Lato!

Już oboje mają wakacje. Młody od tygodnia, Ida od przedwczoraj. Nareszcie nie będzie mi jędolić, że ona nie lubi wstawać do szkoły, bo jest niewyspana. Co prawda, wynalazła rozwiązanie na ten problem, mianowicie budzi się sama jeszcze wcześniej i wstaje pół godziny przed czasem, żeby obejrzeć na netfliksie jakiś film przyrodniczy czytany przez Krystynę Czubównę, ale jeśli dzięki temu ma lepszy humor, to proszę uprzejmie.

Był u nas Kacper przez tydzień, młodego przyjaciel jeszcze z Warszawy, ale niewiele go widziałam, bo ciągle byli w rozjazdach. Kacpra u nas parę lat nie było, więc zrobili tour de Suisse, zaliczając Zurych, Lucernę, Szafuzę, Genewę, Neuchatel i Mediolan. Albo rano wcześnie wstawali na wycieczkę, albo odsypiali do południa, a wczoraj już wrócił, dobrze chociaż, że udało się pogadać o samolotach i pokazał Idzie parę filmików z lotu samolotem.

Szefowa szczęśliwie doleciała na Karaiby, a że jak wiadomo, urlop dzieli się na własny i przełożonego, będzie można trochę odetchnąć. Wiosną radośnie podpisała urlopy wszystkim, którzy chcieli, freelancerki wzięły sobie urlopy bez pytania i efekt jest taki, że do środy jestem sama w firmie. Wirtualnie, oczywiście, nie pojadę do biura, żeby tam odsiedzieć samej cztery godziny, no bez przesady. O ile rodzina pozwoli, będę pracowała zdalnie, chociaż nie przewiduję natłoku zadań. Tak ze dwie uczciwie popracuję, a potem to wiadomo, nie samą pracą człowiek żyje.

Telefon mi dzisiaj przypomniał, że rok temu o tej porze siedziałyśmy u Sister i szwagra na działce na grillu, w deszczu schowani pod dachem domku, a młode pokolenie, czyli Ida, wtedy sześcioletnia, plus trójka wczesnych studentów grali razem w UNO. Zawsze jestem zwolenniczką, żeby młode pokolenie trzymało się razem :D. Teraz odliczam, za dwa tygodnie o tej porze scenariusz ma szansę się powtórzyć, niechby tylko bez deszczu.

Wczoraj pojechaliśmy na superancką wycieczkę. Trochę się zastanawiałam, bo miałam ochotę na home alone (nie licząc Piotrka zamkniętego w swojej pieczarze), ale małżonek przysłał mi linka i jak zobaczyłam, dokąd, nieśmiało zapytałam, czy ja bym też mogła… Wildkirchli, restauracja wykuta w skale, miejsce znane z okładek przewodników po Szwajcarii. Plan zakładał, że młoda z tatusiem pójdą na nogach, a ja wjadę kolejką i będę na nich czekać na górze, ale młoda wymiękła i wjechałyśmy razem. I dobrze, bo tam było 5 km przewyższenia niemal 900 metrów po schodach, a młoda nie bardzo rozchodzona w tym sezonie.

Wjechałyśmy i poszłyśmy w stronę restauracji. Idziemy za ludźmi ścieżką w dół, najpierw po schodach w miarę równych, potem po schodach bardziej umownych z kamieni, zeszłyśmy na dół… Ludzi nie ma. Przejścia nie ma. Restauracji nie ma. Skała jest, koniec drogi dla jeleni. Kurczę, no ale gdzieś to musi być, tak? Zrobiłam dwa kroki do przodu, jaskinia, aaa to ja dziękuję. Postałyśmy, doszło do nas dwóch chłopaków (w wieku 30 i 50, starzeję się, skoro to dla mnie chłopaki), więc spytałam, czy nie wiedzą, gdzie to jest, ta restauracja. A, no tam, pół kilometra przez jaskinię i tam już o zaraz będzie. A co, boi się pani jaskini? Paaanie, z moją klaustrofobią, ja do jaskini! A to może pani z nami pójdzie? No doooobra. Kapelusz wycieczkowy nacisnęłam na oczy, żeby jak najmniej widzieć, złapałam się poręczy, bo kamyki i błotko, i poszłam.

Nie było pół kilometra! Ze dwieście metrów najwyżej, dwie litery Z i pod koniec już było widniej, niż u Murzyna. No a potem, to już taaaakie widoki i restauracja i małżonek, który po tych schodach zrobił chyba rekord trasy, bo jak wyszłyśmy, to on właśnie otwierał piwo. Pięknie tam, cudnie i zachwycająco.

Potem zahaczyliśmy o Appenzell, bo to blisko, a nigdy nie byliśmy, w ogóle wschodniej części Szwajcarii nie mamy obczajonej, Jurek był raz w St. Gallen i gdzieś w górach, i to tyle. W Appenzell trafiliśmy na festiwal jodłowania, spęd ludzi z całego chyba kantonu, byliśmy zachwyceni, oszołomieni, głowy nam się tylko kręciły w lewo i prawo, gdy oglądaliśmy wszystko po kolei.

Wróciliśmy o 22 wykończeni i zadowoleni, małżonek śmiał się, że tak szczęśliwej i zajaranej mnie dawno nie widział. Faktycznie, ostatnio było tak w Liechtensteinie na Sylwestra, a wcześniej… nie pamiętam.

Upał u nas był, paliło przez tydzień 35-37, na szczęście tfu odpukać aktualnie mamy w okolicach i ciut poniżej 30. Na ostatnich oparach, ale jeszcze można tak żyć. Dzisiaj wybrałyśmy się z młodą na basen kryty, ten przy szkole, bo od jutra go zamykają na jakieś prace konserwacyjne aż do końca wakacji. W środę natomiast obiecałam młodej Bachgraben, czyli baseny otwarte, zjeżdżalnie, fontanny i inne szaleństwa. Mamy je kilka przystanków od domu, ja w środę pracuję pół dnia i to z domu, pogoda oczywiście będzie, młoda ma pierwsze dwa tygodnie w domu, więc na ile mogę, to jej coś zagospodaruję. W piątek była u nas Idy koleżanka, Lia, może i w tym tygodniu uda im się spotkać.

Albowiem Stella poszła w odstawkę. Idy koleżanka z klasy. Początek przyjaźni przypadł na jesień, gdy Stella dołączyła do klasy później i Ida została poproszona przez wychowawczynię o zaopiekowanie się,pokazanie, gdzie odkładamy książki, a gdzie toaleta itp. Ida urosła, była ta ważna w klasie i tak zaczęła się bliższa znajomość. Stella odwiedziła nas kilka razy w domu, za pierwszym razem przyszedł po nią ojciec, komentując: no widzicie, jak ja mam w takich warunkach pracować, bo Stella biegała po mieszkaniu, nie reagowała na żadne próby uspokojenia (zakręty, kanty, lustra, zero reakcji na wołanie, takie tam drobiazgi), a ojciec tylko ubolewał nad swoim losem. Przy kolejnej wizycie Stella usłyszała (od małżonka, nie żeby ode mnie), że może do nas przychodzić, jeśli się będzie dobrze zachowywała, a jeśli nie – to sorry. Przez chwilę było dobrze, a potem się okazało, że Stella pomimo zakazu wyjmowała rybki z akwarium, żeby je pogłaskać, oraz któregoś razu poszły z Idą do kościoła (po drodze ze szkoły do nas), skąd zabrały modlitwy, coś jak nasze święte obrazki, takie małe karteluszki, tylko bez obrazka, za to z modlitwą. Ida się tym gryzła tydzień, bo „nie mów nic rodzicom, to będzie nasza tajemnica”, po tygodniu pękła i poprosiła, żeby pójść do kościoła, bo ona chce za te modlitwy zapłacić, przekonana, że je ukradła (od roku, odkąd zażartowałam, że wybiegamy bez płacenia, ma obsesję, czy zapłaciłam, a kiedy, a czy kartą itp. Wciąż pamięta i wciąż mnie sprawdza). Jak usłyszałam, że Stella uskutecznia tajemnice przed nami, zarządziliśmy jednogłośnie koniec przyjaźni. Co jest w szkole, na to nie mam wpływu, chociaż tam Stella też manipuluje, pardą, wymusza na Idzie, żeby ta spędzała pauzy tylko z nią, mimo, że dla młodej to za dużo i że wcześniej umówiła się z inną koleżanką, ale wtedy Stella mówi, że jej jest tak smuuuutno i Ida ulega. Jeśli po wakacjach sytuacja się nie zmieni, porozmawiam z rodzicami, żeby przykręcili śrubkę córce, oraz z wychowawczynią, z prośbą, żeby o ile to możliwe miała oko na sytuację. Zresztą wychowawczyni już wiosną pytała, jak się zapatrujemy na znajomość ze Stellą, ale nie mówiła nic więcej. Może należało dopytać.
Uhhh. Tajemnice przed rodzicami, też coś!!

Kilka tygodni temu Ida miała niemiłą sytuację z dawną koleżanką z przedszkola, rok starszą. Wracały ze szkoły, pogadały o dupie marynie, jak masz na imię, w której klasie jesteś, nagle tamta powiedziała, że Ida jest głupia, pchnęła ją i poleciała do domu. Dopuszczam, że nie wiem wszystkiego, tyle mi powiedziała Ida. Młodej nic się nie stało fizycznie, przyszła zryczana i rozżalona, bo jak tak można. Znała tylko imię dziewczynki, a że tu rodo mają w nosie, dają listę dzieci z telefonami do wszystkich rodziców na początku każdego roku, a ja przedszkolne kontakty trzymam jeszcze w komórce… Zlokalizowałam matkę dziewczynki, opisałam sytuację, napisałam, że sobie nie życzę, żeby atakowano moje dziecko na ulicy, że ma się czuć bezpiecznie i w szkole i poza nią. Matka była w szoku i też się tego po swojej córce nie spodziewała, składała się w przeprosinach jak scyzoryk, że porozmawia, ukarze i w ogóle nigdy więcej. Ida mi po czasie powiedziała, że ta dziewczynka była na ubiegłotygodniowym koncercie w szkole, gdzie występowali wraz ze starszą klasą właśnie, ale nie było żadnego kontaktu między dziewczynkami.

No, to by było na tyle, jeśli chodzi o przegląd historii bez ładu i składu, a teraz jest jedenasta, to może się jednak udam spać. Chociaż zdrzemnęłam się trochę podczas kibicowania F1, ja to umiem w multitasking! Dobranoc Państwu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s