakieś pół roku. Mina męża, gdy zobaczył, ile tego jest, bezcenna. A nie było tak wiele – myślę, że nie więcej niż cztery niedrogie cygara.
Niestety nie dotarły do mnie gazety, o które prosiłam sąsiadkę z Warszawy (do niej szły wszystkie zamówienia). Znajomy zostawił w domu, a chwilowo nie ma jak jechać 100 km tylko po nie. Smuteczek, bo bardzo mi brakuje całej tej prasy kobiecej, od Świata Kobiety po Zwierciadło i Panią. I tak, są oczywiście dostępne w internecie, różnica w odbiorze jest taka, jak w obejrzeniu obrazu w sieci a wizytą w muzeum. No potrzeba mi i tyle.

A propos kolegi, mama spędziła w nim w podróży kilkanaście godzin i już wszystko wie. Że on ma dom, że w Z. wynajmuje duże mieszkanie, ile płaci alimentów, jakim samochodem jeździ oraz ile go kosztował, przed wyjazdem obejrzała jeszcze jego mieszkanie i, jak już wspomniałam, już wszystko wie. Że go stać, jak dzieci przyjadą, na wyjazdy i atrakcje. Na ten samochód wypasiony. Na gadżety komputerowo-rozrywkowe, kierownicę do xboxa, cuda wianki i fajerwerki. W domyśle – że mój mąż ani chybi oszukuje mnie na pieniądze, a już na pewno jest niezaradny i gdyby tylko się zakręcił, to ho, ho. Różnicę w wydatkach singla i czteroosobowej rodziny zbyła lekceważąco. Wytknęłam jej, że może po prostu chłopak miał dobry finansowo start z domu rodzinnego, nie każdy ma na plecach hipotekę na 40 lat, a wtedy możliwości są zupełnie inne i ta pensja bez odciętej raty kredytu też wygląda bardziej optymistycznie.
Eh.

Wiosna tego roku nietypowa również pogodowo. Maj był średnio ciepły i deszczowy, czerwiec póki co poniżej dwudziestu stopni i też mokro. Od jutra wraca lato, ale takie lato lato, a nie 48 stopni i oddychanie wodą. Nie mam nic przeciwko.

Uprzejmie donoszę,

że znów to zrobiłam. Poszłam na pilates. Po poprzednim jakoś już po trzech dniach byłam w stanie o własnych siłach i bez stękania wstać rano z łóżka. Instruktorka się cieszy, bo to znaczy, że pracowały mięśnie głębokie. Ja trochę mniej, mimo wszystko, bo jak zachciało mi się poleżeć na leżaku, to każda próba ruchu była okupiona bólem. No, ale się chciało, to się ma. W zaćmieniu poćwiczeniowym zgłosiłam się na całe lato, a co mi tam.

Pojechałam wczoraj na truskawki. Są takie pola, gdzie się chodzi samemu zrywać i dzięki temu płaci się sporo mniej niż w sklepie. Odstawiłam więc Idę do przedszkola, stamtąd na pocztę (kilometr), uciekł mi tramwaj, więc na piechotę, z poczty do autobusu, uciekł mi autobus, następny za pół godziny, bez sensu. Pójdę pieszo, pogoda piękna, co to dla mnie, cztery przystanki, pięć kilometrów, połowa pod górę, połowa po patelni. A grzało wczoraj 26 i ani jednej chmurki. Po drodze jeszcze pomyliłam drogę, bo rok temu pole było w innym miejscu, teraz nie mogłam go znaleźć i jakimiś skrótami dorobiłam sobie jeszcze ze dwa kilometry, gdy okazało się, że jednak pierwotnie dobrze szłam, ale co tam. Już mi powoli było wszystko jedno.

Poszłam, doszłam, co, ja nie dojdę? Zrywanie szło błyskawicznie, truskawki wygrzane słońcem, suche, czerwone, aż się prosiły. Zerwałam 6,5 kilo, zapłaciłam, wróciłam, uff. Poczekałam kwadrans na autobus jedynie dlatego, że truskawki wysypywały mi się w torbie (tu nie znajo łubianek, przychodzisz na pole z własnymi miskami i do nich zbierasz, są ważone przed i podpisywane, żeby nie płacić za wagę miski). Na drugi raz – na jedną miskę brać jedną torbę.

Gdy wróciłam do domu, na liczniku miałam 12 kilometrów. Ale za to ile wrażeń! Maki, pola maków! Nisko latające bociany! Opaliłam się nawet, niestety, jak to ja, na spieczonego raka, co już pojutrze zblednie i odejdzie w siną dal.

Co to jest 6,5 kilo na cztery osoby? Myślę sobie dzisiaj, po pilatesie prosto tam pojadę, blisko mam do autobusu, obczaję, o której odjeżdża, żeby się znowu nie spóźnić (spojler: ha ha oraz ha), będę po pilatesie rozgrzana, to mi się przyda takie kardio. Aha.

Na pilatesie dwie się spóźniły, potem gadałyśmy, się zaczęło z opóźnieniem. Skończyło też, z opóźnieniem, bo jak weszłam do przebieralni, okazało się, że mam 2 minuty i 300 metrów do przystanku, no ale najpierw się przebrać, żeby ludzi nie straszyć.

No przecież nie będę siedziała pół godziny na przystanku jak idiotka! Trasę już znałam, więc myk myk, dwie górki, patelnia i już jestem. Na horyzoncie chmurka i coś grzmi, ale bez przesady.

Podchodzę do szefa, żeby mi zważył miseczkę, a on, że on zamyka, bo przerwa na lunch, on normalnie do 11, dzisiaj wydłużył, ale już naprawdę musi iść, ale zaprasza po południu, 14-18, w ten największy skwar, dziękuję. Co było robić. Pożegnałam się, zrobiłam w tył zwrot i ruszyłam z powrotem, patelnia, dwa razy z górki. Na początku trasy w przeciwną stronę jechał mój autobus, musiał dojechać 2 przystanki do pętli, odpocząć, zawinąć z powrotem. Spotkaliśmy się na Dorfie, tam, gdzie miałam wysiadać.

Dziś mam na liczniku marne niecałe 9 kilometrów, ale kiedy Ida zaproponowała, żeby iść z nią na spacer na rower, gdzieś dalej, po osiedlu, rzekłam jej tylko jesteś szalona mówię ci i zaraz stwierdziła, że w sumie plac zabaw też jest spoko. No ja myślę.

Tymczasem złożyłam leżak, zsunęłam stół i krzesła do kwietnika, zabezpieczając kwiatki przed niekontrolowanym lotem, bo za nami już pierwsza wieczorna ulewa i ochłodzenie. Na razie przerwa od letnich temperatur, czeka nas 16 i deszczyk. Dobrze, niech pada, nie mam nic przeciwko, jeszcze zdążę poumierać na upał.

Nic nie cieszy

Zajęłam dzisiaj przy obiedzie najdalsze krzesło. Podświadomość zostawiła „moje” miejsce mamie, zawsze tam siadała do obiadu.

Głowo, daj żyć.

Tymczasem mama od poniedziałku wieczór już u siebie, zmęczona, ale szczęśliwa. Właśnie olała pierwsze zadanie z apki kwarantannowej, bo „zrobi to później”, a później to już nie było zadania w telefonie.

No i w ogóle to smutno się zrobiło na wieczór.

Kupiłam sobie piwonie na wczorajszy dzień matki, do buziaka i życzeń „no to jeszcze raz mamo, bo w końcu nie wiem, które obchodzisz, tutejsze czy te polskie”.

Balkonowi oprócz zajebistego kwietnika przybył towarzysz leżak i teraz są dyżury i zapisy na relaksowanie. Dwadzieścia parę stopni, dzisiaj przysnęłam i mi ładnie ramiona złapało.

Kwietnikowi muszę jeszcze zamontować w poprzek żyłki, żeby w razie wiatru kwiatki nie wypadły. Zwłaszcza pelargonia, ją chyba muszę przesadzić, bo jest w lekkiej donicy, ziemi też by się jej przydało dosypać. Na dodatek to ta wisząca, więc lata na boki. Niestabilna jak jej właścicielka.

Młoda wstaje sama do przedszkola, szybko się ogarnia i przed wyjściem złapie jeszcze trochę porannych bajek. Łatwiej jest jej wstawać na wiosnę.

Muszę do miasta jutro jechać. Piżamy na lato nie mam, może teraz znajdę coś ładniejszego od ścierki? Wszystko takiej beznadziejnej jakości. I do ikei jeszcze raz, w poniedziałek zapomnieliśmy paru drobiazgów, które jednakowoż by się przydały. Gdyby się tak dało, żeby Idę odebrali, to bym pojechała sama.

Najbliższy poniedziałek wolny, święto pod tytułem Poniedziałek Po Zielonych Świątkach. Rrrany.

Byłam dzisiaj na pilatesie. Potem zapomniałam, że na nim byłam i dziwiłam się, co też ja taka połamana chodzę. Ciekawostka.

Palec, który niechcący wybiłam sobie na początku marca, znowu mnie boli. Kolejny raz. Niestety serdeczny, więc nie ma sensu poprawiać sobie nim okularów.

Ostatnia prosta

Mama nie pojechała, koleżanki rodziny nie wpuścili do Szwajcarii. Wpuszczają jedynie dzieci do rodziców i odwrotnie, ewentualnie osoby mające tu adres i pozwolenie na pracę. Ludkowie nie sprawdzili, dojechali 1500 km, postali pod granicą i zawinęli się z powrotem. Wstawcie tutaj tysiąc ikonek facepalm, bo jak, jak przed tak długą podróżą można nie sprawdzić warunków wjazdu? Nie zadzwonić do urzędu, nie upewnić się? Liczyli, że się uda, no i się przeliczyli.

Tymczasem za kilka dni męża kolega z pracy jedzie do Polski samochodem i znów – plan, żeby zabrał ze sobą mamę. Kolega ma niczym nie zmącone przekonanie, że nie pójdzie na kwarantannę, bo nie może, bo nie ma czasu. Bo on tylko do urzędu, coś załatwić, i będzie wracał. Yhm. Niemniej, do Polski wjadą, obywateli do ojczyzny wpuszczają bez ograniczeń, jedynie z kwarantanną (ale to też losowo, czytałam, że wjeżdżało jednym samochodem dwóch znajomych, jeden dostał kwarantannę, drugi nie).

No dobrze, czyli za kilka dni jednak pożegnamy mamę i znowu zrobi się smutno. Ehh.

Poza tym, co. Otworzyła mi się kreatywna klapka w głowie i zrobiłam kwietnik według przepisu Darka Stolarza, tego od Szelągowskiej. Skrzynki na owoce zabezpieczone, pomalowane i skręcone na razem w jedną bryłę, zostały ozdobione losowo wybranymi kwiatkami. Jest kolorowo i nareszcie balkon wygląda jak miejsce, w którym chce się spędzać czas. Zwłaszcza, że u nas dzisiaj 29 stopni, lato na całego i taki wybieg w domu bardzo się przyda.

Małżonek się zawziął i schudł 15 kilo. Czy mu zazdroszczę? Ależ. Czy mam ochotę co drugi dzień biegać 10 km na zmianę z 2h na siłowni? Ależ. Czy też tak bym chciała jeść samo białko i pić koktajle proteinowe, siedzieć głodna i wkurzona? No, zgadnijcie.

Tymczasem idę dzisiaj na renowację dłoni i paznokci, czyli manicure. Moje ręce płaczą o pomoc.

Jest nadzieja

W poniedziałek Szwajcaria otwiera granice dla państw ze strefy Schengen i tym samym umożliwi podróżowanie pomiędzy krajami pod pretekstem łączenia rodzin. Koleżanki szwagier będzie jechał z Polski i za kilka dni wracał i zabierze mamę ze sobą.

Ja wiem, mama sama powtarza, że wolałaby samolotem, bo to szybciej i wygodniej, ale one wystartują najwcześniej w lipcu, nie wiadomo pod jakimi obostrzeniami oraz w jakich cenach, bo już teraz widzę na stronie easyjetu razy trzy. Oraz jak już pisałam, mama dostaje korby, mimo że już szydełkuje na całego, bardzo chce do siebie. I ja to pochwalam. 😀

Młoda w poniedziałek wraca do przedszkola. Dostaliśmy z gminy wytyczne i tak: oczywiście dorośli nie wchodzą do budynku – ale i tak nigdy nie wchodzą, dzieci się żegnają przed bramą i w środku same się ogarniają; żadnych uścisków, żadnej wymiany jedzenia, żadnych tortów urodzinowych, ale i żadnych maseczek (u nas nie ma obowiązku) i żadnego odstępu 2 m, jasno napisali, że to dzieci nie dotyczy, bo jest nierealne. Zresztą, powiedzcie mi, jak w polskich żłobkach zachować dwumetrowy odstęp od przewijanego lub karmionego dziecka?

Młody przeszczęśliwy, w ubiegły weekend wybrał się do kolegi na grilla. Było ich zgodnie z przepisami pięciu, w przydomowym ogródku. W lutym zaczął wychodzić, zaczęli spotykać się z kumplami, fajnie, pomyślał, ferie będą, to będę sobie wychodził, no i właśnie wtedy wirus uziemił go w domu na dwa i pół miesiąca. Teraz bardzo ostrożnie i powoli, ale jednak mu luzujemy ten szlaban, Ida i tak w poniedziałek pójdzie do dzieci i co ma przynieść, to przyniesie, tfu odpukać, a poza tym w ostatnim tygodniu w Szwajcarii przybywa po kilkadziesiąt nowych chorych dziennie (28-66). Tylko tak trudno dopuścić do głowy, po tylu tygodniach kiblowania, że już nieśmiało i powoli można. Dziś wieczorem idą z kumplem do McDrive’a, ale mam się nie śmiać, bo kolega podjedzie skuterem i to nie będzie tak, jak mi wyobraźnia podpowiada, że podejdą piechotą do okienka ;-)).

Ida jesienią zjechała mi ponad półtora kilograma, z 18 do 16 z hakiem. Pediatra uspokajał, że odzyska i faktycznie, kilogramy wróciły, tylko co z tego, jak podczas siedzenia w domu urosła ponad 2,5 cm i ciągle wygląda jak chudzielec :-).

Fryzjerów otworzyli, więc czym prędzej pobiegłam. Godzina w maseczce, no powiem wam, a idźta w cholerę, oddychać się nie da. Nie wyobrażam sobie, jak lekarze pracują w nich non stop, może nie potrzebuję aż tyle tlenu albo dawkują sobie te oddechy, nie wiem. Niemniej Nadja mnie ostrzygła, z prawej krótko, z lewej długo; to się nazywa niekonsekwentne zapuszczanie, mam jednocześnie krótkie i długie i już widzę, że krótkie mi się nie podobają i następnym razem będziemy z bólem serca równać i zapuszczać.

Poczta Polska, jako że chwilowo przestała zajmować się organizowaniem wyborów, wznowiła wysyłanie i odbieranie przesyłek zagranicznych. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie skończył mi się ostatni krem przywieziony z Polski. W lutym mama mi przywiozła jeden, no bo przecież będę w kwietniu na Wielkanoc, prawda, to mi wystarczy.

Coś internety przebąkują, że za tydzień Niemcy i Francja otworzą granice. Jak im wtedy handel ruszy…! Ostatnie miesiące to kupowanie spożywki tylko w Szwajcarii i mimo iż mogę śmiało przyznać sobie odznakę mistrzyni wyszukiwania promocji i najniższych cen, większość produktów jest co najmniej dwukrotnie droższa niż u niemieckiego sąsiada. A jeszcze VAT można z niemieckich zakupów odzyskać, jako wywożenie zakupów poza Unię Europejską, co daje dodatkowe 7%. Tak, tak, cztery osoby w domu – a teraz pięć – plus jedna pensja równa się szukanie różnych „cena czyni cuda”, zresztą nigdy nie byłam zwolenniczką przepłacania i wyrzucania pieniędzy.

I tak to się kręci, proszę państwa. Kto miał jakieś plany wakacyjne, to się już z nimi pożegnał. Młody chciał z kolegą do Chorwacji, do kolegi dziadka, co ma hotel, potem do Polski, no to już je sobie odżałował, będzie chodził lokalnie na kickboxing, spotykał się z tak samo uziemionymi kumplami w Macu i to by było na tyle. My z Idą też się nie pojawimy w wakacje w Polsce, szlag by trafił. I nie wiadomo, co z jesiennymi feriami, co ze świętami, nic nie wiadomo.

Takie czasy, że nic nie wiadomo. Muszę to przetrwać, przeczekać, przeczekać trzeba mi, jak śpiewała Kasia Nosowska. A jutro znowu pójdziemy nad rzekę.

Szydełko

Mamie się nudzi. Na spacer nie wyjdzie, bo nie ma ubrań ani butów. Zamówiłam, doszły, nie wyjdzie, bo nie lubi się ruszać z domu. Książek swoją normę w życiu już przeczytała, u mnie przeczytała te polecone i więcej nie ruszy, bo ją nudzą. Puzzle właśnie przyniosłam ostatnie jeszcze nie ułożone podczas tego pobytu z piwnicy. Drzemka trzy razy dziennie, facebook, pasjans. Nuda nuda nuda.

Dobra, to potrwa, myślę sobie. Zamówiłam nici. Szły ponad tydzień, szły, szły, ale doszły. Fajnie. Niestetyż, okazało się, że są zbyt cienkie do moich szydełek. Posiadam 0,75, a potem 2, 2,5 i 3, a nici do 1,25. Noszlag. Napisałam do znajomych tutaj, może która ma. Nie ma. Szlag.

To może w migrosie mają. Poszłam do dużego, część stanowisk jest zamknięta, ale pasmanteria powinna być otwarta.
Była. Nie mają szydełek.

To może mąż z synem, pojechali do fryzjera, może tam gdzieś przypadkiem.
Nope.

No to szlag, przez internet. Przekopałam pińcet stron, wywaliłam te, które sobie życzyły minimum zamówienia, bo ja chcę tylko jedno szydełko. Potem jeszcze wywaliłam te, które mają szydełka 2 mm i grubsze. 1,25 niczym bursztynowa komnata, wszyscy słyszeli, nikt nie widział.

W końcu jest, znalazłam. Zamówiłam, z priorytetową dostawą, ha ha ha. Człowiek lubi czasem dopłacić za dobre samopoczucie. 2-3 dni robocze.

Po dwóch dniach ciszy napisałam uprzejmie, wtf. Odesłali mi automatycznego mejla, że dziękują i że potwierdzą moje zamówienie nie później niż w 5 dni. Nie, że dostarczą, dopiero potwierdzą. No jaaaa waaaaam tu zaraz dam, nie później niż 5 dni! Napisałam im mejla na granicy uprzejmości, że jakie pięć dni, że co oni sobie wyobrażają, ja jutro miałam mieć szydełko już u siebie, a oni, że pięć dni. Wrrr.

Uhh, myślę sobie, znajdę innego dostawcę, a tutaj anuluję.

Dostawcę znalazłam, malutki sklepik prowadzony przez panią emerytkę, z błyskotkami do robienia biżuterii i innymi duperelkami pasmanteryjnymi. Przed złożeniem zamówienia, najpierw napisałam mejla do sklepu, czy by mi tego szydełka po prostu nie wsadzili w kopertę i nie wysłali jakoś szybko, bo jak mam czekać tydzień, plus długi weekend, to raz że mnie szlag trafi, dwa, że mama dostaje korby z nudów, a trzy, że za tydzień z hakiem to już sklepy otworzą i sama sobie kupię stacjonarnie. Chyba.

Przemiła pani Wilk mi odpisała, że nie ma problemu, że zaraz z rana wyśle i jeśli mam paypala, to żeby jej zapłacić piątaka, a jeśli nie, to przelewem. No to ja poproszę przelewem, bo nie mam paypala. Oraz dziękuję pani wylewnie, podaję adres do wysyłki i rzewnie opisuję, jaka to mama będzie szczęśliwa, podczas tego, jak sama miło określa, wygnania.

Po kliknięciu przycisku wyślij, skrzynka odbiorcza pokazuje mi odpowiedź od pierwszego sklepu, że bardzo przepraszają i że zapakowane szydełko zostało wysłane i oto jest numer listu przewozowego.

Jadą więc do mamy dwa szydełka. Muszę jeszcze tylko wysłać do tego pierwszego sklepu mejla z przeprosinami.

Trochę jakby słabo

mi dzisiaj. Ciśnienie mam w normie, 100/70, zawsze powtarzam, że gdybym miała takie ciśnienie, jak wymiary, i odwrotnie, to by był szał. Za to puls skoczył do setki i spowodował pikawicę, płytki oddech oraz brak stawów, głównie nóg. Znaczy, leciałam przez ręce. Na szczęście twarda sztuka jestem, więc do wieczora mi się polepszyło, sprzątnęłam kuchnię po obiedzie, nakarmiłam i wykąpałam dziecko i znów zaległam.

Pojechaliśmy dzisiaj w wielki świat, szkoda tylko, że sporą część tej wycieczki przespałam, bo nawet na ten świat nie popatrzyłam. Wybraliśmy się mianowicie do Berna, do konsulatu, zawnioskować o nowy paszport dla Idy. Mąż poprosił wczoraj, żeby na tę podróż kupić maseczki, bo samochód wynajmowany i nie wiadomo, kto nim wcześniej jechał, i tak dalej. Odparłam, że ja jako najsłabsze ogniwo i tak co drugi dzień jestem w spożywczym i jak mnie miało złapać, to by już złapało, no ale dobrze, on chce, to mu kupię. Nic nie wspomniał o kombinezonach i odkażaniu całego samochodu, wszak kierownica, fotele, klamki, gps, wirusy czają się wszędzie, a maseczki koniec końców i tak nie zabrał, bo nie dał rady jej sobie zawiązać z tyłu głowy. A może spróbował przez nią oddychać i mu nie wyszło…

W konsulacie zgodnie z przewidywaniami okazało się, że po pierwsze płacić można jedynie gotówką, a po drugie, że mąż nie wziął pieniędzy z bankomatu, bo nie. Nie, że zapomniał, czy coś. Tam, którędy jechał po samochód, nie było żadnego bankomatu po drodze. Bankomat mamy 200 metrów od domu, jechał rowerem, gdyby skręcił w lewo zamiast w prawo, wziąłby gotówkę i dalej pojechał na parking. Spytałam więc tylko, po jaką cholerę przyjechaliśmy bez gotówki, najbliższy bankomat 4 km od konsulatu, o czym poinformowała pani urzędniczka, i jeżeli nie mamy pieniędzy to ona musi wniosek anulować, termin nam przepada i przyjedziecie państwo jeszcze raz, kiedy indziej, w maju są następne terminy. Betty słusznie mawia, że czasem zabić to za mało.
Stety niestety miałam w portfelu zaskórniaki odłożone ze sprzedaży puzzli, plus jakieś monety i uzbierałam jak ostatni rumun żądaną kwotę.
A mąż poczuł się urażony, poszkodowany i zniesławiony.

Niemniej wniosek złożony, za dodatkową opłatą paszport przyjdzie pocztą, co jest wygodne i bardzo mi się podoba, że nie trzeba osobiście dygać, zwłaszcza, jeśli się mieszka 100 km od konsulatu. Sukces.

Miłe dzisiaj było to, że dotarła przesyłka z Dosenbacha i oto trzy Kopciuszki mają sandałki na lato. Mama może już chodzić na dwór, nie straszne jej upały i nie musi już wychodzić przed blok ani w trepkach, ani w ciepłych botkach.

A teraz się oddalę w celu wyspania, bo jednak od pobudek o 6:45 to ja się odzwyczaiłam. No i serducho, patrzcie, jednak je mam! No, no.

Och,

jak bardzo chujnia z grzybnią.

Święta minęły w nastroju grobowym, małżonek w łaskawości swojej siadł do śniadania wielkanocnego, zaszczycił nas nawet wypiciem jednego kieliszka wódki, żeby nie było, że taki nietowarzyski, po czym poszedł do sypialni spać, albowiem taki miał plan na te święta i dwa dni urlopu przed, spać i poczytać. No to spał. Jako, że się odchudza, a poza tym – albo przede wszystkim – nie tknę jadła w domu wroga, ciasta pozamrażałam, bo nie tknął nawet kawałka. Jeśli przyjdzie nam kiedyś jeszcze spędzać jakieś święta razem, ugotuję i upiekę jedzenia na jedną osobę. Piotrek, nie wiem, obraza majestatu, gest solidarności z tatusiem czy inne chujwico, na śniadanie wielkanocne zjadł kilka korniszonów i plasterek kiełbasy. Pograł z Idą w blokusa i poszedł do siebie.

Nie potrafiłam zbudować trwałej, kochającej się i szanującej rodziny. Nie bierzcie się za coś, czego nie umiecie robić. Uczcie się na moim przykładzie.

Teraz sałatki dojedzone, lodówka sprzątnięta. Wraca zwyczajne życie, już nie okraszone przygotowaniami i radosnym czekaniem dziecka na pisanki, na koszyczek i na porcję czekoladowej dziczyzny na deser. Życie, w którym wciąż nie nadaję się do żadnej pracy, chociaż moje CV to tak im tu imponuje, że ho ho! Z czterema językami jeszcze nie nadaję się na tłumacza dla azylantów, z 13 latami doświadczenia w handlu i biurze jeszcze wiem za mało, żeby zostać asystentką administracyjną, albo nie dajbuk asystentką kupca, bo to to robiłam hen daleko w odległej galaktyce, a nie w tym kraju serem i czekoladą płynącym, więc umówmy się, że nie umiem.

Jestem w kraju, który, choć bardzo wygodny do życia, nie chce mnie tutaj, mieszkam z kimś, z kim gdybym mogła, rozstałabym się w jednej chwili, ku uldze wszystkich zainteresowanych. Na dodatek jebnął kryzys i o powrocie do Polski i pracy mogę sobie pomarzyć.

Nie mam już żadnych marzeń.

Idą

święta. Jako, że się wczoraj zarobiłam jak łysa kobyła, dzisiaj do zrobienia zostało zgarnąć wszechobecne zabawki do jednego kąta, przygotować święconkę i nakryć do stołu. No dobra, jedną sałatkę jeszcze dorobić, ale to pod wieczór. Nabrałam ochoty na tę z selerem konserwowym, i sama nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, że w tym kraju dostanę selera w słoiku, doprawdy nie wiem. W Niemczech i owszem, ale granice zamknięte, więc dupa.

Mama przeszła etap histerii pt. nie będę we własnym domu na święta! Mało brakło, a rzucałaby się na ziemię niczym dwulatek w sklepie, któremu nie chcą kupić lizaka. Przetrawiła w momencie, gdy usłyszała, że w Polsce spędzałaby te święta sama, i dopiero wtedy trochę się uspokoiła. Obecnie mówi o świętach na wygnaniu, bardzo mi miło, doprawdy.

Na dworze 25 stopni, lato się rozszalało. Wyprowadzam młodą przed blok, na trawnik, ale to tyle ekscesów. Zakupy mam, jarzynowa jest, śledzie są, ciasta są, czyli święta gotowe ;).

No to co, Wesołych Wam i zdrowych.

…kaczka… …kura…

…droga na Ostrołękę…

Co za nuda.

Siedzimy w domu, wszyscy na kupie. Małżonek pracuje. Młody się uczy. Głównie robi ćwiczenia zadane przez nauczycieli, a potem grają z kumplami w Minecrafta. A pardą, wczoraj pisał wypracowanie na niemiecki, pierwszy raz w życiu. Z młodą przerobiłyśmy większość kart pracy przysłanych z przedszkola (albowiem przedszkole obowiązkowe jest i nie można dopuścić do zaległości w szlaczkach, prawda). Na YouTube znalazłam gimnastykę dla niej i codziennie podskakuje, wymachuje i co tam jeszcze. Ja gotuję, piekę, piorę. Mama prasuje. Wychodzimy do spożywczego, ale babcia z wnuczką stoją przed sklepem, jedynie ja wchodzę do środka. Chociaż właśnie przeczytałam, że 65+ mają siedzieć na dupie. Jasne, jasne. Dzisiaj przy pięknej pogodzie zostałyśmy chwilę przed blokiem – młoda wspinała się po drzewie i grała ze mną w berka, mama siedziała na ławce i syntetyzowała witaminę D. Słoneczne popołudnia spędzamy na balkonie, nawet ciepło ubrane i z herbatą. Tydzień temu było tak ciepło, że mama siedziała w bluzce na ramiączkach, mama, której zawsze i wszędzie zimno!

Tydzień temu siadłam sobie na balkonie, przejechałam ręką po blacie stołu. Zaczęłam go szlifować z obłażącego lakieru chyba dwa lata temu… Wyciągnęłam papier ścierny, grunt i lakier. Po czym… zawołałam pierworodnego do pomocy, a sama poszłam z Idą przed blok grać w lotki (gra pt. „kto trafi na nasz balkon” oraz „kto odbije więcej niż dwa razy”). Młody zeszlifował stół, razem zrobiliśmy krzesła. Wtedy też przebudził się mąż, że przystawka do wiertarki, że moment… Tak, po całej robocie. Poza tym pamiętam, jak w Warszawie jeszcze szlifowaliśmy stołki kuchenne. Drzwi na balkon nie mogły być domknięte, bo szedł kabel, w związku z czym pył miałam nawet w drugim końcu mieszkania i porządki na święta zrobione już w sierpniu. Zagruntowałam, polakierowałam i są nówka sztuka. Na drugi raz: wybierać półmat lub błyszczący, bo matowy lakier wygląda, jak by go w ogóle nie było. Na szczęście meble (najprostszy zestaw z ikei, stół i cztery krzesła, często wprowadzane w Kuchennych Rewolucjach Gesslerowej) odżyły i są zabezpieczone na następne parę zim kiblowania na balkonie.

Z tej nudy bezbrzeżnej zaczęłam intensywnie wysyłać cefałki i z jednej cefałki to trzymajta kciuki, bo kto wie, może i coś wyjdzie.

Posiałyśmy przeróżne nasionka kwiatków na balkonie i już nam kiełkują. Oraz bób mi mama posadziła. Będę plantatorką.

Zdrowi jesteśmy, tfu odpukać. Wirus szaleje i nie odpuszcza, w ciągu doby 1200 nowych zachorowań w Szwajcarii, ale po pierwsze, między Lombardią a Francją i Niemcami, to dziwne, żeby nie, a po drugie, Szwajcarzy robią testy i mimo wszystko jestem spokojniejsza z 1200 chorych tutaj niż 1300 w Polsce.

Poza tym właśnie dostałam informację z gminy, że do wystawienia ocen końcowych na świadectwach będą brane pod uwagę oceny wystawione w szkole do 16. marca, czyli do początku siedzenia na dupie. W trakcie e-nauki będą wystawiane oceny, ale nie będą miały wpływu na oceny końcowe. Jeśli rok szkolny wróci do szkoły najpóźniej do połowy maja, oceny od tej daty wystawiane również będą miały wpływ na ocenę końcową.

Mama już od niedzieli miała być z powrotem w Polsce, ale najpierw pytała mnie, co ma zrobić („od tego mam dzieci, żeby mi doradziły” – acha, jasne, ja powiem jedź, a ty złapiesz wirusa w samolocie), a potem po prostu zamknęli przestrzeń powietrzną i tyle. W ten sposób marzenie, żeby razem z babcią święcić koszyczek, spełni się już za dwa tygodnie, chociaż święcenie będzie symboliczne, bo do kościoła się oczywiście nie wybieramy.

Rząd podstawił do Zurychu dwa samoloty, ale mama się również nie zdecydowała, bo lepiej siedzieć tutaj, dłużej, ale w zdrowiu, niż złapać jakieś świństwo w podróży. Z Erasmusa wróciła natomiast siostrzenica, już drugi tydzień odbywa kwarantannę właśnie u babci w domu (samolot – podstawiony samochód z kluczykami – pełna lodówka + catering domowy pod drzwiami). Codziennie macha ułanom, którzy pod okienkiem sprawdzają, czy nie zwiała. Ale nie, siedzi, uczy się. I nie wiem, jak ona, ale matka w kalendarzu odkreśla dni do legalnego uściskania córki ;).

I tak to się kręci. Bardzo liczę, że teraz przechodzi pik zachorowań i że koło świąt powoli sytuacja zacznie się stabilizować. Specjaliści zapowiadają drugą, jesienną falę tego szaleństwa. Zaraz jak tylko sytuacja znormalnieje i otworzą granice, zrobię zapasy na przetrwanie miesiąca – dwóch i będę je regularnie odnawiać. Przede wszystkim mięso, dużo mięsa przerobionego i zamrożonego, gotowego do spożycia. Po drugie puszki, makarony, mleko, jajka. Przy takiej temperaturze, jak teraz (+10 w dzień, -5 do zera w nocy) spokojnie w piwnicy wszystko stoi. Teraz dałam się zaskoczyć i niestety polegam na szwajcarskim mięsie, nie żeby ono niedobre było, przeciwnie, jest wyborne, mielone po 18 franków za kilogram, a kurze piersi po 30, po tej cenie to musi być dobre. Z osobistych sukcesów, to mamie posmakował pasztet z soczewicy (albo może skurcz ją w nodze łapie i dlatego), z porażek: nie dawaj mi tej jaglanki, KANAPKI LEPIEJ ZJEM. Bo jaglanka gryzie, wzdech. Ale za to idą inne kasze i sosy, w tym wyborny grzybowy, z grzybów, które przywiozła Betty i się zastanawiałam, kiedy ja to zjem, a wcześniej jeszcze dostałam grzyby od brata, i też, kiedy ja to zjem. Otóż – podczas kwarantanny, do kasz wszelakich :). Zaprowadziłam co drugi dzień, albo rzadziej, mięsny, ale za to rodzina zjada krupniczek albo pomidorową na zmianę, do wyboru, do tego pierogi z sosem, albo kopytka, albo inne cuś. Ostatnio gotowałam i zawsze coś mi zostawało, i w ten sposób miałam w lodówce trochę makaronu kolanka, trochę rurek skośnych, trochę ryżu, trochę ziemniaków i trochę kaszy perłowej. Zanim oszalałam z tego dobrobytu, zrobiłam kopytka, sałatkę z makaronem, ryż z jajkiem sadzonym zje młody na kolację i już trochę ubyło tych resztek. Dzisiaj była carbonara z tuńczykiem, na jutro też jeszcze zostanie, a w niedzielę – święto! – spaghetti :D.

I tak to moja codzienność kręci się wokół kuchni ;-).

Trzymajcie się zdrowo.

Poniedziałek

Wzięliśmy samochód i pojechaliśmy do Lidla na zakupy. W południe, bo tak małżonkowi pasowało ze spotkaniami w pracy. Otóż w południe w Lidlu były puszki z tuńczykiem, wina i niewiele więcej. Niemniej zrobiłam zapasy tegoż tuńczyka, pomidorów w puszce, masła, śmietany, parówek, takich tam. Resztę dokupiliśmy już po naszej stronie. Niedużo mam co prawda mięsa, ale najwyżej rodzina przejdzie na dietę wegetariańską, z drugiej strony rząd prosi, żeby nie robić dużych zakupów, a w zamian obiecuje płynność dostaw i otwarte spożywcze i apteki. Resztę, jak i granice, od jutra zamykają. Siłownia przysłała mejla, że do 30.04., przy czym o te półtora miesiąca wydłużają wszystkim abonamenty. Miło. Ale co ja zrobię z fryzjerem?? 😀

Młody zaczął lekcje online przez microsoft teams. Śmiał się, że wystarczy, że jeden uczeń wyciszy nauczyciela, a ten nie słyszy żadnego ucznia i hulaj dusza, śmiechy i głupawka. Kazałam się zachowywać i świecić przykładem, jak się jest Klassenchef, to należy trzymać poziom.

W zamrażalniku mam biały ser, to będzie na Wielkanoc, jajka mam nadzieję będą na bieżąco, jakiś alkohol odstawię na bok, żeby nam na święta i do końca tej kwarantanny wystarczyło. Alleluja i do przodu.

No to lecimy

z tym koksem, oczywiście, bo z wylotem do Polski na święta już się pożegnałam.

Mieliśmy ferie fasnachtowe (karnawałowe), które skończyły się tydzień temu. O dziwo, puścili po nich dzieci do szkół, jedynie te wracające z Włoch miały odsiadkę. W poniedziałek i wtorek były egzaminy wstępne do szkół i obstawiam, że to dlatego nie zdecydowali od razu o szlabanie. W piątek poinformowali o zamknięciu szkół na trzy tygodnie, do 4.04., przy czym wtedy zaczynają się ferie wielkanocne (tak, Szwajcarzy mają w ch… dużo ferii po drodze, ale nie zapominajcie, że wakacji tylko 6 tygodni). Czeka nas zatem pięć tygodni w domu. Małżonek już dwa tygodnie temu dostał prikaz pracy zdalnej na sześć tygodni, po prostu oszaleć można z tego szczęścia.

Sytuację najgorzej znosi mama, która przyleciała do nas trzy tygodnie temu i za tydzień ma planowy wylot, który, jak już wiemy, się nie odbędzie. Histeria. Aleś mnie urządziła! Święta w Szwajcarii! No, po prostu tragedia. Jak zaczęłam drążyć temat, powiedziała, że święta to są wtedy, kiedy wszystkie dzieci są w domu. Uprzejmie odparłam, że od pięciu lat nie byłam na Wielkanoc w Polsce, to wtedy okazało się, że no ale przynajmniej ja byłam u siebie. Acha. Leki ma na 3-4 tygodnie póki co. Rajstop ma trzy pary, ale jakby co, ma legginsy. Nie ma lżejszych ubrań, a w tym tygodniu zapowiadają 18-20 stopni. Ale spokojnie, na niedzielę tylko +5 i śnieg. Z jednej strony rozumiem ją, inaczej planowała, a jak już zaplanowała, to to miało być święte i tak się stać. Z drugiej strony nie strzelać do posłańca, bo to nie ja rozpętałam koronawirusa na świecie. Teraz należy się dostosować, przetrwać i wytrzymać, i tyle.

O nas się nie boję, chociaż małżonek zwrócił słuszną uwagę, że on to już starszy jest (mentalnie na pewno!) i z nadciśnieniem, więc trochę w grupie ryzyka. Boję się o mamę właśnie, niemniej wychodzimy na krótkie spacery po pustych osiedlowych uliczkach. W tym tygodniu popołudnia spędzimy pewnie na balkonie, skoro ma być tak ciepło.

Zaopatrzenie w sklepach jest, chociaż jak w piątek zamknęli szkoły, spożywcze momentalnie wyglądały jak po napadzie stulecia. Jutro Niemcy zamykają granicę ze Szwajcarią. Mam nadzieję, że francuska będzie jeszcze otwarta, żeby zrobić tańsze zakupy w najbliższym Lidlu, po czym spokojnie zabarykadować się w domu.

Ida zadowolona, bo się wyśpi. Młody byłby zadowolony, ale codziennie w godzinach szkoły ma być dostępny online i jutro zobaczymy, co dalej. Nauczyciele dopiero się ogarniają z tematem. Na pewno wychowawczyni będzie im wysyłała materiały, jedną klasówkę przełoży na po świętach, ale drugą to trzeba będzie przyjechać do szkoły i napisać. Z zachowaniem maksymalnej liczby osób w budynku, max 5 w klasie i rozsadzone, itd. Dla mnie bez sensu, mogliby napisać wszystkie po świętach, nic im się nie stanie. Nie raz prosto po chorobie przychodził i na dzień dobry pisał trzy zaległe klasówki jednego dnia. Tu obowiązuje filozofia, że skoro przychodzisz do szkoły, to jesteś w 100% przygotowany i gotowy do nauki. Nie ma, że tydzień, czy dwa na uzupełnienie wiadomości. Brutalne, ale przynajmniej jasny przekaz i taki sam dla wszystkich.

Mama się nudzi, nudzi i jeszcze raz nudzi. Skończyła powiększać Idzie kocyk, teraz jest on wielkości lotniskowca, i jeszcze na poduszkę starczyło. W nocy nie może spać, budzi się kilkakrotnie. Wstaje niewyspana. Zje śniadanie, ogarnie się, sprawdzi wiadomości w telefonie i o 9-10 kładzie się na drzemkę. Śpi pół, półtorej godziny. Pasjans, książka, telefon. Drzemka przed albo po obiedzie. Czasem mi coś uprasuje lub pomoże w kuchni, jeśli wyraźnie poproszę (nudzi jej się, ale gotować wolałaby nie). Krótki spacer, ale nie za często, bo ją kolana bolą, albo nogi, albo tak daleko! Wieczorem przeczyta Idzie książeczkę na dobranoc. Następnie, kilka razy w tygodniu, szczepimy się w podgrupach :). The Crown obejrzany, Casa de Papel obejrzana, nudy. Muszę znaleźć coś nowego, co ją wciągnie.

Tymczasem młoda powiedziała: Chciałabym zamieszkać na zawsze u babci, żebym już nigdy, przenigdy za nią nie tęskniła. Może nie na zawsze i może nie u babci, a babcia u nas, ale marzenie o wspólnym pójściu do kościoła święcić koszyczek, nabiera realnych kształtów. Co prawda, miało być w Polsce, ale już trudno.

Kuchnia mniej więcej zaopatrzona, ale na pięć osób muszę mieć trochę więcej zapasów. Ugotowałam rosół na wołowym z kością i dwóch udkach, to mama powiedziała, że taki chudy. A ja specjalnie dałam wołowe! I całe dwa udka! 😀

No dobrze, my tu gadu gadu, ale jednak przejrzę szafki i zrobię listę zakupową na jutro. Trzymajcie się zdrowo.

Koronawirus

jest i u nas. Zaraz za miedzą we Francji, w Miluzie, w samej Bazylei też. Się zachciało jednej przedszkolance jechać na narty do Włoch, a potem, jeszcze bez objawów, iść do pracy do dyżurnego w ferie przedszkola. Ciekawe, czy te czternaścioro dzieciaków jest razem z nią na kwarantannie.

Mama przyleciała. Odżyłam, oddycham trochę lepiej (chociaż teraz akurat nieco do rymu telepie mnie w środku i serducho bije, to dobrze, póki bicia, póty życia, czy jakoś tak). Siedzimy, gadamy, obejrzałyśmy trzeci sezon nomen omen Korony, teraz lecimy z Domem z Papieru. Kto by pomyślał!

Dopiero teraz, po tym lepszym początku marca widzę, jak bardzo trudny był dla mnie luty.

Na siłowni wróciłam do schematu rozgrzewka – siła – cardio i muszę przyznać, że pierwsze razy były – dosłownie – bolesne. Jednak sam crosstrainer nie rozrusza wszystkich mięśni jak należy, tak jak to zrobią maszyny.

Oraz. Od października używałam tego cudownego kremu od nacomi, boost shot, plus kwasy aha od nich, plus puder do mycia twarzy (spokojnie, rozrabiany z wodą). Takiej cery to ja dawno nie miałam, proszę państwa. Nie jest to jeszcze pupa niemowlęcia, bo parę blizn by było (cholera, znowu częstochową jadę!!) do usunięcia, ale już drugi miesiąc z rzędu przed okresem nie wyskoczyło mi żadne coś bolące, gulowate, usadowione dokładnie na jakimś nerwie. Nic, buzia czysta. A może po prostu przekwitam, co też by było dobrą wiadomością.

Ach, z tytułu koronawirusa małżonek oraz cały jego zespół ma zakaz pojawiania się w biurze. Przez sześć tygodni. Albowiem są zbyt cenni dla firmy, żeby coś złapać i iść chorować (myślę, że taką akurat kwarantannę małżonek przyjąłby ze stoickim spokojem, pakując do torby laptopa i karty dostępu). Za co, ja się pytam, za co? Jakieś szkodliwe ktoś mi zapłaci? Moja wątroba długo nie wytrzyma…

Sobota

Córka, pomimo wielokrotnego odgrażania się, że jak to się ona nie wyśpi, wstała punktualnie, idealnie, niczym do przedszkola. 7:25, rozumieją Państwo. Kochane dziecko dało matce poleżeć jeszcze kilka minut, ale nie było rady. Wstawać! Ubierać! Karmić! Bawić! Po czym, gdy zjadła śniadanie, a matka była już dobrze obudzona, ubrana, z umytymi i wysuszonymi włosami (głowa pod kran czyli najwyższy stopień obudzenia), stwierdziła, że ona to się jeszcze chwilę zdrzemnie. Nie no jasne.

Zima do nas w tym roku nie zawitała, jesieniowiosna czołga się od października. Śnieg padał raz, ale nawet nie dolatywał do ziemi. Młoda po śnieg pojechała raz na sanki, no i raz z Betty byliśmy w Zermatt, i tyle. Za to wczoraj zaklinałam wiosnę na przemian z deszczem. Te okna były już takie brudne…! Wpadłam w szał sprzątania, lodówka się już prosiła, parę innych też. Przejrzałam zamrażalnik, bo tam też ciasno się zrobiło, no i racja, mam zapas awaryjnych obiadów, mięsnych, ale i wege dla mnie też, przecież ostatnio robiłam hreczniaki, a jeszcze są kotlety z ciecierzycy, soczewicy i buraków. Trzeba wyjadać.

Jutro przylatuje mama. Bardzo się cieszę, dawno u nas nie była, ale jednocześnie jestem pełna obaw, co też może się wydarzyć na linii teściowa – zięć.

Młodzież niniejszym (o 7:25, prawda) zaczęła fasnachtowe ferie. Plany są ambitne, młody będzie wstawał o 9, codziennie chodził na treningi (zapisał się na kick boxing), codziennie będzie powtarzał materiał do egzaminów wstępnych (widzę to oczyma wyobraźni, taaa… taaa…). Z Idą mam w planach iść do muzeum historii naturalnej, na basen i zobaczymy, może jakieś kulki. Nie ma zbyt wielu ofert dla dzieci w Bazylei, trzeba wykazać się kreatywnością.

Rosół już wczoraj wstawiony (akcja czyścimy zamrażalnik), mięso na krokiety się rozmraża (w ramach tej samej akcji). Jakieś ciasto bym machnęła, może szarlotkę?

Noc

z gatunku nieudanych.
Do wpół do pierwszej oglądałam film na netfliksie, korzystając z nieobecności małżonka i w związku z tym wolnego telewizora. Już po północy młoda zaczęła się budzić, coś jej się chyba śniło, bo z płaczem i nie bardzo dawała się uspokoić. Potem, gdy już łapałam pierwszy sen (czyli jak mnie kto wybudzi, to spanie z głowy), siku. I tak w półgodzinnych odstępach: piciu, zły sen, boję się, chcę spać z tobą, znowu siku. No to pospałam na wypasie ze trzy godziny i wstałyśmy do przedszkola. Odprowadziłam pannę i czym prędzej przebrałam się z powrotem w piżamę i wskoczyłam w jeszcze ciepłą pościel.

Mąż natomiast od dwóch dni mówił mi, że w środę jedzie do biura i będzie nocował u kolegi, bo znowu cośtam świętują. Proszę bardzo. Pojechał wczoraj, ale wrócił po północy, bo jednak nie zostawał na noc. Dobrze. Dziś rano zbiera się do biura, bo ma spotkanie. Dobrze!! O jedenastej dzwonek do drzwi. Bo spotkanie odwołane, a on by jeszcze wieczorem poszedł na siłownię, to lepiej mu z domu pracować. Przejechał się w tę i nazad i wrócił do domu. Miejmy nadzieję, że jest ziarno prawdy w tym powiedzeniu, że podróże kształcą.

Młody chce zmienić szkołę. W tej ma tylko 2h matematyki, czego nie sprawdził wcześniej, albo mu za bardzo nie zależało, bo plan był taki, żeby pobujać się w tej szkole cztery lata, zrobić rok wyrównania do liceum, zdać maturę (w tej szkole matura taka trochę mniej poważana) i dostać się na jakieś fajne studia. Wszystko ładnie pięknie, dostał się gdzie chciał, tylko w międzyczasie dowiedział się, że po tej szkole i tym dodatkowym roku zdawalność matury nie przekracza 40%. Well.
To on by jednak do liceum. Tutejszego gymnasium, znaczy.
Jednocześnie, małżonek formalnie zatrudniony jest w Zurychu, ale 5/5 pracuje z domu, co zdecydowanie nie poprawia domowej atmosfery i tak już mocno zatęchłej. Docelowo młody chciałby studiować w Z., dla mnie tamtejszy rynek pracy też byłby lepszy, postanowiłam więc upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu i rzuciłam, że może byśmy się po prostu przeflancowali do Z. teraz, młody i tak szkołę zacznie od pierwszej klasy, więc wszystko jedno, gdzie, i tak dalej. No ok, pomysł się przyjął.
Tymczasem mężowi zmieniło się szefostwo, szefostwo siedzi w NY, klienci po całym świecie i tak naprawdę nie ma znaczenia, przy którym biurku on siedzi, no więc siedzi przy domowym, szlag by to trafił. I tak patrząc on wcale do tego Zurychu jeździć nie musi, no może raz na parę tygodni, jak jest jakieś spotkanie działowe albo inne chlanie. I od słowa do słowa wyszło, że może by w sumie zostać tu, gdzie jesteśmy, młody niech się przeniesie do gymnasium tutaj i niech zostanie po staremu.
Tylko że rekrutacja do gymnasium zakończyła się dwa dni przed naszą rozmową, szlag by trafił. I nie, się nie da.
No i wychodzi na to, że jednak ze względu na młodego szkołę, do tego Zurychu jednak trzeba się ruszyć.
Pojawia nam się jeszcze jedna trudność: młody musi zdać egzaminy wstępne, których wyniki mają być na koniec marca. Okres wypowiedzenia naszego mieszkania wynosi cztery miesiące, czyli żeby przeprowadzić się w wakacje, od 1. o8., trzeba by mieć zaklepane mieszkanie… właśnie, na koniec marca. Rok szkolny zaczyna się w połowie sierpnia, do tej daty musimy być przeprowadzeni.
Teraz zaczyna się balanga, objazd Z. i okolic, gdzie byśmy się ewentualnie przenieśli, gdzie nam się podoba, gdzie szkoła blisko, spożywczy i dojazd sensowny. W wersji idealnej znajdziemy mieszkanie i dopełnimy formalności równo z wynikami Piotrka i na koniec marca złożymy tu wypowiedzenie i wtedy wszystko ładnie się zgra.
No, chyba, że młody obleje testy…

Przez chwilę

zapachniało wiosną. Trawa jest tu całą zimę zielona, zresztą co to za zima, w grudniu róże w ogródkach kwitną jeszcze, w lutym forsycje już. Temperatura niby rześka, ale przy czystym niebie i słońcu od razu człowiekowi lepiej.

W czwartek człowiek wybrał się na zakupy, bo pilnie potrzebował nowych spodni, bo jeansy teraz robią z tak ogromną domieszką lycry, że tego się nosić nie da, co stwierdziłam poniewczasie. Oprócz spodni, pilnym zakupem była też herbata, której próbkę niedawno dostałam, a którą sprzedają na Barfi tylko w czwartki, bo chyba, że chcę jechać do Therwil i kupić dowolnego dnia, ale nie chciałam, chociaż to niedaleko, byłyśmy z Betty. Oglądałam też apaszki na wiosnę, ale w sklepach jeszcze króluje końcówka wyprzedaży i apaszek były dwa modele, więc dziękuję, jeszcze poczekam.

Tymczasem sobota, bo zaczęłam pisać wczoraj, ale nie udało się skończyć.

Po całym tygodniu płaczu, że ona chce jeszcze spać, Ida doczekała wreszcie weekendu, upragnionej soboty, kiedy to można się wyspać w opór, ile dusza zapragnie… czyli do 7:24. Jasne. Poleżała ze mną do ósmej, ale nie miało to większego sensu, bo co chwilę pytała: mamo, już minęła minutka i już wstajemy? Normalnie nic tylko nagrać ją i puszczać na tygodniu jako pobudkę. Wstałyśmy, zjadłyśmy razem śniadanie, we dwie, bo panowie jeszcze spali. Potem zakupy w lidlu, a po zakupach obiecane łyżwy. Ida radzi sobie coraz lepiej, jeździ dalej z miśkiem lub pingwinem, driftuje z nimi na całego, i tylko przy wyjściu problem, bo ryk taki, że wszędzie słychać. Godzina jazdy to za mało, chce jeszcze! A pięć minut później ona chce do autobusu i spać, bo zmęczona. Wszystkiego na raz by się chciało, i tylko siły nie zawsze starcza.

Teraz, po obiedzie, prace w podgrupach, czyli skoki, lalki i komputery, każdemu według potrzeb.

Na poniedziałek i wtorek zapowiadają 14 stopni i wichury do 130 km/h. To ja już wolę dzisiejsze +7 i czyste niebo.

Grypa

Znowu. Rok temu przeczołgała nas wszystkich po kolei, więc w tym sezonie zaszczepiliśmy się wszyscy, wróć, ja z dziećmi na pewno, czy mąż znalazł czas, nie pamiętam. Niemniej, ja byłam zaszczepiona, co jest ważne w tej historii o tyle, że to ja właśnie padłam w ubiegły weekend, zaraz po wyjeździe Betty. Organizm usłyszał spocznij, no i spoczął.

Cztery dni ani rączką, ani nóżką, ubierałam się i przenosiłam na kanapę w salonie, błogosławiąc, że Ida jeszcze dochodzi do siebie po wirusie i po weekendzie została jeszcze dwa dni w domu, więc nie musiałam jej prowadzać do przedszkola. Czasem coś zjadłam albo wypiłam, ale generalnie nie bardzo miałam siłę myśleć, a co dopiero coś robić. Po tych czterech dniach leżenia spionizowałam się na tyle, że zaprowadziłam i odebrałam młodą z przedszkola, którego nawiasem mówiąc już jej bardzo brakowało, bo ileż można w domu siedzieć. Dziecko zażyczyło sobie rosołek pomidorowy, więc wstąpiłam do migrosa po zakupy. Wstawiłam zupę, pralkę i zmywarkę, i to by było na tyle mojej aktywności. Tak mi mijają dni, do południa absolutne minimum, po południu leżę.

Obejrzałam Dwóch Papieży (bdb) i powtórzyłam sobie Już nie żyjesz (uwielbiam, czekam na drugi sezon). Teraz znalazłam Atypowego, któremu też wypuścili kolejny sezon, więc akurat, ja leżę, film leci. Tak nic nie robię, że nawet na siłownię bym poszła (chyba tylko się przywitać, na samą myśl nie mam siły).

No i wracając do pierwszego akapitu, sama nie wiem. Zaszczepiłam się prawilnie, w listopadzie, jak już najnowsze szczepy były obcykane i wrzucone do szczepionek. Fakt, nie wyjęło mi tygodnia z życiorysu, jak rok temu, niemniej różnica nie była jakaś spektakularna. I zgłupiałam, szczepić się? Nie szczepić? No, ale tak po prawdzie, to tylko ja się rozłożyłam. Młoda złapała wirusa i bakterię w przedszkolu, młody dopiero teraz coś kicha (w nocy +2, otwarte okno, rękopad), starego wiadomo nic nie bierze. Eh.

Z głośnika Radiohead Creep akustycznie, sam wokalista. Lubię.

Młoda ma ciąg na zabawę w szkołę. Mamy tablicę, albo coś pisze, albo układa literki na magnetycznej, ale nijak ich jeszcze nie umie sensownie skleić. Poza tym gdy ją pytam czego się uczy w szkole, odpowiada, że pisania, matematyki, jogi i sportu. I wystarczy, reszty się z wikipedii dowie :D.

Siostrzeniec ma dzisiaj studniówkę! Ale się fajnie bawią! Miło popatrzeć.

Jeszcze w zielone gramy, Raz Dwa Trzy. To ja raz dwa trzy pod kołdrę. Może jutro będzie lepiej.

Przypał

taki dzisiaj rano zrobiłem – oświadczył po południu młody. – Miałem dzisiaj wf, pakowałem rano strój i poszedłem na balkon po buty (które się wietrzyły od tygodnia), no i patrzę, a w nocy padało (ojej) i buty były całe mokre (szloch!). Owinąłem je w ręcznik z mikrofibry, ale nie bardzo pomogło, na szczęście na wf w szkole jest pełna rozmiarówka zapasowych butów, to nie musiałem ćwiczyć w tych mokrych… Ale wtedy, na balkonie, sobie przypomniałem, że zawsze mi mówiłaś, żebym buty po wf stawiał pod krzesłem albo pod stołem, bo jak pada deszcz, to zacina akurat tam, gdzie ja je zawsze do tej pory stawiałem. No ale do tej pory nie padało…
Ojej.
W skali 1-10 jak złą jestem matką, jeśli widziałam wczoraj moknące na deszczu buty młodego? Ale raz, że nie chciałam wietrzyć swojej grypy z powodu byle butów, mokły dzień, mogły moknąć jeszcze noc, po drugie i tak są porwane, na młodego trochę małe i należą mu się nowe.
Kazałam mu wypchać buty gazetami i suszyć w przewiewnym miejscu, ale niekoniecznie na balkonie.
Chyba wreszcie zapamięta…?

Tu mi już chyba skali zabraknie, ale nawet nie pytam, jak dobrą jestem żoną, skoro małżonka piżama od kilku dni wietrzy się na balkonie? Teraz już na podłodze, w końcu wczoraj wiał halny i rzucało żabami… Cóż, sam powtarza jak ci przeszkadza, to sama zrób! No, to mi nie przeszkadza.

Betty

była. Przyleciała na tydzień, pierwszy raz. Zrobiliśmy objazdówkę: Zermatt/Gornergrat, Luzerna, Berno. Oraz oczywiście Bazylea wzdłuż i wszerz, katedra, łódką po Renie, Spalentor i Marktplatz, ale przede wszystkim muzeum żydowskie i synagoga. Oraz lokalny cmentarz, gdzie też udało się znaleźć kilka żydowskich grobów. Betty pasjonuje się kulturą żydowską (latem była w Jerozolimie, pierwszy raz, i już się odgraża, że tam wróci, żeby obejrzeć wszystko ponownie, na spokojnie), więc były to punkty obowiązkowe.

Nagadałyśmy się. Powspominałyśmy. Z Betty znamy się od końca września 1998, kiedy to zakwaterowano nas razem w pokoju akademika AMOR w Lublinie. Razem z Anią K., koleżanką z moich studiów ;-). To były czasy… Przepijałyśmy wspomnienia wiśniówką – nie po to na dworze było zimno, żeby się rozgrzewać herbatą. Odpoczęłam, mimo napiętego grafiku i choroby Idy, która weszła nam w paradę. Codziennie 13 km w nogach. Pogoda, oprócz pierwszego spaceru, naprawionego przed wyjazdem, dopisała. W Zermatt brzytwa, ani jednej chmurki, Matterhorn z ręki nam jadł, chociaż mnie osobiście te trzy tysiące dały trochę w kość. Rzadkie powietrze i serducho szaleje. Poza tym co. Zajadałyśmy się serami, raclette, fondue, twardymi i jakimi się dało. Małżonek okazał się wręcz lwem salonowym, dając się wciągać Betty w rozmowę i łaskawie obdarzając ją swoją atencją.

Niestety, w połowie imprezy rozłożyła się Ida. Wracając z Zermatt zasnęła na ostatniej prostej, 20 minut przed Basel. Obudzona, rozpłakana, rozespana, nie w sosie. Myślałam, że to zmęczenie, ale w nocy doszedł stan podgorączkowy, i tak się bujałyśmy z 38 do środy, kiedy to dołączył kaszelek, ból brzucha i do kompletu i do rymu – ucha. Lekarz stwierdził infekcję wirusową, ale jako że ostatnio Ida trochę schudła, oraz tak ogólnie dla pewności, wysłał krew do badań. We krwi znaleźli mykoplazmę i tak oto młoda drugi raz w życiu ma antybiotyk.

Zleciało nie wiadomo, kiedy i wczoraj już odprowadziłyśmy Betty na lotnisko. Ehh. Nie lubię lotnisk i pożegnań ;/.

O, właśnie słucham sobie Korteza i w uszach mam „Od dawna już wiem”, przy której Agnieszka odwoziła mnie i Idę w październiku na PKS w Lublinie. Pierwsze takty i stopklatka – skręcamy w Ruską. Rany, ja to jestem sentymentalna.

Poszłabym spać, ale tak mi się dobrze siedzi.

Wyciągnęłam dzisiaj uwaga uwaga, druty. Mam ochotę nauczyć się przynajmniej podstawowych ściegów (czyli umówmy się, oczek prawych i oczek lewych oraz zaczynania i zakańczania :D). Mam w ulubionych fajny komin, cztery rzędy prawe, dziesięć lewych, i tak na zmianę. Ładnie się to wywija i układa i taki chcę, o.

A propos drutów, Ida się dzisiaj upomniała, że dlaczego ja nie szyję ubrań (tylko jak jakiś nerd, kupuję w sklepie :D). Otóż, córko kochana, dolna nitka się nie napręża tak, jak powinna, i szwy wyglądają brzydko, muszę szyć na drugą stronę, poza tym umówmy się, naszyć łaty to jedno, a uszyć sukienkę dla lalki to już zupełnie inna bajka. Jak byłam mała, tata mi szył sukienki i płaszczyki dla lalek, no ale tata skończył szkołę krawiecką, to wiedział, co i jak. Ja mam w głowie jakieś wyobrażenie, ale fachowcem nie jestem.

…zostań… do rana… Ależ on śpiewa. Ciary.

Męczy mnie kaszel, ale pani doktor dzisiaj orzekła, że nie ma się czym chwalić, zwykły syrop pomoże. Po dwóch tygodniach picia tego gówna, pardon, iberogastu, niestety, niestety, przyznaję, że działa. I, co dziwne, przestał smakować tak ohydnie, właściwie prawie niczym nie smakuje. Wypiłam już pół butelki – i dla pewności kazała wypić resztę, do zakończenia terapii. Mam nadwrażliwe wnętrzności i mam je sobie uspokajać iberogastem właśnie. Żeby on chociaż był na alkoholu…!

Syn mój pierworodny śmiertelnie się na mnie rano obraził. Wstał mianowicie 6:20, jak należy, ale „położył się jeszcze na chwilę”. Wbija mi 7:15 w piżamie do sypialni (od ósmej lekcje, pół godziny autobusem, optymista) i oznajmia, że boli go głowa, gardło i ma katar. Z miejsca poczułam się jak po dwóch kawach, a trzeba Wam wiedzieć, że kawy to ja nie pijam w ogóle. Ileż ja przegranych wojen stoczyłam o czapkę, szalik, zapinanie kurtki, oraz taki drobiazg, jak zamykanie okna na noc przy -7!! O nie! Powiedziałam mu, co na ten temat myślę, na ból głowy dorzuciłam wyłączanie komputera o 23 i młody widząc, że nic nie zwalczy, wycofał się, zanim wpadłam na jeszcze bardziej szatańskie pomysły. Uhhhh. (nawiasem mówiąc, czapki się nie nosi, bo się nosi słuchawki zakrywające uszy. Logiczne. Nie?? Szalika się nie nosi, bo bluza się zapina pod szyję (i odstaje od niej na pół metra))
W południe wrócił ze szkoły zdrowiutki, śladu infekcji nie było! Bąknął coś o usprawiedliwieniu tej pierwszej godziny – no bo będzie nie usprawiedliwiona!. Zastanowię się.

No dobrze, moi mili, udam się jednak spać, bo jak doświadczenie pokazuje, nic mądrego tu i tak więcej nie napiszę. W uszach wybrzmiewa walczyk Dla Mamy. To pa, śpijcie dobrze.

Noworocznie,

to śniło mi się, że mąż mnie dusił i rzucał się na mnie z nożem. A on mnie tylko budził, bo chrapałam. Chociaż, kto go tam wie…
Śniła mi się też oczywiście moja ostatnia korpo-pracunia. Raz poszłam do centrali, żeby mi chociaż kawałek biurka dali, żebym mogła rozłożyć laptopa i coś w nim ważnego robić, a drugi sen był taki, że jechaliśmy gdzieś TIRami, ciemną nocą, w środku lasu, i wszyscy pojechali w prawo, a ja w lewo i utknęłam z tym moim TIRem, bez możliwości wycofania czy zawrotki, a do przodu jechać było bez sensu. Ot, ciekawostka, skąd mi się wziął taki akurat sen, prawda.

Właśnie cofnęłam się w czasie o rok i dwa dni i przeczytałam notkę z postanowieniami na 2019. I wiecie co? Nie jest źle, może dlatego, że nie postanawiałam sobie schudnąć – i słowa dotrzymałam! 🙂 Ale:
– na siłownię chodzę, 2-3 raz w tygodniu. Teraz sobie do tego zredukuję cukier i dodam więcej warzyw. Przy okazji – rzuciłam mięso. Jak teraz patrzę, było ono takim zapychaczem dla mnie, jak nie ma pomysłu, to kurczaka na 9 sposobów i gotowe. Teraz trzeba pokombinować, przecierać nowe szlaki (nowe w rodzinie, internety są pełne inspiracji) i jest całkiem nieźle. Przymierzam się do tofu, jadłam raz w życiu jeszcze na studiach i kompletnie nie pamiętam tego smaku. Chociaż podobno tofu jest bez smaku i to jest jego wada i zaleta; może być zarówno fajną bazą, jak i kitem – plasteliną;
– jeść regularnie, hmmm… Tu jest jakby trochę gorzej, czyli mamy obszar do rozwoju!
– dbać o siebie – staram się, jak mogę. Biżuterię, zwłaszcza po historii z pierścionkiem, kupuję sobie sama. Dzięki przedszkolu Idy wstaję regularnie o 7 i w weekendy już koło 8 jestem na nogach. Ma to swoje zalety, panowie śpią, a my z Idą jemy niespieszne weekendowe śniadanie;
– wyciszać się – noooo, wam powiem, nie jest łatwo, chociaż nieustannie próbuję;
– drobne przyjemności – są. Patrz dwa punkty wyżej, ja sama wiem najlepiej, czego potrzebuję;
– garderoba uzupełniona, właściwie przypadkiem, dzięki wrześniowemu zaproszeniu na rozmowę o pracę; rzutem na taśmę sukienka, żakiet, dwie pary spodni, dwie eleganckie bluzki. Tylko teraz nie mogę schudnąć, bo znowu nie będę miała co na siebie włożyć!:D Nawiasem mówiąc, mój sweterek z Esprit przetrwał może ze dwa miesiące i zamienił się w malowniczą szmatkę. To by było na tyle, jeśli chodzi o „markowe” ubrania.
– odkładać telefon o 22 – yyy… yyy… Może poszukajmy czegoś realnego? 😉

Ogólnie, uważam, nie jest źle. Rok 2019 był generalnie do dupy, zdominowany przez męża nastroje, humory, fochy i pobyt w szpitalu. Na szczęście wyjazdy do Polski i tydzień w Genui pozwoliły na chwile wytchnienia. I nad morzem naszym polskim byłam! Ida do dzisiaj wspomina plażę w Genui i dopytuje, kiedy znowu pojedziemy nad morze, na plażę. Pojedziemy, i pewnie znów w okolice Genui, tylko nieco w bok, tam są plaże piaszczyste. A w ogóle to marzy mi się taka plaża, jak w Bułgarii, złoty piasek, niebieskie morze, płytka, czysta woda, piękna pogoda… Wspomnienia z dzieciństwa.
Z rzeczy fajnych, raz w miesiącu umawiam się z tutejszą znajomą na śniadania. W sobotę rano zabieram torebusię i idę do piekarza, oni tu mają takie fajne śniadanka: rogal, bułeczka, masło, dżem, ser, kawa/herbata, za jedyne 6,50. Siedzimy, gadamy, jemy, pijemy. Fajnie jest.
Aaa, oraz byłam na słownie JEDNEJ, i to po znajomości, rozmowie o pracę oraz znalazłam wolontariat (który jest tak do dupy zorganizowany, że w ogóle mi nie pasuje, ale póki co niech sobie będzie). Oraz znalazłam mentorkę, Szwajcarkę, z którą obrabiamy moje cv i trenujemy rozmowę kwalifikacyjną. Mogłoby się przydać w 2020.
Oraz – TELCa zdałam! Mam B2 na papierze, pardon, na certyfikacie i nikt mi tego nie odbierze. Swoją drogą, co ten język robi z człowiekiem, chciałam cetryfikat przez Z na początku napisać.

No dobrze, to co będzie w 2020?
– zainspirowana rozmową z kolegą, ograniczam cukier (dzięki, Paweł!);
– siłownię utrzymujemy na poziomie 2-3x w tygodniu;
– poznam lepiej działanie obecnego wolontariatu albo znajdę nowy, taki na wychodne z domu – i to jest plan na już;
– oraz muszę, absolutnie muszę iść do pracy, inaczej rozwiodę się z tym chłopem, chociaż w zasadzie jedno nie wyklucza drugiego. No ale póki co w kategorii postanowienia noworoczne pozostańmy przy pracy;
– to jest też rok, w którym chciałabym, żeby Ida przestała seplenić. Strasznie mnie to irytuje. Na dniach powinni mieć w przedszkolu wizytę logopedy, młoda dostanie skierowanie na zajęcia, w domu będziemy ćwiczyć dodatkowo i niechby poszło. Samej, bez fachowego wsparcia to o kant tyłka potłuc;
– No dobra, bo jak tu nie wpiszę, to znowu nie pójdzie: -1 kg miesięcznie. I nie ma, że boli. To i tak za mało o jakieś drugie tyle, albo i trzecie, ale zakładam plan minimum, co do którego wiem, że jest do zrealizowania;
– relacje z dziećmi są OK, trzeba o nie dbać na bieżąco. O relacjach małżeńskich nie będę się wypowiadać, najbardziej (albo i najmniej) zainteresowany usłyszał, co miał usłyszeć, piłeczka po jego stronie;
– chyba czas się rozwinąć twórczo i nie mam tu na myśli puzzli. Mam już nawet pierwsze zdanie: „Nie pojechałam na to wesele” :D:D:D.

I wystarczy. Jeszcze zobaczymy, co przyniesie sezon wiosna/lato i czy nie będzie kolejnej rewolucji, ale na razie jeszcze cisza w temacie.

Tymczasem w myśl, że nikt o ciebie nie zadba itd, idę sobie dolać wina. Bardzo dobre wino, muszę dokupić przed przylotem Betty.
Skrzynkę.

Rowerek

Pojechaliśmy po rowerek, samochodem. Najpierw do miasta, bo tam jest w samym centrum sklep rowerowy i tam się zorientujemy. (ja się orientowałam i 300 franków za rowerek jest poza moim budżetem, no ale zorientujemy się. dobrze.). Tramwajem kwadrans, samochodem pół godziny, bo miasta szwajcarskie nie są łatwe do jazdy, a mówiąc wprost, utrudniają życie kierowcom, jak tylko mogą. Znaleźć parking. Wjechać w ten parking. Nie przejechać pod prąd „tylko tego kawałka, żeby wjechać na parking”, bo wjazd jest wyprofilowany z tamtej strony, z której małżonka mówiła, żeby jechać, bo był drogowskaz. No, ale „tylko ten kawałek” do parkingu. Czekamy na mandat. Zresztą i tak było zamknięte. Następny parking, stąd już tylko dwa przystanki i jesteśmy pod sklepem.
W sklepie szeroki wybór rowerów dla dorosłych; dla dzieci dwa na krzyż. Potwierdziło się to, co mówiłam, czyli że 16 cali, a nie 20, bo ledwo 16 ogarnie bez bocznych kółek. Dobrze, że specjalista to powiedział, bo moje słowa się nie liczyły. Zatem 300 franków, wychodzimy.
Po straconej 1,5 godziny, jedziemy do Francji. Jeszcze tylko dojechać. No dobrze, udało się niemal bez przeszkód, lusterko na szczęście tylko wyskoczyło z plastikowej obudowy podczas cofania z miejsca parkingowego. Uff.
W sklepie szybka decyzja, sprzedawca tradycyjnie po angielsku mówi tylko troszeczkę, a na hasło, że niemiecki, obruszył się, jak by go mrowiskiem obsypać, więc robię za tłumacza. Znajdujemy rowerek, który spełnia większość naszych wymagań, odpuszczamy aluminiową ramę i zdecydowanie boczne kółka, bo pięć lat to już czas najwyższy.
– Chodźcie do Maca na kawę, z pracy dzwonili, to oddzwonię na spokojnie.
I nic to, że urlop. Tu „w razie czego zajrzę” oznacza „rzucam wszystko natychmiast bo praca praca praca”. Pospiesza Idę nad kanapką, szybko do samochodu, co, jeszcze do lidla?! Oczy wywrócone na lewą stronę, ale jakoś tego nie dostrzegam. Na parkingu gryzę się w język, żeby nie spytać, czy zarabia na mandat czekając na mnie na włączonym silniku. Tempo!
Ruszamy spod lidla, do domu 3 minuty.
– Wchodzisz do domu czy od razu odstawiasz samochód?
– Nie wchodzę.
Ale żeby czekając na mnie zadzwonić po młodego, żeby wyszedł po mnie, Idę, rowerek, fotelik i zakupy, to już zbyt wiele. Też mam oczekiwania!
Wydzwaniam młodego, pomaga mi ogarnąć klamoty. W domu cisza i spokój, herbata i lidlowa bułeczka z czekoladą z francuskiego ciasta. Należy mi się.

I po

świętach. Droga raz 20h, raz 15h, czyli średnia niezła. W Lublinie pyszny karp u teściowej, 2 kg uszek, 2 kg pierogów oraz 13 pozostałych pełnych dań na 11 osób, plus ciasta. Na drugi dzień metr pieczystego, już na 6 osób. Najpierw się nalatała, natargała, potem nagotowała, by na koniec („no jedzcie coś”, „może dam wam coś na drogę?”) rozważać wywiezienie 20 kg jedzenia do Brata Alberta. No, ale nie mówimy o jakichś reformowalnych osobach, tylko o mojej teściowej, u której w kuchni rządzą ręczna trzepaczka do ciasta i żeliwna maszynka do mięsa. Z uśmiechem powtarzam jej, że ma za to krzepę jak po siłowni, ona się cieszy i wszyscy zadowoleni. Powoli drugi bark dojrzewa do operacji, ale to jeszcze parę świąt musi oblecieć, żeby go tak porządnie zmęczyć.

W Radomiu było fajnie, rodzinnie, ciepło, i tylko mój mąż postanowił pokazać swoje prawdziwe oblicze. Z takim hukiem, że w nadchodzących latach dwudziestych nie spodziewam się, żebyśmy mieli spędzać święta razem, a przynajmniej – nie razem w Polsce.

Na święta przyleciała Karolinka, moja malutka siostrzenica, która nie wiadomo, jakim cudem wczoraj jeszcze siedziała mi na kolanach, miała pięć miesięcy i rwała się do spróbowania piany z piwa, a teraz wróciła już do swojego Erasmusa do Portugalii i szczuje zdjęciami z Sylwestra na plaży. Siostrzeniec ma kalendarz imprez zapełniony niczym Scarlett O’Hara karnecik taneczny – i w sumie to trafne porównanie: w styczniu ma trzy studniówki (czwarta się wykruszyła, pechunio!) oraz w lutym swoją. Rozsądnie, na swojej będzie już wszystko przećwiczone i na luzie, polonez sam nosem wleci.

Młody się przez święta przechorował, Idka kaszle jak kasłała (dzisiaj eksperymentujemy z syropem z marchewki), a mnie z okazji Sylwestra właśnie rozkłada. Puściło mi wszystko, co przez ostatni tydzień było na baczność i kazało trzymać formę, i jakiś wirus dopadł moją zmizerowaną odporność. Acha, dwie nieprzespane noce, mało żarcia i proszę, pierwszy raz zostawiłam kilogram obywatela w ojczyźnie. Ale spoko, odbiorę w kwietniu. Czy chwaliłam się Wam, moi drodzy Czytelnicy, że wyprodukowałam sobie na siłowni kilogram mięśni? Tymi rencami? Ha! Mam teraz taki szczwany plan, chodzić trzy razy w tygodniu i po miesiącu przepuścić się przez prąd ponownie, żeby zobaczyć, czy ten kilogram to jest osiągalny w miesiąc, czy jednak w pół roku.

Sylwestra, w związku z obecnie panującą atmosferą, świętuję hucznie, mianowicie zmieniłam obrus na stole i postawiłam na nim jakieś słodycze, czipsy i colę. Za chwilę będzie raclette, szczyt mojej dobrej woli, wina niech sobie każdy sam naleje.

Plan na Sylwestra 2020: iść na bal. Mam rok, żeby się dowiedzieć, z kim.

Święta za pasem

A mój pas się ostatnio nieco powiększył, więc do tych świąt mam jeszcze chwilę.

Nareszcie chwila spokoju w domu. Młody ma to po mnie i codziennie, wracając ze szkoły, dzwoni i pyta z nadzieją w głosie, czy jestem w domu, czy może mnie nie ma i miałby chatę dla siebie. Niby mieszkanie duże i zawsze można się gdzieś schować, ale to jednak nie to samo.

Z telewizora grają mi właśnie stare amerykańskie świąteczne piosenki, choinka stoi ubrana od weekendu, nawet girlandę kupiłam na to łyse okno i ozdobiłam bombkami i gwiazdami z torebek śniadaniowych, taki wypas! Nawet mąż pochwalił, że nie podejrzewał mnie o taki talent artystyczny. Cóż, sama siebie nie podejrzewałam, ale jeszcze potrafię posługiwać się klejem.

Ida zalicza właśnie pierwszy w sezonie katar z kaszlem. Poszłyśmy kontrolnie do pediatry, ale oznajmił, że płuca i inne podroby czyste, że dużo dzieci teraz tak kaszle, a katar minie koło maja najpóźniej, cierpliwości, matko, a tak w ogóle to dobrze, że choruje, bo buduje odporność. Budujące, jak ta odporność, doprawdy. Ale w zasadzie to wszystko się dzieje książkowo: rok temu młoda chorowała raz za razem, doprowadzając mnie do rozpaczy zapaleniem płuc tydzień przed świętami – mądra księga mówi: czterolatki tak chorują. Teraz ledwo co, mądra księga mówi: pięciolatki niemal wcale nie chorują. Proste.

Jesień, listopadową, ciemną i ponurą przetrwałam głównie dzięki Netfliksowi, co wieczór odpalając Przyjaciół. Jestem już przy ósmym sezonie, gdzie Rachel jest w ciąży. Jednym okiem oglądam, drugim gram w scrabble na telefonie, do tego herbata albo w wersji wypas czerwone winko, i się relaksuję. Wreszcie zaanektowałam fotel w salonie, bo skoro małżonek na kanapie ogląda rzutki/snookera/bundesligę/cokolwiek, to ja sobie uwiłam przyjemne gniazdko. A, i obowiązkowy punkt wycieczki, zaraz po położeniu Idy spać sama biorę szybką kąpiel i wskakuję w piżamę i mój ukochany nowy szlafrok, żeby cały wieczór móc się nim cieszyć. Wiem, głupie. Jeśli jeszcze ktoś tu się spodziewa mądrości, to nie tu, niech idzie do Wikipedii.

W listopadzie miałam jeszcze dużo czasu, a w grudniu dni uciekają jak głupie i musiałam sobie rozpisać w excelu, co, gdzie i kiedy, żeby niczego po drodze nie zapomnieć. A na 2020 wymyśliłam sobie planner. Najbardziej mi się podoba ten od Pani Swojego Czasu, ale 80 złotych, dajcie spokój. Wybiorę coś sensownego w empiku i niech mi służy.

Po niemal czterech latach, mam nowy telefon. S5 zajeździłam do zera, po drodze wymieniając baterię, co nawiasem mówiąc nie bardzo pomogło. Okazuje się, że konserwa jestem straszna, bo te nowe za cholerę mi się nie podobały, a już zakrzywienie wyświetlacza po bokach uważam za bezsensowne, niczemu nie służy, a ramka nie chroni go w żaden sposób. Wiadomo, mam już etui, a zaraz w Polsce dołożę do niego szkło hartowane i git.

Dwa dni zajęło mi ustawianie wszystkiego od nowa, tylko w pięciu apkach musiałam zmienić hasło, bo kto by to tam pamiętał, i hula jak złoto. Od razu zrobiłam sobie playlistę na siłownię skocznych, energicznych kawałków, żeby nie usnąć na orbitreku. I o dziwo, niemal wszystkie, stare, znane mi kawałki idą do kosza, bo są znane aż za bardzo, sprawdzają się za to aktualnie grane w radiu. Ze staroci broni się Dr Alban, Kylie zwana Minogą z jej Can’t get you out of my head. Najlepsza na wszystko jest natomiast Can’t remember to forget you Shakiry, o jak się przy tym szybciutko popyla! Do tego Avicii, Mando Diao i odkryta niedawno Billie Eilish z jej Bad Guy. Miodzio.

Co mi przypomniało, że wczoraj nie poszłam na siłownię, bo nawalają mi podroby. Lekarka nic nie widzi, stanu zapalnego nie ma, a mnie boli. Pewnie żołądek, bo i między łopatkami, i pod żebrami z prawej strony, i różnie. A może dwunastnica albo inne coś do kompletu, cholera wie. I niezależnie od tego, co jem i ile jem, na głodnego boli, po owsiance boli, nad ranem boli. Testuję różne wykluczające pomysły, i zobaczymy. Jak nie pomoże, to niech mi może zrobi usg; rok temu było wszystko czyste, ale rok temu bolało tylko trochę, teraz bardziej i częściej. Peseloza, proszę państwa.

Młoda rozwija się językowo, już nie pamiętam, kiedy ostatnio zapytała, jaki to jest kolor – zawsze pyta, jaka to farba. Operuje już prostym dialektem, nie mówi gut tylko guet, nie Blume tylko Blueme, z wyraźnym e, oraz namiętnie śpiewa coś w niemiecko-dziecięcym języku. Zresztą, co się dziecku dziwić, przed chwilą napisałam szkło hartowane, ale pierwsze skojarzenie to był przecież Panzerglass. Normalne.

No dobra, czas się zbierać do przedszkola po młodą.