Co to ja chciałam

Pozwolenia na pobyt stały dostaliśmy. I tak dla tubylców jesteśmy scheiss Ausländer, ale co tam. Już nas trochę trudniej stąd wykopać.

Styczeń się ciągnie jak guma do żucia, nigdy nie rozumiem, co wy macie do listopada, kiedy to styczeń jest wszystkiemu winien. I co z tego, że zaraz marzec, jeszcze w kwietniu spadnie śnieg, zobaczycie!

Mama przylatuje. Po trzech latach od wygnania! Postanowiła, że w tym roku umrze (bo jej babcia umarła mając tyle lat, co ona teraz, nie pytajcie o sens), więc umrze, ale zanim umrze, to przyleci się pożegnać. I już nie będzie głaskać lwa, którego się głaszcze, żeby tu wrócić, bo patrz punkt pierwszy. Przeszła na ostrą dietę eliminacyjną z okazji cukrzycy i nie je większości rzeczy, które jadała do tej pory, nie wiem, może ją spytam, czy by sobie nie zrobiła wyjątku od tej diety? Podobnie, jak ja miałam zrobić wyjątek od rzygania mięsem w ubiegłe wakacje. No zobaczymy.

Wiem, wiem, humor mam jeszcze bardziej wredny niż zwykle.

Fajnie, że przylatuje, czekamy. Najbardziej młoda, która wymalowała transparenty i już czeka w blokach startowych na lotnisko, poza tym ma daleko idące plany robienia z babcią na drutach, szycia na maszynie, bycia przez babcię zaprowadzaną i odbieraną ze szkoły itd. Babcia z ulgą wróci do domu, coś mi się wydaje.

W pracy posezonowa cisza, ale to taka, że w uszach trzeszczy. Rysuje się jednak jakaś nadzieja na horyzoncie, chwilę jeszcze poczekam. Niemniej byłoby miło, gdyby szefowa zamartwiała się o przyszłość firmy aktywnie szukając rozwiązań, ale nie na siedmiu urlopach w ciągu roku, tylko może, nie wiem, nawiązując nowe kontakty? Rozważając całkiem sensowne pomysły, które podsuwają jej podwładni? Nie wiem, gdybam tylko, ale co ja się tam znam.

Młody przy -5 w nocy nosi wiosenną kurtkę na t-shirt i całoroczne buty. Oszaleć można. Do otwartego okna w nocy w jego pokoju już przywykłam.

Młoda nam się wyrodziła i mocno interesuje się wiarą, religią i ma takie filozoficzne uwagi, po których zapada cisza, bo nikt nie wie, jak jej odpowiedzieć. Zawsze mówię, że religia w szkole i bajki z wróżkami i magią to zło. A propos, dopytuje, kiedy jest msza w kościele, bo może byśmy poszły. Jaaasne.

Młody leci na tydzień ferii do Polski. Sam! Ale ja już też mam klepnięty urlop, i to nie jeden, a trzy i czwarty w planach. A co, też chcę się poczuć jak szefowa.

Skończyłam Ginny i Georgia na Netflix. Bardzo bardzo polecam.

Jakoś mi dzisiaj nie idzie. To dobranoc.

Najlepiej

Wigilie na cztery osoby są do kitu. Nie pogadasz, co u ciebie słychać, bo widzisz tego kogoś na co dzień. Życzenia opłatkowe trwają w porywach do pięciu minut. Barszcz z pasztecikami, łazanki z kapustą, ryba po grecku z rybą*, sałatki, śledzie, ile można jeść. Po czterdziestu minutach było po Wigilii – wtedy Ida musiała koniecznie wyjść przed blok, wypatrywać świętego Mikołaja, bo na Flight Radarze to za mało. Po powrocie do domu – co za przypadek! Okazało się, że pod choinką czekają prezenty.

Święta minęły leniwie i spokojnie. Zrobiłam sałatkę gyros oraz przelatującego kurczaka (to nasza rodzinna nazwa na sałatkę z piersi kurzych posypanych solą ziołową i obsmażonych, pekinki, marchewki i żółtego sera startych na małych oczkach, w majonezie z ząbkiem czosnku. Całość należy posypywać grzankami i zjadać i nawet ja, której kurczak zatrzymuje się w przełyku i nie chce iść dalej, jadłam z przyjemnością). Dzieci tańczyły do Just Dance, oglądaliśmy Kevina, Vinci i co tam jeszcze telewizja dała. Strzałem w dziesiątkę było zamówienie ciast, wszystko świeże, pyszne, pięciu ciast bym w życiu na święta nie upiekła, bo ani to piec pięć blach, ani robić z 1/4 porcji każdego, a tak to jest wieczór w Szczepana i został nam po kawałeczku orzechowca i makowca. Na jutro została jarzynowa i ryba po grecku, plus pasztet, który wyszedł mi taki dobry, ale to taki dobry!! Mieliśmy w planach ambitnie zrobić dziś na obiad fondue, ale nie było śmiałka, który by ten pomysł przypomniał :). Na szczęście fondue ma datę ważności do początku stycznia, przełożymy więc to danie na przyszły weekend.

Bagietki nie zjedzone do fondue pokrojone i jutro przemienią się w bułkę tartą. Owoce z kompotu z suszu dosłodzone i pocynamonowane zawekowałam i zużyję do najbliższej szarlotki. Barszcz czerwony, gotowany pierwszy raz w życiu (z przepisu Gesslerowej) wykończyliśmy dzisiaj, zagryzając pasztecikami francuskimi. Cieszę się, że nie narobiłam za dużo jedzenia i że do środy zniknie reszta.

Ida każdej potrawy spróbowała, jeść nie chciała nic. W wieczór przed Wigilią znowu zaczęła kasłać, od razu wkroczyłam więc z syropem i ibupromem. Ale jabłecznika zjadła trzy kawałki i pytała o jeszcze, oraz wciągnęła kopytka, więc chyba nie jest tak źle. To dziecko po prostu nie zgłasza głodu.

Bardzo w te święta odpoczęłam. Pewnie, że gdyby grafiki się poskładały, poleciałabym do Polski, bo z całą dużą rodziną spędza się święta zupełnie inaczej, zwłaszcza, że Ida jest dzieckiem, tak ufnie wierzącym w magię świąteczną 😉 . Niemniej, ten odpoczynek był mi bardzo potrzebny. Wyspałam się. Zrelaksowałam. Poszłam wczoraj na spacer, przeciążona jedzeniem :). Było spokojnie, razem, bez napinki i bez nerwów. Dzieciaki tańczyły, oglądały Park Jurajski. Ja czytałam książkę i sączyłam limoncello lub Baileysa, albo białą herbatę, których wybór dostałam od syna na Gwiazdkę. Wczoraj nawet zafundowałam sobie relaksującą kąpiel z musującą kulą i książką.

Mieliśmy plan gdzieś się ruszyć po Nowym Roku, jako, że mam urlop, ale +17 stopni (a tyle zapowiadają na Sylwestra!) to słaby prognostyk na narty. Chciałam gdzieś w góry, bo dzieci by pozjeżdżały, stary by pochodził, a ja bym miała relaks ogólny, ale stoki dla dzieci są niżej, a niżej jest ciepło i tak o. Ubiegłoroczny sylwestrowy Liechtenstein wspominam bardzo miło, mieliśmy wspólny salonik, zajadaliśmy się lokalnym serem i popijaliśmy lokalne piwo, zaśmiewaliśmy się do rozpuku z Jasia Fasoli, w dzień zwiedzaliśmy Vaduz i było git. Teraz nie wiem, może jakiegoś lasta wymyślę.

Póki co od wczoraj pada mniej lub bardziej, ale cały czas, dobrze, że udało mi się wczoraj przewietrzyć.

A jutro do pracy 😉

*Ryba po grecku z rybą zostanie już z tą nazwą na zawsze w naszej rodzinie. Pewnej Wigilii mama zachęcała zięcia, żeby sobie dołożył tej ryby, na co szwagier: a to tam jest ryba? Jadł same warzywa i jeszcze chwalił! Od tamtej pory co roku upewniamy go, że jest ryba po grecku z rybą 😉

Święta, święta,

A nie, jeszcze nie.

Posprzątane mam gdzieniegdzie, gotowanie dopiero się zacznie. Mam kołomyję w pracy, paniusie rozjeżdżają się po świecie, a ty Kasia jakbyś mogła odebrać klucze, odebrać klienta, odebrać karmę dla jego psa, to, tamto… Najlepiej w piątek o szesnastej, mać. No ale co, nie odmówię, to jeszcze moje godziny pracy, nie mam wyjścia, chociaż w planach miałam już wtedy rybę po grecku oraz jarzynową.

W domu stabilnie. Młody zaczął się trochę ruszać z domu, a to firmowe eventy mniej lub bardziej oficjalne, a to do kina z kumplami albo walki oglądać. No i nareszcie, przez pandemię najlepsze lata przesiedział w domu. Chociaż nie powiem, żebym chodziła zanadto wyspana – podświadomość i tak nie pozwoli zasnąć.

Młoda dalej wierzy w Mikołaja! Osiem lat prawie. Ostatnio opowiadała, że pani na religii mówiła, że w niektórych krajach ludzie sobie wzajemnie dają prezenty (no ale przecież nie u nas, u nas przynosi mikołaj, prawda). Oraz wróciła ze szkoły spłakana, bo co, jeśli koledzy z klasy mieli rację i mikołaj nie istnieje?? Napisała nawet kolejny list do świętego, już na przyszły rok, zamawiając jakieś zabawki i dopytując, czy Rudolf istnieje. Oglądałyśmy w ubiegły weekend Kronikę świąteczną i magia świąt oraz widok przemieszczającego się błyskawicznie mikołaja utwierdził ją tylko w jedynym słusznym przekonaniu. Kompletnie nie mam pomysłu na podrzucenie prezentów pod choinkę.

Małżonek ma szansę na więcej czasu w biurze, ku uciesze małżonki, bo firma planuje otworzyć biuro w Bazylei. Ja go wykopuję z domu, jak mogę, on trzy lata siedzi w domu! Czasem siłownia, czasem spacer rodzinny, już go nawet na zakupy nie zabieram, bo młody kierowca rwie się pierwszy. A ten ma tylko trasę komputer – telewizor – playstation i nic poza tym. Niech idzie do biura, do ludzi, nawet na pół dnia.
Rrrany.

W mojej pracuni wyniki są takie, że chyba 2023 będzie znowu rokiem wyzwań zawodowych. Zaraz po Nowym Roku odświeżam CV i profil na LinkedIn, bo nie wiem, czy jest jeszcze na co czekać ;/. Zwłaszcza, że i układ sił się zmienił, nowych klientów nie ma, więc nie jest za wesoło. Szefowa ma sto pomysłów na minutę, z czego najlepiej jej wychodzą urlopy, prawda. No nic, mam nadzieję, że jeszcze pamiętam, jak to się robi.

Póki co idę po młodą na basen. Wróciłaby sama, ale jej wysuszenie włosów państwową suszarką zajęłoby ze dwie godziny, a instruktor też chce iść do domu. Zgarniam ją więc za bramki i suszę w dowolnej garderobie. Tak jest szybciej i instruktor uwolniony.

To co, kochani, zdrowia i pomyślności na te Święta i caluśki Nowy Rok.

I na dokładkę

Dzisiaj w nocy byłam w centrum handlowym, które wyglądało jak mieszkanie Jaskiniowców. Musiałam z niego szybko jechać do Najlepszej z Kadrowych, bo mi przysłała zdjęcie, że A. już jest i że czekają. Patrzę na telefon – jest 22:18, kurczę, ja już od trzech godzin powinnam u niej być, a tu zawraca mi głowę jakiś kochanek! Tenże zamienił się w pięknego niebieskiego ptaka i razem ze mną i Idą przy boku mknął do Agi. Wbił mi się w paznokieć, więc poprosiłam, żeby może nie przesadzał i przyczepił się jakoś mniej inwazyjnie. U Agi zobaczyłam, jak tańczy ona, Ida i kot, wszyscy jeden za drugim. Nie widziałam, jak tańczą, widziałam ich cienie na ścianie. Idy cień był cieniutki jak różowa pantera.
AAA Zamienię się na głowy, pilne.
A w ogóle to chciałabym spać jak w narkozie (ostatnio miałam gastroskopię usypianą). Dostajesz w żyłę i zapadasz w tak cudownie głęboki, twardy sen! Wcale nie chciałam, żeby mnie tak od razu budzili.

I tylko, cholera, nie wiem, kim był ten kochanek!

Sny

Męczą mnie ostatnio. Nie dość, że sypiam mocno takse, to jeszcze one.

Najpierw śniło mi się, że mama zmarła. Dowiedziałam się – i nagle niebo poszarzało, wszystko zrobiło się czarno-białe, a ja w rozpaczy, smutku i beznadziei zadawałam sobie pytanie, to jak teraz żyć?

Potem śnił mi się tata. W czerwonej kraciastej flanelowej koszuli, której w życiu na nim nie widziałam, lewe ramię miał albo schowane w koszuli, albo nie miał w ogóle lewej ręki, przechodził obok mnie dość szybko, pochylony do przodu, energiczny i o coś bardzo zły, bo w ogóle na mnie nie spojrzał. Minął mnie tuż obok, mało mnie nie potrącił tym brakującym ramieniem, ale nawet głowy nie podniósł.

Dzisiaj śniły mi się koty. Konkretnie martwe koty, które wiozłam samochodem do mamy (jechałam po trawniku przed blokiem, spoko), i nie wiedziałam, jak je mam wyjąć z samochodu. Jeden, piękny, biały, leżał na tylnym siedzeniu, drugi, ciemny, pod fotelem pasażera. Trochę się bałam je dotknąć.
Głowo, daj żyć.

Poza tym wszyscy zdrowi, prawda.

My z Idą kaszlemy, tak a propos, ona z podziębienia (podroby czyste), ja z refluksu, od paru miesięcy. Nie polecam.

Święta za pasem, zostajemy w domu, bo wypadają idiotycznie. Święta powinny być nieruchome i wypadać zawsze wtorek – czwartek. W tym tygodniu upiekę pasztet, ciasta zamówiłam, łazanki z kapustą mam, w planach ryba po grecku, gyros, śledzie, jarzynowa, na obiad będzie fondue a drugiego dnia pojedziemy do Francji na jarmark świąteczny i obiad zjemy tamże. Dokupić wino i bagietkę i zrobione.

Choinka stoi już ze trzy tygodnie, co będę dziecku choinki żałować, skoro sama lubię. Kupiłam sztuczny śnieg i Ida walnęła pięknego bałwana na całe okno balkonowe :).

Z innej beczki, w biurze mamy stary budynek ze starą instalacją i z rana jest rześkie 14 stopni. Gdy wchodzę, w ciepłej kurtce i po szybkim tempem spacerze, jest mi nawet ciepło, ale gdy się już rozbiorę i zrobię herbatę, nagle żałuję, że mam na sobie tylko pięć warstw ubrania. Podkręcam kaloryfer na maksa, ale czy na dwójkę, czy na piątkę, temperatura jest taka sama. Któregoś popołudnia, po kilku godzinach, doszło do 18 stopni! Jaka szkoda, że akurat już wychodziłam, no naprawdę.

W związku z tym, jako że jutro mam pracę koncepcyjną, czyli „odwalmy kolejny kawałek roboty za szefową, żeby mogła jechać odpoczywać na siódmy urlop w tym roku”, oświadczyłam, że jutro pracuję z domu. Bo na co mam jechać na pół dnia do biura, jeśli nikt mnie tam nie potrzebuje, a potem w domu robić dalej to samo, skoro mogę sobie posiedzieć w domu i wyjdzie na to samo, a cieplej. I obiad przy okazji się ugotuje. Brat odprowadzi siostrę do szkoły i będzie git (mimo, że chodzi sama, rano idziemy razem, bo w tę samą stronę, a jest u nas godzinę ciemniej niż w Polsce, więc tym bardziej razem).

Rozłożyłam puzzle 2000 elementów, więc teraz wstawiam pralkę i zmywarkę (chwalmy tanią taryfę, tak szybko ją od stycznia zlikwidują!) i idę układać. Muszę się uwijać, bo nie bardzo jest gdzie jeść :):).

A co u Was?

A propos

pralki, to chyba ją naprawiłam. Pompa dalej zdycha, ale powoli. Czka, ale idzie dalej, jeszcze. Natomiast ja wczoraj do mycia włożyłam między innymi pułapkę na muszki owocówki. Pułapka składa się z gęstego płynu do naczyń (coś jak Ludwik) i odrobiny octu jabłkowego, nie miałam jabłkowego, dałam coś podobnego, grunt, że zadziałało, muszki się topiły jak wściekłe. Przez noc wszystkie poszły się myć i problem z głowy.
No a kolejnego dnia dałam ten płyn do naczyń do zmywarki i się zrobiło tyle piany, że już biedna maszyna nie zdzierżyła.

😀

Oraz po dwóch przedpołudniach w 17 stopniach i po delikatnym przewianiu na dworze („tylko się przesiadam” oraz „to blisko”), coś mnie zaczyna rozbierać. No pięknie.

Kwiat lotosu

To ja dzisiaj, ale dopiero wieczorem. Wróciłam z jogi wyluzowana jak kurczak w rosole i spokojna, nawet mąż oświadczył, że jestem miła! Chyba muszę mu przypomnieć, jaka ja jestem niemiła, bo ewidentnie zapomniał.

No, zatem dopiero wieczorem, bo w ciągu dnia delikatnie szefowa podniosła mi ciśnienie. Wiecie, to już dwa lata i miesiąc miodowy dawno minął, teraz się okazuje, że ten pan młody to nie taki przystojny ani za bogaty, oczy się przeciera ze zdumienia, żealejakto.

Niemniej trudno się mówi, obliczyłam sobie jeszcze ze dwa lata tutaj, żeby się nie zasiedzieć, porozwijać się w międzyczasie i iść zarabiać normalne pieniądze.

Zmywarka znowu się psuje, oszaleć można. Pompa znowu siada. Dawno ich nie było, ci macherzy od AGD powinni na naszym osiedlu zamieszkać, ciągle ich widuję, do naszej zmywarki byli raz, do piekarnika trzy, a minęło sześć lat raptem jak tu mieszkamy po generalnym remoncie. No nic, umówię panów i niech zajrzą.

Weekend był relaksujący, nawet biorąc pod uwagę Alanków na Herbstmesse. Znowu jakieś histerie odstawiał, płacze, ryki i szantaże, tatuś tylko skomentował, że chyba go rozpuścili. No, chyba.

Miałam przemiły dialog z mamą Alanka, naprawdę, doceńcie, że język mam cały pogryziony oraz że Alanek dawał czadu, to nie byliśmy cały czas zbyt blisko nich. Otóż dzieci przejechały się kolejką (z tatusiami, bo to pokręcone było bardzo) i chciały jeszcze raz. Alanek w ryk, że on chce jeszcze raz, ale on nie będzie czekał w kolejce, on chce już! Jak nie, to on nie jedzie, co za strata doprawdy. Ida by chciała, ale nie ma chętnego, żeby z nią wsiadł. My odpadamy, Alanek na hasło, że jego ojciec pojedzie z Idą, wpada w histerię. Mama Alanka chcąc załagodzić sytuację, pyta mojego młodego:
– Bądź dobrym bratem, pojedź z siostrą!
Ja na to bez zastanowienia:
– Bądź dobrą ciocią, pojedź z Idą!
– A, ja to nie!
– No właśnie, on też nie.
Spadówa.

Pod koniec tylko dodałam, że jeszcze tylko Piotrusiowi muszę kupić balonik i wracamy. Rzadko kiedy odpuszczam takie okazje i nigdy nie twierdziłam, że mam dobre serduszko 🙂

Herbstmesse się szczęśliwie skończyło, co pomoże odetchnąć naszym finansom przez chwilę. Za dwa tygodnie zaczyna się natomiast Weihnachtsmarkt, czyli jarmark świąteczny, gdzie nakierowani zostaniemy na kupowanie bombek na choinkę, drobnych prezentów oraz większych ilości grzanego wina z szusem, czyli wkładką, czyli amaretto. Mam nadzieję, że będzie mroźno 🙂

A propos mroźno, to szefowa, która jest po jedynie sześciu urlopach w tym roku, a przed siódmym, i zapewniam was, że nie jeździ pod namiot, zarządziła oszczędzanie prądu i ogrzewania, w związku z czym w biurze dzisiaj było 17 stopni. Mamy biuro w starym budynku, po weekendzie jest taki hyś, żeomatkobosko. W piątek po południu zamknęłam drzwi do kuchni i konferencyjnego,i jak weszłam dziś rano zrobić sobie herbatę, było dobre dwa stopnie mniej. A w domu bez żadnego ogrzewania mam 22,5-23 stopnie. Budynek po remoncie, ściany grube i solidnie obłożone styropianem, i mimo, że na dole mamy piwnice, jest ciepło. Dla mnie te 23 to już za dużo i oczywiście wietrzę, na co mój mąż warczy, że wietrzę, za to na noc przykrywam się kocem, bo mi zimno, ale wracając do naszych baranów, to coś mi się wydaje, że będziemy więcej na home office tej zimy, albo przepalimy kaloryferami szefowej ósmy urlop!

Kupiłam sobie autobiografię Matthew Perry’ego. Idę czytać.

Piątunio

Tęskniłam.

Po feriach jesiennych – a może w ogóle przez całą jesień – strasznie opadłam z sił. Sflaczałam. Doszło do tego, że kładłam się zaraz po tym, jak położyłam młodą spać, i parę razy zdarzyło mi się usnąć przed 22. Myślałam, że to już starość, ale nie, na starość się nie śpi. Jak można i dzieci nie budzą, to się nie da.

A propos śpi, wczoraj Ida wstała późnym wieczorem na siku. Poszła jak koń dorożkarski prosto do naszej sypialni, ja wołam, że jestem tutaj, w salonie, a ona, że OK, ale że ona tylko siku i dalej wbija do sypialni. Na szczęście zdążyłam ją przekierować do właściwego pomieszczenia.

Z okazji piątku zabrałam młodą na przegląd dentystyczny i spieszę donieść, że wszystkie zęby ma zdrowe, bez śladu próchnicy. Nabudowało się natomiast trochę kamienia, więc Ida miała pierwszy kontakt z wiertłem, na szczęście na luziku, po kamieniach. Dostała przykazanie myć zęby pionowo, a nie poziomo. Poziomo odsłania się szyjki zębowe. Ogólnie bdb.

Teściowa dzwoniła przedwczoraj, że co u nas słychać, bo się dawno nie odzywałam. No, nie odzywałam się, musiałam odreagować (naprawdę? naprawdę lubisz zapach bukszpanu?? przecież to śmierdzi jak kocie siki, ty wiesz w ogóle, jak kocia kuweta pachnie? – i tak parę razy, żebym nie zapomniała, dlaczego mam w najbliższym czasie nie dzwonić). Jakoś się rozmowa nie kleiła, u nas wszyscy zdrowi, ona się przeleciała po cmentarzach i zupełnie nie wie, od czego ją noga boli, no to pa pa. Chyba jej na cmentarzu kiedyś bukszpan posadzę.

W pracuni atmosfera nieco siadła, koleżanka wypromowana latem usiłuje być największym kujonem w klasie i zachowuje się nieładnie. Niby mówi to samo, co szefowa, ale nie jest to tak samo, a różnica w odbiorze jest ogromna. Mejl od niej brzmiał mniej więcej tak: Właśnie się dowiedziałam, że jesteś chora i bardzo mnie to zmartwiło. Jako że to jest nasz nowy bardzo ważny klient, Kasia z radością (jasne… nawet mnie o zdanie nie zapytały) przejmie go do czasu jego przeprowadzki. Życzymy ci szybkiego powrotu do zdrowia. Natomiast e-mail od szefowej zabrzmiałby tak: Bardzo mi przykro, że się rozchorowałaś! Twoje zdrowie jest najważniejsze, zadbaj o siebie, wypocznij i wróć, jak tylko będziesz się czuła na siłach. Niczym się nie przejmuj, twojego klienta przekazałam chwilowo Kasi, ale gdy tylko wrócisz do zdrowia, będziesz kontynuowała jego relokację. Życzymy ci zdrowia i do zobaczenia wkrótce. Prawie to samo, a jak bardzo inaczej. Dokładając do tego fakt, że nowo promowana ułożyła cały scenariusz do spółki z szefową, i nie pytając mnie o zdanie, a chorą koleżankę informując takim dość oschłym mejlem, wyszedł niezły kwas. W poniedziałek team meeting, ciekawe, jak będzie.

Po pięknej złotej szwajcarskiej jesieni nastał listopad, co w połączeniu ze zmianą czasu dało ciemność za oknami już przed 18. Rano o 7 jest jeszcze widno (przypominam, jesteśmy niemal godzinę na zachód w stosunku do PL), ale po południu jest ciemnica.

W ubiegły weekend zaczęło się Herbstmesse, jedyne w Szwajcarii (od 550 lat) świętowanie niczego, czyli wesołe miasteczka, karuzele, stragany ze słodkościami, grzane wino itp. Spędziliśmy dużo czasu i pieniędzy, bawiliśmy się świetnie. Pierwszy raz w życiu zaliczyłam młyńskie koło – i okazało się, że nie jest aż tak strasznie wysoko, raptem w okolicach wieży katedry ;). Młoda poszła sama na swobodne spadanie! Na szczęście nie na takie czterdziestometrowe, ale i tak szacun. Idka w ogóle nie ma lęku wysokości, nie straszne jej żadne mosty ani wspinaczki (ostatnio spytała tatusia, kiedy zabierze ją na zimową wspinaczkę, bo ona by chciała raki, liny i takie tam atrakcje). Przy kasie stanęła tylko przy miarce, załapała się wzrostem, upewniłam się, że chce, i poszła. Wróciła zadowolona oraz było ekstra, mamo!

Na kolorowe jarmarki poszliśmy z Alankiem i jego rodzicami. Byliśmy bardzo dzielni i jakimś cudem udało nam się obejść wszystkie miejscówki w mieście. 10 h spaceru, rany boskie. Mąż sobie kupił kapelusz (no dobra, żona mu kupiła, i rękawiczki, kasując sobie z listy świąteczny prezent, no pięknie), Ida wygrała jakieś drobiazgi na atrakcjach. Nazajutrz wróciłyśmy na trampoliny, bo gdy do nich dotarliśmy – a wiadomo było, że młoda będzie chciała – kolejka była na godzinę; w niedzielę w południe jedynie kwadrans. Pod wieczór się ochłodziło i można było wypić grzane wino albo i zimne piwo, po całym dniu z Alankami było mi już w zasadzie wszystko jedno.

Alanek przed wyjściem z domu zrobił matce scenę o coś i z rozpaczy rzucił się na ziemię. Matka skomentowała, że no pewnie, jeszcze się w głowę uderz!, na co on wycelował w jakiś kant i draka dopiero zaczęła się rozkręcać. Natomiast uspokoił się na hasło, że zostanie w domu i ominą go wszystkie atrakcje, ogarnął się i jednak poszedł. Gdybyście więc szukali najstarszego dziecka rzucającego się na ziemię, to voila: ośmiolatek. Potem jeszcze tylko płakał, bo nie chcieli mu kupić pluszaka za 50 franków, płakał jak wyszedł z domu strachów (wiedział, gdzie wchodzi, poszedł z ojcem, ale i tak mu było za dużo), jeszcze parę razy po drodze. Na pocieszenie po ciężkim dniu dostali oboje od mamy Alanka po baloniku z helem, niestety mój protest po grzanym winie wypadł zdecydowanie zbyt grzecznie, ale może dlatego mama Alanka się jeszcze do mnie odzywa. No kurde, balonik, ośmioletnim dzieciom, to nawet nie zabawka, a rzecz, która robi dokładnie nic. Popukaliśmy się z małżonkiem w czoło, bo na hasło przy młodej to kupię i dla niej, ale dlaczego nie, to będzie prezent od nas, opadły mi już wszystkie czułki.

Alanek jako że ma złamaną rękę, co prawda bez gipsu, tylko przywiązaną do szyi, ale jednak unieruchomioną, nie ze wszystkich atrakcji mógł skorzystać. Jeśli gdzieś szedł, to z tatusiem, a jak raz usiedli z młodą na karuzeli takiej z kucykami, gdzie oprócz kucyków były np. ławki (jak ławki w parku, z oparciem) – huśtawki, to tatuś poszedł dziecko na takiej ławce posadzić, bo on sam, tak z jedną ręką to nie usiądzie. Yyyyyy… No ale oni go przez ten czas złamania ubierają, ciekawe, czy sam je…

Tymczasem początek kolejnego weekendu. Młody pojechał ze znajomymi do Zurychu na koncert, właśnie (22:00) zameldował, że wyszli. Całe szczęście, bo było przewidziane do max 22:45 (ale to chyba godzina zamknięcia klubu już) i już patrzyłam na powrotne pociągi. A tak to kulturalnie ma szansę wrócić w okolicach północy i nie będzie musiał nocować w poczekalniach. CHYBA :D.

A! Włosy mi się zaczęły kręcić na starość. Nigdy nie były proste jak druty, zawsze były podatne, nad czołem układają mi się w doprawdy uroczą falę Dunaju, a tu normalnie sprężynki na mokro. Na sucho po kilku godzinach zrobiło się po prostu dużo siana, w porównaniu do wcześniejszych stylizacji, gdzie miałam mało siana na głowie. Jedna znajoma uprzejmie donosi, że jej się tak zaczęło robić równolegle z Hashimoto i że to może być tarczyca (pierwsze skierowanie w internecie: sprawdź tarczycę :D). No nie wiem, to ta starość po prostu chyba. A szopa na głowie wyglądała przedziwnie ale fajnie :-).

W weekend ma być 12 stopni i deszczyk, jutro rano szybkie zakupy i barykada w domu na dwa dni. Nie ma głupich, nigdzie nie idę! A w niedzielę upiekę sernik, o. Do Wielkanocy jeszcze daleko, ale chodzi za mną taki z kratką i lukrem na wierzchu (kupić limonkę!). I zaniosę do pracy kawałek, niech zobaczą, jak smakuje porządny sernik, a nie to coś na quarkach, co oni jedzą.

Jest 23 (przestawiałam paragrafy :D), młody jeszcze nie melduje się z pociągu, ostatni sensowny i bezpośredni odjeżdża o pierwszej, to chyba zdążą.

Dobre!

– powiedziała teściowa próbując mojej zupy jarzynowej na wodzie. Jej ton był tak pozytywnie zaskoczony, że w zasadzie powinnam się była obrazić.

Ferie jesienne były intensywne. W Bawarii niby tylko cztery dni, i pół, bo ruszyliśmy w czwartek po pracy, ale cały czas jeździliśmy, zwiedzaliśmy, oglądaliśmy. O 21:30 padaliśmy spać. Jeżdżenia byłoby mniej, gdyby małżonek znalazł czas na zarezerwowanie biletów do zamków w Schwangau oraz noclegów wcześniej niż dwa dni przed wyjazdem, więc chwilami było tak, że nocleg pod zamkiem, a zwiedzanie w Monachium, bo akurat tam były bilety, a tu nie było, no ale co zrobić. Najważniejsze, że udało się wszystko zwiedzić. A było co oglądać!

Bawaria cudowna, zamki złote, a bynajmniej nie skromne. Legoland…! Rany, to mój powrót do dzieciństwa, byłam równo 30 lat temu w duńskim Legolandzie i ależ mnie złapał sentyment. Młoda szalała ze szczęścia. Nie chodziła – skakała. Nie mówiła – krzyczała. Tak szczęśliwej nie widziałam jej jeszcze nigdy w życiu. Pogoda nam dopisała, była ciepła, słoneczna, złotem, nomen omen, kapiąca, jesień. No i bawarska wieś, chałupy jak trzy stodoły, nie garaże tylko parki maszynowe dla wielkich jak czołgi maszyn rolniczych. Bogato.

Monachium piękne, rany jaka starówka! A jakie piwo…;) Wakacje życia, jak to określiła teściowa, i chyba dużo się nie pomyliła.

Teściowa w ogóle nie z tych, co by się pomyliła. Ona generalnie jest uprzejma i w tej uprzejmości nie przestaje się dziwić światu. Marceli Szpak normalnie. Ja to nie piorę w automacie, bo w automacie ubrania blakną, a ja mam takie bluzki, które od dwudziestu lat są jak nowe. Nie, że to słabej jakości barwniki i tkaniny, to ta pralka. Ma takie macki i wyciąga co smakowitsze kolory z ubrań. Na koniec pobytu przypadkiem pokazałam teściowej czarny shirt prany niemal codziennie od pięciu lat, i nadal czarny jak noc. Nie pomogło, wie lepiej. Gdyby zobaczyła, że kaszmirowy sweter wrzuciłam do pralki na stosowny program, dostałaby zawału. No nienawidzę jakiegokolwiek prania w rękach, a od tego mam pralkę, żeby za mnie robiła.

Setki maleńkich szpileczek. Niby życzliwe zainteresowanie, ale takie, żeby ci w pięty poszło, bo jak możesz tak robić.

Najweselej było, jak rozmawiałyśmy o zużyciu prądu i na czym by tu można zaoszczędzić. Otóż lodówki dwudziestoletniej nie wymieni, bo ona jest za dobra. Bo kiedyś dwa razy zostawiła uchylone drzwiczki na cały dzień i się lodówce nic nie stało. Nie wiem, czego oczekiwała, że się rozleci na kawałki? Dzisiejsza lodówka by jej po minucie zaczęła wyć i nie byłoby mowy o zostawieniu nie domkniętych drzwiczek. Ale wiadomo, nie mam prawa się znać. Męczące to jest na dłuższą metę (na dłuższą niż rozmowa telefoniczna :D), ale w końcu to był mój pomysł, żeby przyleciała. Odpokutowałam więc :).

Natomiast z Idą dogadywały się bezbłędnie, babcia jej czytała na dobranoc Heidi, którą jej przywiozła, szydełkowały, pojechały razem we dwie na wycieczkę (Mamo! Nigdzie się nie zgubiłyśmy!!), babcia w ogóle chwaliła wnusię, że mądra, rozumna, rozsądna i tak dalej. No, może poza wyjątkami, gdy usiłowała bratu założyć nelsona albo skopać mu tyłek, ale jak wiadomo, mam w domu bliźniaki, tyle że z dwunastoletnią różnicą wieku. Dostawali głupawki i szaleli wieczorami.

I tak to proszę państwa, teściowa szczęśliwie odleciała na wschód, my wróciliśmy na swoje szkolno-pracowe tory. Zmęczona jestem okrutnie, mąż sobie pracował z domu, więc odsypiał wycieczki, ja maszerowałam do biura. Dlatego bardzo mi się spodobało, że w ubiegłą niedzielę tatuś zabrał córunię w góry (kilometr w pionie zrobiła skubana, a potem jeszcze park linowy na deser), a ja mogłam spokojnie sobie odpocząć. Odespać. Poczytać w łóżku, a potem obejrzeć Wielką Wodę na Netfliksie. Poprzelewać się z boku na bok. Bez napinki, zwłaszcza, że brało mnie przeziębienie i wiedziałam, że organizm już piszczy o litość i odpoczynek.

A teraz co. Szefowa na szóstym w tym roku urlopie, tym razem u siostry, w Australii. Tak na tydzień sobie wyskoczyła, sama, bez rodziny. Bo się stęskniła. Tymczasem dostałyśmy zlecenie na VIPa takiego z pierwszych stron szwajcarskich gazet i jest sikanie po nogach, bo szampan, kwiaty, limuzyna i krochmalone majtki.

Troszeczkę mnie jedna koleżanka przy okazji wyprowadziła z równowagi ostatnio, bo otóż napisała mejla, że nie wie, który papier do pakowania książek wziąć, bo chciała dać w prezencie klientowi, i że ona nie wie, czy to ten właściwy i czy bym mogła przyjechać do biura, zawinąć książkę w ozdobny papier… Tak, dobrze czytacie. To był mój home office dzień i może bym nawet i pojechała, gdyż wychodzę z założenia, że za to mi płacą, ale miałam tego dnia dwie wizyty lekarskie, umowę najmu dla klienta do przetłumaczenia (raptem 14 stron, i to skan, więc nie dało się sczytać żadnym hakerskim programem, wychodziły szlaczki) oraz teściową do zabawiania. Uznałam więc, że do ciężkiej cholery bez przesady. Zaraz potem się okazało, że jednak jej ta zapakowana książka na piątek nie jest potrzebna, tylko na poniedziałek, i ona poczeka. Za to dzisiaj musiałam pojawić się w biurze, żeby odebrać kartkę urodzinową dla klienta, którą wypełniła, ale już znaczka nakleić nie może, bo to pewnie nie jej kompetencje. Ktoś tu dostał awans i się delektuje władzą.

Postanowiłam przy okazji wdrożyć w życie program zapobiegający wchodzeniu mi na głowę. Trochę za dużo mi ostatnio koleżanki wrzucają takich durnot, jedną umowę tłumaczyłam do 20:00, bo pilna. No nie, moje życie też jest pilne i właśnie przez takie durnoty mi ucieka. Nie ma tak dobrze, jestem do dyspozycji do wpół do szóstej, a potem chcę odpocząć.

…co chyba niniejszym uczynię, bo ziewam jak smok, mimo że jeszcze nie ma dziesiątej. Ale jeszcze Wam pokażę, jak było.

Zamek Neuschwanstein. Na nim wzorowano się, projektując zamek Disney’a z czołówki bajek. Dodali mu parę wieżyczek 🙂
Widok z zamku Hohenschwangau
Hohenschwangau. Zamek matki króla. Neuschwanstein to zamek syna, króla Ludwika Szalonego.
Ratusz w Monachium
Droga krajowa w Bawarii :D:D:D
Legoland! Tu Wenecja.
Berlin
Lucerna
Frankfurt
Knedle! Z burakami, szpinakiem i ziemniaczany. W sosie a la rosołek. Jakież to było pyszne!

O nie nie nie

Nie dałam się wrobić.

Przyleciała wczoraj teściowa, na dzisiaj była zaplanowana wycieczka do Gruyere. Wycieczka samochodem, ja tam byłam dwa razy, więc stwierdziłam, że mnie wystarczy, z kolei Piotrek chciał jechać jako kierowca, wiadomo. Tymczasem okazało się, że w nowej wypożyczalni kierowca musi mieć prawo jazdy minimum rok i młodego jako drugiego kierowcę nie dopisali, więc małżonek pojechał z mamusią i córusią sam. Oczywiście próbował wrobić mnie w tę wycieczkę, ale się zaparłam. Bardzo czekałam na ten wolny dzień, bez niczyjego dziamotania, bez obowiązków, a za to z samymi przyjemnościami. Cisza w domu! Młody wrócił rozczarowany i walnął się spać, poza tym on lubi głównie własne towarzystwo, więc jest, a jakby go nie było. A małżonek niech się z mamusią pointegruje, oboje stęsknieni za sobą jak nie wiem co.

Babcia trzyma elegancko dietę cukrzycową według własnych wytycznych, mianowicie dużo małych posiłków, przy czym posiłek to jakiś owoc czy inna słodka przekąska, to wcale nie powoduje wywalenia insuliny w kosmos, bo małe posiłki ale często itd. No dobrze, nie znam się, widocznie mój internet ma inne informacje na temat cukrzycy. Poprzednim razem gdy do nas przyleciała, przywiozła lekarstwa w pudełku po butach, żeby mieć wszystko razem, serio. Teraz poprzekładała sobie w te takie pojemniczki z dniami tygodnia, więc objętościowo trochę mniej, chociaż też cała kosmetyczka leków. Na dzisiejszą wycieczkę wzięła lokomotiv, bo kiedyś jej było niedobrze w podróży, i rennie, w razie zgagi po jedzeniu. Zaproponowałam imbir zamiast lokomotivu, ale imbir nie działa, lokomotiv działa. Acha.

Aaale za to, z wnuczką się dogadują, więc 80% wizyty spadnie na córunię, która akurat ma ferie. Ida pochwaliła się babci, że umie robić łańcuszek na szydełku (póki co ma dwa metry szydełkowego łańcucha na choinkę), przyniosła grubą włóczkę (chciałam napisać wnuczkę :D) i babcia jej pokazała, że jak się zrobi tak, tu odwróci a tu wbije szydełko, to można zrobić szaliczek dla ukochanej przytulanki, małpki. No i młoda do dziesiątej wieczór robiła szalik :).

Chyba będę miała dużo pracy w biurze w najbliższym czasie…

Weekend

Chwila oddechu.

Młody dostał nowe praktyki. Bardzo sensowne i blisko domu. No i moja znajoma tam pracuje, więc jakby co to wiem, że będzie mu tam śrubkę dokręcać.

Młoda spędza pauzy z różnymi dziećmi, albo sama, ale nie ze Stellą. Nie ma tematu Stelli w domu. Nareszcie.

Małe robaczki okazały się zbłąkanymi wędrowcami, nieszkodliwymi dla ludzi i nie zainteresowanymi zamieszkaniem na stałe. Jak to mawiał dziadek, lubimy, jak goście przyjeżdżają, i jeszcze bardziej lubimy, jak wyjeżdżają.

Małżonek ma w poniedziałek bardzo ważny egzamin online. Trzymamy kciuki, uczył się z pytań testowych, które są podobno 1:1 pytaniami egzaminacyjnymi. Coś jak z prawem jazdy, musisz wykuć pytania z teorii, żeby dopiero potem zacząć jeździć i nabywać doświadczenie.

W związku z egzaminem, który będzie w południe, chciałam się urwać z pracy, żeby wpuścić młodą do domu. Małżonek musi być w tym czasie sam w pokoju z kamerą skierowaną na siebie i takie otwarcie drzwi młodej mogłoby spowodować przepadek pięciu stów wyłożonych na egzamin. Zapytałam więc szefową, czy mogłabym się godzinkę urwać z biura w poniedziałek, a ona na to, że w sumie jej rano w biurze nie będzie, bo wyprawia syna na obóz szkolny, to w zasadzie niech ja sobie pracuję zdalnie cały dzień. Nie trzeba mi tego było dwa razy powtarzać!

Pogoda przyszła nareszcie jesienna. Jeansy, bluza, apaszka. Ida rano zakłada czapkę i kupiłam jej pikowaną kurtkę, bo +5 rano to jednak rześko.

W ramach oszczędzania prądu zarządziłam zakup nowego żyrandola. Poprzedni też był na żarówki ledowe, ale teraz mamy ten taki w kółka z taśmą led. Fajny efekt i jak jest teraz jasno! Wybrałam najmocniejszy, bo i salon mamy duży. Tak mi się spodobał, że teraz szukam lampy stojącej na taśmę led, tu obok mojego fotela…

Bark boli mnie wciąż, chociaż już dużo mniej. Plastry do przyklejania co drugi dzień naklejam co cztery, i tylko gdy dużo stoję lub chodzę (a dużo to jest godzina na nogach), bark odzywa się bardzo szybko. SKS, jak to mawiają.

Za tydzień przylatuje teściowa, na dwa tygodnie. W planach Bawaria, Monachium, Legoland i zamki Ludwika Szalonego, póki co mam klepnięty urlop i to by było na tyle. Poddałam się, dlaczego zawsze ja i tylko ja mam pilnować takich rzeczy? No, to tym razem robimy sobie lasta i zobaczymy, co wyjdzie.

Trzęsienie ziemi

Prawdziwe!

Ostatnio mam problemy z szyją, karkiem, barkiem. Cholera wie co, może mnie przewiało, może źle spałam, faktem jest, że chodzę połamana, obracam się jak Arnold Schwarzenegger i przy każdym gwałtowniejszym ruchu boli.

Spędzam więc sobie sobotę leniwie w łóżku, czytając książkę przywiezioną z Polski. Młoda już wraca od Alanka, stary pakuje się na jutrzejszą wyrypę w góry, młody u siebie. Pochmurno, wiatr wieje dość mocno, po każdym zapominalskim zamykając z trzaskiem drzwi do sypialni.

W pewnym momencie czuję – nie będąc pewna, co czuję – że łóżko się pode mną trzęsie! Jakby ktoś nim poruszał w tę i nazad. Oraz cichy stukot kosza z bielizną proszącą o litość i żelazko, o szafkę nocną.

Pierwsze skojarzenie: przeciąg. Ale aż taki?? Drugie: szczur pod łóżkiem. Ale łóżko samo w sobie ciężkie jak diabli, na nim jeszcze ja, żaden szczur go nie przestawi.

Chyba mi się to wszystko wydawało…

Po paru minutach wstałam, poszłam do młodego do pokoju o coś go zapytać, a on mi na to, czy czułam trzęsienie ziemi. Bo 4,5 stopnia, bo jemu się też łóżko zatrzęsło i z kumplami na grupie właśnie sobie opisują, jak mocno u kogo czuć.

Trzęsienie ziemi! Dopiero się zdenerwowałam.

Epicentrum było pod Miluzą, dwadzieścia kilometrów od nas. Odczuwalne było w całej Szwajcarii, pod Miluzą jeszcze zanotowano wstrząs wtórny, 2,8.

Trwam w niedowierzaniu i szoku, nie spodziewałabym się trzęsienia ziemi w Szwajcarii!

Chociaż, jedno tu już było, 750 lat temu, spowodowało pożary, które strawiły 2/3 miasta. A było to niewiele więcej, 6,6 w skali Richtera.

Retrogradacja Merkurego

Ona to chyba cały tydzień trwa, a nie, że tylko dzisiaj.

Najpierw, po wielu przebojach, dyskusjach i spięciach, młodemu podziękowali za praktyki. W sensie, dalej musi je zrobić, ale gdzie indziej. No i musi sobie to gdzie indziej znaleźć. Czy była jego wina? Niewielka. Czy szuka intensywnie? A jakże. Wysłał CV do kilku firm i czeka, aż telefon rozgrzeje się do czerwoności? Być może.

Potem okazało się, że odwiedzają nas jakieś robaczki w domu. W ciągu ostatnich tygodni spotkałam je parę razy, poleciałam do jumbo i opryskałam całą chałupę oraz zgłosiłam do zarządcy, bo wiadomo, że toto jest w całym budynku.
Zadzwonił do mnie pan. Że jak one wyglądają, czy tu za głową mają takie czułki, czy inne coś, nieważne, i tak nie rozumiałam. Bo są dwa rodzaje robaczków, jedne są leśne, wędrowne, i nie ma sensu ich wypraszać, bo one same wychodzą i nie zatrzymują się wśród ludzi, i one są niegroźne. Są też i drugie robaczki, które lubią z ludźmi mieszkać i są szkodliwe, oraz pozbyć się ich to udręka. Mój spray z jumbo świetnie działa, ale na moją psychikę, pierwszych robaczków wyganiać nie trzeba, a drugich tym sprejem się nie da, ale jeśli to pomaga mi zasnąć, to dlaczego nie. Eau de Ungeziefer wersja na noc. Acha, i żebym im zrobiła zdjęcie, jak jeszcze któregoś spotkam, udało wam się kiedyś zrobić ostre zdjęcie bolidu F1 w ruchu? No właśnie. Powodzenia. Tyle dobrego, że to były jednostkowe przypadki, mam nadzieję, i że być może w związku z tym to te przyjacielskie, mam nadzieję. Rany boskie.

Następnie definitywnie rozwiązałam problem młodej w szkole z koleżanką-dyktatorką, wprowadziłam otóż zakaz wspólnego spędzania długiej pauzy. Oczywiście dyktatorka nie wierzyła, bujała na kółkach, że dzwoniłam do jej mamy i że się zgodziłam, żeby się spotykały, że Ida musi, no, musi! właśnie z nią się bawić, i siłą odciągała za rękę od innych dzieci. Ida musi się uczyć asertywności, jeszcze na niejedną w życiu taką gwiazdę się natknie niestety.

Natomiast wczoraj po zebraniu szkolnym mama gwiazdy podeszła do mnie z pytaniem, czy to prawda. Nie chciało mi się stać godzinę i wymieniać wszystkich powodów, typu wyjmowanie rybek z akwarium, żeby je pogłaskać, czy namawianie Idy do trzymania pewnych rzeczy w tajemnicy przede mną, powiedziałam tylko, że gwiazda jest słodką dziewczynką, ale ma bardzo silny charakter, a Ida ustępuje jej wbrew sobie, żeby było miło – a wtedy nie jest miło innym dzieciom, z którymi się umawiała. I że owszem, żeby młodej ułatwić tę samoobronę na słowa, zabroniłam jej spędzać czas z tą dziewczynką. Ale ona nie ma w klasie żadnej przyjaciółki! Ojej, to doprawdy mój problem, i niech jeszcze więcej osób do siebie zraża. Bo efekt jest taki, że o ile wcześniej młoda byłaby skłonna spędzać razem pauzę raz na jakiś czas, to teraz nie chce o tym słyszeć.

No a dzisiaj ta obiecana retrogradacja Merkurego, czyli wsteczny ruch planet. Merkury, planeta komunikacji, negocjacji, podpisywania umów handlowych, porusza się aktualnie w ruchu pozornie wstecznym, powodując konflikty i nieporozumienia w polach, które ma pod opieką.

Retrogradację Merkurego małżonek postanowił uświetnić przykazaniem, aby młody chodził od firmy do firmy i pytał, czy aby nie mają miejsca dla praktykanta, głuchy na informację, że firma musi mieć umowę ze szkołą, inaczej mu tych praktyk nie zaliczą. Ten dalej swoje, że młody powinien przynajmniej spróbować, Merkury wtrącił się tu z tą swoją retrogradacją w komunikacji, w związku z czym osłabłam i jestem flaczek. Zauważyłam ostatnio, że po silnym zdenerwowaniu (ja to umiem w eufemizmy :)) opadam z sił i ani rączką, ani nóżką.

No a wczoraj umarła Elżbieta królowa i to mnie zaskoczyło. Jeszcze dwa dni wcześniej dziarska staruszka wyświęcająca nową premierkę, a tu, że umarła. No nie polubiamy.

Się zbieram z tym wpisem

jak jeż do nie powiem czego.

Cały ponad tydzień już po powrocie z Polski wieczorami zjeżdżam do bazy (chyba średnio po polsku mi to zdanie wyszło). Zmęczenie i nadmiar wrażeń po jak zwykle intensywnym pobycie dały znać o sobie. A może to po prostu wiek, dwa krzesełka pukają do bram, a ja tu szukam wymówek ;-).

W Polsce było mi dobrze. Wiadomo, że roku nie da się nadrobić w tydzień, choć tak bardzo się starałam. Chciało się do domu, chociaż nie chciało się wracać. Ciągle w rozkroku, serce tam, rozum tu.

Po tygodniu chodzenia spać zaraz po młodej, powoli wracam do żywych. W pracy też miałam miękki restart, bo IT nam zrobiło upgrade, po którym przez dwa dni nie mogłam dojść z ustawieniami, specjalista dzielnie restartował komputer, zgodnie z pierwszym przykazaniem informatyków (co robi informatyk jak mu na skrzyżowaniu samochód zgaśnie? wysiada i wsiada), a gdy w końcu zresetowali mój profil, zrobiłam raban, bo dostałam wszystko na czysto. A musicie wiedzieć, że jestem fanatyczką zakładek w przeglądarce, miałam pięknie wszystko pogrupowane tematycznie, poukładane w folderki, miałabym to teraz odtwarzać? Żarty.

Młoda poszła dzisiaj do drugiej klasy! Kiedy i jak, nie mam pojęcia. Była dumna, że już nie są tym najmłodszym rocznikiem w szkole, już jest ten awans społeczny, gdy do pierwszej klasy dołączają dzieci z młodszej grupy przedszkolnej, a ona już nie jest taka mała! Przy okazji do klasy przybyło kilkoro dzieci i być może problem ze Stellą rozwiąże się sam, bo ta przerzuciła się na jedną nowo przybyłą. Trzymamy kciuki. Ida za to dostała laurkę od kolegi, okraszoną życzeniami udanego roku szkolnego oraz wielkim, czerwonym sercem. Taaa…

Młody natomiast poszedł do pracy! Po skończonej szkole i zdanej maturze, ma teraz rok obowiązkowych praktyk. Jako że wybrał sobie branżę pokrewną mamusi zawodowo, zamierzamy odnosić obopólne korzyści: on będzie nam podrzucał pasujące mieszkania na wynajem, a my jemu klientów do tych mieszkań :-). Wszyscy zadowoleni.

Młody zmęczony! Biedactwo, wraca po 17 do domu i jest zmęczony. Chyba mu zrobię taki tydzień przetrwania, z praniem, gotowaniem, zakupami i tym całym domowym bajzlem. A! jeszcze mu foszastego nastolatka dorzucę gratis 😀

Małżonek mi się popsuł, otóż któregoś dnia będąc na urlopie powiedział: „to ja umyję te okna, co ja mam lepszego do roboty”.

Oraz będziemy chodzić na jogę, ja czuję w kościach, że nie rozciągnięta jestem, on buty zakłada na siedząco, bo nie jest w stanie kucnąć. Z jogi mam zawsze bardzo miłe wspomnienia, zawsze byłam taaaka porozciągana i wyluzowana jak kurczak w rosole i nic nie było mnie w stanie wyprowadzić z równowagi. Chcę tak znów.

A teraz się odmelduję, bo jutro dzień w biurze, a prosto po nim firmowe apero. To dobranoc się z Państwem.

Kot

Wczoraj sobota. Wyczekana, bo małżonek miał umówione piwo z kumplami, młody urodziny kolegi, Ida miała wcześnie iść spać, a ja miałam mieć święty spokój i żeby do mnie nikt nie gadał.

Wiecie, jak to jest. Przychodzicie zmachane z pracy, zakupy, obiad, ogarniacie rzeczywistość i liczycie na chwilę dla siebie.
– Mamo, a wiesz, bo jak się dzisiaj bawiłam, to wiesz, założyłam lalce taką sukienkę, i wiesz, i dorobiłam do niej pasek…
– Mamo, a widziałaś, ten transfer tego piłkarza to nie wiadomo, czy będzie, a na instagramie widziałem taki fajny filmik, a w ogóle to zainstalowałabyś sobie tiktoka, bo to, co oglądasz na insta, to jest na tiktoku…
– Wiesz, w tej nowej pracy to jacyś nienormalni pracują, dają mi czas na wdrożenie, zaplanowali mi szkolenia, dzisiaj zrobiłem dwa proste raporty, a oni szczęśliwi, jak prosię w deszcz, a pamiętasz, jak to było w poprzedniej pracy?
Ratunku.

Przyszła upragniona sobota, młoda balowała do dziesiątej, młody do kumpla poszedł zgodnie z planem, małżonek oświadczył, że jeszcze zobaczy, bo kumple nie dojechali i są sami z tatą Alanka. I może by TA przyszedł do nas.
MOJA WOLNA SOBOTA!!
ZA NIC!!

Oświadczyłam, że nie mamy w domu żadnych przekąsek, piwo jest ciepłe, a tak w ogóle to ja nie lubię, jak mi się obcy plączą po domu, było na końcu języka, a pogoda taka piękna, niech sobie gdzieś idą.

Poszli! Obejrzałam Dirty Dancing i zjadłam kawałek ciasta z takim zakalcem, że jakbym nim rzuciła przez balkon, to by stojący na dole Romeo padł trupem. Tak to jest, jak się dodaje do ciasta jogurtu na oko.

Położyłam się po północy. Najpierw młody, zgodnie z ustaleniami zresztą, zameldował, że zostaje u kolegi na noc. Dobrze. Przysnęłam. Następnie zameldował, że jednak wraca. Dobrze. Przysnęłam. Następnie zameldował, że jednak zostaje, ale u innego kolegi. Dobrze, przysnęłam. Następnie, że bierze taksówkę i niedługo będzie. Moja wina, bo zawsze proszę, żeby meldował, jak zmienia lokal.

W międzyczasie, czyli jakoś przed drugą, pytam starego, czy długo jeszcze. On oczywiście ani kluczy, ani poczucia czasu nigdy nie ma, wiadomo. Otóż już wracają, na piechotę z lokalnej jedynej nie dla staruszków knajpy.

Po dobrych dwudziestu minutach wchodzi, niosąc na rękach… kota. Wielkiego, szarego, upasionego kota. Że się kot zgubił. I szedł za nim całą drogę. I żeby go w domu przenocować, bo on miauczy, i jest głodny i taki biedny. Ja wybudzona i zła jak diabeł, co ma młode, nakazałam natychmiastowy w tył zwrot. Nie znam kota, nie lubię kotów, nie będzie mi obcy kot chodził po mieszkaniu, dziabnięty w cztery litery małżonek czym prędzej zaśnie na kolejne kilkanaście godzin, a ja będę miała na niewyspanej głowie jeszcze kota do szczęścia. Powiedziałam obojgu sio, wziął tylko kotu wody i łososia wędzonego, i poszli. Kot się posilił i poszedł w swoją stronę.

Rano Ida spytała przytomnie: a miał przy obroży tabliczkę? Bo jak miał tabliczkę, to tam powinien być numer telefonu właścicieli…

Lato!

Już oboje mają wakacje. Młody od tygodnia, Ida od przedwczoraj. Nareszcie nie będzie mi jędolić, że ona nie lubi wstawać do szkoły, bo jest niewyspana. Co prawda, wynalazła rozwiązanie na ten problem, mianowicie budzi się sama jeszcze wcześniej i wstaje pół godziny przed czasem, żeby obejrzeć na netfliksie jakiś film przyrodniczy czytany przez Krystynę Czubównę, ale jeśli dzięki temu ma lepszy humor, to proszę uprzejmie.

Był u nas Kacper przez tydzień, młodego przyjaciel jeszcze z Warszawy, ale niewiele go widziałam, bo ciągle byli w rozjazdach. Kacpra u nas parę lat nie było, więc zrobili tour de Suisse, zaliczając Zurych, Lucernę, Szafuzę, Genewę, Neuchatel i Mediolan. Albo rano wcześnie wstawali na wycieczkę, albo odsypiali do południa, a wczoraj już wrócił, dobrze chociaż, że udało się pogadać o samolotach i pokazał Idzie parę filmików z lotu samolotem.

Szefowa szczęśliwie doleciała na Karaiby, a że jak wiadomo, urlop dzieli się na własny i przełożonego, będzie można trochę odetchnąć. Wiosną radośnie podpisała urlopy wszystkim, którzy chcieli, freelancerki wzięły sobie urlopy bez pytania i efekt jest taki, że do środy jestem sama w firmie. Wirtualnie, oczywiście, nie pojadę do biura, żeby tam odsiedzieć samej cztery godziny, no bez przesady. O ile rodzina pozwoli, będę pracowała zdalnie, chociaż nie przewiduję natłoku zadań. Tak ze dwie uczciwie popracuję, a potem to wiadomo, nie samą pracą człowiek żyje.

Telefon mi dzisiaj przypomniał, że rok temu o tej porze siedziałyśmy u Sister i szwagra na działce na grillu, w deszczu schowani pod dachem domku, a młode pokolenie, czyli Ida, wtedy sześcioletnia, plus trójka wczesnych studentów grali razem w UNO. Zawsze jestem zwolenniczką, żeby młode pokolenie trzymało się razem :D. Teraz odliczam, za dwa tygodnie o tej porze scenariusz ma szansę się powtórzyć, niechby tylko bez deszczu.

Wczoraj pojechaliśmy na superancką wycieczkę. Trochę się zastanawiałam, bo miałam ochotę na home alone (nie licząc Piotrka zamkniętego w swojej pieczarze), ale małżonek przysłał mi linka i jak zobaczyłam, dokąd, nieśmiało zapytałam, czy ja bym też mogła… Wildkirchli, restauracja wykuta w skale, miejsce znane z okładek przewodników po Szwajcarii. Plan zakładał, że młoda z tatusiem pójdą na nogach, a ja wjadę kolejką i będę na nich czekać na górze, ale młoda wymiękła i wjechałyśmy razem. I dobrze, bo tam było 5 km przewyższenia niemal 900 metrów po schodach, a młoda nie bardzo rozchodzona w tym sezonie.

Wjechałyśmy i poszłyśmy w stronę restauracji. Idziemy za ludźmi ścieżką w dół, najpierw po schodach w miarę równych, potem po schodach bardziej umownych z kamieni, zeszłyśmy na dół… Ludzi nie ma. Przejścia nie ma. Restauracji nie ma. Skała jest, koniec drogi dla jeleni. Kurczę, no ale gdzieś to musi być, tak? Zrobiłam dwa kroki do przodu, jaskinia, aaa to ja dziękuję. Postałyśmy, doszło do nas dwóch chłopaków (w wieku 30 i 50, starzeję się, skoro to dla mnie chłopaki), więc spytałam, czy nie wiedzą, gdzie to jest, ta restauracja. A, no tam, pół kilometra przez jaskinię i tam już o zaraz będzie. A co, boi się pani jaskini? Paaanie, z moją klaustrofobią, ja do jaskini! A to może pani z nami pójdzie? No doooobra. Kapelusz wycieczkowy nacisnęłam na oczy, żeby jak najmniej widzieć, złapałam się poręczy, bo kamyki i błotko, i poszłam.

Nie było pół kilometra! Ze dwieście metrów najwyżej, dwie litery Z i pod koniec już było widniej, niż u Murzyna. No a potem, to już taaaakie widoki i restauracja i małżonek, który po tych schodach zrobił chyba rekord trasy, bo jak wyszłyśmy, to on właśnie otwierał piwo. Pięknie tam, cudnie i zachwycająco.

Potem zahaczyliśmy o Appenzell, bo to blisko, a nigdy nie byliśmy, w ogóle wschodniej części Szwajcarii nie mamy obczajonej, Jurek był raz w St. Gallen i gdzieś w górach, i to tyle. W Appenzell trafiliśmy na festiwal jodłowania, spęd ludzi z całego chyba kantonu, byliśmy zachwyceni, oszołomieni, głowy nam się tylko kręciły w lewo i prawo, gdy oglądaliśmy wszystko po kolei.

Wróciliśmy o 22 wykończeni i zadowoleni, małżonek śmiał się, że tak szczęśliwej i zajaranej mnie dawno nie widział. Faktycznie, ostatnio było tak w Liechtensteinie na Sylwestra, a wcześniej… nie pamiętam.

Upał u nas był, paliło przez tydzień 35-37, na szczęście tfu odpukać aktualnie mamy w okolicach i ciut poniżej 30. Na ostatnich oparach, ale jeszcze można tak żyć. Dzisiaj wybrałyśmy się z młodą na basen kryty, ten przy szkole, bo od jutra go zamykają na jakieś prace konserwacyjne aż do końca wakacji. W środę natomiast obiecałam młodej Bachgraben, czyli baseny otwarte, zjeżdżalnie, fontanny i inne szaleństwa. Mamy je kilka przystanków od domu, ja w środę pracuję pół dnia i to z domu, pogoda oczywiście będzie, młoda ma pierwsze dwa tygodnie w domu, więc na ile mogę, to jej coś zagospodaruję. W piątek była u nas Idy koleżanka, Lia, może i w tym tygodniu uda im się spotkać.

Albowiem Stella poszła w odstawkę. Idy koleżanka z klasy. Początek przyjaźni przypadł na jesień, gdy Stella dołączyła do klasy później i Ida została poproszona przez wychowawczynię o zaopiekowanie się,pokazanie, gdzie odkładamy książki, a gdzie toaleta itp. Ida urosła, była ta ważna w klasie i tak zaczęła się bliższa znajomość. Stella odwiedziła nas kilka razy w domu, za pierwszym razem przyszedł po nią ojciec, komentując: no widzicie, jak ja mam w takich warunkach pracować, bo Stella biegała po mieszkaniu, nie reagowała na żadne próby uspokojenia (zakręty, kanty, lustra, zero reakcji na wołanie, takie tam drobiazgi), a ojciec tylko ubolewał nad swoim losem. Przy kolejnej wizycie Stella usłyszała (od małżonka, nie żeby ode mnie), że może do nas przychodzić, jeśli się będzie dobrze zachowywała, a jeśli nie – to sorry. Przez chwilę było dobrze, a potem się okazało, że Stella pomimo zakazu wyjmowała rybki z akwarium, żeby je pogłaskać, oraz któregoś razu poszły z Idą do kościoła (po drodze ze szkoły do nas), skąd zabrały modlitwy, coś jak nasze święte obrazki, takie małe karteluszki, tylko bez obrazka, za to z modlitwą. Ida się tym gryzła tydzień, bo „nie mów nic rodzicom, to będzie nasza tajemnica”, po tygodniu pękła i poprosiła, żeby pójść do kościoła, bo ona chce za te modlitwy zapłacić, przekonana, że je ukradła (od roku, odkąd zażartowałam, że wybiegamy bez płacenia, ma obsesję, czy zapłaciłam, a kiedy, a czy kartą itp. Wciąż pamięta i wciąż mnie sprawdza). Jak usłyszałam, że Stella uskutecznia tajemnice przed nami, zarządziliśmy jednogłośnie koniec przyjaźni. Co jest w szkole, na to nie mam wpływu, chociaż tam Stella też manipuluje, pardą, wymusza na Idzie, żeby ta spędzała pauzy tylko z nią, mimo, że dla młodej to za dużo i że wcześniej umówiła się z inną koleżanką, ale wtedy Stella mówi, że jej jest tak smuuuutno i Ida ulega. Jeśli po wakacjach sytuacja się nie zmieni, porozmawiam z rodzicami, żeby przykręcili śrubkę córce, oraz z wychowawczynią, z prośbą, żeby o ile to możliwe miała oko na sytuację. Zresztą wychowawczyni już wiosną pytała, jak się zapatrujemy na znajomość ze Stellą, ale nie mówiła nic więcej. Może należało dopytać.
Uhhh. Tajemnice przed rodzicami, też coś!!

Kilka tygodni temu Ida miała niemiłą sytuację z dawną koleżanką z przedszkola, rok starszą. Wracały ze szkoły, pogadały o dupie marynie, jak masz na imię, w której klasie jesteś, nagle tamta powiedziała, że Ida jest głupia, pchnęła ją i poleciała do domu. Dopuszczam, że nie wiem wszystkiego, tyle mi powiedziała Ida. Młodej nic się nie stało fizycznie, przyszła zryczana i rozżalona, bo jak tak można. Znała tylko imię dziewczynki, a że tu rodo mają w nosie, dają listę dzieci z telefonami do wszystkich rodziców na początku każdego roku, a ja przedszkolne kontakty trzymam jeszcze w komórce… Zlokalizowałam matkę dziewczynki, opisałam sytuację, napisałam, że sobie nie życzę, żeby atakowano moje dziecko na ulicy, że ma się czuć bezpiecznie i w szkole i poza nią. Matka była w szoku i też się tego po swojej córce nie spodziewała, składała się w przeprosinach jak scyzoryk, że porozmawia, ukarze i w ogóle nigdy więcej. Ida mi po czasie powiedziała, że ta dziewczynka była na ubiegłotygodniowym koncercie w szkole, gdzie występowali wraz ze starszą klasą właśnie, ale nie było żadnego kontaktu między dziewczynkami.

No, to by było na tyle, jeśli chodzi o przegląd historii bez ładu i składu, a teraz jest jedenasta, to może się jednak udam spać. Chociaż zdrzemnęłam się trochę podczas kibicowania F1, ja to umiem w multitasking! Dobranoc Państwu.

Zdał

Dzisiaj punkt 16 dostał telefon od wychowawcy, że zdał. Świadectwo dostanie jutro, przed pożegnalnym apero szkolnym, i wtedy zobaczy oceny. Ale najważniejsze, że odhaczone (jeszcze tylko ten projekt mamo do końca tygodnia, ale to spoko, muszę siąść na dwie godziny i go napisać, ale to spoko mamo, napiszę bez problemu, spoko, czas mam do piątku do 17:00. Spoko). (projekt składa się z części teoretycznej oddawanej teraz oraz praktycznej oddawanej za rok, po praktykach. Zapowiadany był z pół roku temu. Spoko).

Do tego zdał też prawo jazdy i od dwóch tygodni absolutnie każde wyjście z domu to jest wyjazd z domu. A może samochodem? A nie potrzebujesz do ikei? a może do Niemiec na zakupy? Dobrze, niech jeździ.

Do kompletu dostał już Permit C i może z nim ubiegać się o obywatelstwo, co pewnie niedługo uczyni. Proces trwa dwa lata i pół worka pieniędzy, ale jak trzeba to trzeba.

Poza tym nic nie wydoroślał, nie spoważniał i nie zmądrzał, za to dzisiaj ścigał się z siedmioletnią siostrą od przystanku do domu, kto pierwszy, siostra nie odpuszczała, mimo, że tłumaczyliśmy i przed wyścigiem, i po, że on wygra bo ma po prostu dłuższe nogi i tyle, ale młoda zacięta jest i zawzięta, biegła, potem ryczała, potem ją pocieszał, a potem się odgrażała, że jak dorośnie, to go prześcignie.

Pojechaliśmy bowiem do miasta uczcić młodego maturę, w El Mexicano przeczekaliśmy ulewę, za którą tęskniłam od trzydziestosiedmiostopniowego weekendu, byłam nawet gotowa zrobić z siebie miss mokrego podkoszulka i wracać do domu w ulewę, ale zostałam przegłosowana. U nas na wsi okazało się, że ulewa była wcześniej niż w mieście, już nie padało, dzieci mogły się więc spokojnie ścigać bez obawy o zmoknięcie.

Mąż poszedł do nowej pracy, alleluja. Dostał rozpiskę szkoleń i certyfikacji, które ma zrobić, zaczął wstawać o szóstej i od czasu do czasu pojawia się w biurze albo u klienta, i powolutku zaczyna się układać. Oby.

Ja natomiast dostałam dzisiaj od szefowej informację, że wpisze mnie do rejestru spółki jako współupoważnioną do podpisywania umów (razem z jeszcze jedną kundzią) podczas jej coraz liczniejszych urlopów. Przebija mnie, latem leci na cztery tygodnie, czwarty urlop w tym roku :). No bardzo mi miło, chyba sobie zrobię jakąś ważną pieczątkę, alboco.

Idę spać. Młoda pokasłuje, podroby czyste, ale kaszel uparcie nie przechodzi, przedostatniej nocy spałam łącznie ze trzy godziny, bo a to kaszle, a to piciu, a to błyska na horyzoncie, może lunie, a to dziwny jest ten świat w środku nocy, a to zarejestrowałam młodą online do lekarza (brat ją zawiózł, samochodem oczywiście), a to o 4:30 skowronek się za oknem obudził i jak nadawał, ale to jak nadawał! A jak usnęłam po piątej na godzinę z hakiem, to już było pozamiatane i wiedziałam, że ten dzień się będzie bardzo dłużył. Kolejnej nocy myślałam, że odeśpię, ale gdzie tam. Teraz zaś jest za dwadzieścia jedenasta i też pewnie z godzina minie, zanim usnę. A jeszcze pranie się suszy. No, to ucinamy ten słowotok, odpinamy rączki od klawiatury i idziemy się chociaż położyć, czekając aż suszarka skończy pracę. To dobranoc Państwu.

@mylum, albo przegapiłam, albo się Twoi znajomi nie odezwali! Niech piszą jeszcze raz, jakby co!

Majówki i matury

Nie jesteśmy gorsi, też mamy długie weekendy. Tydzień temu w czwartek było Wniebowstąpienie, a w najbliższy poniedziałek będzie Poniedziałek Po Zielonych Świątkach. Zatem po Wniebowstąpieniu w piątek bardzo intensywnie pracowałam całe półtorej godziny z poranka, a popołudnie miałam wolne, bo szefowa ochoczo podpisała wszystkim urlopy, a potem się okazało, że w sobotę nie ma kto wpuścić klienta do mieszkania tymczasowego. A po 22h lotu z Malezji klient może nie być pozytywnie nastawiony do opcji nocowania nad Renem, chociaż noce krótkie i ciepłe. Zgłosiłam się na ochotnika, i tak innych planów nie miałam.

W ten ubiegły weekend mieliśmy z młodym lecieć do Polski i dalej do Gdańska na koncert Quebonafide, tzn. on na koncert, ja do Gdańska :), ale Putin ty chuju i tak dalej, więc zostałam na posterunku. Tak sobie kombinowałam, że po 22h lotu, z dwójką małych dzieci, ostatnie, czego będą rodzice pragnęli, to zwiedzać okolicę i poznawać szwajcarski system segregacji odpadów. O, jakże srodze się myliłam. Godzina czterdzieści, rany boskie. I jeszcze z nimi do migrosa idź, pokaż im, gdzie leżą worki na bioeko, sześciolatek podbiegał do mnie z kinderkami, płatkami śniadaniowymi i zabawkami, po kolei pytając, czy może to kupić, a ojciec ze stoickim spokojem po kolei odpowiadał za mnie, że najpierw musi iść do bankomatu po gotówkę, młodszego to chyba w ogóle nie bardzo kochali, bo pozwalali mu spacerować po dość ruchliwej ulicy, i dopiero jak coś zatrąbiło, to się budzili, że oj, bombelku, chodź jednak do nas, przyleciałeś, to już chodź. To nie na moje nerwy, ta dzisiejsza młodzież.

Zagęszczają nam się w pracy zlecenia i sporo ich ma kumulację na początek lipca, czyli akurat wtedy przyjeżdża kolejny ekspat i trzeba go odebrać z lotniska, pokazać temp (tymczasowy apartament), przelotki do gniazdek, sklep spożywczy, śmietnik i sznurek do związywania makulatury, zarejestrować w urzędach, a potem znaleźć mieszkanie docelowe. A szefowa, jak już wyżej wspomniałam, urlopy rozdaje na prawo i lewo (sama lecąc pod koniec czerwca na cztery tygodnie). Zatrudniła dodatkową kontraktorkę, która miała być na takie awaryjne sytuacje – i otóż kontraktorka pierwsze co, to wpisała w kalendarz całe wakacje i wszelkie szkolne ferie jako urlop, no bardzo fajnie, my też mamy dzieci, ale jednak po coś do tej pracy chciała iść chyba? Coś mi się wydaje, że znowu dostanę order z ziemniaka za dodatkową pomoc przy rozładowaniu lipcowego korka. Ale nie narzekam, w uznaniu zasług, czytaj: zrobienia za szefową certyfikacji, dokumentacji do przetargu, wdrożenia nowego oprogramowania, napisania kolejnego przewodnika i dziesiątek innych drobiazgów, dostałam oto dodatkową pensję. Taki majowy bonus, bardzo mi miło. Urok małej, prywatnej firmy. Szefowa może tymczasem biegać z jednego służbowego lunchu na drugi, podtrzymywać relacje biznesowe oraz lecieć na czwarte w tym roku wakacje.

Pomimo mojej pracy, coś z tej majówki chcieliśmy wycisnąć, więc pojechaliśmy na Rigi Kulm. Bardzo przyjemna wycieczka, pociąg, statek, kolejka, zębatka, taras widokowy, mgła na 20 metrów, obiad, zębatka, kolejka, statek, pociąg. Mając niedosyt widoczków, wyciągnęłam towarzystwo jeszcze na spacer po Lucernie, co było doskonałym pomysłem, bo dzień był piękny, starówka w złotej godzinie, zdjęcia cudne, lody pyszne, wspomnienia na zawsze.

Wtedy była jeszcze u nas żydowska koza, po jej wylocie, Ida z tatusiem pojechali już we dwoje na szlak Heidi, pogoda wreszcie dopisała, zaliczyli spacer, obiad i przyjemny dzień razem.

Wczoraj mieliśmy kinderbal u zaprzyjaźnionej polskiej rodziny, a jutro jedziemy do Trübsee. Jest to stacja pośrednia między Engelbergiem a Titlis, bardzo przyjazna zwłaszcza dla dzieci, jest jezioro, które podczas godzinnego spaceru obchodzi się, robiąc przystanki na place zabaw, zagadki lub ciekawostki dla najmłodszych. Wybiera się z nami tata Alana, co do jego samego, to nie wiemy – dostali informacje na temat czasu trwania wycieczki, stopnia trudności, przewyższeń, środków transportu – negocjacje trwają. Czy Alanek pojedzie, okaże się jutro. Ostatnio Jurek chciał go zabrać (TA był chwilowo w PL, matka się do podróży nie nadaje, tramwaje już oswoiła, ale wszystko powyżej przyprawia ją o spazmy i zawroty głowy), zatem ostatnio Alanek miał propozycję pojechać z Idą na ścieżkę Heidi, ale nie chciał, nawet pomimo zapewnień, że nie ma kolejki linowej, tylko zwykły pociąg. Albowiem dowiedział się od mamy, że kolejki linowej należy się bać, wjechał na górę, zjechał, no ale po powrocie do domu matka mu nagadała i na następną wycieczkę już profilaktycznie nie pojechał. (oraz dostał kartę miejską, żeby dojeżdżać do szkoły dwa przystanki, bo mu kiedyś buty przemokły, a teraz jak jest gorąco, to mu gorąco, i jak ma do szkoły na rano i potem na popołudnie, to robi nawet 3,5 kilometra na piechotę, no to niech sobie dojeżdża, biedactwo).

Em jak matury. Wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce. Pierwsze zdziwienie: pisze się ją po południu, bo rano są normalnie lekcje pozostałych klas. Młody ma więc swoje egzaminy 13-16 mniej więcej. Jedynie ustne będzie miał o ósmej rano, może dlatego, że łatwiej to zorganizować, nie wiem. Po drugie, nie tu żadnego galowego stroju, może niekoniecznie dresy, ale też bez koszul i krawatów, długie lniane spodnie czy koszulka polo są jak najbardziej ok. Bez dziur w spodniach, ale mają się skupić na egzaminie i mieć komfort. Popieram.

(z youtube sączy się Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości w wykonaniu Darii Z. oraz Dawida P. z koncertu Męskie Granie. Ależ ciary.).

Co to ja chciałam, a. Młody większość już napisał, została mu rachunkowość i finanse w najbliższy wtorek, a potem za tydzień ustny niemiecki i francuski. Angielskiego nie zdaje, bo zrobił FCE. Co ciekawe, porównywalny DELF z francuskiego go nie zwalnia, może dlatego, że to jeden z języków urzędowych. A może dlatego, że oni zdają jakiś inny DELF niż ja zdawałam, nasz był dużo trudniejszy, gramatyka siała postrach, a analiza tekstu to był prawdziwy kiler. No, ale może tutaj dostosowali do poziomu wiedzy szwajcarskiej młodzieży albo gorącym (acz niekoniecznie pozytywnym) uczuciom, którymi darzą się wzajemnie kantony niemiecko- i francuskojęzyczne.
Po egzaminach, w ostatnim tygodniu czerwca, ma jeszcze do dokończenia projekt, który miał skończyć przed maturami i mieć wolne, no ale jakoś tak nie wyszło, prawda. Ciekawe, dlaczego. Wyniki matur poznają wraz ze świadectwami, wychowawca będzie dzwonił tylko do tych, którzy oblali, z informacją, że oblali, do reszty wyśle zbiorczego mejla, że gratuluję, zdaliście, ci, którzy nie zdali, już zostali poinformowani.

Jeszcze jedna różnica w maturach polega na ocenianiu: oceny maturalne to jest 50%, 25% lub 75% oceny na świadectwie – brana pod uwagę jest też ocena z ostatniego roku nauki. Na pewno zdejmuje to trochę presji, bo jak ktoś miał dobre i bardzo dobre, to nawet jeśli się mocno zestresuje i zawali, to i tak zaliczy. Albo może napisać i na tróję (która tutaj jest najwyższą negatywną oceną: 1 to bardzo głąb, 2 to średni głąb, 3 to brak szczęścia, 4 to pierwsza zaliczająca ocena, 5 to w porzo, 6 to praca na 100%. Ida miała ze dwa testy, gdzie zrobiła jeden błąd i już tej najwyższej – w jej przypadku najbardziej uśmiechniętej buźki – nie dostała). Oraz niektóre przedmioty są oceniane łącznie, tzn. jeśli z matematyki napisał na 6, to może napisać słabiej z rachunkowości itp. Aż tak dokładnie w te zasady nie wnikałam, zainteresowanych odsyłam do wujka google’a albo do mojego syna, faktem jest, że wyliczył sobie, że ze wszystkich egzaminów może napisać na tróję, i maturę zda. W uszach brzęczy mi informacja zwrotna po jednym z ostatnich przedmaturalnych testów z matematyki, jak na to, ile się uczyłem, to bardzo dobrze mi poszło.

Na ustny z niemieckiego miał wybrać sobie trzy dowolne książki (oni tu lektur nie znają, dramat był, gdy miał przeczytać Fausta i to w staroniemieckim), wybrał więc dwie, które omawiał w Sekundarschule (czyli naszym gimnazjum) plus trzecią, narodowego szwajcarskiego pisarza, Dürenmatta. Nazwisko znam tylko dlatego, że obok nas jest ulica tego pana. Zatem dwie do przypomnienia i trzeciej raptem 600 stron, na luziku. Co na ustnym francuskim, tego nie wie nikt, tekst i dyskusja o nim.

Nie wiadomo, kiedy zrobił się czerwiec, w maju trochę przygrzało, na szczęście na krótko, teraz przeważa przyjemne dwadzieścia parę, trochę wiatru, trochę deszczu. Nakupowałam kwiatków na balkon na mój Darka-Stolarza-kwietnik, nawet ze dwa razy zaległam na leżaku, żeby odpocząć i nacieszyć oczy.

Za półtora miesiąca lecimy do Polski. Nie mogę się doczekać (a co, też dostałam 3 tygodnie urlopu, to korzystam!).

Ida płacze, że ona bardzo lubi szkołę, lubi się uczyć – ale w szkole. W domu zaś lubi odpoczywać i się bawić. Biedne dziecko, przeciążone pracą domową raz w tygodniu na jutro i raz na za tydzień. Oraz nie lubi wstawać rano do szkoły o siódmej rano, bo jest niewyspana. Na szczęście nie przeszkadza jej to w weekendy wstawać kwadrans po siódmej, świeżej jak pierwiosnek.

(Wataha, uwielbiam Męskie Granie).

Małżonek szczęśliwie zmienił pracę. W poprzedniej ostatnie dwa lata, nie dość, że pandemicznie w domu, to jeszcze z szefem idiotą, okraszone były licznymi kurwami dobiegającymi znad jego laptopa. Teraz, po miesięcznym urlopie (bo tu nie można być tu na urlopie, a tam już w pracy, urlop jest od urlopowania), poszedł wreszcie w nowe środowisko, trochę znajome, jak to w branży. Ma zaplanowaną ścieżkę szkoleniową, jakieś certyfikaty ma robić, rozwijać się – i ma to rozpisane. Oprócz tego ma pracować nad projektami, czyli raz – dwa razy w tygodniu jeździć do klientów i im tam wdrażać i upgradować. I bardzo dobrze, i nareszcie.

Paznokcie wyschły, Co mi Panie Dasz dobrzmiało do końca, północ za chwilę, to ja się pożegnam. Jutro Trübsee, a we wtorek znowu do fabryki. Dobrego tygodnia Państwu.

Żydowska koza

Odwiedził nas znajomy. Mieszkał tu kiedyś, wyprowadzili się kilka lat temu, teraz zabrał córkę, rówieśnicę mojej, w podróż sentymentalną. Spoko, facet fajny i normalny, do pogadania i na wycieczkę w góry, tylko że młoda… No hm. Jak ojciec stawia granice, to matka pozwala, jak ojciec pozwala, to matka staje okoniem itd. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo nie moje są, ale dziecko dostaje schizofrenii, nie wie, kogo ma się słuchać, więc słucha się siebie. To ta, która przy ostatniej wizycie ojca zwyzywała od ty kurwiu mały, na co on, że jak będzie taka niegrzeczna, to ja ich z domu wyproszę i będą nocować na lotnisku. Trzeba się czyimś autorytetem podeprzeć, jak się nie ma swojego.

– Proszę, baw się ciszej, tata śpi, wujek śpi, pobawcie się lalkami.
Młoda zaczyna śpiewać na całego i krzyczy do mojej: a ja wiem, co zrobić, żeby tatę obudzić!! Cały czas krzyczy. Albo przygłucha, albo nikt jej w domu nie słyszy.

Spaghetti na obiad. Kolejny niejadek w okolicy. Obiad ledwie ruszony, bo ona nie jest głodna, po czym sięga po czekoladowe batoniki, które ojciec zakupił na eksport, ale póki co stoją, żeby się częstować. No to się poczęstowała, pięcioma.

Zapowiedziałam, że mają się bawić po cichu.
Znalazła rzutki i celuje nimi w drzwi.

Jako, że bawią się w salonie i jest głośno, a my starzy chcemy odpocząć (ojciec wyszedł na parę godzin), prosimy, żeby poszły do Idy do pokoju. Ida zabiera manatki i wychodzi, a ta wchodzi w dyskusję. Że przecież wcześniej mogła siedzieć i było dobrze. Że już będzie cicho. Że to, że tamto. My zdarta płyta, więc w końcu niby się poddaje, burcząc pod nosem nieeeeenooooo i wynosząc z pokoju po jednym klocku lego i komentując nasze skandaliczne zachowanie.

Poszła umyć zęby, pastą taką, która pokazuje, gdzie są niedomyte, czyli w zasadzie wszędzie, bo mycie trwa z 15 sekund. Myje nad umywalką i najwyraźniej nie zna takiego przedmiotu, jak kubek, bo wypluwa pastę, intensywnie zieloną maź, przed siebie. Na umywalkę, kran, ścianę nad umywalką, ścianę pod umywalką, podłogę, udało jej się nawet napluć do miski stojącej pod umywalką, z wodą dla rybek i uzdatniaczem. Ojciec czasem stwarza pozory, ale ogólnie nie reaguje, więc przejęłam stery. Spytałam, co robi i czy ma dwa lata czy siedem, dlaczego nie wzięła kubka, wściekłam się o tę wodę, bo już się rybkom należała świeża, no ale nie przewidzieliśmy takiego zachowania. Następnie przyniosłam jej wilgotną ściereczkę (zaczęła od umycia nią sobie zielonej buzi :D) i stałam i pokazywałam palcem, gdzie jeszcze ma umyć, domyć i poprawić. Noszkurwa.

Od tego momentu układ sił się nieco zmienił.
Kolacja. Dostała to, co chciała, i nie zjadła. No to nie. Zostaw i idź się kąpać. Umyj się i chwilę odpocznij, przyjdę za parę minut. Piżama. Połóż się spać, Ida już usypia, jutro idzie do szkoły, leż sobie i słuchaj słuchanki. Ojciec był w ciężkim szoku, że o 21 dziecko było już w łóżku. Usnęła co prawda po 23, bo ciągle przychodziła do nas, spędzających przyjemnie czas przy winku na balkonie, ale była konsekwentnie odsyłana przeze mnie do spania.

Kolejnego dnia ojciec spytał, czy mógłby zostawić ją u mnie na trzy tygodnie, żeby odebrać już grzeczną i posłuszną. Acha, jasne, a ty sam kiedy przyjedziesz do mnie na turnus? 😀

Wczoraj byliśmy na wycieczce pociągiem, statkiem, kolejką, tu już każdy miał swoje dziecko na smyczy i tylko raz wyprowadziła nas z równowagi, usiłując się bawić w berka przy tramwaju ruszającym z przystanku, ale to tylko nas, to spoko.

Dziś bladym świtem pożegnaliśmy gości, wróciłam spać dalej, Ida włączyła sobie bajkę, i nastała cisza i spokój. Dziecko siadło i zjadło, używało słów proszę, przepraszam i dziękuję, bawiło się spokojnie w swoim pokoju 3h po południu i pokój nie wymagał potem generalnego remontu, a my doceniliśmy to, co mamy.

Huk

Jeśli w ostatni piątek usłyszeliście ogromny huk, to to był kamień, który spadł z mojego serca na wieść, że szanowny Piotrze, na podstawie dostarczonych dokumentów usuwamy cię z listy kwalifikacji wojskowej. Chociaż tyle. Acz wciąż mamy ukraińską paranoję, ja mniejszą, mąż większą, i o koncercie w Gdańsku młody może zapomnieć. Putin, ty chuju.

Dziś tutejszy dzień matki i uwaga uwaga, po ubiegłorocznej uwadze, że brat dopisał się młodszej siostrze na laurce!!, w tym roku otrzymałam kwiatki i zestaw pachnących kosmetyków z Lusha. Uwielbiam. Oraz jutro jeszcze dostanę jakiś handmade ze szkoły, bo dziewczynka w piątek się rozkasłała i rozsmarkała i została w domu. We wtorek mają wycieczkę, wolałam, żeby przepadł jej ten jeden dzień niż wycieczka, ale efektem ubocznym jest prezent na dzień matki, który został na weekend w szkole. Nie szkodzi, chyba nie był żywy.

Mąż pomiędzy pracami na urlopie siedzi w domu. I to określenie jest bardzo adekwatne, bo jest mocno na krawędzi kolejnej depresji, hej ho, dawno nudno nie było. Raz, że półwieczne urodziny, dwa, że badania kontrolne, bo w pana wieku to już trzeba zakończone będziemy obserwować, do zobaczenia za pół roku, plus chyba świadomość nieuchronnie płynącego czasu. A, oraz oczywiście stara firma, która pożegnała się z nim… wcale się nie pożegnała. Ani przepraszam, ani pocałuj mnie w d. Skończył dzień pracy, fakt, że online, ale było wiadomo, że od kolejnego dnia zaczyna urlop, więc można było wspólnego skypa zrobić, podziękować, życzyć powodzenia, ale najwidoczniej nawet na to ich nie stać. Bardzo się cieszę, że zmienia pracę, pójdzie do małej, szwajcarskiej firmy, z płaską strukturą, ze szkoleniami do zrobienia, zaplanowaną ścieżką rozwoju i miejmy nadzieję normalnymi ludźmi. Co drugi pracodawca trafia mu się normalny i na lata, oby to był ten przypadek.

Kasztany kwitną, ale młody maturalne egzaminy ma dopiero pod koniec miesiąca, tuż po koncercie, na który nie poleci. W zamian za to zaprosił do siebie najlepszego kolegę i jednocześnie sąsiada z Warszawy, Kacpra. Kapi mając lat 11 poleciał z nami do Szwajcarii na Sylwestra (wracaliśmy po świętach, ja tuż przed porodem). W jedną stronę z nami, w drugą miał wracać sam, nadany Swissem i przekazywany z rąk do rąk, od nas do stewardessy i dalej na Okęciu rodzicom. I bał się sam wracać, mimo że dziesiątki razy latał z rodzicami. Tatuś, ciepła klucha: a może niech nie leci, skoro nie jest pewny, to może lepiej niech zostanie… Mamusia, właścicielka czarnego pasa w karate: niech leci, nic mu nie będzie, niech leci!
Poleciał.
A teraz… Teraz lata już sam, zupełnie sam. Poszedł do technikum lotniczego, a rok temu, niedługo po ukończeniu 18 lat, poinformował rodziców, że przeszedł pomyślnie badania lekarskie i nie ma przeciwwskazań i że będzie robił licencję pilota.
– Ty wiesz, ile taka licencja kosztuje…! – narzekała mi Anka, jego matka w słuchawkę.
– Dlatego właśnie ja mojemu opłaciłam pakiet premium apki do gry w szachy, 120 franków na rok i z głowy. Mogłaś mu podsunąć tańsze hobby!
Kapi teraz lata sam, bo po iluś wylatanych godzinach z instruktorem, może już latać samodzielnie. Szacun.

Chwilowo wrócił do nas może nie listopad, ale początek października, ale spokojnie, wszystkim nam zaświeci w tym tygodniu 30 stopni ciepełka przez chwilę. To co, kto nie zdążył schudnąć do lata? 😀

Oczy mnie bolą

Poszłam do pracy, cały dzień przy komputerze, wieczorem po kolacji, co by tu robić, to może coś obejrzę, w międzyczasie komórka. Oczy mnie pieką i bolą, dziwne uczucie. Zwłaszcza prawe, oko, nie uczucie, które, jako mocniejsze, wyrabia 200% normy. Lewe oko to atrapa, coś tam widzi, ale nieostro i gdyby prawego zabrakło, to płacz i zgrzytanie zębami. Póki co ustawiłam w telefonie i komputerze ochronę przed niebieskim światłem (biały jest koloru kartki w książce), zwiększyłam czcionkę w telefonie, no i telefonik idzie w odstawkę wieczorami (no no, ambitnie…!). W biurze muszę sobie jeszcze obniżyć monitor, bo stoi za wysoko (a patrzenie w górę nie jest naturalne i też wysusza oczy), no i nakleić na nim karteczkę mrugaj.

Szefowa poleciała na tydzień urlopu do siostry w RPA, zostawiła mi zapytanie ofertowe od potencjalnego klienta do obrobienia, a ku pokrzepieniu wysyłała filmiki ze słoniami i lwami. No, ale za to dzisiaj przeglądając dokumenty orzekła, że bardzo dobrze, po poprzednim urlopie stwierdziła, że w sumie może latać częściej, bo Kasia na miejscu wszystko ogarnia, i jak widać, wdrożyła plan w życie.

Miniony weekend był deszczowy i zrobił nam powrót do listopada, ale to dobrze, chwila odpoczynku od spacerów, placów zabaw, rolek, rowerów i wycieczek na lody. Dziś już końcówka deszczu i pod koniec tygodnia 23 stopnie i słoneczko. Mąż szlifuje stół i krzesła na balkonie, muszę go zmotywować, bo balkon już by się przydał do pierwszych w sezonie obiadów na powietrzu i przyjemnych posiadówek przy herbacie.

Mąż na imieniny dostał od ukochanej małżonki matę pranamat, bo ciągle coś go boli i łupie, a to biodro, a to szyja, a to podobno cudownie relaksujące i rozluźniające i w ogóle. Teściowa zobaczyła na zdjęciu i spytała, czym sobie zasłużył na to madejowe łoże :-). No fakt, głowy na poduszce nie odważę się położyć, ale na macie w t-shircie bez problemu. Ida, twardzielka, położyła się nawet bez koszulki! A Piotrek po półgodzinie orzekł, że luz w ogóle i że może tak leżeć. No spoooko.

Pojutrze idę do fryzjerki, nareszcie! Poszłam miesiąc temu, przyciąć, ale moja od zawsze Nadia była na urlopie, a ja akurat miałam pomysła, żeby wybrać się do salonu polecanego przez znajomą. Nigdy więcej. Zamiast dodać objętości, jak prosiłam, zrobiła mi płasko na głowie i szeroko na wysokości uszu, wyglądam jak garnek do góry nogami. Całe szczęście, że firmowa sesja zdjęciowa, która miała się odbyć miesiąc temu (i właśnie z tego powodu szłam na ekhm, lekkie podcięcie), została przełożona, bo fotograf złapał covida. Nigdy się tak nie cieszyłam z czyjejś choroby :D. Tak czy inaczej, w czwartek idę do Nadii, w weekend dorzucę sobie farbę i za tydzień będę się szczerzyć do obiektywu. Póki co na włosy nie patrzę, na dodatek przez deszcz każdy żyje własnym życiem, suszarka mi się popsuła, a nowa, identyczna tylko innej firmy, ma nieco mniejszą moc, jest głośna jak odrzutowiec i jakoś też nie może się dogadać z moimi włosami. Może po strzyżeniu u Nadii wrócą do siebie.

To co, to ja Downton Abbey na netfliku. Dobranoc Państwu.

Święta

Bardzo miłe. Z serniczkiem i mazurkiem, mniam. Piękna, wiosenna pogoda u nas zachęcała do spacerów, toteż pierwszego dnia świąt skorzystaliśmy z zaproszenia rodziców Alanka na obiad, po którym to obiedzie w amoku i obłędzie zapakowano nam wszystko, co zostało na stole, „bo wy zjecie, a my nie”. Łącznie z coca colą, jakimiś radlerami, dobrze, ze sztućce chociaż zostawiła.

W poniedziałek udaliśmy się na spacer na lody do sąsiedniej wsi. Autobusem kwadrans, spacerem przez las półtorej godziny, podejście pod jedną górkę tylko, czterdzieści schodków i dalej po płaskim i po asfalcie.
– A, to nie wiem, my chyba nie pójdziemy, bo Alanek nie da rady.

Alanek jest całkowicie sprawnym fizycznie siedmioipółlatkiem, może rozleniwionym trochę podwożeniem wszędzie w Polsce, ale z drugiej strony mieszkali w takim miejscu, że bez samochodu ani rusz. Ale półtorej godziny spaceru to są, nie wiem, zakupy w centrum handlowym? Mecz z kumplami w piłkę? Rozpętała się cała afera, tata Alanka dopytywał, czy to jest trudna trasa, czy stromo, czy da się hulajnogą, żeby Alanek nie musiał tyle iść, biedactwo? Paranoja jakaś. Alanek, zapłakany i bezradny, zdecydował (no bo przecież nie rodzice), że on zostanie w domu z mamą, tata nagra trasę i porobi zdjęcia (!!) i jak Alanek zobaczy i się namyśli, to może kiedyś pójdzie.
Ale. Alanek tego ranka obudził się z bólem gardła, dostał tabletkę i usłyszał, że żadnych lodów dzisiaj nie będzie. I już taki zapłakany i przekonany, że on na pewno nie da rady przejść tych ośmiu kilometrów (przypominam, w poziomie, nie w pionie!!), uświadomił sobie, że przechodzi mu koło nosa taka okazja! I poszedł z nami. Lody oczywiście dostał, tatuś niósł hulajnogę, mama Alanka była zachwycona wiejskimi klimatami i zaczęła namawiać męża na przeprowadzkę za miasto. Jestem za.

Dobre uczynki

Się mszczą. Na przykład dobry uczynek pakowania Idowego Kung-Fu, którzy zmieniają lokalizację, cała sobota noszenia, mycia, pakowania, zemściła się szybciutko bólem gnatów. Na szczęście dziś niedziela, a na jeszcze większe szczęście, do biura jadę tylko raz, w środę rano, więc dojdę do siebie. Małżonek wiercił, rozkręcał, woził graty, ja i reszta ochotników ogarnialiśmy na miejscu.

Potem poszliśmy do Maca i pierwszy raz od niepamiętnych czasów, wyszłam z niego zadowolona i najedzona, bo – tak jak sobie obiecałam – przestałam kupować filet-o-fisha. Kiedyś był smaczniejszy, większy jakiś, a od jakiegoś czasu w ramach oszczędności dają nawet pół plasterka sera zamiast całego! I ryba, jako że rzadko jest na nią popyt, zazwyczaj jest wysuszona na wiór. Tymczasem do frytek zamówiłam sałatkę, no i było tak od razu!

Młody ma sezon pisania testów przedmaturalnych. Na to, ile się przygotowałem, to jestem bardzo zadowolony, prawda. Aktualnie przyciśnięty przez starych, kseruje świadectwa szkolne, żeby dosłać do urzędu imigracyjnego, żeby dostać pozwolenie na pobyt stały, żeby złożyć wniosek o paszport. To taki plan dwuletni. Plan krótkoterminowy obejmuje zlokalizowanie hasła do profilu zaufanego, wymeldowanie się z Polski, powiadomienie urzędu gminy o pobycie za granicą na czas określony oraz wysłanie obu informacji do WKU, z nadzieją, że się odczepią. Jakoś nerwowo się zrobiło w domu od tej wojny.

Dzieciom w szkole zaczęły się ferie wiosenne, z tej okazji szefowa stwierdziła, że żeby mi było wygodniej ogarnąć opiekę w domu, wystarczy, że przed świętami wpadnę do biura tylko w środę do południa, a po świętach – we wtorek i czwartek. Zwłaszcza, że szefowa na święta leci do Afryki na tydzień, więc nie będę w biurze jakoś przesadnie potrzebna, tyle, żeby pocztę wybrać ze skrzynki. Co prawda małżonek pracuje z domu niezmiennie, i jest w swoją pracę szalenie zaangażowany, jak każdy, kto z ulgą złożył wypowiedzenie, niemniej bardzo mi miło, spokojnie sobie ogarnę święta. Miałam w planach gdzieś pojechać, odpocząć te parę dni, ale jako że małżonek ma online dyżur w pracy, zostają nam oferty lokalne, czytaj: będzie drogo. Pewnie wybierzemy się na jakąś jednodniową wycieczkę i tyle. Jeśli Gabriela w Oberwil będzie miała otwarte i jeśli pogoda dopisze, przejdziemy się na lody, lasem osiem kilometrów. Póki co w tym tygodniu na luzie pomyślę, co w te święta zjemy. Żeby nie wszystko na raz (no jedzcie coś!), drożdżowe jest już na ten weekend. Oraz szarlotka. Za tydzień będzie mazurek i sernik. Sałatki jarzynowej niedużo, może jakąś inną znajdę jeszcze. Śledzie trzeba kupić. Majonezu mam litr, bo mama Alanka jak składała zamówienie w polskim sklepie, przeoczyła opakowania zbiorcze, więc się z nami podzieliła (z ośmiu musztard jedną już zjedliśmy!). W ogóle MA zamówiła Alankowi ubrania w smyku, bo on taki grubszy, a oni tu nie mają ubrań na grubszych, tylko na chudszych (w tym jednym, jedynym sklepie, do którego dotarli). Ucieszyła się, że trafiły się promocje, dorzuciła plecak, bo tu drogo, wydała 700 PLN, listonosz przyniósł i zażądał jeszcze 90 franków cła. Czyli połowę wartości zamówienia. A mówiłam, założyć skrytkę pocztową u Niemca za rogiem, to nie, no to trzeba zapłacić, co ja poradzę (oraz jak się dowiedziała, że kreatynowe prostowanie włosów kosztuje to pięć stów, to najpierw się ucieszyła, bo w PL w salonie to będą ze cztery stówy, a koleżanka to w ogóle jej robi za sto pięćdziesiąt, a potem zadzwoniła do mnie spytać, czy fryzjerka miała na myśli złotówki. tak, na pewno).

Każdy ma swoją drogę krzyżową, ja na ten przykład umówiłam się z mamą Alanka na środę do miasta. Żeby jej pokazać sklepy z ubrankami na Alanka. Sklepy z kosmetykami. Gdzie taniej, gdzie drożej. Piąty miesiąc tu są, ale jeszcze chyba na spacerze nad Renem nie byli. W zoo nie byli. Fontann nie widzieli. Matko.

Z rzeczy przyjemnych, to kupiłam sobie szkatułkę na biżuterię, z flying tigera, szklaną, wyłożoną welurem, i co najważniejsze, zamykaną. Doprowadza mnie do szewskiej pasji, gdy małżonek na komodę, na której leży moja biżuteria (na stojaku pt. drzewko), rzuca wszystko, łącznie z szalikiem, i pozostaje głuchy na moje protesty, że jak coś zaczepi się o ubranie, to mi zgubi i będzie musiał odkupić. No to sobie kupiłam szkatułkę i się jaram.

Małżonek robi pizzę na obiad, pranie się suszy (robocza sobota nam wypadła przez kung-fu), F1 bezlitośnie dzisiaj z Australii było o 7 rano, ja się chyba zdrzemnę…;-)

Nie mam siły

Nie wiem, czy to przedwiośnie, czy ciążący mi na grzbiecie piąty krzyżyk, ale ostatnie parę tygodni o godzinie dwudziestej odpływałam niczym niemowlak. Kąpałam się zaraz po młodej i wskakiwałam pod kołdrę, czasem ewentualnie udawało mi się przeczytać parę kartek książki, ale i to nie zawsze. Natomiast jak się obudziłam nad ranem, to dziękujemy za uwagę, godzina mijała, zanim ewentualnie znowu zasnęłam (a pięć minut później dzwonił budzik). Cudownie. Pani doktor popatrzyła na krew i stwierdziła, że nie ma się czego czepić, no, ewentualnie witamina B12 poniżej normy, ja bym zalecała ze trzy zastrzyki. I po co mi to było, bardziej bolesne są tylko te od wścieklizny.

Ale! Przy okazji dowiedziałam się, że tu do gastroskopii odgórnie usypiają, no bo ale jak to, to by przecież pacjent musiał połknąć tę rurę, to… to by było niehumanitarne takie! Jak jeszcze byłam na studiach, to już nie było wolno bez krótkiego znieczulenia robić! A było przyjechać do Polski na praktyki, to by się pani doktor niczemu nie dziwiła! Protip: trzeba zamknąć oczy, dłonie zacisnąć kolanami (bo leżymy na boku), oddychać przez nos i jak tylko się człowiek przestanie wyrywać, po 30 sekundach jest po wszystkim. Jak to mi powiedział przystojny gastrolog, ależ pani Katarzyno, zapewniam panią, że śmiertelność przy tym badaniu jest zerowa.

A propos krzyżyk, to mężowi stuknęło pół wieku na tym łez padole. Był szampan, był tort, były prezenty i pizza z dowozem, bo mąż coś smarkaty, to nie wychodziliśmy. Małżonek oprócz pakietu standardowego pt. cygara i whisky (oraz szklanki do whisky z wyszczerbieniem na cygara :D), dostał koszulkę Ajaxu Amsterdam z czternastką i Cruyffem na plecach. Smędził któregoś dnia, że nasz były sąsiad miał mu przywieźć i nie przywiózł, a on by tak chciał, no ale mu nie przywiózł, ile można tak smędzić, no naprawdę. Młody wybrał, dodałam te tam gwiazdki i napisy, i ma i cieszy michę.

W temacie małżonka jeszcze, to zmienia pracę od czerwca, i nareszcie i bardzo dobrze. Obecnie kończy karierę w znanym szwajcarskim banku, znanym ostatnio z kolejnych, coraz większych afer, bo nie ma tygodnia, żeby jakieś szambo u nich nie wybiło. No, a poza tym zespół ma beznadziejny, więc się zawinął.

Odkąd ja poszłam do pracy tutaj, małżonek zaczął coś przebąkiwać, że jemu się marzy praca w małej szwajcarskiej firmie i żeby go Szwajcar zatrudnił. Nie wiedziałam, że go to tak uwiera, mnie tam wsjo rybka, byleby normalnie było i byle płacili, ale otóż się okazało, że pozazdrościł mi tej małej szwajcarskiej firmy i szefowej Niemko-Libanki, ale po mężu z paszportem szwajcarskim. No, to teraz będzie miał szefa Szwajcara 😉

A jeszcze a propos męża urodzin, to z tych urodzin coś mu na mózg siadło, bo wczoraj powiedział: a bo wiesz, nic nie robię, to może chociaż żyrandole bym powiesił? Wiecie, to nie są słowa, które ot tak padają z ust mojego małżonka. Żadnego meczu w telewizji, na siłownię jeszcze za słaby, musiało mu się naprawdę nieźle nudzić, że aż te żyrandole powiesił. Żyrandole są z tego samego źródła, co biurko z poprzedniej notki, klient zostawił w sumie 14 lamp sufitowych i żyrandoli wszelakich, część zgarnęła szefowa, dwa wzięłam ja, z ikei chmurkę i ananasa. Bardzo miło, młoda się ucieszyła, a i naszemu się przydała podmianka.

Dwa tygodnie temu byliśmy w muzeum mercedesa w Sztutgarcie, raaany, jeśli jesteście fanami motoryzacji i przejeżdżacie przez Niemcy, to koniecznie. Tam jest wszystko.

Z przyjemnych 23 stopni i kwiatków na balkonie, właśnie robi nam się koło zera i w sobotę ma być śnieg. Dobrze, bo tej zimy jeszcze go nie było, a któreś święta w końcu niechby były białe. Jak zbiorę się w sobie i coś znajdę, to może na święta gdzieś się ruszymy, ale musi być z jedzeniem, bo sklepy będą zamknięte. Małżonek w maju będzie odbierał urlop (tu nie ma tak, że w starej firmie urlop, a w nowej już pracujesz, a ne ne ne, mogą cię podkablować do sądu pracy, żealejakto, miał wypoczywać, a pracuje). Zatem małżonek w maju będzie się urlopował, w nowej firmie pewnie nieprędko dostanie wolne, a może byśmy się na parę dni ruszyli z domu. Jak to się tutaj na Wielkanoc mówi, „na długi weekend”. Musi to niestety być w obrębie Szwajcarii (jeszcze narzeka, nie? :D), bo mąż ma dyżur w pracy, a poza granicami nie dostanie się do systemów, w razie gdyby coś fiknęło. Myślałam o włoskiej części, bo byłam tam tylko raz i to nie wysiadając z pociągu. Zobaczymy. (tak w ogóle to myślałam o Mediolanie, no ale skoro dyżur, to przynajmniej włoski kanton może. Czyli włoska jakość w szwajcarskich cenach, deal roku po prostu :D).

Młoda chodzi w szkole na basen i na dodatkowy, już wskakują do głębokiego i przepływają sami po parę metrów, z otwartymi oczami pod wodą, co dla mnie brzmi jak przejście po linie na dziesiątym piętrze. Oczu się pod wodą nie otwiera, bo się do oczu nalewa i to szczypie (okularków w szkole nie wolno).

Młoda zarządziła dzisiaj dziewczyński wieczór, po treningu kung-fu wskoczyła pod prysznic, potem ja, a potem zrobiłyśmy sobie kolację i jadłyśmy ją na kanapie, bo nie musimy tak się zawsze trzymać manier, mamo. Oraz oglądałyśmy Nianię Franię, akurat ósmy sezon, jak Małgosia została przyłapana przez rodzinę z chłopakiem w łóżku (Żora Korolyov – dalej nie wierzę, że on nie żyje), a potem robiła test ciążowy, czekam na pytania.

Młody przeleżał dwa dni w domu zasmarkany. Dzisiaj już na chodzie, jutro idzie do szkoły, bo ma ważny test z matmy. No no, klasa maturalna i się dziecko przejęło.

W środę jadą z klasą na wycieczkę do czerwonych beretów. Albo do tamilskich tygrysów. Było to tak…

Wspominał mi, że będzie wycieczka, ale jakoś w lutym, do kwietnia nie będę przecież pamiętać, wyleciało mi z głowy. W ubiegłym tygodniu młody zadzwonił, odrzuciłam, bo akurat pokazywałam jednej klientce z Japonii mieszkanie tymczasowe na whatsappie. Spytał, czy mam zdjęcie jego paszportu może. Nie mam, dzwoń do taty. Po paru minutach małżonek dzwoni, ja dalej z Japonką, odrzucam. Pyta mnie na whatsappie, czy kojarzę jakieś niebieskie berety. Przeskok tematyczny miałam duży, nie, nie kojarzę, oddzwonię później.
Zanim oddzwoniłam, młody wrócił z pretensjami, że ojcu się cytuję, odkleja, bo sobie wymyślił, że młody chce się do wojska zaciągnąć na ochotnika.

A młody po prostu ma szkolną wycieczkę do siedziby ONZ w Genewie i do wejścia trzeba się zarejestrować i wysłać skan paszportu. Niebieskie hełmy, niebieskie berety, czerwone berety, tamilskie tygrysy, wojna w Ukrainie, ojciec sobie wszystko po swojemu połączył, wymieszał i mu wyszło. Swoją drogą, gdyby młody powiedział tato mamy wycieczkę do Genewy i potrzebuję skan paszportu żeby wejść do ONZ, nie byłoby całej afery.
Zabroniłam młodemu używać do tatusia skrótów myślowych.

Miałam w pracy we wtorek szkolenie. Znaczy, prowadziłam w pracy we wtorek szkolenie. Sześć uczennic, średnia wieku 55. Rany boskie, wolałabym worka pcheł pilnować.
W piątek przed szkoleniem przypominam: przywieźcie swoje laptopy, na których normalnie pracujecie, bo trzeba wtyczkę zainstalować, no i lepiej od razu na swoim robić, żeby potem nie było, że ojej a ja tu mam inaczej i mi nie działa.
Przypomniałam, żeby wszystkie sprawdziły, czy mają hasła dostępu, żebyśmy nie traciły czasu. Program miał być wdrażany parę lat temu, potem umarł, potem go reaktywowałam, jesienią miały hasła, ale jak były zapisane w komputerze a komputer na ten przykład nowy, to wiadomo. Amba.
Przyjechały, radosne, rozchachane, szefowa: oj, zapomniałam laptopa! Został w domu! Oj oj bo nie zdążę! Pfffff. Na szczęście, zabrała go ze sobą, tyle, że zostawiła w samochodzie.
Dwie kolejne: a bo ja nie mam hasła i forgot password? to u mnie nie działa. Nie no jasne, tak jak z moją mamą, przez 8 lat miałyśmy identyczne laptopy, a ona twierdziła, że ESC w lewym górnym rogu to ona nie ma. Yhm. Kolejny kwadrans.
Potem już prościzna, wyciągnąć belkę paska zakładek do wierzchu, żeby tam zapisać wtyczkę. Dwie kolejne kundzie mają Appla i niestety podany w instrukcji control + command + B nie działał, ja safari nie znam, opisy przeglądarki po niemiecku, ratunku.
Po czterdziestu minutach rozpoczęłam szkolenie.

Powiem wam, bozia strzegła, że po studiach nie zaczęłam przypadkiem nikogo uczyć. No przecież bym zatłukła!!

Wróciłam do domu tak wypompowana (reszta dnia w biurze jak mróweczka), że siusiu paciorek i spać. Mąż się zdziwił, że meczu nie oglądam, jakiego meczu, człowieku, odpowiedziałam mu śpiąc na stojąco.

Teraz w sumie też już zaczynam odpływać, tyle że na siedząco. To idę, na leżąco. Dobranoc.