Padłam

Ale powstałam, wiadomo. Zachciało mi się na siłowni zmienić koncepcję na antykoncepcję i zamiast iść na maszyny, zostałam na orbitreku. Co najważniejsze i co pozwoliło mi przetrwać, przyniosłam telefon, słuchawki i własnoręcznie zrobione playlisty. W sobotę zrobiłam sobie trening półgodzinny, a jak przyszłam dzisiaj, zobaczyłam, że jest tylko godzinny, no dobra, to zacznę. Po 40 minutach zobaczyłam, że mamy tam napisane ZEIT+- i że można sobie ten czas ustawić samemu, brawo ja. No ale jako że już leciałam te 40 minut, to doleciałam do mety, do 60. Teraz cały dzień umieram i podsypiam, na zmianę. Wszystko mnie boli, fascynujące, ile człowiek ma w sobie mięśni, złączek i kosteczek. Każdą jedną czuć. No, ale nie narzekajmy, biegło się całkiem przyjemnie, w uszach grało, nogi same niosły w rytm muzyki.

Weekend u nas nieświąteczny, dzisiaj wszyscy w swoich zagrodach.

ŚRODA. Nie byłam w stanie skończyć tej notki w poniedziałek, tak sobie dałam w kość. Dołożyło się niewyspanie i koniec końców cały dzień leżałam lub jęczałam, że ała. Dzisiaj postanowiłam sprawdzić, czy dalej tak boli, i otóż, przeleciałam tę godzinę bez większego obrzydzenia. Fajne piosenki grają w uszach, czas leci. I, co najważniejsze, dzisiaj już nie umieram, co niezmiernie mnie dziwi. No, obolała jestem, umówmy się, z kanapowca nie zrobisz wyczynowca, a na pewno nie w tydzień, niemniej to już nie jest taki zgon, jak poprzednio, co najwyżej tu mnie strzyka, tam mnie łupie. Czyli norma w moim wieku.

Tak jak pół miasta, kupowałam Piotrkowi dzisiaj bilety na koncert Taco H. Będzie w Lublinie w kwietniu, młody akurat wtedy zaczyna ferie wielkanocne, na Wielkanoc planujemy przylecieć, bo mama planuje urządzić uroczysty obiad z okazji okrągłych urodzin, młody po prostu przyleci wcześniej. Wszystko ładnie pięknie, podpiął pod moje empikowe konto swoją kredytówkę, żeby wykupić opcję premium i żeby można było bilet kupić dzień wcześniej, niż inni, fajnie. Dzisiaj o wyznaczonej godzinie, po odczekaniu pół godziny w kolejce, kupiłam bilet. Jak się okazuje, imienny. Na imię i nazwisko posiadacza konta empik premium, no bardzo fajnie, doprawdy. Pola te nie były edytowane, więc młody ma teraz pół roku, żeby się upodobnić do matki, żeby mu na bramkach przed koncertem uwierzyli, że Katarzyna to właśnie on. Ewentualnie może zrobić scenę dramatyczną, że on się czuje wewnętrznie Katarzyną i żeby go nie obrażać Piotrem, że Piotr to tylko na papierze! Żarty żartami, ale kurczę, mam nadzieję, że uda mu się wejść na ten bilet. W końcu nazwisko będzie to samo.

Zimno się zrobiło. Rano jest zimowo i rześko, chociaż niestety śniegu ani widu, ani słychu. W sklepach już świątecznie, za chwilę znowu rozstawią kiermasze świąteczne z watoliną na dachach straganów. Dobre i to, grzańca też się przy takim da wypić ;-).

Młoda dzisiaj na spacerze zauważyła, że wszędzie te reklamy Frozen, mamo! Racja. Dziecko nie wie, ale lada moment premiera drugiej części, a po świętach, mam nadzieję, że jeszcze będą grali w kinach w Polsce, bo dziecko ma takie marzenie, żeby iść do kina… No to będzie, do kina i jeszcze na Krainę Lodów*! (autorska nazwa Idy).

Z ostatniej chwili! Empik mi odpisał! Młody nie musi zapuszczać włosów i się stylizować na mamusię, w aplikacji z biletem może zmienić dane posiadacza biletu. Uf, uf. Miałam stresik, bo kurczę polecieć do Polski specjalnie na koncert, żeby przed wejściem pocałować klamkę byłoby nie bałdzo. Ale tak to oddycham z ulgą. Uuuuuuuuuuuf.

Co poza tym? Jestem w szale sprzedawania różności w internecie. Zarządziłam wyprzedaż klamotów niepotrzebnych, ubrań za małych, półtora metra puzzli, zabawek i tak dalej, i tak dalej. Piwnica zagracona, za małych ubrań po Idzie nie mam gdzie trzymać. Czego nie sprzedam, wywiozę do Polski, mama ma jeszcze trochę miejsca na górze w szafie, ona tam nie sięga i nie zagląda, jeszcze trochę mogę szaleć.
I o ile na tutejszym olx sprzedaje się dość niemrawo, to jak już piętnaście lat po wszystkich założyłam konto na fb, jak wrzuciłam na fb te moje klamoty, luuudzie. Szaleństwo jakieś, nawet dwie skrzynie klocków lego, co to je Piotrek dostał i uzupełnił własnymi zbiorami, sprzedałam (co mnie cieszy najbardziej, bo młody już wyrósł, Ida będzie miała zbiory inne niż star warsy i bionicle). Jeszcze trochę i do piwnicy będę mogła wstawić kanapę i telewizor 😀

Jednaki, miarowy, niezmienny.

Ale zanim zaczęło padać, poszliśmy sobie bladym świtem na 11 na basen. Tydzień temu, kiedy Jurek pojechał z kolegą na wycieczkę, zaciągnęłam dzieci, a tam rozczarowanie – zamknięte! Trudno było młodej wytłumaczyć, że nawet ten mały jest zamknięty, i nawet ten duży, też jest zamknięty! Jak to dziecko. Dzisiaj na szczęście były już szaleństwa w wodzie, Ida albo w kamizelce, albo z deską pływa całkiem nieźle, wody się nie boi, żeby nie to, że ratownik przegania, poszłaby kręcić bączki na trzy metry (ratowniczka pozwala, ratownik nie. Trzeba patrzeć, kto ma dyżur i wiadomo, co wolno).

Po basenie wpadłam w szał gotowania, ja nie wiem, co z tymi ludźmi, nic tylko by żarli i żarli i jeść im daj. A miałam zaplanowane zakupy na piątek, bo w lodówce światło, lista spisana, dokumenty spakowane, taaa… Badenia-Wirtemberga również świętują Wszystkich Świętych zamkniętymi sklepami. I Francja, w razie gdybym chciała do St Louis podjechać, też. W sobotę nie było sensu się pchać, bo na pewno była tam połowa miasta, wiadomo, wczoraj było zamknięte. Darowałam więc sobie, zrobiłam najpotrzebniejsze zakupy na miejscu i tyle, a duże zakupy zostawiłam na poniedziałek.

Tymczasem w kuchni należało wykazać się kreatywnością, bo zapasów naprawdę nie było dużo. Wymyśliłam zapiekankę makaronową z mięsa mielonego, ale mąż stwierdził, żeby po prostu zrobić spaghetti, ale nie ma spaghetti, no to z jakimś innym makaronem, zjemy. Zrobiłam, podałam, pyszne, kochanie, a wiesz, na drugi raz spróbuj posypać serem i zrobić z tego zapiekankę… Zabić to za mało.

Uparłam się nie iść do sklepu, bo raz, że leje, dwa, że trzeba wyjadać to, co mamy w domu, i owszem sos do spaghetti składał się z pół szklanki sosu warzywnego z kartonu, plus koncentrat, plus zmiksowany pomidor i przyprawy, ale ojtam. Panowie chwalili (tylko na drugi raz żeby tym serem i zapiekankę…). Poza tym ogłosiłam listopad miesiącem oszczędzania, bo panowie w Londynie przyszaleli (tzn ja rozumiem, muzea drogie itp, ale teraz zeszła spłata karty kredytowej i dostałam lekkiego zawału), poza tym ubezpieczyciel dopatrzył się, że jednak za lipcową wizytę w szpitalu należy małżonka skasować, co niniejszym uczynił, w związku z czym jak się zalogowałam na konto, zawał był już rozległy. Zeszły opłaty, czynsz itp i stan był w zasadzie jak dzień przed wypłatą. Uhhh. Dosypałam trochę, żeby mi przy płaceniu kartą bank nie odrzucił transakcji, a panom w ramach oszczędzania i wspomnień z Lądka, kupiłam puszkę fasolki w sosie pomidorowym, smacznego.

LEGO

Udało mi się sprzedać. Dwa pudła przeróżnych zestawów, pewnie niekoniecznie kompletnych, Gwiezdnych Wojen, Harry Potterów, do tego Bionicle i inne chłopackie cuda. Umówmy się, że średnio interesujące dla dziewczynki lat cztery i pół, a księżniczek tam nie było. Wyłuskałam z tej stajni Augiasza jedynie taki podstawowy zestaw lego, z myślą o Idzie – same duże klocki, kolejny krok po duplo, którymi bardzo chętnie jeszcze się bawi, ale zobaczymy, jak długo. Oraz skompletowałam też z duplo wóz strażacki, po starszym bracie, z dwoma strażakami, drabiną, wężami i nawet hakiem na linie. Zupełnie nie księżniczkowo, ale Ida była zachwycona.
Przy najbliższej bytności w sklepie, kupię jej zieloną podkładkę, tabliczkę lego, żeby sobie mogła na niej budować.

Dygresja.
Lat temu dużo na komunię dostałam (to były czasy!) 11 dolarów i 10 centów. Konia z rzędem temu, kto wie, skąd te 10 centów, ale niech tam (dostałam też jakieś kompletnie niewymienialne zdaje się jugosłowiańskie papierki, chyba do tej pory gdzieś je mam, w domu albo u mamy). I jako, że 11 dolarów (i 10 centów) to była kupa kasy, jak dla dziewięcioletniej dziewczynki, poszłam z mamą, wiadomo, do Pewexu. Marzyłam o lalce Barbie. Całe dzieciństwo i pół dorosłości marzyłam, żeby mieć lalkę Barbie, bawić się nią i przebierać. Pewnie po części dlatego, że piętro wyżej mieszkała sąsiadka, która Barbie miała na pęczki (i takie małpki, co trzymały kciuk w buzi). W Peweksie nastąpiło rozczarowanie roku – zamiast lalki Barbie mama kupiła mi klocki Lego. Do dziś pamiętam to uczucie, i to nic, że klockami bawiłam się potem długie lata, a z Barbie bym pewnie szybko wyrosła; niespełnione marzenie we mnie zostało. No, trochę się spełniło, patrząc na Idy półkę z lalkami. Ale wiecie, o co chodzi.
Koniec dygresji.

Jeszcze a propos sprzedania klocków, oni tu jacyś dziwnie ufni są. Gość odpowiedział na ogłoszenie, ja mu podałam numer konta i namiary, po chwili odpisał, że wpłacił, 240 franków, total luz normalnie. Ja sprzedaję albo z płatnością z góry, albo z rączki do rączki. No ale ja z Polski jestem, aż tak całemu światu nie ufam.

W ogóle to odkąd odkryłam piętnaście lat po wszystkich facebooka, a na nim marketplace, to nic tylko sprzedaję, sprzedaję, sprzedaję. W tydzień sprzedałam chyba z 15 rzeczy, rowerek cholerny poszedł, masa ubranek, zabawek po Idzie itp, teraz te klocki. Bardzo mnie to cieszy, piwnica nie jest z gumy, szafy u mamy też jakby nie (chociaż jeszcze trochę tam się zmieści :)).

Pierwszy listopada w naszym protestanckim kantonie nie jest wolny od pracy, tradycja odwiedzania grobów niemal nie istnieje, co prawda są aktualnie w sprzedaży jakieś stroiki i chryzantemy, ale te ostatnie widziałam głównie posadzone na balkonach. Dziwny naród.

Zatem nastroju Wszystkich Świętych u nas niemal nie ma, Jurek normalnie pracował, dzieci były w swoich placówkach, a mnie naszło na szafiarskie rewolucje. Nie, nie czepiłam się mojej szafy, tylko mężowej. On jakoś bardzo spracowany nie był, bo bardzo chętnie się przyłączył i już po godzinie wynosił 80-litrowy worek z ubraniami za małymi, znoszonymi lub takimi, na widok których żona powiedziała NIE. I nie można powiedzieć, że po wyniesieniu tych ubrań będzie cierpiał na dotkliwe pustki w szafie, o nie. Kilka tygodni temu przetarły mu się skarpetki i poprosił, żeby przy okazji kupić mu nowe. Na co odparłam, że w szufladzie ma 26 par (!!!) skarpetek takich garniturowych, plus jeszcze ze 20 innych. No heloł, wywaliłabym połowę i też by się nie jorgnął.

Następnym krokiem będzie sprzątanie komputerowych i narzędziowych przydasiów w piwnicy ;-).

TELC za mną

Tak sobie nawet odważnie myślę, że może go nawet i zdałam. Trudny był owszem jak cholera, ale część ze słuchu nie aż tak trudna, jak się obawiałam. Słownictwo i gramatyka killery, wiadomo. Na ustnej części jednym z egzaminatorów był Tobi, mój ulubiony nauczyciel, o mało się sobie w ramiona nie rzuciliśmy. Egzamin zamiast pół godziny trwał kwadrans, dobrze, dalej, dobrze, dalej. Teraz jeszcze półtora miesiąca czekania, bo testy wysyłane są do Frankfurtu, tam je sprawdzą, przystawią stempel i dopiero się będzie oficjalnie liczyło.

Nawet się nie spodziewałam, że aż tak mnie nerwy trzymają. Po egzaminie wróciłam do domu i ani rączką, ani nóżką. Odcięło mi zasilanie. Byłam w stanie jedynie leżeć, co akurat nie było trudne, trochę podsypiałam, trochę próbowałam czytać.

Weekend minął przyjemnie, w sobotę wybraliśmy się całą rodziną na Herbstmesse, czyli jesienne święto karuzeli, baloników na druciku i waty cukrowej. Do tego stoiska z magicznymi tarkami do warzyw, silikonowymi łyżkami po dwie dychy itp. Lubię ten klimat, chociaż wolę chyba kiermasze świąteczne. Teraz Ida była główną beneficjentką, koniki, karuzele, samochodziki, wiadomo. Piotrek urwał się wcześniej, bo chciał coś oglądać, ale już zapowiedział, że czy byśmy jeszcze poszli, bo on by chciał na paru dziwnych urządzeniach się przejechać. Myślę, że bez trudu uda mu się wyciągnąć tatusia na te wariactwa.

W niedzielę małżonek pojechał zamknąć sezon w górach oraz jednocześnie zamknąć etap (przynajmniej na jakiś czas) wypraw z Tomkiem. Tomek postanowił rozwijać się poza strukturami Szwajcarii i dołączyć do swoich dziewczyn w Warszawie. Nawiasem mówiąc, mieszkają na Ursusie i ze swoich okien widzą nasz stary blok. Pewnie się mijaliśmy dziesiątki razy na dzielni, ale poznać się dało dopiero w Basel. Życie.

Ida od wczoraj jakaś słabsza była, a to ciut cieplejsza, a to się pokładała. Dzisiaj rano się okazało, że jak to ona nazywa, ma coś rzygającego w buzi. Chwilowo nie przyjmuje się nic ponad łyżeczkę wody na raz, dziewczynka śpi, bo jak wiadomo, sen to najlepsze lekarstwo. Przy okazji zdaje się mamusia też ma podobne objawy, tyle że u mnie kończy się na „a komu dzisiaj dobrze”.
Tak to świętujemy dzień odpoczynku od zszarganych nerwów, prawda.

Czy Wy też,

jak macie się uczyć albo zabrać do jakiejś dużego kalibru roboty, zaczynacie od sprzątania, gotowania i uzupełnienia braków w lodówce? No, to nie jestem sama. W piątek egzamin z niemca, stresik trochę jest, zwłaszcza, jak się okazało, że na ćwiczeniu ze słuchu nagranie puszczane jest tylko raz. Taaa… Będzie, jak mawiał mój nieodżałowany chemik w liceum, metodą pszczółki: bzzz… (i wodził palcem po liście obecności, kogo by tu spytać) – bum! wybrana ofiara, w moim przypadku odpowiedź. Prawidłowa, nieprawidłowa, się zobaczy.

Weekend ani trochę leniwy. Jako, że jesienny, to rosołek, ciasto z tymi ręcami zbieranymi truskawkami, wczoraj mąż wykonał pizzę i nawet sam z siebie posprzątał kuchnię.

Młody się wczoraj na własnej skórze przekonał, że każdy dobry uczynek musi być przykładnie ukarany. Zgłodniał chłopak i postanowił sam ugotować makaron do rosołu (mąż musiał w południe popracować, więc wiadomo było, że na pizzę nie ma co liczyć przed kolacją). Jak zaczął gotować te kluski, to od razu nałożył i podał rosół do stołu. Jako, że czułam się wczoraj takse, poprosiłam, żeby po tych kluskach posprzątał, nadmiar przełożył do pojemnika, garnek umył i odstawił, starł blaty w kuchni i stół w salonie. Przerosło to chłopaka, zaczął protestować, że ale jak to, po co i na co. Nic dobrego z tego nie wynikło, obrażony poszedł do siebie ryczeć, eh.

Dałam się chwilę wypłakać i poszłam pogadać. Potem wyciągnęłam go z pokoju i włączyliśmy Gesslerową. Atmosfera powoli odtajała, doczekaliśmy się wreszcie pizzy na kolację, wino pycha, ograłam rodzinę w memory i wieczór był już spokojny. I komu były potrzebne te nerwy i humory?

No dobrze, trzeba by coś poczytać, poćwiczyć, pogimnastykować głowę. Strrresik trrrochę.

Pachnie zupą

Czyli jesień przyszła. Nastawiam moją nieśmiertelną zupę śmieciową. Ida je chętnie, młody się trochę krzywi, ale jak sam mówi, „zjem i dasz mi spokój z warzywami”. Oprócz zupą pachnie też ciasteczkami czekoladowymi, które wyegzekwowała córunia. Obiecałaś!

W Polsce było jak zwykle dobrze. Błogo, spokojnie i na swoim miejscu. Bardzo jestem wdzięczna wszystkim, którzy rzucają, co mogą, dostosowują swoje grafiki, zmieniają plany i biorą urlopy, żeby się ze mną spotkać. Szwagier specjalnie dla mnie zrobił pyszne zapiekanki z pieczarkami! Wiecie, nie zdarza się zbyt często, żeby ktoś coś dla mnie zrobił czy ugotował. W zasadzie tylko w Polsce. Daję się wtedy rozpieszczać na maksa 🙂

Kochana córunia niezawodnie wstawała codziennie 7:05, nawet wcześniej niż do przedszkola! Zabierała przygotowane ubrania i stopującym gestem dłoni zatrzymywała mnie w łóżku: nie! ty tu zostań, ja sama idę do babci! Miód na moje serce, spałam do dziewiątej!!

Jednym z nazwijmy to minusów pobytu w Polsce jest to, że nie mam tam swojej kuchni – zaopatrzonej w swoje produkty. Ja mięsa prawie nie jadam (nie dotyczy kabanosów i salami na pizzy), bazuję na kaszach, warzywach i strączkach, ale pół pomidora w lodówce u mamy trochę mnie załamało. Zrobiłam jakieś zakupy, ale z papryką to ona się nie lubi, czerwona cebula to fanaberia na kanapkę, a te pół pomidora spokojnie wystarczyłoby jej chyba na tydzień. Rrrany. Oczywiście po raz kolejny kupiłam paczkę płatków owsianych, zapominając, że jeszcze są te z poprzedniego mojego pobytu (czyli z maja, tak) – i co ja mam z tym zrobić? (zjeść…?). Ale w listopadzie mama jedzie do sanatorium, już czekam na relacje, co było do jedzenia zielonego i dla królików :D.

Ach! I byłam na jednej rozmowie o pracę, znajoma z kontaktami przesłała moje CV komu trzeba. Rozmowa bardzo przyjemna, trochę poćwiczyłam autopromocję, ale koniec końców i tak okazało się, że nie jestem Szwajcarką, więc nawet do stania na promocji się nie nadaję. Budujące.

Plusem było natomiast to, że jako że tuż przed rozmową byłam akurat w Polsce (sama, zrzekać się w imieniu dzieci spadku) i jako że w mojej szafie królują jeansy i t-shirty, poszłyśmy z Sister do sklepu z ubraniami, w którym z miejsca się zakochałam. Można uszyć coś na moją figurę! I może to być bawełna z niewielką domieszką, ot, żeby dobrze leżało. Kupiłam sobie dwie pary spodni i dwie bluzki, do tego w Quiosque sukienka i żakiet. Z nowej kolekcji, więc ceny lekko wywrotowe, ale z drugiej strony w coś się musiałam ubrać. W ten oto sposób trochę nadrobiłam moje noworoczne postanowienie stworzenia bazy ubraniowej w szafie. Do grudnia akurat dokupię jeszcze jakiś sweterek i starczy :D.

No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Zmęczona jestem bardzo, nogi mi wchodzą nie powiem gdzie, trzeba zajrzeć do kuchni, bo póki co jeszcze pachnie zupą, ale jeszcze chwila i będzie jechało spalenizną. Kąpiel, czytanie i spać.

Nareszcie

Skończyłam dojczkurs. Oficjalnie pocztą dostanę papier, że umiem, i finito. Koniec z wieczornymi zajęciami. Cały kurs i organizacja generalnie bardzo fajne, tylko ta ostatnia lektorka, młoda i bojąca, robiąca odtąd-dotąd, trochę flaki z olejem. Robiła swoje, owszem, ale jednak po poprzednich nauczycielach byłam przyzwyczajona do innego sposobu prowadzenia zajęć, otwartego, aktywnego, pełnego dygresji i opowiastek z życia wziętych. Tutaj po prostu uczestniczki musiały przejąć inicjatywę i w sumie wyszło na to samo ;).

Po długich i ciężkich męczarniach, firma kurierska DPD dostarczyła dzisiaj wreszcie przesyłkę, która została nadana, bagatela, 10 dni temu.
Jako że zaraz lecę do Polski, zamawiam sobie różne rzeczy do mamy i potem odbieram hurtem.
Nadali w Poznaniu. I tak odleżała trzy dni w tamtejszym oddziale, potem objawiła się w Strykowie. Tam zaginęła w akcji, najpierw „jutro wyjeżdża do Radomia” (miejsca docelowego), potem „ze względów serwisowych” dostawa przełożona na świętego Dygdy (co go nie ma nigdy), po tygodniu od nadania pojawił się wreszcie skrót RAD. Ale to dopiero dwie trzecie sukcesu, bo jeszcze z RAD powinno trafić do odbiorcy, a to też nie takie hop siup, zeszło jeszcze trzy dni i to tylko dlatego tak krótko, bo wczoraj wieczorem zobaczyłam, że ma status „magazynowanie” (czyli mamy cię gdzieś, czekający odbiorco frajerze, se czekaj). Napisałam więc jednego średnio miłego mejla, na szczęście jeszcze pamiętam, jak się takie mejle pisze, się miało ten kontakt z klientem, chociaż zęby jadowe były tylko trochę wysunięte, nie żeby całkiem. Potrafię bardziej. Równolegle pan ze sklepu internetowego dzwonił po wszystkich świętych i proszę, już po 10 dniach od wysyłki, tadaaam! dostarczone. O 9 rano dzisiaj, pozbyli się tego gorącego kartofla.
Ja wiem, mogę być tylko promilem zagubionych przesyłek, tak, wiem, no ale to ja i to moja przesyłka i co mnie statystyki obchodzą ;-).

Kilka kropel jadu wysłałam też wczoraj do takiego centrum szkoleniowego, które oferuje darmowy mentoring, poszukującym pracy wykształconym imigrantkom. No, czyli mnie. Zapisałam się, po trzech miesiącach znalazła się mentorka, ładnie pięknie, świetnie nam się współpracuje, CV mam już tak podrasowane, że sama się sobie dziwię, że aż taka zajebista jestem. No i wczoraj dostaję fakturę, ani przepraszam, ani pocałuj mnie w d., tylko zapłać 200 franków. Obiektywnie patrząc, to nie są żadne pieniądze, tyle kosztuje godzina konsultacji u jakiegoś kołcza, a ja tu mam dziewczynę z doświadczeniem w HR, tutejszą, konkretną i ogarniętą, na pół roku ze spotkaniami co dwa tygodnie.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła ulotki, którą dostałam w Centrum Doradztwa Zawodowego, gdzie jak byk stoi, że kostenlos. Otóż – osoba odpowiedziała na mojego mejla (a przypominam, korespondowałam sobie wczoraj równolegle z kurierami w Polsce) – mam starą ulotkę, bo program sponsorowania mentoringu skończył się w 2016. I ok, ja to rozumiem, tylko gdyby oprócz faktury dołączyli jedno zdanie, że sorry, zasady się zmieniły, nie poinformowaliśmy wcześniej, a nie tak, że płać albo wypad. I jeszcze mi wmawia Frau Plama, że na pewno mi o tym mówiła. Kochana, co o pieniądzach, to ja słyszę bardzo wyraźnie, uwierz mi. Zwłaszcza jeśli mam je wydać i to na siebie.

Poza tym co. Młody miał jechać na wycieczkę szkolną, ale się rozchorował w sobotę. Akurat wybraliśmy się do Genewy, na długo wyczekiwane dni otwarte w CERN, żeby zobaczyć te cząsteczki latające w szaleńczym tempie i zderzające się ze sobą, i co z tego wyniknie. No ale tu młody leje się przez ręce, kolejka do zderzacza hadronów na 2h, małżonek mówi wyrazy, że tramwaj był bez klimatyzacji a w samym CERNie tłum, no kto by pomyślał, przecież to miał być dzień otwarty jedynie dla naszej rodziny, a tu wpuścili jeszcze jakichś ludzi, skandal po prostu, tak wszystkim pozwalać się rejestrować.

W CERN obejrzeliśmy kilka wystaw i doświadczeń z ciekłym azotem, i uciekliśmy z tego tłumu. Jeszcze nam pracownik doradził, żeby przejechać do innego wejścia do zderzacza, że tam jest krótsza kolejka. Była dłuższa, 150 minut. Dzięki.

Piotrek chciał muzeum Patek Philippe, co oni z tymi zegarkami mają, to ja nie rozumiem, no ale dobra, ładne były. Po muzeum upolowaliśmy jedną z nielicznych czynnych bez sjesty restauracji, zjedliśmy i wróciliśmy do domu.

A dzisiaj jest czwartek. Wczoraj skończyłam dojczkurs i tak nie bardzo wiedziałam, co ze sobą dzisiaj zrobić. Wypadałoby na zakupy, ale mogą jeszcze poczekać. Posprzątałabym, ale jestem zmęczona, latam i latam, dzisiaj dziewiętnasty, a ja mam nastukane 213 000 kroków. Koniec końców odprowadziłam Idę do przedszkola i siadłam na dupie. Zrobiłam sobie jajeczniczkę na śniadanie. Na masełku i cebulce, ze świeżą bułeczką. Napisałam parę mejli, robię jakąś papierologię, piję herbatę. Słucham radia.

To co, to miłego weekendu, bo on już za chwilę.