Czy Wy też,

jak macie się uczyć albo zabrać do jakiejś dużego kalibru roboty, zaczynacie od sprzątania, gotowania i uzupełnienia braków w lodówce? No, to nie jestem sama. W piątek egzamin z niemca, stresik trochę jest, zwłaszcza, jak się okazało, że na ćwiczeniu ze słuchu nagranie puszczane jest tylko raz. Taaa… Będzie, jak mawiał mój nieodżałowany chemik w liceum, metodą pszczółki: bzzz… (i wodził palcem po liście obecności, kogo by tu spytać) – bum! wybrana ofiara, w moim przypadku odpowiedź. Prawidłowa, nieprawidłowa, się zobaczy.

Weekend ani trochę leniwy. Jako, że jesienny, to rosołek, ciasto z tymi ręcami zbieranymi truskawkami, wczoraj mąż wykonał pizzę i nawet sam z siebie posprzątał kuchnię.

Młody się wczoraj na własnej skórze przekonał, że każdy dobry uczynek musi być przykładnie ukarany. Zgłodniał chłopak i postanowił sam ugotować makaron do rosołu (mąż musiał w południe popracować, więc wiadomo było, że na pizzę nie ma co liczyć przed kolacją). Jak zaczął gotować te kluski, to od razu nałożył i podał rosół do stołu. Jako, że czułam się wczoraj takse, poprosiłam, żeby po tych kluskach posprzątał, nadmiar przełożył do pojemnika, garnek umył i odstawił, starł blaty w kuchni i stół w salonie. Przerosło to chłopaka, zaczął protestować, że ale jak to, po co i na co. Nic dobrego z tego nie wynikło, obrażony poszedł do siebie ryczeć, eh.

Dałam się chwilę wypłakać i poszłam pogadać. Potem wyciągnęłam go z pokoju i włączyliśmy Gesslerową. Atmosfera powoli odtajała, doczekaliśmy się wreszcie pizzy na kolację, wino pycha, ograłam rodzinę w memory i wieczór był już spokojny. I komu były potrzebne te nerwy i humory?

No dobrze, trzeba by coś poczytać, poćwiczyć, pogimnastykować głowę. Strrresik trrrochę.

Reklamy

Pachnie zupą

Czyli jesień przyszła. Nastawiam moją nieśmiertelną zupę śmieciową. Ida je chętnie, młody się trochę krzywi, ale jak sam mówi, „zjem i dasz mi spokój z warzywami”. Oprócz zupą pachnie też ciasteczkami czekoladowymi, które wyegzekwowała córunia. Obiecałaś!

W Polsce było jak zwykle dobrze. Błogo, spokojnie i na swoim miejscu. Bardzo jestem wdzięczna wszystkim, którzy rzucają, co mogą, dostosowują swoje grafiki, zmieniają plany i biorą urlopy, żeby się ze mną spotkać. Szwagier specjalnie dla mnie zrobił pyszne zapiekanki z pieczarkami! Wiecie, nie zdarza się zbyt często, żeby ktoś coś dla mnie zrobił czy ugotował. W zasadzie tylko w Polsce. Daję się wtedy rozpieszczać na maksa 🙂

Kochana córunia niezawodnie wstawała codziennie 7:05, nawet wcześniej niż do przedszkola! Zabierała przygotowane ubrania i stopującym gestem dłoni zatrzymywała mnie w łóżku: nie! ty tu zostań, ja sama idę do babci! Miód na moje serce, spałam do dziewiątej!!

Jednym z nazwijmy to minusów pobytu w Polsce jest to, że nie mam tam swojej kuchni – zaopatrzonej w swoje produkty. Ja mięsa prawie nie jadam (nie dotyczy kabanosów i salami na pizzy), bazuję na kaszach, warzywach i strączkach, ale pół pomidora w lodówce u mamy trochę mnie załamało. Zrobiłam jakieś zakupy, ale z papryką to ona się nie lubi, czerwona cebula to fanaberia na kanapkę, a te pół pomidora spokojnie wystarczyłoby jej chyba na tydzień. Rrrany. Oczywiście po raz kolejny kupiłam paczkę płatków owsianych, zapominając, że jeszcze są te z poprzedniego mojego pobytu (czyli z maja, tak) – i co ja mam z tym zrobić? (zjeść…?). Ale w listopadzie mama jedzie do sanatorium, już czekam na relacje, co było do jedzenia zielonego i dla królików :D.

Ach! I byłam na jednej rozmowie o pracę, znajoma z kontaktami przesłała moje CV komu trzeba. Rozmowa bardzo przyjemna, trochę poćwiczyłam autopromocję, ale koniec końców i tak okazało się, że nie jestem Szwajcarką, więc nawet do stania na promocji się nie nadaję. Budujące.

Plusem było natomiast to, że jako że tuż przed rozmową byłam akurat w Polsce (sama, zrzekać się w imieniu dzieci spadku) i jako że w mojej szafie królują jeansy i t-shirty, poszłyśmy z Sister do sklepu z ubraniami, w którym z miejsca się zakochałam. Można uszyć coś na moją figurę! I może to być bawełna z niewielką domieszką, ot, żeby dobrze leżało. Kupiłam sobie dwie pary spodni i dwie bluzki, do tego w Quiosque sukienka i żakiet. Z nowej kolekcji, więc ceny lekko wywrotowe, ale z drugiej strony w coś się musiałam ubrać. W ten oto sposób trochę nadrobiłam moje noworoczne postanowienie stworzenia bazy ubraniowej w szafie. Do grudnia akurat dokupię jeszcze jakiś sweterek i starczy :D.

No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Zmęczona jestem bardzo, nogi mi wchodzą nie powiem gdzie, trzeba zajrzeć do kuchni, bo póki co jeszcze pachnie zupą, ale jeszcze chwila i będzie jechało spalenizną. Kąpiel, czytanie i spać.

Nareszcie

Skończyłam dojczkurs. Oficjalnie pocztą dostanę papier, że umiem, i finito. Koniec z wieczornymi zajęciami. Cały kurs i organizacja generalnie bardzo fajne, tylko ta ostatnia lektorka, młoda i bojąca, robiąca odtąd-dotąd, trochę flaki z olejem. Robiła swoje, owszem, ale jednak po poprzednich nauczycielach byłam przyzwyczajona do innego sposobu prowadzenia zajęć, otwartego, aktywnego, pełnego dygresji i opowiastek z życia wziętych. Tutaj po prostu uczestniczki musiały przejąć inicjatywę i w sumie wyszło na to samo ;).

Po długich i ciężkich męczarniach, firma kurierska DPD dostarczyła dzisiaj wreszcie przesyłkę, która została nadana, bagatela, 10 dni temu.
Jako że zaraz lecę do Polski, zamawiam sobie różne rzeczy do mamy i potem odbieram hurtem.
Nadali w Poznaniu. I tak odleżała trzy dni w tamtejszym oddziale, potem objawiła się w Strykowie. Tam zaginęła w akcji, najpierw „jutro wyjeżdża do Radomia” (miejsca docelowego), potem „ze względów serwisowych” dostawa przełożona na świętego Dygdy (co go nie ma nigdy), po tygodniu od nadania pojawił się wreszcie skrót RAD. Ale to dopiero dwie trzecie sukcesu, bo jeszcze z RAD powinno trafić do odbiorcy, a to też nie takie hop siup, zeszło jeszcze trzy dni i to tylko dlatego tak krótko, bo wczoraj wieczorem zobaczyłam, że ma status „magazynowanie” (czyli mamy cię gdzieś, czekający odbiorco frajerze, se czekaj). Napisałam więc jednego średnio miłego mejla, na szczęście jeszcze pamiętam, jak się takie mejle pisze, się miało ten kontakt z klientem, chociaż zęby jadowe były tylko trochę wysunięte, nie żeby całkiem. Potrafię bardziej. Równolegle pan ze sklepu internetowego dzwonił po wszystkich świętych i proszę, już po 10 dniach od wysyłki, tadaaam! dostarczone. O 9 rano dzisiaj, pozbyli się tego gorącego kartofla.
Ja wiem, mogę być tylko promilem zagubionych przesyłek, tak, wiem, no ale to ja i to moja przesyłka i co mnie statystyki obchodzą ;-).

Kilka kropel jadu wysłałam też wczoraj do takiego centrum szkoleniowego, które oferuje darmowy mentoring, poszukującym pracy wykształconym imigrantkom. No, czyli mnie. Zapisałam się, po trzech miesiącach znalazła się mentorka, ładnie pięknie, świetnie nam się współpracuje, CV mam już tak podrasowane, że sama się sobie dziwię, że aż taka zajebista jestem. No i wczoraj dostaję fakturę, ani przepraszam, ani pocałuj mnie w d., tylko zapłać 200 franków. Obiektywnie patrząc, to nie są żadne pieniądze, tyle kosztuje godzina konsultacji u jakiegoś kołcza, a ja tu mam dziewczynę z doświadczeniem w HR, tutejszą, konkretną i ogarniętą, na pół roku ze spotkaniami co dwa tygodnie.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła ulotki, którą dostałam w Centrum Doradztwa Zawodowego, gdzie jak byk stoi, że kostenlos. Otóż – osoba odpowiedziała na mojego mejla (a przypominam, korespondowałam sobie wczoraj równolegle z kurierami w Polsce) – mam starą ulotkę, bo program sponsorowania mentoringu skończył się w 2016. I ok, ja to rozumiem, tylko gdyby oprócz faktury dołączyli jedno zdanie, że sorry, zasady się zmieniły, nie poinformowaliśmy wcześniej, a nie tak, że płać albo wypad. I jeszcze mi wmawia Frau Plama, że na pewno mi o tym mówiła. Kochana, co o pieniądzach, to ja słyszę bardzo wyraźnie, uwierz mi. Zwłaszcza jeśli mam je wydać i to na siebie.

Poza tym co. Młody miał jechać na wycieczkę szkolną, ale się rozchorował w sobotę. Akurat wybraliśmy się do Genewy, na długo wyczekiwane dni otwarte w CERN, żeby zobaczyć te cząsteczki latające w szaleńczym tempie i zderzające się ze sobą, i co z tego wyniknie. No ale tu młody leje się przez ręce, kolejka do zderzacza hadronów na 2h, małżonek mówi wyrazy, że tramwaj był bez klimatyzacji a w samym CERNie tłum, no kto by pomyślał, przecież to miał być dzień otwarty jedynie dla naszej rodziny, a tu wpuścili jeszcze jakichś ludzi, skandal po prostu, tak wszystkim pozwalać się rejestrować.

W CERN obejrzeliśmy kilka wystaw i doświadczeń z ciekłym azotem, i uciekliśmy z tego tłumu. Jeszcze nam pracownik doradził, żeby przejechać do innego wejścia do zderzacza, że tam jest krótsza kolejka. Była dłuższa, 150 minut. Dzięki.

Piotrek chciał muzeum Patek Philippe, co oni z tymi zegarkami mają, to ja nie rozumiem, no ale dobra, ładne były. Po muzeum upolowaliśmy jedną z nielicznych czynnych bez sjesty restauracji, zjedliśmy i wróciliśmy do domu.

A dzisiaj jest czwartek. Wczoraj skończyłam dojczkurs i tak nie bardzo wiedziałam, co ze sobą dzisiaj zrobić. Wypadałoby na zakupy, ale mogą jeszcze poczekać. Posprzątałabym, ale jestem zmęczona, latam i latam, dzisiaj dziewiętnasty, a ja mam nastukane 213 000 kroków. Koniec końców odprowadziłam Idę do przedszkola i siadłam na dupie. Zrobiłam sobie jajeczniczkę na śniadanie. Na masełku i cebulce, ze świeżą bułeczką. Napisałam parę mejli, robię jakąś papierologię, piję herbatę. Słucham radia.

To co, to miłego weekendu, bo on już za chwilę.

Głupie te tytuły.

Trzeba wymyślać tytuły do notek i żeby się nie powtarzały, bo jak za 20 lat wordpress się będzie likwidował, tak jak blox, to eksportują się tylko notki z tytułami. Normalnie zmuszają człowieka, żeby był taki kreatywny, no i po co, i tak wszyscy umrzemy. Niektórzy tylko bardziej kreatywnie.

Jako, że sierpień zamknęłam 300 000 kroków, w ostatniej chwili, rzutem na taśmę idąc na spacer, i potem jeszcze, bo mi 400 kroków brakowało, postanowiłam we wrześniu zadziałać systematycznie i metodycznie. Efekt jest taki, że od pierwszego mam w nogach 60 kilometrów, niemal 86 000 kroków, i nie wiem, kiedy się zatrzymać. Tak jakoś wychodzi, co poradzę.

Dzisiaj razem ze mną chodziła Ida, od 9 do obiadu zaliczyłyśmy dwa kiermasze, szewca i zakupy. To tylko wygląda tak krótko, szlajałyśmy się po dzielnicy, najpierw wyszukując ubranka dla Idy (spodnie narciarskie na przedszkolne wycieczki do lasu za jedyne 3 franki, koszulka sportowa na gimnastykę do szkoły, bluzki z długim rękawem „z czymś” (bo bluzki „bez niczego”, czyli bez obrazka, się nie liczą) i parę innych drobiazgów, które już suszą się na balkonie. Lubię takie wyszukiwanie okazji; iść do sklepu i wydać kasę to nie sztuka, ubranka są w dobrym stanie, przy okazji uprane iks razy i nie ma ryzyka, że coś młodą uczuli, prawda.

Panowie podnieśli mi ciśnienie, wracam do domu przed 14, a młody jeszcze sobie słodko śpi, tatuś nie obudził, poszedł na siłownię. Niewiele brakowało do wyrwania młodemu drzwi razem z futryną, zaprawdę powiadam wam, boginią spokoju i oazą cierpliwości to ja nie jestem w takich sytuacjach.

Mąż po raz kolejny usłyszawszy prawdę wykonał focha i się nie odzywa. Tyle spokoju.

To co, mało mi, idziemy jeszcze na plac zabaw. Ale nigdzie daleko, nie ma głupich. Przed blok, zjeżdżalnia, piaskownica, huśtawki, ławka dla matki i styknie.

I tylko niech nikt nie przypomina mojej córce, że obiecałam jej dzisiaj jeszcze czekoladowe muffiny…

Porządki robię

W telefonie, programem do usuwania śmieci, bo mój telefon aż piszczy z braku miejsca. Grzeje się do czerwoności, na dodatek kabel do ładowania nie styka w gnieździe. Już mu czas powoli dobiega końca, ale może jeszcze damy radę; koło świąt będą promocje, wtedy coś wybiorę. Moi namawiają mnie na huawei p20 pro, albo i jakiegoś wyższego, ale cóż, nie chcę ryzykować szklanego telefonu, a one plecki mają z tych delikatnych raczej. Oraz zdjęcia nazywają IMG_, a filmy VID, łał, doprawdy? Od iks lat mam samsunga i nazywa bez tych głupich wstępów, zrzucam dużo zdjęć, nie będę każdemu nazwy zmieniała, oszaleli chyba. Tak, dobrze czytacie, dla mnie priorytetem w nowym telefonie jest format nazwy zdjęcia…

Upał szczęśliwie się kończy. Już jutro chłodniej, tylko 26 stopni oraz obiecują burze i deszcze, nareszcze. Ja tam upały to lubię głównie w saunie, do której nie chadzam. No dobrze, jest jedna zaleta upału: pranie schnie szybko na balkonie. Zwłaszcza po południu i zwłaszcza jeśli balkon się ma od południowo-zachodniej strony. Człowiek zostawia pranie na pastwę temperatury, zasłania rolety, żaluzje i ucieka do domu.

A propos chadzam, wychodziłam w sierpniu 300 000 kroków, i właśnie miałam się pochwalić, że 10 000 kroków dziennie, ale dupa, sierpień ma 31 dni! Niedopatrzenie. W lutym sobie odbiję ;p.

Dojczkursu zostało już tylko trzy tygodnie! Nie mogę się doczekać. Potem pewnie zrobię TELCa i dam sobie spokój z nauką tego języka. Mówię wystarczająco dobrze jak na swoje potrzeby, zresztą i tak muszę ludzi przełączać z dialektu na normalny, żeby jak człowiek wszystko rozumieć. A potem, po nowym roku, nie wiem, może jakiś certyfikat z angielskiego by? A kiedyś kiedyś, zrobię sobie kurs hiszpańskiego albo portugalskiego. Siostrzenica leci na rok na Erasmusa (i do swojego Erasmusa, chociaż kto ją tam wie), i na wszelki wypadek dobrze by się było umieć dogadać ;). Niech się tylko zdecyduje, bo nie wiem, czego mam się uczyć!

Młoda w przedszkolu niezmiennie dobrze, niestety miewamy problemy i dylematy pt. czy jutro naprawdę trzeba iść do przedszkola? Bo może możnaby zostać z matką w domu i pospać, ile chce się. Na przykład, tak jak dzisiaj, do samej 7:15!! Czyli dokładnie tyle, żeby na tygodniu wstać do przedszkola. A tośmy się wyspały, no naprawdę. Poza tym do przedszkola biegnie, nie idzie tylko biegnie, w przedszkolu jest fajnie, drugie śniadania jedzą na dworze przy stolikach, codziennie 20 minut przerwy na dworze niezależnie od pogody, we wtorki gimnastyka w podstawówce obok (na normalnej sali), co druga środa – spacer do lasu, też niezależnie od pogody. Hartują dzieciaki od małego; młoda antybiotyk widziała raz w życiu, przy grudniowym zapaleniu płuc, gdzie młody jako roczniak miał już bogatą kartotekę. A propos kartoteki, zaraz wrzesień, normalnie pierwsza w kolejce idę szczepić dzieci i siebie na grypę. Po lutowej przeprawie rodzinnej oraz lipcowej mojej i młodej, akurat jak Jurek był w szpitalu, bardzo dziękuję za kolejne takie atrakcje. I młodego od kleszczy trzeba. I może mnie też (męża nie szczepię, bo ma innego rodzinnego, niż ja. Powtarzam mu, że nie był obowiązkowo szczepiony na odrę i żeby poszedł nadrobić, tak tak, zrobi, będzie pamiętał, no, trzeba, prawda).

Kończąc wątkiem zdrowotnym, co kładę na karb peselu, życzę państwu miłych deszczowych, jesiennych dni.

Z poważaniem!!

Co by tu

Weekend intensywny. W sobotę rodzinnie basen (młody trenuje, bo z wf w tutejszych szkołach nie ma żartów), młoda nie będzie gorsza i ona też będzie pływać. Mało brakuje, żeby na główkę skakała na trzy metry, na szczęście kupiliśmy jej kamizelkę do pływania i sama spokojnie unosi się na wodzie, kręci bączki i kombinuje, jak by tu nurkującego brata poklepać po głowie, sprawdzając, czy on tam aby na pewno jest.

Sama też popływałam, co prawda z deską, bo w to, że ja bym się mogła sama pounosić na wodzie i nie utonąć, to nie wierzę. Poza tym w wodzie sobie mogę być, ale żeby mi nie zalewało buzi, trochę to jest zatem skomplikowane. Są takie kołnierze ortopedyczne dla psów, może coś takiego…?

Wczoraj oczywiście jak niedziela, to siłownia, potem jako że mieliśmy cywilną rocznicę ślubu, mąż wybył z rana w góry, a ja z młodą do zoo. Młody nie chciał. Zrobiłyśmy 12 000 kroków, odwiedziłyśmy vivarium po przebudowie, pingwiny można oglądać, jak pływają. Gepardy się leniły w cieniu, a żyrafa podeszła do nas pod samiutkie ogrodzenie. Ida była zachwycona, cały czas marudziła, że chce do fok, a gdy wreszcie do nich dotarłyśmy, stała 10 minut pozując mi do zdjęcia, po czym zadowolona poszła dalej. Oraz przejechała się na kucyku, następnym razem zaplanowany jest pełnowymiarowy wierzchowiec, bo kucyki to są dla małolatów, wiadomo.

Niewyspana jestem okrutnie. Mąż po wycieczce położył się przed 22 spać, no ale ja nie jestem póki co jeszcze panią w jego wieku, nie będę szła spać z kurami! Posiedziałam, poczytałam. A potem nie mogłam usnąć, prawda. Jak usnęłam, Ida zawołała siku. Potem jakiś hałas mnie obudził. Potem światło u sąsiada, świeci mi idealnie prosto w oczy. Wstałam, zasłoniłam okno i znowu zaczęłam się przewracać z boku na bok. Rrrany. Ale o siódmej rano to by się pospało, prawda, jak trzeba było wstawać do przedszkola. Małżonek pojechał dziś do biura, więc mam dopołudnie w domu ciche i spokojne. Jak miło.

Uff

Leci czas jak głupi, że tak odkrywczo powiem.
Przez ostatnie dwa tygodnie gościli u nas brat męża z małżonką, w skrócie M&M.
Noęc… tak. Generalnie nie było tak źle, bo moim zadaniem było wydać kanapki rano na drogę (wyjeżdżali na całodniowe wycieczki) oraz wieczorem podać ciepłą obiadokolację, i w zasadzie tyle. Starałam się nie widzieć za dużo, nie słyszeć, w trudnych chwilach wspomagałam się czerwonym winem, w którego zapas przezornie zaopatrzyłam się przed wizytą. Czasem drażniło wszystko, bo umówmy się, to są kompletnie dwa różne światy, M&M nie mają dzieci, mają pieska, na którego w jego dzieciństwie mówili dzidzia, a teraz, gdy pies ma już swoje lata, kupili mu nosidełko albo chustę, już nie pamiętam, takie jak dla niemowlaków, bo jak go łapki bolą i tak słodko patrzy, no to przecież nie odmówisz, tylko nosisz, koniec cytatu. Poza pieskiem chodzą sobie na treningi, maratony filmowe i spotykają się ze znajomymi, bo jakoś ten czas po pracy trzeba w końcu zagospodarować. Inny świat.

Szczęśliwie dotarli do domu tydzień temu, w weekend robiliśmy całe nic, a w poniedziałek zaczął się nowy rok szkolny. Ida poszła do nowego przedszkola dla dużych dzieci, Piotrek – żeby było sprawiedliwie – do nowej szkoły, też dla dużych dzieci. Idzie póki co kupiłam trepki do przedszkola, za dwa tygodnie mają być jeszcze buty na wf, bo będą mieli gimnastykę w podstawówce obok, z wuefistą, w hali, niech się dzieci przyzwyczajają. A propos wuefu, Piotrek dostał rozkład zajęć z wf, i tak raz mają wspinaczkę na ściankach, raz hokeja na lodzie, a w maju mają test wytrzymałościowy: 5,6 km biegiem i 1 km do przepłynięcia. Nie wiem, czy łącznie, to już chyba nie ma wielkiego znaczenia, umieram, jak czytam te wszystkie kilometry, a co dopiero przebiec i przepłynąć. No ale dobrze, widać, tu się dzieci od najmłodszego hartuje i trenuje, tylko patrzeć, jak Idka będzie nurkować na 3 metry po kółeczko.

Rok szkolny się zaczął, temperatura spadła do przyjemnych 20 stopni i nagle zapachniało mi wrześniem. Dni krótsze, dzieci w szkole, zaraz przyjdzie czas na parzone herbatki, koc i oby do kwietnia. Tymczasem na przekór pogodzie, kupiłam sobie, rychło w czas, bermudy, znaczy spodnie takie jeansowe przed kolano. A co.

Za półtora miesiąca lecimy z Idą na ferie jesienne do Polski oraz dzisiaj się okazało, że lecę również ja sama kilka dni wcześniej. Wreszcie mam datę sprawy spadkowej, miejmy nadzieję, już ostatniej. Tak się składa, że sprawa jest w środę przed feriami, loty są tak, że lecę we wtorek, wracam w czwartek. Idy zabrać nie mogę, bo ma obowiązkowe przedszkole. Mogłabym co prawda napisać do gemeinde, czy by mogła polecieć ze mną (w przedszkolu ponoć czasem wyjątkowo się zgadzają), ale po pierwsze, w jedną stronę zostały już tylko cztery bilety, a po drugie, czy ja nie mogę polecieć sama? Tatuś ogarnie poranne wstawanie, śniadaniówkę, kucyki, strój na gimnastykę, później obiad (zaprawdę powiadam wam, nie jest takie oczywiste dać dziecku obiad…) i kolację, a w międzyczasie trzeba jeszcze zająć dziecko i samemu pracować. Chętnie zobaczę.

Z miłych rzeczy po tych wakacjach, to schudłam trzy kilo. Te same, które przytyłam od marca do maja, jak się wkurzyłam na siłownię, prawda. Czyli jestem na zero, niemniej przyjęłam taktykę, że każdy miesiąc ma się kończyć na minusie w stosunku do poprzedniego. I kiedyśtam schudnę, po trochu.

Za dwa tygodnie mamy wieczór rodziców w przedszkolu, to znaczy małżonek ma, bo ja mam niemiecki akurat w tych godzinach. Sorry not sorry. Będzie się integrował, będzie robił koniki na kiju wraz z innymi rodzicami, bardzo miło. Jak dobrze się złożyło, że ja akurat mam dojczkurs, jak ja nie znoszę takich na siłę integrujących spotkań! A małżonek akurat pracuje zdalnie z domu, to nawet nie będzie miał wymówki.