Nic nie cieszy

Zajęłam dzisiaj przy obiedzie najdalsze krzesło. Podświadomość zostawiła „moje” miejsce mamie, zawsze tam siadała do obiadu.

Głowo, daj żyć.

Tymczasem mama od poniedziałku wieczór już u siebie, zmęczona, ale szczęśliwa. Właśnie olała pierwsze zadanie z apki kwarantannowej, bo „zrobi to później”, a później to już nie było zadania w telefonie.

No i w ogóle to smutno się zrobiło na wieczór.

Kupiłam sobie piwonie na wczorajszy dzień matki, do buziaka i życzeń „no to jeszcze raz mamo, bo w końcu nie wiem, które obchodzisz, tutejsze czy te polskie”.

Balkonowi oprócz zajebistego kwietnika przybył towarzysz leżak i teraz są dyżury i zapisy na relaksowanie. Dwadzieścia parę stopni, dzisiaj przysnęłam i mi ładnie ramiona złapało.

Kwietnikowi muszę jeszcze zamontować w poprzek żyłki, żeby w razie wiatru kwiatki nie wypadły. Zwłaszcza pelargonia, ją chyba muszę przesadzić, bo jest w lekkiej donicy, ziemi też by się jej przydało dosypać. Na dodatek to ta wisząca, więc lata na boki. Niestabilna jak jej właścicielka.

Młoda wstaje sama do przedszkola, szybko się ogarnia i przed wyjściem złapie jeszcze trochę porannych bajek. Łatwiej jest jej wstawać na wiosnę.

Muszę do miasta jutro jechać. Piżamy na lato nie mam, może teraz znajdę coś ładniejszego od ścierki? Wszystko takiej beznadziejnej jakości. I do ikei jeszcze raz, w poniedziałek zapomnieliśmy paru drobiazgów, które jednakowoż by się przydały. Gdyby się tak dało, żeby Idę odebrali, to bym pojechała sama.

Najbliższy poniedziałek wolny, święto pod tytułem Poniedziałek Po Zielonych Świątkach. Rrrany.

Byłam dzisiaj na pilatesie. Potem zapomniałam, że na nim byłam i dziwiłam się, co też ja taka połamana chodzę. Ciekawostka.

Palec, który niechcący wybiłam sobie na początku marca, znowu mnie boli. Kolejny raz. Niestety serdeczny, więc nie ma sensu poprawiać sobie nim okularów.

Ostatnia prosta

Mama nie pojechała, koleżanki rodziny nie wpuścili do Szwajcarii. Wpuszczają jedynie dzieci do rodziców i odwrotnie, ewentualnie osoby mające tu adres i pozwolenie na pracę. Ludkowie nie sprawdzili, dojechali 1500 km, postali pod granicą i zawinęli się z powrotem. Wstawcie tutaj tysiąc ikonek facepalm, bo jak, jak przed tak długą podróżą można nie sprawdzić warunków wjazdu? Nie zadzwonić do urzędu, nie upewnić się? Liczyli, że się uda, no i się przeliczyli.

Tymczasem za kilka dni męża kolega z pracy jedzie do Polski samochodem i znów – plan, żeby zabrał ze sobą mamę. Kolega ma niczym nie zmącone przekonanie, że nie pójdzie na kwarantannę, bo nie może, bo nie ma czasu. Bo on tylko do urzędu, coś załatwić, i będzie wracał. Yhm. Niemniej, do Polski wjadą, obywateli do ojczyzny wpuszczają bez ograniczeń, jedynie z kwarantanną (ale to też losowo, czytałam, że wjeżdżało jednym samochodem dwóch znajomych, jeden dostał kwarantannę, drugi nie).

No dobrze, czyli za kilka dni jednak pożegnamy mamę i znowu zrobi się smutno. Ehh.

Poza tym, co. Otworzyła mi się kreatywna klapka w głowie i zrobiłam kwietnik według przepisu Darka Stolarza, tego od Szelągowskiej. Skrzynki na owoce zabezpieczone, pomalowane i skręcone na razem w jedną bryłę, zostały ozdobione losowo wybranymi kwiatkami. Jest kolorowo i nareszcie balkon wygląda jak miejsce, w którym chce się spędzać czas. Zwłaszcza, że u nas dzisiaj 29 stopni, lato na całego i taki wybieg w domu bardzo się przyda.

Małżonek się zawziął i schudł 15 kilo. Czy mu zazdroszczę? Ależ. Czy mam ochotę co drugi dzień biegać 10 km na zmianę z 2h na siłowni? Ależ. Czy też tak bym chciała jeść samo białko i pić koktajle proteinowe, siedzieć głodna i wkurzona? No, zgadnijcie.

Tymczasem idę dzisiaj na renowację dłoni i paznokci, czyli manicure. Moje ręce płaczą o pomoc.

Jest nadzieja

W poniedziałek Szwajcaria otwiera granice dla państw ze strefy Schengen i tym samym umożliwi podróżowanie pomiędzy krajami pod pretekstem łączenia rodzin. Koleżanki szwagier będzie jechał z Polski i za kilka dni wracał i zabierze mamę ze sobą.

Ja wiem, mama sama powtarza, że wolałaby samolotem, bo to szybciej i wygodniej, ale one wystartują najwcześniej w lipcu, nie wiadomo pod jakimi obostrzeniami oraz w jakich cenach, bo już teraz widzę na stronie easyjetu razy trzy. Oraz jak już pisałam, mama dostaje korby, mimo że już szydełkuje na całego, bardzo chce do siebie. I ja to pochwalam. 😀

Młoda w poniedziałek wraca do przedszkola. Dostaliśmy z gminy wytyczne i tak: oczywiście dorośli nie wchodzą do budynku – ale i tak nigdy nie wchodzą, dzieci się żegnają przed bramą i w środku same się ogarniają; żadnych uścisków, żadnej wymiany jedzenia, żadnych tortów urodzinowych, ale i żadnych maseczek (u nas nie ma obowiązku) i żadnego odstępu 2 m, jasno napisali, że to dzieci nie dotyczy, bo jest nierealne. Zresztą, powiedzcie mi, jak w polskich żłobkach zachować dwumetrowy odstęp od przewijanego lub karmionego dziecka?

Młody przeszczęśliwy, w ubiegły weekend wybrał się do kolegi na grilla. Było ich zgodnie z przepisami pięciu, w przydomowym ogródku. W lutym zaczął wychodzić, zaczęli spotykać się z kumplami, fajnie, pomyślał, ferie będą, to będę sobie wychodził, no i właśnie wtedy wirus uziemił go w domu na dwa i pół miesiąca. Teraz bardzo ostrożnie i powoli, ale jednak mu luzujemy ten szlaban, Ida i tak w poniedziałek pójdzie do dzieci i co ma przynieść, to przyniesie, tfu odpukać, a poza tym w ostatnim tygodniu w Szwajcarii przybywa po kilkadziesiąt nowych chorych dziennie (28-66). Tylko tak trudno dopuścić do głowy, po tylu tygodniach kiblowania, że już nieśmiało i powoli można. Dziś wieczorem idą z kumplem do McDrive’a, ale mam się nie śmiać, bo kolega podjedzie skuterem i to nie będzie tak, jak mi wyobraźnia podpowiada, że podejdą piechotą do okienka ;-)).

Ida jesienią zjechała mi ponad półtora kilograma, z 18 do 16 z hakiem. Pediatra uspokajał, że odzyska i faktycznie, kilogramy wróciły, tylko co z tego, jak podczas siedzenia w domu urosła ponad 2,5 cm i ciągle wygląda jak chudzielec :-).

Fryzjerów otworzyli, więc czym prędzej pobiegłam. Godzina w maseczce, no powiem wam, a idźta w cholerę, oddychać się nie da. Nie wyobrażam sobie, jak lekarze pracują w nich non stop, może nie potrzebuję aż tyle tlenu albo dawkują sobie te oddechy, nie wiem. Niemniej Nadja mnie ostrzygła, z prawej krótko, z lewej długo; to się nazywa niekonsekwentne zapuszczanie, mam jednocześnie krótkie i długie i już widzę, że krótkie mi się nie podobają i następnym razem będziemy z bólem serca równać i zapuszczać.

Poczta Polska, jako że chwilowo przestała zajmować się organizowaniem wyborów, wznowiła wysyłanie i odbieranie przesyłek zagranicznych. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie skończył mi się ostatni krem przywieziony z Polski. W lutym mama mi przywiozła jeden, no bo przecież będę w kwietniu na Wielkanoc, prawda, to mi wystarczy.

Coś internety przebąkują, że za tydzień Niemcy i Francja otworzą granice. Jak im wtedy handel ruszy…! Ostatnie miesiące to kupowanie spożywki tylko w Szwajcarii i mimo iż mogę śmiało przyznać sobie odznakę mistrzyni wyszukiwania promocji i najniższych cen, większość produktów jest co najmniej dwukrotnie droższa niż u niemieckiego sąsiada. A jeszcze VAT można z niemieckich zakupów odzyskać, jako wywożenie zakupów poza Unię Europejską, co daje dodatkowe 7%. Tak, tak, cztery osoby w domu – a teraz pięć – plus jedna pensja równa się szukanie różnych „cena czyni cuda”, zresztą nigdy nie byłam zwolenniczką przepłacania i wyrzucania pieniędzy.

I tak to się kręci, proszę państwa. Kto miał jakieś plany wakacyjne, to się już z nimi pożegnał. Młody chciał z kolegą do Chorwacji, do kolegi dziadka, co ma hotel, potem do Polski, no to już je sobie odżałował, będzie chodził lokalnie na kickboxing, spotykał się z tak samo uziemionymi kumplami w Macu i to by było na tyle. My z Idą też się nie pojawimy w wakacje w Polsce, szlag by trafił. I nie wiadomo, co z jesiennymi feriami, co ze świętami, nic nie wiadomo.

Takie czasy, że nic nie wiadomo. Muszę to przetrwać, przeczekać, przeczekać trzeba mi, jak śpiewała Kasia Nosowska. A jutro znowu pójdziemy nad rzekę.

Szydełko

Mamie się nudzi. Na spacer nie wyjdzie, bo nie ma ubrań ani butów. Zamówiłam, doszły, nie wyjdzie, bo nie lubi się ruszać z domu. Książek swoją normę w życiu już przeczytała, u mnie przeczytała te polecone i więcej nie ruszy, bo ją nudzą. Puzzle właśnie przyniosłam ostatnie jeszcze nie ułożone podczas tego pobytu z piwnicy. Drzemka trzy razy dziennie, facebook, pasjans. Nuda nuda nuda.

Dobra, to potrwa, myślę sobie. Zamówiłam nici. Szły ponad tydzień, szły, szły, ale doszły. Fajnie. Niestetyż, okazało się, że są zbyt cienkie do moich szydełek. Posiadam 0,75, a potem 2, 2,5 i 3, a nici do 1,25. Noszlag. Napisałam do znajomych tutaj, może która ma. Nie ma. Szlag.

To może w migrosie mają. Poszłam do dużego, część stanowisk jest zamknięta, ale pasmanteria powinna być otwarta.
Była. Nie mają szydełek.

To może mąż z synem, pojechali do fryzjera, może tam gdzieś przypadkiem.
Nope.

No to szlag, przez internet. Przekopałam pińcet stron, wywaliłam te, które sobie życzyły minimum zamówienia, bo ja chcę tylko jedno szydełko. Potem jeszcze wywaliłam te, które mają szydełka 2 mm i grubsze. 1,25 niczym bursztynowa komnata, wszyscy słyszeli, nikt nie widział.

W końcu jest, znalazłam. Zamówiłam, z priorytetową dostawą, ha ha ha. Człowiek lubi czasem dopłacić za dobre samopoczucie. 2-3 dni robocze.

Po dwóch dniach ciszy napisałam uprzejmie, wtf. Odesłali mi automatycznego mejla, że dziękują i że potwierdzą moje zamówienie nie później niż w 5 dni. Nie, że dostarczą, dopiero potwierdzą. No jaaaa waaaaam tu zaraz dam, nie później niż 5 dni! Napisałam im mejla na granicy uprzejmości, że jakie pięć dni, że co oni sobie wyobrażają, ja jutro miałam mieć szydełko już u siebie, a oni, że pięć dni. Wrrr.

Uhh, myślę sobie, znajdę innego dostawcę, a tutaj anuluję.

Dostawcę znalazłam, malutki sklepik prowadzony przez panią emerytkę, z błyskotkami do robienia biżuterii i innymi duperelkami pasmanteryjnymi. Przed złożeniem zamówienia, najpierw napisałam mejla do sklepu, czy by mi tego szydełka po prostu nie wsadzili w kopertę i nie wysłali jakoś szybko, bo jak mam czekać tydzień, plus długi weekend, to raz że mnie szlag trafi, dwa, że mama dostaje korby z nudów, a trzy, że za tydzień z hakiem to już sklepy otworzą i sama sobie kupię stacjonarnie. Chyba.

Przemiła pani Wilk mi odpisała, że nie ma problemu, że zaraz z rana wyśle i jeśli mam paypala, to żeby jej zapłacić piątaka, a jeśli nie, to przelewem. No to ja poproszę przelewem, bo nie mam paypala. Oraz dziękuję pani wylewnie, podaję adres do wysyłki i rzewnie opisuję, jaka to mama będzie szczęśliwa, podczas tego, jak sama miło określa, wygnania.

Po kliknięciu przycisku wyślij, skrzynka odbiorcza pokazuje mi odpowiedź od pierwszego sklepu, że bardzo przepraszają i że zapakowane szydełko zostało wysłane i oto jest numer listu przewozowego.

Jadą więc do mamy dwa szydełka. Muszę jeszcze tylko wysłać do tego pierwszego sklepu mejla z przeprosinami.

Trochę jakby słabo

mi dzisiaj. Ciśnienie mam w normie, 100/70, zawsze powtarzam, że gdybym miała takie ciśnienie, jak wymiary, i odwrotnie, to by był szał. Za to puls skoczył do setki i spowodował pikawicę, płytki oddech oraz brak stawów, głównie nóg. Znaczy, leciałam przez ręce. Na szczęście twarda sztuka jestem, więc do wieczora mi się polepszyło, sprzątnęłam kuchnię po obiedzie, nakarmiłam i wykąpałam dziecko i znów zaległam.

Pojechaliśmy dzisiaj w wielki świat, szkoda tylko, że sporą część tej wycieczki przespałam, bo nawet na ten świat nie popatrzyłam. Wybraliśmy się mianowicie do Berna, do konsulatu, zawnioskować o nowy paszport dla Idy. Mąż poprosił wczoraj, żeby na tę podróż kupić maseczki, bo samochód wynajmowany i nie wiadomo, kto nim wcześniej jechał, i tak dalej. Odparłam, że ja jako najsłabsze ogniwo i tak co drugi dzień jestem w spożywczym i jak mnie miało złapać, to by już złapało, no ale dobrze, on chce, to mu kupię. Nic nie wspomniał o kombinezonach i odkażaniu całego samochodu, wszak kierownica, fotele, klamki, gps, wirusy czają się wszędzie, a maseczki koniec końców i tak nie zabrał, bo nie dał rady jej sobie zawiązać z tyłu głowy. A może spróbował przez nią oddychać i mu nie wyszło…

W konsulacie zgodnie z przewidywaniami okazało się, że po pierwsze płacić można jedynie gotówką, a po drugie, że mąż nie wziął pieniędzy z bankomatu, bo nie. Nie, że zapomniał, czy coś. Tam, którędy jechał po samochód, nie było żadnego bankomatu po drodze. Bankomat mamy 200 metrów od domu, jechał rowerem, gdyby skręcił w lewo zamiast w prawo, wziąłby gotówkę i dalej pojechał na parking. Spytałam więc tylko, po jaką cholerę przyjechaliśmy bez gotówki, najbliższy bankomat 4 km od konsulatu, o czym poinformowała pani urzędniczka, i jeżeli nie mamy pieniędzy to ona musi wniosek anulować, termin nam przepada i przyjedziecie państwo jeszcze raz, kiedy indziej, w maju są następne terminy. Betty słusznie mawia, że czasem zabić to za mało.
Stety niestety miałam w portfelu zaskórniaki odłożone ze sprzedaży puzzli, plus jakieś monety i uzbierałam jak ostatni rumun żądaną kwotę.
A mąż poczuł się urażony, poszkodowany i zniesławiony.

Niemniej wniosek złożony, za dodatkową opłatą paszport przyjdzie pocztą, co jest wygodne i bardzo mi się podoba, że nie trzeba osobiście dygać, zwłaszcza, jeśli się mieszka 100 km od konsulatu. Sukces.

Miłe dzisiaj było to, że dotarła przesyłka z Dosenbacha i oto trzy Kopciuszki mają sandałki na lato. Mama może już chodzić na dwór, nie straszne jej upały i nie musi już wychodzić przed blok ani w trepkach, ani w ciepłych botkach.

A teraz się oddalę w celu wyspania, bo jednak od pobudek o 6:45 to ja się odzwyczaiłam. No i serducho, patrzcie, jednak je mam! No, no.

Och,

jak bardzo chujnia z grzybnią.

Święta minęły w nastroju grobowym, małżonek w łaskawości swojej siadł do śniadania wielkanocnego, zaszczycił nas nawet wypiciem jednego kieliszka wódki, żeby nie było, że taki nietowarzyski, po czym poszedł do sypialni spać, albowiem taki miał plan na te święta i dwa dni urlopu przed, spać i poczytać. No to spał. Jako, że się odchudza, a poza tym – albo przede wszystkim – nie tknę jadła w domu wroga, ciasta pozamrażałam, bo nie tknął nawet kawałka. Jeśli przyjdzie nam kiedyś jeszcze spędzać jakieś święta razem, ugotuję i upiekę jedzenia na jedną osobę. Piotrek, nie wiem, obraza majestatu, gest solidarności z tatusiem czy inne chujwico, na śniadanie wielkanocne zjadł kilka korniszonów i plasterek kiełbasy. Pograł z Idą w blokusa i poszedł do siebie.

Nie potrafiłam zbudować trwałej, kochającej się i szanującej rodziny. Nie bierzcie się za coś, czego nie umiecie robić. Uczcie się na moim przykładzie.

Teraz sałatki dojedzone, lodówka sprzątnięta. Wraca zwyczajne życie, już nie okraszone przygotowaniami i radosnym czekaniem dziecka na pisanki, na koszyczek i na porcję czekoladowej dziczyzny na deser. Życie, w którym wciąż nie nadaję się do żadnej pracy, chociaż moje CV to tak im tu imponuje, że ho ho! Z czterema językami jeszcze nie nadaję się na tłumacza dla azylantów, z 13 latami doświadczenia w handlu i biurze jeszcze wiem za mało, żeby zostać asystentką administracyjną, albo nie dajbuk asystentką kupca, bo to to robiłam hen daleko w odległej galaktyce, a nie w tym kraju serem i czekoladą płynącym, więc umówmy się, że nie umiem.

Jestem w kraju, który, choć bardzo wygodny do życia, nie chce mnie tutaj, mieszkam z kimś, z kim gdybym mogła, rozstałabym się w jednej chwili, ku uldze wszystkich zainteresowanych. Na dodatek jebnął kryzys i o powrocie do Polski i pracy mogę sobie pomarzyć.

Nie mam już żadnych marzeń.

Idą

święta. Jako, że się wczoraj zarobiłam jak łysa kobyła, dzisiaj do zrobienia zostało zgarnąć wszechobecne zabawki do jednego kąta, przygotować święconkę i nakryć do stołu. No dobra, jedną sałatkę jeszcze dorobić, ale to pod wieczór. Nabrałam ochoty na tę z selerem konserwowym, i sama nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, że w tym kraju dostanę selera w słoiku, doprawdy nie wiem.W Niemczech i owszem, ale granice zamknięte, więc dupa.

Mam przeszła etap histerii pt. nie będę we własnym domu na święta! Mało brakło, a rzucałaby się na ziemię niczym dwulatek w sklepie, któremu nie chcą kupić lizaka. Przetrawiła w momencie, gdy usłyszała, że w Polsce spędzałaby te święta sama, i dopiero wtedy trochę się uspokoiła. Obecnie mówi o świętach na wygnaniu, bardzo mi miło, doprawdy.

Na dworze 25 stopni, lato się rozszalało. Wyprowadzam młodą przed blok, na trawnik, ale to tyle ekscesów. Zakupy mam, jarzynowa jest, śledzie są, ciasta są, czyli święta gotowe ;).

No to co, Wesołych Wam i zdrowych.