Kot

Wczoraj sobota. Wyczekana, bo małżonek miał umówione piwo z kumplami, młody urodziny kolegi, Ida miała wcześnie iść spać, a ja miałam mieć święty spokój i żeby do mnie nikt nie gadał.

Wiecie, jak to jest. Przychodzicie zmachane z pracy, zakupy, obiad, ogarniacie rzeczywistość i liczycie na chwilę dla siebie.
– Mamo, a wiesz, bo jak się dzisiaj bawiłam, to wiesz, założyłam lalce taką sukienkę, i wiesz, i dorobiłam do niej pasek…
– Mamo, a widziałaś, ten transfer tego piłkarza to nie wiadomo, czy będzie, a na instagramie widziałem taki fajny filmik, a w ogóle to zainstalowałabyś sobie tiktoka, bo to, co oglądasz na insta, to jest na tiktoku…
– Wiesz, w tej nowej pracy to jacyś nienormalni pracują, dają mi czas na wdrożenie, zaplanowali mi szkolenia, dzisiaj zrobiłem dwa proste raporty, a oni szczęśliwi, jak prosię w deszcz, a pamiętasz, jak to było w poprzedniej pracy?
Ratunku.

Przyszła upragniona sobota, młoda balowała do dziesiątej, młody do kumpla poszedł zgodnie z planem, małżonek oświadczył, że jeszcze zobaczy, bo kumple nie dojechali i są sami z tatą Alanka. I może by TA przyszedł do nas.
MOJA WOLNA SOBOTA!!
ZA NIC!!

Oświadczyłam, że nie mamy w domu żadnych przekąsek, piwo jest ciepłe, a tak w ogóle to ja nie lubię, jak mi się obcy plączą po domu, było na końcu języka, a pogoda taka piękna, niech sobie gdzieś idą.

Poszli! Obejrzałam Dirty Dancing i zjadłam kawałek ciasta z takim zakalcem, że jakbym nim rzuciła przez balkon, to by stojący na dole Romeo padł trupem. Tak to jest, jak się dodaje do ciasta jogurtu na oko.

Położyłam się po północy. Najpierw młody, zgodnie z ustaleniami zresztą, zameldował, że zostaje u kolegi na noc. Dobrze. Przysnęłam. Następnie zameldował, że jednak wraca. Dobrze. Przysnęłam. Następnie zameldował, że jednak zostaje, ale u innego kolegi. Dobrze, przysnęłam. Następnie, że bierze taksówkę i niedługo będzie. Moja wina, bo zawsze proszę, żeby meldował, jak zmienia lokal.

W międzyczasie, czyli jakoś przed drugą, pytam starego, czy długo jeszcze. On oczywiście ani kluczy, ani poczucia czasu nigdy nie ma, wiadomo. Otóż już wracają, na piechotę z lokalnej jedynej nie dla staruszków knajpy.

Po dobrych dwudziestu minutach wchodzi, niosąc na rękach… kota. Wielkiego, szarego, upasionego kota. Że się kot zgubił. I szedł za nim całą drogę. I żeby go w domu przenocować, bo on miauczy, i jest głodny i taki biedny. Ja wybudzona i zła jak diabeł, co ma młode, nakazałam natychmiastowy w tył zwrot. Nie znam kota, nie lubię kotów, nie będzie mi obcy kot chodził po mieszkaniu, dziabnięty w cztery litery małżonek czym prędzej zaśnie na kolejne kilkanaście godzin, a ja będę miała na niewyspanej głowie jeszcze kota do szczęścia. Powiedziałam obojgu sio, wziął tylko kotu wody i łososia wędzonego, i poszli. Kot się posilił i poszedł w swoją stronę.

Rano Ida spytała przytomnie: a miał przy obroży tabliczkę? Bo jak miał tabliczkę, to tam powinien być numer telefonu właścicieli…

Lato!

Już oboje mają wakacje. Młody od tygodnia, Ida od przedwczoraj. Nareszcie nie będzie mi jędolić, że ona nie lubi wstawać do szkoły, bo jest niewyspana. Co prawda, wynalazła rozwiązanie na ten problem, mianowicie budzi się sama jeszcze wcześniej i wstaje pół godziny przed czasem, żeby obejrzeć na netfliksie jakiś film przyrodniczy czytany przez Krystynę Czubównę, ale jeśli dzięki temu ma lepszy humor, to proszę uprzejmie.

Był u nas Kacper przez tydzień, młodego przyjaciel jeszcze z Warszawy, ale niewiele go widziałam, bo ciągle byli w rozjazdach. Kacpra u nas parę lat nie było, więc zrobili tour de Suisse, zaliczając Zurych, Lucernę, Szafuzę, Genewę, Neuchatel i Mediolan. Albo rano wcześnie wstawali na wycieczkę, albo odsypiali do południa, a wczoraj już wrócił, dobrze chociaż, że udało się pogadać o samolotach i pokazał Idzie parę filmików z lotu samolotem.

Szefowa szczęśliwie doleciała na Karaiby, a że jak wiadomo, urlop dzieli się na własny i przełożonego, będzie można trochę odetchnąć. Wiosną radośnie podpisała urlopy wszystkim, którzy chcieli, freelancerki wzięły sobie urlopy bez pytania i efekt jest taki, że do środy jestem sama w firmie. Wirtualnie, oczywiście, nie pojadę do biura, żeby tam odsiedzieć samej cztery godziny, no bez przesady. O ile rodzina pozwoli, będę pracowała zdalnie, chociaż nie przewiduję natłoku zadań. Tak ze dwie uczciwie popracuję, a potem to wiadomo, nie samą pracą człowiek żyje.

Telefon mi dzisiaj przypomniał, że rok temu o tej porze siedziałyśmy u Sister i szwagra na działce na grillu, w deszczu schowani pod dachem domku, a młode pokolenie, czyli Ida, wtedy sześcioletnia, plus trójka wczesnych studentów grali razem w UNO. Zawsze jestem zwolenniczką, żeby młode pokolenie trzymało się razem :D. Teraz odliczam, za dwa tygodnie o tej porze scenariusz ma szansę się powtórzyć, niechby tylko bez deszczu.

Wczoraj pojechaliśmy na superancką wycieczkę. Trochę się zastanawiałam, bo miałam ochotę na home alone (nie licząc Piotrka zamkniętego w swojej pieczarze), ale małżonek przysłał mi linka i jak zobaczyłam, dokąd, nieśmiało zapytałam, czy ja bym też mogła… Wildkirchli, restauracja wykuta w skale, miejsce znane z okładek przewodników po Szwajcarii. Plan zakładał, że młoda z tatusiem pójdą na nogach, a ja wjadę kolejką i będę na nich czekać na górze, ale młoda wymiękła i wjechałyśmy razem. I dobrze, bo tam było 5 km przewyższenia niemal 900 metrów po schodach, a młoda nie bardzo rozchodzona w tym sezonie.

Wjechałyśmy i poszłyśmy w stronę restauracji. Idziemy za ludźmi ścieżką w dół, najpierw po schodach w miarę równych, potem po schodach bardziej umownych z kamieni, zeszłyśmy na dół… Ludzi nie ma. Przejścia nie ma. Restauracji nie ma. Skała jest, koniec drogi dla jeleni. Kurczę, no ale gdzieś to musi być, tak? Zrobiłam dwa kroki do przodu, jaskinia, aaa to ja dziękuję. Postałyśmy, doszło do nas dwóch chłopaków (w wieku 30 i 50, starzeję się, skoro to dla mnie chłopaki), więc spytałam, czy nie wiedzą, gdzie to jest, ta restauracja. A, no tam, pół kilometra przez jaskinię i tam już o zaraz będzie. A co, boi się pani jaskini? Paaanie, z moją klaustrofobią, ja do jaskini! A to może pani z nami pójdzie? No doooobra. Kapelusz wycieczkowy nacisnęłam na oczy, żeby jak najmniej widzieć, złapałam się poręczy, bo kamyki i błotko, i poszłam.

Nie było pół kilometra! Ze dwieście metrów najwyżej, dwie litery Z i pod koniec już było widniej, niż u Murzyna. No a potem, to już taaaakie widoki i restauracja i małżonek, który po tych schodach zrobił chyba rekord trasy, bo jak wyszłyśmy, to on właśnie otwierał piwo. Pięknie tam, cudnie i zachwycająco.

Potem zahaczyliśmy o Appenzell, bo to blisko, a nigdy nie byliśmy, w ogóle wschodniej części Szwajcarii nie mamy obczajonej, Jurek był raz w St. Gallen i gdzieś w górach, i to tyle. W Appenzell trafiliśmy na festiwal jodłowania, spęd ludzi z całego chyba kantonu, byliśmy zachwyceni, oszołomieni, głowy nam się tylko kręciły w lewo i prawo, gdy oglądaliśmy wszystko po kolei.

Wróciliśmy o 22 wykończeni i zadowoleni, małżonek śmiał się, że tak szczęśliwej i zajaranej mnie dawno nie widział. Faktycznie, ostatnio było tak w Liechtensteinie na Sylwestra, a wcześniej… nie pamiętam.

Upał u nas był, paliło przez tydzień 35-37, na szczęście tfu odpukać aktualnie mamy w okolicach i ciut poniżej 30. Na ostatnich oparach, ale jeszcze można tak żyć. Dzisiaj wybrałyśmy się z młodą na basen kryty, ten przy szkole, bo od jutra go zamykają na jakieś prace konserwacyjne aż do końca wakacji. W środę natomiast obiecałam młodej Bachgraben, czyli baseny otwarte, zjeżdżalnie, fontanny i inne szaleństwa. Mamy je kilka przystanków od domu, ja w środę pracuję pół dnia i to z domu, pogoda oczywiście będzie, młoda ma pierwsze dwa tygodnie w domu, więc na ile mogę, to jej coś zagospodaruję. W piątek była u nas Idy koleżanka, Lia, może i w tym tygodniu uda im się spotkać.

Albowiem Stella poszła w odstawkę. Idy koleżanka z klasy. Początek przyjaźni przypadł na jesień, gdy Stella dołączyła do klasy później i Ida została poproszona przez wychowawczynię o zaopiekowanie się,pokazanie, gdzie odkładamy książki, a gdzie toaleta itp. Ida urosła, była ta ważna w klasie i tak zaczęła się bliższa znajomość. Stella odwiedziła nas kilka razy w domu, za pierwszym razem przyszedł po nią ojciec, komentując: no widzicie, jak ja mam w takich warunkach pracować, bo Stella biegała po mieszkaniu, nie reagowała na żadne próby uspokojenia (zakręty, kanty, lustra, zero reakcji na wołanie, takie tam drobiazgi), a ojciec tylko ubolewał nad swoim losem. Przy kolejnej wizycie Stella usłyszała (od małżonka, nie żeby ode mnie), że może do nas przychodzić, jeśli się będzie dobrze zachowywała, a jeśli nie – to sorry. Przez chwilę było dobrze, a potem się okazało, że Stella pomimo zakazu wyjmowała rybki z akwarium, żeby je pogłaskać, oraz któregoś razu poszły z Idą do kościoła (po drodze ze szkoły do nas), skąd zabrały modlitwy, coś jak nasze święte obrazki, takie małe karteluszki, tylko bez obrazka, za to z modlitwą. Ida się tym gryzła tydzień, bo „nie mów nic rodzicom, to będzie nasza tajemnica”, po tygodniu pękła i poprosiła, żeby pójść do kościoła, bo ona chce za te modlitwy zapłacić, przekonana, że je ukradła (od roku, odkąd zażartowałam, że wybiegamy bez płacenia, ma obsesję, czy zapłaciłam, a kiedy, a czy kartą itp. Wciąż pamięta i wciąż mnie sprawdza). Jak usłyszałam, że Stella uskutecznia tajemnice przed nami, zarządziliśmy jednogłośnie koniec przyjaźni. Co jest w szkole, na to nie mam wpływu, chociaż tam Stella też manipuluje, pardą, wymusza na Idzie, żeby ta spędzała pauzy tylko z nią, mimo, że dla młodej to za dużo i że wcześniej umówiła się z inną koleżanką, ale wtedy Stella mówi, że jej jest tak smuuuutno i Ida ulega. Jeśli po wakacjach sytuacja się nie zmieni, porozmawiam z rodzicami, żeby przykręcili śrubkę córce, oraz z wychowawczynią, z prośbą, żeby o ile to możliwe miała oko na sytuację. Zresztą wychowawczyni już wiosną pytała, jak się zapatrujemy na znajomość ze Stellą, ale nie mówiła nic więcej. Może należało dopytać.
Uhhh. Tajemnice przed rodzicami, też coś!!

Kilka tygodni temu Ida miała niemiłą sytuację z dawną koleżanką z przedszkola, rok starszą. Wracały ze szkoły, pogadały o dupie marynie, jak masz na imię, w której klasie jesteś, nagle tamta powiedziała, że Ida jest głupia, pchnęła ją i poleciała do domu. Dopuszczam, że nie wiem wszystkiego, tyle mi powiedziała Ida. Młodej nic się nie stało fizycznie, przyszła zryczana i rozżalona, bo jak tak można. Znała tylko imię dziewczynki, a że tu rodo mają w nosie, dają listę dzieci z telefonami do wszystkich rodziców na początku każdego roku, a ja przedszkolne kontakty trzymam jeszcze w komórce… Zlokalizowałam matkę dziewczynki, opisałam sytuację, napisałam, że sobie nie życzę, żeby atakowano moje dziecko na ulicy, że ma się czuć bezpiecznie i w szkole i poza nią. Matka była w szoku i też się tego po swojej córce nie spodziewała, składała się w przeprosinach jak scyzoryk, że porozmawia, ukarze i w ogóle nigdy więcej. Ida mi po czasie powiedziała, że ta dziewczynka była na ubiegłotygodniowym koncercie w szkole, gdzie występowali wraz ze starszą klasą właśnie, ale nie było żadnego kontaktu między dziewczynkami.

No, to by było na tyle, jeśli chodzi o przegląd historii bez ładu i składu, a teraz jest jedenasta, to może się jednak udam spać. Chociaż zdrzemnęłam się trochę podczas kibicowania F1, ja to umiem w multitasking! Dobranoc Państwu.

Zdał

Dzisiaj punkt 16 dostał telefon od wychowawcy, że zdał. Świadectwo dostanie jutro, przed pożegnalnym apero szkolnym, i wtedy zobaczy oceny. Ale najważniejsze, że odhaczone (jeszcze tylko ten projekt mamo do końca tygodnia, ale to spoko, muszę siąść na dwie godziny i go napisać, ale to spoko mamo, napiszę bez problemu, spoko, czas mam do piątku do 17:00. Spoko). (projekt składa się z części teoretycznej oddawanej teraz oraz praktycznej oddawanej za rok, po praktykach. Zapowiadany był z pół roku temu. Spoko).

Do tego zdał też prawo jazdy i od dwóch tygodni absolutnie każde wyjście z domu to jest wyjazd z domu. A może samochodem? A nie potrzebujesz do ikei? a może do Niemiec na zakupy? Dobrze, niech jeździ.

Do kompletu dostał już Permit C i może z nim ubiegać się o obywatelstwo, co pewnie niedługo uczyni. Proces trwa dwa lata i pół worka pieniędzy, ale jak trzeba to trzeba.

Poza tym nic nie wydoroślał, nie spoważniał i nie zmądrzał, za to dzisiaj ścigał się z siedmioletnią siostrą od przystanku do domu, kto pierwszy, siostra nie odpuszczała, mimo, że tłumaczyliśmy i przed wyścigiem, i po, że on wygra bo ma po prostu dłuższe nogi i tyle, ale młoda zacięta jest i zawzięta, biegła, potem ryczała, potem ją pocieszał, a potem się odgrażała, że jak dorośnie, to go prześcignie.

Pojechaliśmy bowiem do miasta uczcić młodego maturę, w El Mexicano przeczekaliśmy ulewę, za którą tęskniłam od trzydziestosiedmiostopniowego weekendu, byłam nawet gotowa zrobić z siebie miss mokrego podkoszulka i wracać do domu w ulewę, ale zostałam przegłosowana. U nas na wsi okazało się, że ulewa była wcześniej niż w mieście, już nie padało, dzieci mogły się więc spokojnie ścigać bez obawy o zmoknięcie.

Mąż poszedł do nowej pracy, alleluja. Dostał rozpiskę szkoleń i certyfikacji, które ma zrobić, zaczął wstawać o szóstej i od czasu do czasu pojawia się w biurze albo u klienta, i powolutku zaczyna się układać. Oby.

Ja natomiast dostałam dzisiaj od szefowej informację, że wpisze mnie do rejestru spółki jako współupoważnioną do podpisywania umów (razem z jeszcze jedną kundzią) podczas jej coraz liczniejszych urlopów. Przebija mnie, latem leci na cztery tygodnie, czwarty urlop w tym roku :). No bardzo mi miło, chyba sobie zrobię jakąś ważną pieczątkę, alboco.

Idę spać. Młoda pokasłuje, podroby czyste, ale kaszel uparcie nie przechodzi, przedostatniej nocy spałam łącznie ze trzy godziny, bo a to kaszle, a to piciu, a to błyska na horyzoncie, może lunie, a to dziwny jest ten świat w środku nocy, a to zarejestrowałam młodą online do lekarza (brat ją zawiózł, samochodem oczywiście), a to o 4:30 skowronek się za oknem obudził i jak nadawał, ale to jak nadawał! A jak usnęłam po piątej na godzinę z hakiem, to już było pozamiatane i wiedziałam, że ten dzień się będzie bardzo dłużył. Kolejnej nocy myślałam, że odeśpię, ale gdzie tam. Teraz zaś jest za dwadzieścia jedenasta i też pewnie z godzina minie, zanim usnę. A jeszcze pranie się suszy. No, to ucinamy ten słowotok, odpinamy rączki od klawiatury i idziemy się chociaż położyć, czekając aż suszarka skończy pracę. To dobranoc Państwu.

@mylum, albo przegapiłam, albo się Twoi znajomi nie odezwali! Niech piszą jeszcze raz, jakby co!

Majówki i matury

Nie jesteśmy gorsi, też mamy długie weekendy. Tydzień temu w czwartek było Wniebowstąpienie, a w najbliższy poniedziałek będzie Poniedziałek Po Zielonych Świątkach. Zatem po Wniebowstąpieniu w piątek bardzo intensywnie pracowałam całe półtorej godziny z poranka, a popołudnie miałam wolne, bo szefowa ochoczo podpisała wszystkim urlopy, a potem się okazało, że w sobotę nie ma kto wpuścić klienta do mieszkania tymczasowego. A po 22h lotu z Malezji klient może nie być pozytywnie nastawiony do opcji nocowania nad Renem, chociaż noce krótkie i ciepłe. Zgłosiłam się na ochotnika, i tak innych planów nie miałam.

W ten ubiegły weekend mieliśmy z młodym lecieć do Polski i dalej do Gdańska na koncert Quebonafide, tzn. on na koncert, ja do Gdańska :), ale Putin ty chuju i tak dalej, więc zostałam na posterunku. Tak sobie kombinowałam, że po 22h lotu, z dwójką małych dzieci, ostatnie, czego będą rodzice pragnęli, to zwiedzać okolicę i poznawać szwajcarski system segregacji odpadów. O, jakże srodze się myliłam. Godzina czterdzieści, rany boskie. I jeszcze z nimi do migrosa idź, pokaż im, gdzie leżą worki na bioeko, sześciolatek podbiegał do mnie z kinderkami, płatkami śniadaniowymi i zabawkami, po kolei pytając, czy może to kupić, a ojciec ze stoickim spokojem po kolei odpowiadał za mnie, że najpierw musi iść do bankomatu po gotówkę, młodszego to chyba w ogóle nie bardzo kochali, bo pozwalali mu spacerować po dość ruchliwej ulicy, i dopiero jak coś zatrąbiło, to się budzili, że oj, bombelku, chodź jednak do nas, przyleciałeś, to już chodź. To nie na moje nerwy, ta dzisiejsza młodzież.

Zagęszczają nam się w pracy zlecenia i sporo ich ma kumulację na początek lipca, czyli akurat wtedy przyjeżdża kolejny ekspat i trzeba go odebrać z lotniska, pokazać temp (tymczasowy apartament), przelotki do gniazdek, sklep spożywczy, śmietnik i sznurek do związywania makulatury, zarejestrować w urzędach, a potem znaleźć mieszkanie docelowe. A szefowa, jak już wyżej wspomniałam, urlopy rozdaje na prawo i lewo (sama lecąc pod koniec czerwca na cztery tygodnie). Zatrudniła dodatkową kontraktorkę, która miała być na takie awaryjne sytuacje – i otóż kontraktorka pierwsze co, to wpisała w kalendarz całe wakacje i wszelkie szkolne ferie jako urlop, no bardzo fajnie, my też mamy dzieci, ale jednak po coś do tej pracy chciała iść chyba? Coś mi się wydaje, że znowu dostanę order z ziemniaka za dodatkową pomoc przy rozładowaniu lipcowego korka. Ale nie narzekam, w uznaniu zasług, czytaj: zrobienia za szefową certyfikacji, dokumentacji do przetargu, wdrożenia nowego oprogramowania, napisania kolejnego przewodnika i dziesiątek innych drobiazgów, dostałam oto dodatkową pensję. Taki majowy bonus, bardzo mi miło. Urok małej, prywatnej firmy. Szefowa może tymczasem biegać z jednego służbowego lunchu na drugi, podtrzymywać relacje biznesowe oraz lecieć na czwarte w tym roku wakacje.

Pomimo mojej pracy, coś z tej majówki chcieliśmy wycisnąć, więc pojechaliśmy na Rigi Kulm. Bardzo przyjemna wycieczka, pociąg, statek, kolejka, zębatka, taras widokowy, mgła na 20 metrów, obiad, zębatka, kolejka, statek, pociąg. Mając niedosyt widoczków, wyciągnęłam towarzystwo jeszcze na spacer po Lucernie, co było doskonałym pomysłem, bo dzień był piękny, starówka w złotej godzinie, zdjęcia cudne, lody pyszne, wspomnienia na zawsze.

Wtedy była jeszcze u nas żydowska koza, po jej wylocie, Ida z tatusiem pojechali już we dwoje na szlak Heidi, pogoda wreszcie dopisała, zaliczyli spacer, obiad i przyjemny dzień razem.

Wczoraj mieliśmy kinderbal u zaprzyjaźnionej polskiej rodziny, a jutro jedziemy do Trübsee. Jest to stacja pośrednia między Engelbergiem a Titlis, bardzo przyjazna zwłaszcza dla dzieci, jest jezioro, które podczas godzinnego spaceru obchodzi się, robiąc przystanki na place zabaw, zagadki lub ciekawostki dla najmłodszych. Wybiera się z nami tata Alana, co do jego samego, to nie wiemy – dostali informacje na temat czasu trwania wycieczki, stopnia trudności, przewyższeń, środków transportu – negocjacje trwają. Czy Alanek pojedzie, okaże się jutro. Ostatnio Jurek chciał go zabrać (TA był chwilowo w PL, matka się do podróży nie nadaje, tramwaje już oswoiła, ale wszystko powyżej przyprawia ją o spazmy i zawroty głowy), zatem ostatnio Alanek miał propozycję pojechać z Idą na ścieżkę Heidi, ale nie chciał, nawet pomimo zapewnień, że nie ma kolejki linowej, tylko zwykły pociąg. Albowiem dowiedział się od mamy, że kolejki linowej należy się bać, wjechał na górę, zjechał, no ale po powrocie do domu matka mu nagadała i na następną wycieczkę już profilaktycznie nie pojechał. (oraz dostał kartę miejską, żeby dojeżdżać do szkoły dwa przystanki, bo mu kiedyś buty przemokły, a teraz jak jest gorąco, to mu gorąco, i jak ma do szkoły na rano i potem na popołudnie, to robi nawet 3,5 kilometra na piechotę, no to niech sobie dojeżdża, biedactwo).

Em jak matury. Wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce. Pierwsze zdziwienie: pisze się ją po południu, bo rano są normalnie lekcje pozostałych klas. Młody ma więc swoje egzaminy 13-16 mniej więcej. Jedynie ustne będzie miał o ósmej rano, może dlatego, że łatwiej to zorganizować, nie wiem. Po drugie, nie tu żadnego galowego stroju, może niekoniecznie dresy, ale też bez koszul i krawatów, długie lniane spodnie czy koszulka polo są jak najbardziej ok. Bez dziur w spodniach, ale mają się skupić na egzaminie i mieć komfort. Popieram.

(z youtube sączy się Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości w wykonaniu Darii Z. oraz Dawida P. z koncertu Męskie Granie. Ależ ciary.).

Co to ja chciałam, a. Młody większość już napisał, została mu rachunkowość i finanse w najbliższy wtorek, a potem za tydzień ustny niemiecki i francuski. Angielskiego nie zdaje, bo zrobił FCE. Co ciekawe, porównywalny DELF z francuskiego go nie zwalnia, może dlatego, że to jeden z języków urzędowych. A może dlatego, że oni zdają jakiś inny DELF niż ja zdawałam, nasz był dużo trudniejszy, gramatyka siała postrach, a analiza tekstu to był prawdziwy kiler. No, ale może tutaj dostosowali do poziomu wiedzy szwajcarskiej młodzieży albo gorącym (acz niekoniecznie pozytywnym) uczuciom, którymi darzą się wzajemnie kantony niemiecko- i francuskojęzyczne.
Po egzaminach, w ostatnim tygodniu czerwca, ma jeszcze do dokończenia projekt, który miał skończyć przed maturami i mieć wolne, no ale jakoś tak nie wyszło, prawda. Ciekawe, dlaczego. Wyniki matur poznają wraz ze świadectwami, wychowawca będzie dzwonił tylko do tych, którzy oblali, z informacją, że oblali, do reszty wyśle zbiorczego mejla, że gratuluję, zdaliście, ci, którzy nie zdali, już zostali poinformowani.

Jeszcze jedna różnica w maturach polega na ocenianiu: oceny maturalne to jest 50%, 25% lub 75% oceny na świadectwie – brana pod uwagę jest też ocena z ostatniego roku nauki. Na pewno zdejmuje to trochę presji, bo jak ktoś miał dobre i bardzo dobre, to nawet jeśli się mocno zestresuje i zawali, to i tak zaliczy. Albo może napisać i na tróję (która tutaj jest najwyższą negatywną oceną: 1 to bardzo głąb, 2 to średni głąb, 3 to brak szczęścia, 4 to pierwsza zaliczająca ocena, 5 to w porzo, 6 to praca na 100%. Ida miała ze dwa testy, gdzie zrobiła jeden błąd i już tej najwyższej – w jej przypadku najbardziej uśmiechniętej buźki – nie dostała). Oraz niektóre przedmioty są oceniane łącznie, tzn. jeśli z matematyki napisał na 6, to może napisać słabiej z rachunkowości itp. Aż tak dokładnie w te zasady nie wnikałam, zainteresowanych odsyłam do wujka google’a albo do mojego syna, faktem jest, że wyliczył sobie, że ze wszystkich egzaminów może napisać na tróję, i maturę zda. W uszach brzęczy mi informacja zwrotna po jednym z ostatnich przedmaturalnych testów z matematyki, jak na to, ile się uczyłem, to bardzo dobrze mi poszło.

Na ustny z niemieckiego miał wybrać sobie trzy dowolne książki (oni tu lektur nie znają, dramat był, gdy miał przeczytać Fausta i to w staroniemieckim), wybrał więc dwie, które omawiał w Sekundarschule (czyli naszym gimnazjum) plus trzecią, narodowego szwajcarskiego pisarza, Dürenmatta. Nazwisko znam tylko dlatego, że obok nas jest ulica tego pana. Zatem dwie do przypomnienia i trzeciej raptem 600 stron, na luziku. Co na ustnym francuskim, tego nie wie nikt, tekst i dyskusja o nim.

Nie wiadomo, kiedy zrobił się czerwiec, w maju trochę przygrzało, na szczęście na krótko, teraz przeważa przyjemne dwadzieścia parę, trochę wiatru, trochę deszczu. Nakupowałam kwiatków na balkon na mój Darka-Stolarza-kwietnik, nawet ze dwa razy zaległam na leżaku, żeby odpocząć i nacieszyć oczy.

Za półtora miesiąca lecimy do Polski. Nie mogę się doczekać (a co, też dostałam 3 tygodnie urlopu, to korzystam!).

Ida płacze, że ona bardzo lubi szkołę, lubi się uczyć – ale w szkole. W domu zaś lubi odpoczywać i się bawić. Biedne dziecko, przeciążone pracą domową raz w tygodniu na jutro i raz na za tydzień. Oraz nie lubi wstawać rano do szkoły o siódmej rano, bo jest niewyspana. Na szczęście nie przeszkadza jej to w weekendy wstawać kwadrans po siódmej, świeżej jak pierwiosnek.

(Wataha, uwielbiam Męskie Granie).

Małżonek szczęśliwie zmienił pracę. W poprzedniej ostatnie dwa lata, nie dość, że pandemicznie w domu, to jeszcze z szefem idiotą, okraszone były licznymi kurwami dobiegającymi znad jego laptopa. Teraz, po miesięcznym urlopie (bo tu nie można być tu na urlopie, a tam już w pracy, urlop jest od urlopowania), poszedł wreszcie w nowe środowisko, trochę znajome, jak to w branży. Ma zaplanowaną ścieżkę szkoleniową, jakieś certyfikaty ma robić, rozwijać się – i ma to rozpisane. Oprócz tego ma pracować nad projektami, czyli raz – dwa razy w tygodniu jeździć do klientów i im tam wdrażać i upgradować. I bardzo dobrze, i nareszcie.

Paznokcie wyschły, Co mi Panie Dasz dobrzmiało do końca, północ za chwilę, to ja się pożegnam. Jutro Trübsee, a we wtorek znowu do fabryki. Dobrego tygodnia Państwu.

Żydowska koza

Odwiedził nas znajomy. Mieszkał tu kiedyś, wyprowadzili się kilka lat temu, teraz zabrał córkę, rówieśnicę mojej, w podróż sentymentalną. Spoko, facet fajny i normalny, do pogadania i na wycieczkę w góry, tylko że młoda… No hm. Jak ojciec stawia granice, to matka pozwala, jak ojciec pozwala, to matka staje okoniem itd. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo nie moje są, ale dziecko dostaje schizofrenii, nie wie, kogo ma się słuchać, więc słucha się siebie. To ta, która przy ostatniej wizycie ojca zwyzywała od ty kurwiu mały, na co on, że jak będzie taka niegrzeczna, to ja ich z domu wyproszę i będą nocować na lotnisku. Trzeba się czyimś autorytetem podeprzeć, jak się nie ma swojego.

– Proszę, baw się ciszej, tata śpi, wujek śpi, pobawcie się lalkami.
Młoda zaczyna śpiewać na całego i krzyczy do mojej: a ja wiem, co zrobić, żeby tatę obudzić!! Cały czas krzyczy. Albo przygłucha, albo nikt jej w domu nie słyszy.

Spaghetti na obiad. Kolejny niejadek w okolicy. Obiad ledwie ruszony, bo ona nie jest głodna, po czym sięga po czekoladowe batoniki, które ojciec zakupił na eksport, ale póki co stoją, żeby się częstować. No to się poczęstowała, pięcioma.

Zapowiedziałam, że mają się bawić po cichu.
Znalazła rzutki i celuje nimi w drzwi.

Jako, że bawią się w salonie i jest głośno, a my starzy chcemy odpocząć (ojciec wyszedł na parę godzin), prosimy, żeby poszły do Idy do pokoju. Ida zabiera manatki i wychodzi, a ta wchodzi w dyskusję. Że przecież wcześniej mogła siedzieć i było dobrze. Że już będzie cicho. Że to, że tamto. My zdarta płyta, więc w końcu niby się poddaje, burcząc pod nosem nieeeeenooooo i wynosząc z pokoju po jednym klocku lego i komentując nasze skandaliczne zachowanie.

Poszła umyć zęby, pastą taką, która pokazuje, gdzie są niedomyte, czyli w zasadzie wszędzie, bo mycie trwa z 15 sekund. Myje nad umywalką i najwyraźniej nie zna takiego przedmiotu, jak kubek, bo wypluwa pastę, intensywnie zieloną maź, przed siebie. Na umywalkę, kran, ścianę nad umywalką, ścianę pod umywalką, podłogę, udało jej się nawet napluć do miski stojącej pod umywalką, z wodą dla rybek i uzdatniaczem. Ojciec czasem stwarza pozory, ale ogólnie nie reaguje, więc przejęłam stery. Spytałam, co robi i czy ma dwa lata czy siedem, dlaczego nie wzięła kubka, wściekłam się o tę wodę, bo już się rybkom należała świeża, no ale nie przewidzieliśmy takiego zachowania. Następnie przyniosłam jej wilgotną ściereczkę (zaczęła od umycia nią sobie zielonej buzi :D) i stałam i pokazywałam palcem, gdzie jeszcze ma umyć, domyć i poprawić. Noszkurwa.

Od tego momentu układ sił się nieco zmienił.
Kolacja. Dostała to, co chciała, i nie zjadła. No to nie. Zostaw i idź się kąpać. Umyj się i chwilę odpocznij, przyjdę za parę minut. Piżama. Połóż się spać, Ida już usypia, jutro idzie do szkoły, leż sobie i słuchaj słuchanki. Ojciec był w ciężkim szoku, że o 21 dziecko było już w łóżku. Usnęła co prawda po 23, bo ciągle przychodziła do nas, spędzających przyjemnie czas przy winku na balkonie, ale była konsekwentnie odsyłana przeze mnie do spania.

Kolejnego dnia ojciec spytał, czy mógłby zostawić ją u mnie na trzy tygodnie, żeby odebrać już grzeczną i posłuszną. Acha, jasne, a ty sam kiedy przyjedziesz do mnie na turnus? 😀

Wczoraj byliśmy na wycieczce pociągiem, statkiem, kolejką, tu już każdy miał swoje dziecko na smyczy i tylko raz wyprowadziła nas z równowagi, usiłując się bawić w berka przy tramwaju ruszającym z przystanku, ale to tylko nas, to spoko.

Dziś bladym świtem pożegnaliśmy gości, wróciłam spać dalej, Ida włączyła sobie bajkę, i nastała cisza i spokój. Dziecko siadło i zjadło, używało słów proszę, przepraszam i dziękuję, bawiło się spokojnie w swoim pokoju 3h po południu i pokój nie wymagał potem generalnego remontu, a my doceniliśmy to, co mamy.

Huk

Jeśli w ostatni piątek usłyszeliście ogromny huk, to to był kamień, który spadł z mojego serca na wieść, że szanowny Piotrze, na podstawie dostarczonych dokumentów usuwamy cię z listy kwalifikacji wojskowej. Chociaż tyle. Acz wciąż mamy ukraińską paranoję, ja mniejszą, mąż większą, i o koncercie w Gdańsku młody może zapomnieć. Putin, ty chuju.

Dziś tutejszy dzień matki i uwaga uwaga, po ubiegłorocznej uwadze, że brat dopisał się młodszej siostrze na laurce!!, w tym roku otrzymałam kwiatki i zestaw pachnących kosmetyków z Lusha. Uwielbiam. Oraz jutro jeszcze dostanę jakiś handmade ze szkoły, bo dziewczynka w piątek się rozkasłała i rozsmarkała i została w domu. We wtorek mają wycieczkę, wolałam, żeby przepadł jej ten jeden dzień niż wycieczka, ale efektem ubocznym jest prezent na dzień matki, który został na weekend w szkole. Nie szkodzi, chyba nie był żywy.

Mąż pomiędzy pracami na urlopie siedzi w domu. I to określenie jest bardzo adekwatne, bo jest mocno na krawędzi kolejnej depresji, hej ho, dawno nudno nie było. Raz, że półwieczne urodziny, dwa, że badania kontrolne, bo w pana wieku to już trzeba zakończone będziemy obserwować, do zobaczenia za pół roku, plus chyba świadomość nieuchronnie płynącego czasu. A, oraz oczywiście stara firma, która pożegnała się z nim… wcale się nie pożegnała. Ani przepraszam, ani pocałuj mnie w d. Skończył dzień pracy, fakt, że online, ale było wiadomo, że od kolejnego dnia zaczyna urlop, więc można było wspólnego skypa zrobić, podziękować, życzyć powodzenia, ale najwidoczniej nawet na to ich nie stać. Bardzo się cieszę, że zmienia pracę, pójdzie do małej, szwajcarskiej firmy, z płaską strukturą, ze szkoleniami do zrobienia, zaplanowaną ścieżką rozwoju i miejmy nadzieję normalnymi ludźmi. Co drugi pracodawca trafia mu się normalny i na lata, oby to był ten przypadek.

Kasztany kwitną, ale młody maturalne egzaminy ma dopiero pod koniec miesiąca, tuż po koncercie, na który nie poleci. W zamian za to zaprosił do siebie najlepszego kolegę i jednocześnie sąsiada z Warszawy, Kacpra. Kapi mając lat 11 poleciał z nami do Szwajcarii na Sylwestra (wracaliśmy po świętach, ja tuż przed porodem). W jedną stronę z nami, w drugą miał wracać sam, nadany Swissem i przekazywany z rąk do rąk, od nas do stewardessy i dalej na Okęciu rodzicom. I bał się sam wracać, mimo że dziesiątki razy latał z rodzicami. Tatuś, ciepła klucha: a może niech nie leci, skoro nie jest pewny, to może lepiej niech zostanie… Mamusia, właścicielka czarnego pasa w karate: niech leci, nic mu nie będzie, niech leci!
Poleciał.
A teraz… Teraz lata już sam, zupełnie sam. Poszedł do technikum lotniczego, a rok temu, niedługo po ukończeniu 18 lat, poinformował rodziców, że przeszedł pomyślnie badania lekarskie i nie ma przeciwwskazań i że będzie robił licencję pilota.
– Ty wiesz, ile taka licencja kosztuje…! – narzekała mi Anka, jego matka w słuchawkę.
– Dlatego właśnie ja mojemu opłaciłam pakiet premium apki do gry w szachy, 120 franków na rok i z głowy. Mogłaś mu podsunąć tańsze hobby!
Kapi teraz lata sam, bo po iluś wylatanych godzinach z instruktorem, może już latać samodzielnie. Szacun.

Chwilowo wrócił do nas może nie listopad, ale początek października, ale spokojnie, wszystkim nam zaświeci w tym tygodniu 30 stopni ciepełka przez chwilę. To co, kto nie zdążył schudnąć do lata? 😀

Oczy mnie bolą

Poszłam do pracy, cały dzień przy komputerze, wieczorem po kolacji, co by tu robić, to może coś obejrzę, w międzyczasie komórka. Oczy mnie pieką i bolą, dziwne uczucie. Zwłaszcza prawe, oko, nie uczucie, które, jako mocniejsze, wyrabia 200% normy. Lewe oko to atrapa, coś tam widzi, ale nieostro i gdyby prawego zabrakło, to płacz i zgrzytanie zębami. Póki co ustawiłam w telefonie i komputerze ochronę przed niebieskim światłem (biały jest koloru kartki w książce), zwiększyłam czcionkę w telefonie, no i telefonik idzie w odstawkę wieczorami (no no, ambitnie…!). W biurze muszę sobie jeszcze obniżyć monitor, bo stoi za wysoko (a patrzenie w górę nie jest naturalne i też wysusza oczy), no i nakleić na nim karteczkę mrugaj.

Szefowa poleciała na tydzień urlopu do siostry w RPA, zostawiła mi zapytanie ofertowe od potencjalnego klienta do obrobienia, a ku pokrzepieniu wysyłała filmiki ze słoniami i lwami. No, ale za to dzisiaj przeglądając dokumenty orzekła, że bardzo dobrze, po poprzednim urlopie stwierdziła, że w sumie może latać częściej, bo Kasia na miejscu wszystko ogarnia, i jak widać, wdrożyła plan w życie.

Miniony weekend był deszczowy i zrobił nam powrót do listopada, ale to dobrze, chwila odpoczynku od spacerów, placów zabaw, rolek, rowerów i wycieczek na lody. Dziś już końcówka deszczu i pod koniec tygodnia 23 stopnie i słoneczko. Mąż szlifuje stół i krzesła na balkonie, muszę go zmotywować, bo balkon już by się przydał do pierwszych w sezonie obiadów na powietrzu i przyjemnych posiadówek przy herbacie.

Mąż na imieniny dostał od ukochanej małżonki matę pranamat, bo ciągle coś go boli i łupie, a to biodro, a to szyja, a to podobno cudownie relaksujące i rozluźniające i w ogóle. Teściowa zobaczyła na zdjęciu i spytała, czym sobie zasłużył na to madejowe łoże :-). No fakt, głowy na poduszce nie odważę się położyć, ale na macie w t-shircie bez problemu. Ida, twardzielka, położyła się nawet bez koszulki! A Piotrek po półgodzinie orzekł, że luz w ogóle i że może tak leżeć. No spoooko.

Pojutrze idę do fryzjerki, nareszcie! Poszłam miesiąc temu, przyciąć, ale moja od zawsze Nadia była na urlopie, a ja akurat miałam pomysła, żeby wybrać się do salonu polecanego przez znajomą. Nigdy więcej. Zamiast dodać objętości, jak prosiłam, zrobiła mi płasko na głowie i szeroko na wysokości uszu, wyglądam jak garnek do góry nogami. Całe szczęście, że firmowa sesja zdjęciowa, która miała się odbyć miesiąc temu (i właśnie z tego powodu szłam na ekhm, lekkie podcięcie), została przełożona, bo fotograf złapał covida. Nigdy się tak nie cieszyłam z czyjejś choroby :D. Tak czy inaczej, w czwartek idę do Nadii, w weekend dorzucę sobie farbę i za tydzień będę się szczerzyć do obiektywu. Póki co na włosy nie patrzę, na dodatek przez deszcz każdy żyje własnym życiem, suszarka mi się popsuła, a nowa, identyczna tylko innej firmy, ma nieco mniejszą moc, jest głośna jak odrzutowiec i jakoś też nie może się dogadać z moimi włosami. Może po strzyżeniu u Nadii wrócą do siebie.

To co, to ja Downton Abbey na netfliku. Dobranoc Państwu.

Święta

Bardzo miłe. Z serniczkiem i mazurkiem, mniam. Piękna, wiosenna pogoda u nas zachęcała do spacerów, toteż pierwszego dnia świąt skorzystaliśmy z zaproszenia rodziców Alanka na obiad, po którym to obiedzie w amoku i obłędzie zapakowano nam wszystko, co zostało na stole, „bo wy zjecie, a my nie”. Łącznie z coca colą, jakimiś radlerami, dobrze, ze sztućce chociaż zostawiła.

W poniedziałek udaliśmy się na spacer na lody do sąsiedniej wsi. Autobusem kwadrans, spacerem przez las półtorej godziny, podejście pod jedną górkę tylko, czterdzieści schodków i dalej po płaskim i po asfalcie.
– A, to nie wiem, my chyba nie pójdziemy, bo Alanek nie da rady.

Alanek jest całkowicie sprawnym fizycznie siedmioipółlatkiem, może rozleniwionym trochę podwożeniem wszędzie w Polsce, ale z drugiej strony mieszkali w takim miejscu, że bez samochodu ani rusz. Ale półtorej godziny spaceru to są, nie wiem, zakupy w centrum handlowym? Mecz z kumplami w piłkę? Rozpętała się cała afera, tata Alanka dopytywał, czy to jest trudna trasa, czy stromo, czy da się hulajnogą, żeby Alanek nie musiał tyle iść, biedactwo? Paranoja jakaś. Alanek, zapłakany i bezradny, zdecydował (no bo przecież nie rodzice), że on zostanie w domu z mamą, tata nagra trasę i porobi zdjęcia (!!) i jak Alanek zobaczy i się namyśli, to może kiedyś pójdzie.
Ale. Alanek tego ranka obudził się z bólem gardła, dostał tabletkę i usłyszał, że żadnych lodów dzisiaj nie będzie. I już taki zapłakany i przekonany, że on na pewno nie da rady przejść tych ośmiu kilometrów (przypominam, w poziomie, nie w pionie!!), uświadomił sobie, że przechodzi mu koło nosa taka okazja! I poszedł z nami. Lody oczywiście dostał, tatuś niósł hulajnogę, mama Alanka była zachwycona wiejskimi klimatami i zaczęła namawiać męża na przeprowadzkę za miasto. Jestem za.

Dobre uczynki

Się mszczą. Na przykład dobry uczynek pakowania Idowego Kung-Fu, którzy zmieniają lokalizację, cała sobota noszenia, mycia, pakowania, zemściła się szybciutko bólem gnatów. Na szczęście dziś niedziela, a na jeszcze większe szczęście, do biura jadę tylko raz, w środę rano, więc dojdę do siebie. Małżonek wiercił, rozkręcał, woził graty, ja i reszta ochotników ogarnialiśmy na miejscu.

Potem poszliśmy do Maca i pierwszy raz od niepamiętnych czasów, wyszłam z niego zadowolona i najedzona, bo – tak jak sobie obiecałam – przestałam kupować filet-o-fisha. Kiedyś był smaczniejszy, większy jakiś, a od jakiegoś czasu w ramach oszczędności dają nawet pół plasterka sera zamiast całego! I ryba, jako że rzadko jest na nią popyt, zazwyczaj jest wysuszona na wiór. Tymczasem do frytek zamówiłam sałatkę, no i było tak od razu!

Młody ma sezon pisania testów przedmaturalnych. Na to, ile się przygotowałem, to jestem bardzo zadowolony, prawda. Aktualnie przyciśnięty przez starych, kseruje świadectwa szkolne, żeby dosłać do urzędu imigracyjnego, żeby dostać pozwolenie na pobyt stały, żeby złożyć wniosek o paszport. To taki plan dwuletni. Plan krótkoterminowy obejmuje zlokalizowanie hasła do profilu zaufanego, wymeldowanie się z Polski, powiadomienie urzędu gminy o pobycie za granicą na czas określony oraz wysłanie obu informacji do WKU, z nadzieją, że się odczepią. Jakoś nerwowo się zrobiło w domu od tej wojny.

Dzieciom w szkole zaczęły się ferie wiosenne, z tej okazji szefowa stwierdziła, że żeby mi było wygodniej ogarnąć opiekę w domu, wystarczy, że przed świętami wpadnę do biura tylko w środę do południa, a po świętach – we wtorek i czwartek. Zwłaszcza, że szefowa na święta leci do Afryki na tydzień, więc nie będę w biurze jakoś przesadnie potrzebna, tyle, żeby pocztę wybrać ze skrzynki. Co prawda małżonek pracuje z domu niezmiennie, i jest w swoją pracę szalenie zaangażowany, jak każdy, kto z ulgą złożył wypowiedzenie, niemniej bardzo mi miło, spokojnie sobie ogarnę święta. Miałam w planach gdzieś pojechać, odpocząć te parę dni, ale jako że małżonek ma online dyżur w pracy, zostają nam oferty lokalne, czytaj: będzie drogo. Pewnie wybierzemy się na jakąś jednodniową wycieczkę i tyle. Jeśli Gabriela w Oberwil będzie miała otwarte i jeśli pogoda dopisze, przejdziemy się na lody, lasem osiem kilometrów. Póki co w tym tygodniu na luzie pomyślę, co w te święta zjemy. Żeby nie wszystko na raz (no jedzcie coś!), drożdżowe jest już na ten weekend. Oraz szarlotka. Za tydzień będzie mazurek i sernik. Sałatki jarzynowej niedużo, może jakąś inną znajdę jeszcze. Śledzie trzeba kupić. Majonezu mam litr, bo mama Alanka jak składała zamówienie w polskim sklepie, przeoczyła opakowania zbiorcze, więc się z nami podzieliła (z ośmiu musztard jedną już zjedliśmy!). W ogóle MA zamówiła Alankowi ubrania w smyku, bo on taki grubszy, a oni tu nie mają ubrań na grubszych, tylko na chudszych (w tym jednym, jedynym sklepie, do którego dotarli). Ucieszyła się, że trafiły się promocje, dorzuciła plecak, bo tu drogo, wydała 700 PLN, listonosz przyniósł i zażądał jeszcze 90 franków cła. Czyli połowę wartości zamówienia. A mówiłam, założyć skrytkę pocztową u Niemca za rogiem, to nie, no to trzeba zapłacić, co ja poradzę (oraz jak się dowiedziała, że kreatynowe prostowanie włosów kosztuje to pięć stów, to najpierw się ucieszyła, bo w PL w salonie to będą ze cztery stówy, a koleżanka to w ogóle jej robi za sto pięćdziesiąt, a potem zadzwoniła do mnie spytać, czy fryzjerka miała na myśli złotówki. tak, na pewno).

Każdy ma swoją drogę krzyżową, ja na ten przykład umówiłam się z mamą Alanka na środę do miasta. Żeby jej pokazać sklepy z ubrankami na Alanka. Sklepy z kosmetykami. Gdzie taniej, gdzie drożej. Piąty miesiąc tu są, ale jeszcze chyba na spacerze nad Renem nie byli. W zoo nie byli. Fontann nie widzieli. Matko.

Z rzeczy przyjemnych, to kupiłam sobie szkatułkę na biżuterię, z flying tigera, szklaną, wyłożoną welurem, i co najważniejsze, zamykaną. Doprowadza mnie do szewskiej pasji, gdy małżonek na komodę, na której leży moja biżuteria (na stojaku pt. drzewko), rzuca wszystko, łącznie z szalikiem, i pozostaje głuchy na moje protesty, że jak coś zaczepi się o ubranie, to mi zgubi i będzie musiał odkupić. No to sobie kupiłam szkatułkę i się jaram.

Małżonek robi pizzę na obiad, pranie się suszy (robocza sobota nam wypadła przez kung-fu), F1 bezlitośnie dzisiaj z Australii było o 7 rano, ja się chyba zdrzemnę…;-)

Nie mam siły

Nie wiem, czy to przedwiośnie, czy ciążący mi na grzbiecie piąty krzyżyk, ale ostatnie parę tygodni o godzinie dwudziestej odpływałam niczym niemowlak. Kąpałam się zaraz po młodej i wskakiwałam pod kołdrę, czasem ewentualnie udawało mi się przeczytać parę kartek książki, ale i to nie zawsze. Natomiast jak się obudziłam nad ranem, to dziękujemy za uwagę, godzina mijała, zanim ewentualnie znowu zasnęłam (a pięć minut później dzwonił budzik). Cudownie. Pani doktor popatrzyła na krew i stwierdziła, że nie ma się czego czepić, no, ewentualnie witamina B12 poniżej normy, ja bym zalecała ze trzy zastrzyki. I po co mi to było, bardziej bolesne są tylko te od wścieklizny.

Ale! Przy okazji dowiedziałam się, że tu do gastroskopii odgórnie usypiają, no bo ale jak to, to by przecież pacjent musiał połknąć tę rurę, to… to by było niehumanitarne takie! Jak jeszcze byłam na studiach, to już nie było wolno bez krótkiego znieczulenia robić! A było przyjechać do Polski na praktyki, to by się pani doktor niczemu nie dziwiła! Protip: trzeba zamknąć oczy, dłonie zacisnąć kolanami (bo leżymy na boku), oddychać przez nos i jak tylko się człowiek przestanie wyrywać, po 30 sekundach jest po wszystkim. Jak to mi powiedział przystojny gastrolog, ależ pani Katarzyno, zapewniam panią, że śmiertelność przy tym badaniu jest zerowa.

A propos krzyżyk, to mężowi stuknęło pół wieku na tym łez padole. Był szampan, był tort, były prezenty i pizza z dowozem, bo mąż coś smarkaty, to nie wychodziliśmy. Małżonek oprócz pakietu standardowego pt. cygara i whisky (oraz szklanki do whisky z wyszczerbieniem na cygara :D), dostał koszulkę Ajaxu Amsterdam z czternastką i Cruyffem na plecach. Smędził któregoś dnia, że nasz były sąsiad miał mu przywieźć i nie przywiózł, a on by tak chciał, no ale mu nie przywiózł, ile można tak smędzić, no naprawdę. Młody wybrał, dodałam te tam gwiazdki i napisy, i ma i cieszy michę.

W temacie małżonka jeszcze, to zmienia pracę od czerwca, i nareszcie i bardzo dobrze. Obecnie kończy karierę w znanym szwajcarskim banku, znanym ostatnio z kolejnych, coraz większych afer, bo nie ma tygodnia, żeby jakieś szambo u nich nie wybiło. No, a poza tym zespół ma beznadziejny, więc się zawinął.

Odkąd ja poszłam do pracy tutaj, małżonek zaczął coś przebąkiwać, że jemu się marzy praca w małej szwajcarskiej firmie i żeby go Szwajcar zatrudnił. Nie wiedziałam, że go to tak uwiera, mnie tam wsjo rybka, byleby normalnie było i byle płacili, ale otóż się okazało, że pozazdrościł mi tej małej szwajcarskiej firmy i szefowej Niemko-Libanki, ale po mężu z paszportem szwajcarskim. No, to teraz będzie miał szefa Szwajcara 😉

A jeszcze a propos męża urodzin, to z tych urodzin coś mu na mózg siadło, bo wczoraj powiedział: a bo wiesz, nic nie robię, to może chociaż żyrandole bym powiesił? Wiecie, to nie są słowa, które ot tak padają z ust mojego małżonka. Żadnego meczu w telewizji, na siłownię jeszcze za słaby, musiało mu się naprawdę nieźle nudzić, że aż te żyrandole powiesił. Żyrandole są z tego samego źródła, co biurko z poprzedniej notki, klient zostawił w sumie 14 lamp sufitowych i żyrandoli wszelakich, część zgarnęła szefowa, dwa wzięłam ja, z ikei chmurkę i ananasa. Bardzo miło, młoda się ucieszyła, a i naszemu się przydała podmianka.

Dwa tygodnie temu byliśmy w muzeum mercedesa w Sztutgarcie, raaany, jeśli jesteście fanami motoryzacji i przejeżdżacie przez Niemcy, to koniecznie. Tam jest wszystko.

Z przyjemnych 23 stopni i kwiatków na balkonie, właśnie robi nam się koło zera i w sobotę ma być śnieg. Dobrze, bo tej zimy jeszcze go nie było, a któreś święta w końcu niechby były białe. Jak zbiorę się w sobie i coś znajdę, to może na święta gdzieś się ruszymy, ale musi być z jedzeniem, bo sklepy będą zamknięte. Małżonek w maju będzie odbierał urlop (tu nie ma tak, że w starej firmie urlop, a w nowej już pracujesz, a ne ne ne, mogą cię podkablować do sądu pracy, żealejakto, miał wypoczywać, a pracuje). Zatem małżonek w maju będzie się urlopował, w nowej firmie pewnie nieprędko dostanie wolne, a może byśmy się na parę dni ruszyli z domu. Jak to się tutaj na Wielkanoc mówi, „na długi weekend”. Musi to niestety być w obrębie Szwajcarii (jeszcze narzeka, nie? :D), bo mąż ma dyżur w pracy, a poza granicami nie dostanie się do systemów, w razie gdyby coś fiknęło. Myślałam o włoskiej części, bo byłam tam tylko raz i to nie wysiadając z pociągu. Zobaczymy. (tak w ogóle to myślałam o Mediolanie, no ale skoro dyżur, to przynajmniej włoski kanton może. Czyli włoska jakość w szwajcarskich cenach, deal roku po prostu :D).

Młoda chodzi w szkole na basen i na dodatkowy, już wskakują do głębokiego i przepływają sami po parę metrów, z otwartymi oczami pod wodą, co dla mnie brzmi jak przejście po linie na dziesiątym piętrze. Oczu się pod wodą nie otwiera, bo się do oczu nalewa i to szczypie (okularków w szkole nie wolno).

Młoda zarządziła dzisiaj dziewczyński wieczór, po treningu kung-fu wskoczyła pod prysznic, potem ja, a potem zrobiłyśmy sobie kolację i jadłyśmy ją na kanapie, bo nie musimy tak się zawsze trzymać manier, mamo. Oraz oglądałyśmy Nianię Franię, akurat ósmy sezon, jak Małgosia została przyłapana przez rodzinę z chłopakiem w łóżku (Żora Korolyov – dalej nie wierzę, że on nie żyje), a potem robiła test ciążowy, czekam na pytania.

Młody przeleżał dwa dni w domu zasmarkany. Dzisiaj już na chodzie, jutro idzie do szkoły, bo ma ważny test z matmy. No no, klasa maturalna i się dziecko przejęło.

W środę jadą z klasą na wycieczkę do czerwonych beretów. Albo do tamilskich tygrysów. Było to tak…

Wspominał mi, że będzie wycieczka, ale jakoś w lutym, do kwietnia nie będę przecież pamiętać, wyleciało mi z głowy. W ubiegłym tygodniu młody zadzwonił, odrzuciłam, bo akurat pokazywałam jednej klientce z Japonii mieszkanie tymczasowe na whatsappie. Spytał, czy mam zdjęcie jego paszportu może. Nie mam, dzwoń do taty. Po paru minutach małżonek dzwoni, ja dalej z Japonką, odrzucam. Pyta mnie na whatsappie, czy kojarzę jakieś niebieskie berety. Przeskok tematyczny miałam duży, nie, nie kojarzę, oddzwonię później.
Zanim oddzwoniłam, młody wrócił z pretensjami, że ojcu się cytuję, odkleja, bo sobie wymyślił, że młody chce się do wojska zaciągnąć na ochotnika.

A młody po prostu ma szkolną wycieczkę do siedziby ONZ w Genewie i do wejścia trzeba się zarejestrować i wysłać skan paszportu. Niebieskie hełmy, niebieskie berety, czerwone berety, tamilskie tygrysy, wojna w Ukrainie, ojciec sobie wszystko po swojemu połączył, wymieszał i mu wyszło. Swoją drogą, gdyby młody powiedział tato mamy wycieczkę do Genewy i potrzebuję skan paszportu żeby wejść do ONZ, nie byłoby całej afery.
Zabroniłam młodemu używać do tatusia skrótów myślowych.

Miałam w pracy we wtorek szkolenie. Znaczy, prowadziłam w pracy we wtorek szkolenie. Sześć uczennic, średnia wieku 55. Rany boskie, wolałabym worka pcheł pilnować.
W piątek przed szkoleniem przypominam: przywieźcie swoje laptopy, na których normalnie pracujecie, bo trzeba wtyczkę zainstalować, no i lepiej od razu na swoim robić, żeby potem nie było, że ojej a ja tu mam inaczej i mi nie działa.
Przypomniałam, żeby wszystkie sprawdziły, czy mają hasła dostępu, żebyśmy nie traciły czasu. Program miał być wdrażany parę lat temu, potem umarł, potem go reaktywowałam, jesienią miały hasła, ale jak były zapisane w komputerze a komputer na ten przykład nowy, to wiadomo. Amba.
Przyjechały, radosne, rozchachane, szefowa: oj, zapomniałam laptopa! Został w domu! Oj oj bo nie zdążę! Pfffff. Na szczęście, zabrała go ze sobą, tyle, że zostawiła w samochodzie.
Dwie kolejne: a bo ja nie mam hasła i forgot password? to u mnie nie działa. Nie no jasne, tak jak z moją mamą, przez 8 lat miałyśmy identyczne laptopy, a ona twierdziła, że ESC w lewym górnym rogu to ona nie ma. Yhm. Kolejny kwadrans.
Potem już prościzna, wyciągnąć belkę paska zakładek do wierzchu, żeby tam zapisać wtyczkę. Dwie kolejne kundzie mają Appla i niestety podany w instrukcji control + command + B nie działał, ja safari nie znam, opisy przeglądarki po niemiecku, ratunku.
Po czterdziestu minutach rozpoczęłam szkolenie.

Powiem wam, bozia strzegła, że po studiach nie zaczęłam przypadkiem nikogo uczyć. No przecież bym zatłukła!!

Wróciłam do domu tak wypompowana (reszta dnia w biurze jak mróweczka), że siusiu paciorek i spać. Mąż się zdziwił, że meczu nie oglądam, jakiego meczu, człowieku, odpowiedziałam mu śpiąc na stojąco.

Teraz w sumie też już zaczynam odpływać, tyle że na siedząco. To idę, na leżąco. Dobranoc.

Randka

Otóż, trzymajcie się krzeseł, wybrałam się z mężem na randkę. Ciemną nocą, mercedesem, wzdłuż Renu… i kawałek w bok, żeby odebrać biurko od klienta, który się wyprowadzał i zostawił część mebli. Zgarnęliśmy więc z car sharingu dostawczaka i pojechaliśmy. Biurko takie typowo korporacyjne, wielkie, szare, mam ochotę wstawić je do dużego pokoju i oznajmić wszystkim, że oto długo wyczekiwany stół wreszcie dotarł. (a stół nie wiadomo, kiedy dotrze, bo miejsce produkcji i pobrania drewna to Ukraina, prawda. Najnowszy termin mam na 16. marca, jeśli znowu przedłużą, to anuluję zamówienie).

Wróciliśmy zrąbani, to cholerstwo jednak swoje waży, i ładując biurko do samochodu miałam przed oczami jedynie dwie zimne puszki piwa, niczym dolary u Sknerusa Makkwacza. Piwko bardzo nam się przydało na wieczór :-).

Mieliśmy znowu Zoję pod opieką, bo znajomi polecieli na Teneryfę. Zoja kochana, poczciwa, została moja psychofanką, a ja dostałam indiańskie imię Ta, Która Daje Makrelę. Do nadgarstka mi rękę wylizywała z makrelowego tłuszczu! Dzisiaj już właścicielka wpadła po psiaka („ta mała menda polizała mnie po buzi, mamo”, rzekł pięciolatek. Że też wciąż mnie takie rzeczy dziwią), a my się znowu będziemy łapać na tym, że trzeba z psem wyjść na dwór.

Sobota to w ogóle dzień cudów, albowiem, jak do tego doszło, nie wiem, ale pojechałam do miasta po kurtkę na wiosnę – i kupiłam kurtkę na wiosnę. Magia jakaś. oraz sweterek, oraz legginsy i oraz sukienkę, takąo, z wyprzedaży, będzie na wielkanoc albo na wiosnę. A parę dni temu kupiłam sobie dwie oversizowe koszule w HM, to już w ogóle cud jakiś, bo ja w HM dla siebie to nawet skarpetek nie wybiorę. A tu proszę, jaka niespodzianka. I to jeszcze kolorowe! Jedna niebieska, druga różowa. Chyba noszenie się od góry do dołu na granatowo wychodzi mi bokiem i zanim ten kolor znienawidzę, może jednak założę dla odmiany coś żywszego.

Poza tym wiosna za progiem. W tym tygodniu ma być 15-19 stopni i noce też na plusie, i naprawdę czas już był najwyższy na wiosenną kurtkę (bo ta z ubiegłego roku się jakoś zbiegła w praniu czy coś). Muszę się wybrać do jumbo po zestaw kwiatków na balkon. Oraz fajnie by było, gdyby stół jednak magicznym sposobem się dla nas znalazł, bo używamy balkonowego i łyso, jak tam same krzesła stoją, tutaj ten stół mały, na metrze dwudziestu to ledwo ja z laptopem się rozkładam, a gdzie jeszcze jakiś obiad.

Jutro niedziela, jutro planuję odpoczywać.

Młody

Kontynuując rodzinną tradycję, pierwsze podejście do egzaminu na prawo jazdy uwalił. Pojechał ulicą, której nie znał, pod wieżami Roche’a, tam są takie dziwne te uliczki, trochę slalomem, trochę trzeba uważać, żeby nie zjechać w szlaban albo w zjazd do podziemi, obstawiam, że gdzieś próbował się przedostać pod prąd. Egzamin w ogóle zaczyna się od losowych pięciu pytań teoretycznych (egzamin z teorii miał jesienią, zdał, teraz też bez problemu), potem trzeba pod maską pokazać, co gdzie jest, no a potem się jedzie. Nie ma placu, na trasie trzeba zaparkować. Pierwsze parkowanie poprawiał dwa razy, drugie poszło dobrze, ale się już zestresował, zaraz potem wjechał na obcy teren, zgłupiał i poszło. W sumie prawo jazdy na tym polega, żeby znać przepisy, znaki i poradzić sobie też na obcym terenie, no ale wiadomo, jazda to praktyka, a nie kurs, do tego potrzeba wielu kilometrów, a nie niespełna 30 godzin.

Jeszcze jedna rzecz, tu nie ma kursu jako takiego. Zaczyna się od kursu pierwszej pomocy. Trwa trzy wieczory. Po zaliczeniu, ściągasz z internetu pytania, całkiem jak w Polsce, i się ich uczysz. Jeżeli czegoś nie wiesz, możesz się zgłosić do dowolnej szkoły nauki jazdy po darmowe wyjaśnienia. Dla mnie to niepojęte, nie ma żadnego tłumaczenia przepisów, dlaczego pojazd A musi w tej sytuacji ustąpić pierwszeństwa pojazdowi B i tak dalej. To wszystko ogarnia się samemu. Teorię zdaje się tak samo, jak u nas, i zaczyna się jazdy. Nie ma limitu godzin, po prostu wykupujesz i jeździsz, aż instruktor stwierdzi, że umiesz już wszystko i wtedy zapisujesz się na egzamin.

Teraz młody pojeździ znowu pewnie parę godzin i znów podejdzie. Trzymamy kciuki za podtrzymanie rodzinnej tradycji, czyli zdanie za drugim razem 🙂

Ja ze swoim egzaminem miałam taką historię, że uwaliłam oczywiście na czymś, co umiałam najlepiej, czyli parkowanie prostopadłe tyłem. Boże, jak ja to uwielbiałam! Zresztą, nawet mąż niechętnie półgębkiem przyznawał, że ty zaparkuj, bo ty to umiesz. Gdy nie zdałam, teść od niechcenia spytał, ile by kosztował taki nowy dysk do komputera. Dysk wtedy kosztował z pięć stów, czyli połowę pensji, którą za niedługo zaczęłam zarabiać. Chodziło teściowi o to, że mógłby mi załatwić egzamin w zamian za łapówkę w postaci dysku. Ja się nie odezwałam, nie spodziewałam się w ogóle takiej rozmowy, byłam młoda i kompletnie niewyszczekana, a już na pewno nie do teścia, który w owym czasie potrafił się do mnie zwracać w trzeciej osobie (zje zupy?). No i potem podeszłam ponownie do egzaminu, zdałam… i przez następne dobre dziesięć lat zastanawiałam się, czy to ja sama zdałam, czy też teść mi załatwił. Jak budowało to moją samoocenę jako kierowcy, możecie się domyślić. Dopiero po latach teść, gdy już ja byłam tą dobrą synową, a druga synowa stała się tą złą, sam się przyznał, że no, myślałem, że trzeba będzie pomagać, ale Kasia tak ładnie zdała za drugim razem, że nie było potrzeby!
A ja się tyle lat gryzłam…

Tatuś zaproponował młodemu, że może wypożyczyć samochód, nakleić elkę i może z młodym pojeździć, żeby młody poznał miasto z każdej strony i się jeszcze lepiej przygotował do egzaminu. Młody do mnie stwierdził, że on się od taty niczego nie nauczy i że tata mu na pewno będzie wszystko narzucał, i że on chce z instruktorem, chociaż tatuś zapewniał, że to tylko jeśli młody chce i tak jak młody chce, bo to jemu ma pomóc, i może młody wie, jakie są standardowe trasy na egzaminie (typu rondo z wiecznym korkiem pod górkę przy makro w Lublinie :)). Młody stanął okoniem i nie. No spoko. Bez sensu, ale jak se chcesz.

Dzisiaj, ósmego dnia wojny na Ukrainie, młody przypomniał sobie, że za trzy miesiące lecimy na koncert Quebo do Gdańska, więc już teraz koniecznie trzeba kupować bilety. Teraz, rozumiecie. Za ścianą wojna, Gdańsk blisko obwodu kaliningradzkiego, a ten chce już bilety kupować. Tatuś oznajmił, że zabrania, pożarli się, no bo przecież ojciec nic nie rozumie, nie zna się i w ogóle. Mąż na pełnej kurwie zadzwonił do mnie, ja się tu z nim oczywiście w 100% zgodziłam, młody obraził się na cały świat.

Ja nie wiem, skąd u niego to oderwanie od rzeczywistości, zakup biletów mieliśmy wstępnie i tak ustalony na koniec marca, jak wejdzie rozkład wizzaira, co tydzień temu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, ale do niego chyba powaga sytuacji nie dociera. Fajnie nam się śmiać z czołgu zajumanego przez Cyganów, ale umówmy się, to jest takie chwilowe złapanie oddechu przed kolejnymi ciężkimi tematami. Poza tym młody lada moment dostanie zaproszenie do WKU w Warszawie, więc w razie gdyby sytuacja była napięta, zostałby zgarnięty w kamasze. Niech sobie pofoszy, jak zmądrzeje, może przyzna kiedyś rację.

A teraz wdech, wydech kochani, i spać. Też macie wyrzuty sumienia, że tu ciepłe łóżko, kąpiel i pełna lodówka, a tam ludzie kolejny dzień w schronach siedzą?

Strach

Ukraino, broń się dzielnie. Sercem jesteśmy z Wami.

Internety, wiadomości, twitter, nawet instagram, na którego uciekłam, żeby pooglądać śmieszne filmiki – wszystko pełne wojny.

W domu nie rozmawiamy wprost, Ida gdy tylko usłyszała tydzień temu słowo wojna, powiedziała do starych: ja też tu jestem! Przywołując nas do porządku i przypominając o swojej wrażliwości i empatii. Pewnych słów więc nie używamy, wiele informacji przesyłamy sobie whatsappem.

Ktoś w internetach zarzucił mi, że przecież ja nie mam się czego bać, bo jestem daleko – więc dlaczego się boję. Poszerzyłam komuś perspektywę, że w Polsce mamy rodzinę, przyjaciół, sąsiadów, również we wschodniej Polsce przecież. I to, że sama jestem bezpieczna, bynajmniej nie pomaga, bo co u mnie, to ja wiem, ja chcę wiedzieć, że moi bliscy są i będą bezpieczni. Że Xyu-owi nie omsknie się ręka i nie rozwali jednym przyciskiem połowy Europy.

Zresztą, czy jest ktoś, kto nie przeżywa, nie myśli, nie boi się?

Tymczasem życie toczy się dalej, wiosna spuściła z tonu o parę stopni, nocne przymrozki wróciły, ale przynajmniej słońce w dzień pozwala się sobą nacieszyć.

Wczoraj córunia nasza kochana skończyła siedem lat! Kiedy to minęło? I dlaczego, zanim się obejrzę, skończy 18? 🙂 Jak to dobrze, że my wciąż piękne i młode!

Imprezę urodzinową dla kumpelek z klasy zaplanowaliśmy na połowę marca, po feriach zimowych (które właśnie się zaczynają), na wczoraj upiekłam natomiast tort, przyszli rodzice Alana, Monika z rodziną i Magda z Adamem (Adam lat 6,5, ale Adam, nie Adaś). Posiedzieliśmy, zjedliśmy tort i tosty z łososiem (zawsze na takie imprezy robię tosty z łososiem, znikają błyskawicznie), wypiliśmy kontener piwa i przynajmniej na trochę zapomnieliśmy i się odstresowaliśmy. Mama Alanka za mocno się nie udzielała w towarzystwie, dopiero gdy zostali jako ostatni, zaczęła mnie pytać, czy mam coś na biegunkę dla Idy (mam smectę. – A to nie bo Alan nie wypije), czy mam wapno i czy chcę, to mi przywiezie z Polski, i czy tu można kupić jakieśtam leki, ale w płynie, bo Alanek nie połknie tabletek, bo ma odruch wymiotny, nawet antybiotyk jak musiał brać (a brał często, bo on potny*), to go musiała przekupywać i po każdej połkniętej dawce dostawał od matki dwie dychy, łebski chłopak. Pamiętajcie, na odruch wymiotny najlepiej działa kasa. I syropków mu musi przywieźć z Polski, tutaj takich nie ma, bo Alanek pija tylko porzeczkowe albo jeszcze jakieśtam. Ostentacyjnie ziewałam przy stole, wykończona po całym dniu nawet nie musiałam za bardzo symulować.

*dlaczego potny? Dawno temu nasi rodzice mieli znajomych w Bułgarii, znajomi mieli dziewczynkę w moim wieku. Na dworze 30 stopni, my z Sister w najcieńszych sukienkach, a Megi zapięta pod szyję w sweterku z długim rękawem.
– Mariana – dopytywała mama – dlaczego Megi w sweterku? Przecież jest tak ciepło?
– A bo ona potna – odpowiadała Mariana.
Od tej pory wyrażenie „potna” weszło na stałe do naszego słownika.

Mariana ugościła kiedyś nas, podróżników z drogi (samochodem z Polski) tak, że do dzisiaj pamiętamy. My trzy dni na podróżnym wikcie, a nie były to czasy Macdonaldów i zajazdów przy drogach, siadamy do stołu, a Mariana położyła widelce, serwetki… i wielkiego arbuza pokrojonego na plastry. Kuszaj! – zachęcała. No to co, to kuszaliśmy, bo głodni przecież.

🙂

Po japońsku

Jako tako.

Nie dosypiam, nie mogę spać. Nie mogę zasnąć. Odpadam po pierwszej. Od czwartej – piątej już się budzę, żeby nie zaspać do pracy. Czasem młody prosi, żeby o szóstej go obudzić, więc wstaję chwilę przed, myję włosy, budzę go – i jeszcze się kładę na pół godziny, pod jeszcze ciepłą kołdrę. Zasypiam, jeśli w ogóle, dokładnie w momencie ponownego dzwonka budzika.

Dzisiaj musiałam być wyjątkowo w biurze (w piątki pracuję z domu), Ida miała wycieczkę do zoo, więc od piątej co parę minut sprawdzałam telefon, czy to aby na pewno już. A gdy przyszło już – tak bym jeszcze pospała…

Eh.

Zamówiłam Idzie imprezę urodzinową poza domem. Będzie miała przyjęcie pt. dżungla, na pierwszej liście było ośmioro dzieci ze szkoły, tatuś dorzucił Alanka, młoda dorzuciła jeszcze jednego kolegę, w dwunastce mają się zmieścić. Gdzie te czasy, gdy kinderparty było pretekstem do spotkania rodziców, głównie Polaków? Kawałkiem normalności na emigracji? Drobiazgi zajmowały się sobą, a my gadaliśmy, w podgrupach, razem, różnie, przy winie, drinku, kawałku tortu. No, ale potem dzieci podrosły, dwie rodziny wróciły do Polski, jedna dziewczyna przestała się do mnie odzywać, bo w dziewięćdziesiątym siódmym w maju coś jej powiedziałam i ona już tak dalej nie może, no i za ostatnim razem małżonek dołożył wisienkę do towarzyskiego tortu, a mianowicie siedział zamknięty w swoim pokoju (piątek, siedemnasta, oglądał prezentację), a potem wstał, zabrał torbę na siłownię, i cytując prezydenta, ani me, ani be, wyszedł ćwiczyć.

Od tamtej pory, a minęły już ponad dwa lata, odważyłam się zaprosić na kawę kogoś znajomego może ze trzy razy. Bo strach. Bo nie wiem, jak zareaguje. Może przejdzie obok, traktując jak powietrze? Historia zna takie przypadki. I wiecie, to jest cała rozbudowana strategia, uprzedzam, żeby miał szansę wyjść z domu albo pracować i się nie narażać na kontakt, jak woli. A może będzie miał dobry humor? I będzie czarującym lwem salonowym? To się zdarza, ale raczej nie wobec polskich znajomych. To widać. Ja to widzę.

Przecież ja tu mam dwie znajome na krzyż. Monikę, mamę Franka. Sarę, byłą sąsiadkę. Izę, wiecznie na nie, z którą kontakty sama ograniczyłam do wesołych świąt. Mamy Alanka nie wspomnę (dzisiaj rano zapytała mnie, czy w Bazylei są jakieś sklepy z ubraniami oprócz h&m? Nie, nie ma, jest jeden z ubraniami i dwa spożywcze, więcej nic. Trzy miesiące tu mieszkają i nie wyszli poza najbliższy spożywczak i ikeę online. Może się bali, że ubrania można kupować w sklepach tylko jak się jest zaszczepionym, HA HA HA).

Eh.

Wracając do Idy urodzin, przy zgrai siedmiolatków już sobie nie bardzo wyobrażam, żeby zająć w domu taką bandę. No chyba, żeby im film włączyć, to wiadomo, cisza, spokój i nawet bałaganu nie ma. Ale ani ja ich zabawiać nie będę, nie po niemiecku, po szwajcarsku tym bardziej, odpadają jakieś, sama nie wiem, konkursy, ani to jeszcze nie pogoda na zabawę na dworze.

Młody ma przydzielone niezmienne zajęcia w domu. W sobotę powynosić wszystkie możliwe recyclingi (papier do piwnicy i raz w miesiącu przed ulicę, pety do spożywczego, szkło i alu do dzwonów), plus sprzątnąć łazienkę i ogarnąć swój pokój. Raz na ruski rok umyć kinkiety albo fronty szafek i szafkę pod zlewem. Co tydzień jest niezmiennie to samo zdziwienie, żealejakto, on nie może sobie odpocząć? musi sprzątać? Ale wszystko, bo nie jest tak brudno? (przypomina mi się małoletni siostrzeniec z pytaniem, czy ma odkurzyć wszystko, czy tylko tam, gdzie brudno). Zmywarka, najlepsza, gdy ją można załadować, najgorsza do rozładowania po myciu, też wchodzi w zakres obowiązków młodego. Na tygodniu robię – robiłam – ją ja, bo zanim on wróci ze szkoły, to ja już tam się przykleję do wszystkiego – a kuchnia ma 4m2, więc i ruszyć się nie ma gdzie, jak brudne stoją na wierzchu.

Ale. Do brzegu.

W ubiegłym tygodniu postawiłam śmieci bioeko pod drzwiami, licząc naiwnie, że kto pierwszy, ten je ze sobą weźmie i wrzuci do kontenera. Młody wychodził na trening. Musiał naprawdę jakieś dziwne kroki stawiać, gigantyczne, albo może baletowe, że się o śmieci nie potknął. On jest ponad to. Dosłownie, bo chyba górą przepłynął.

Od tamtej pory, żeby nie wiem, jak zmęczony i jak późno wracał ze szkoły – na przykład o 18, jak dziś – wierna zmywarka zawsze na niego czeka. Nade mną się dziwnym trafem nikt nie lituje, się otwiera lodówkę i się pyta, co dzisiaj na obiad. Co też dzisiaj na obiad ugotowało się. Albo czemu zakupy nie pojawiły się magicznie w domu, same. Albo gdzie są moje spodnie treningowe. Kupiłem sobie drugi komplet do ćwiczeń, bo nie wypominając, ale czasem nie puścisz prania od razu i nie mam na drugi dzień, to tak wygodniej, żebym miał dwa zestawy ubrań.

Nastawiłam ostatnio czajnik wody na herbatę, naszykowałam kubek. Nie, nie pytam, czy ktoś by nie chciał, bo to działało zawsze w jedną stronę tylko. Wbiłam sobie do głowy, skądinąd wygodne podejście małżonka, że sama, dla siebie. Zatem wstawiłam sobie wodę na swoją herbatę. Do kuchni wszedł małżonek, o, wstawiłaś wodę? Dostawił swój kubek, spoko, jak stoi, to jeszcze zaleję. Wyszłam z kuchni, wracam po chwili, mąż zalał swoją herbatę i poszedł. Mój kubek został pusty obok.

Ciągle mnie to dziwi, wiecie.

I dziwi mnie, że wciąż mnie to dziwi.

Od listopada Ida prosiła tatusia, żeby poszedł z nią niedaleko, do parku. Gmina zbudowała coś na kształt mini parku dla deskorolkarzy, hulajnogowców i innych szaleńców.
Pójdziemy, jasne, że pójdziemy, ale o patrz, teraz to ja muszę na siłownię iść.
Dzisiaj po ciężkim tygodniu to sobie tatuś zasłużył na mecz.
Po zakupach to idź Ida sama przed blok, ja już się dzisiaj narobiłem.

Tymczasem kilka tygodni temu…

Niedziela przed południem. Zryw powszechny w chałupie. Ubieranie, szykowanie.
– Bo Alankowi się nudzi i tata Alana spytał, czy bym z Idą nie poszedł na ten plac zabaw, tu wiesz, w parku, tu, gdzie te trasy dla rolkarzy, wiesz, jak mi szkoda tego Alana, on tu nikogo nie zna, sam jest, a do mnie się tak garnie, jak im pomagałem z szafą, to mnie zagadywał, a cześć wujek, a co słychać, a z Idą się lubią, to w sumie spoko, możemy iść do tego parku, Ida się też ucieszyła.

No ja myślę.

W uszach Życie to surfing Myslovitz, zapętlone, kolejny raz. Lubię takie spokojne, powtarzalne, niemal transowe (te hammondy!) dźwięki. Lubię handpany, lubię szumy morza i inne ćwirki do medytacji. Musiałam coś włączyć, żeby się odizolować akustycznie od Hobbita, którego młoda ogląda z tatusiem. Słuchawki, które sobie kupiłam jesienią, mają genialną cechę – wyciszają otoczenie. Nie muszę już prosić, żeby ciszej, żeby nie krzyczeli, że mają donośne głosy, a mnie nie interesuje, kto strzelił, a kogo sfaulowali. Po całym dniu pracy, telefonów, kontaktów międzyludzkich, paplaniny Idy, opowieści dziwnej treści małżonka, powtarzanych kilkadziesiąt razy, które znam na pamięć, mam przesyt ludzi. Przesyt gadaniny, która mi tylko zaśmieca głowę, za dużo, za głośno, za bardzo. Takie typowe przebodźcowanie. Wtedy tylko czekam na porę kolacji. Ida zjada i idzie się kąpać – i już mogę schować się w fotelu, za ekranem laptopa, odpalić netflixa i wcisnąć w słuchawkach ulubioną funkcję, wycisz otoczenie. Odpoczywam.

wstawaj życie to surfing więc nie bój się fal

Ledwo piątek

a tu rano znowu do pracy. Dobrze, że z domu.

Rany, ale wieje. Roxana nad nami przechodzi, jeszcze co prawda drzwi z korzeniami nie wyrywa, ale szumi, jakbyśmy mieli autostradę za oknem, a nie wiejską podmiejską ulicę. Ale za to, jak zawsze przy halnych, jest ciepło, 8-12 stopni i w nocy raczej bez przymrozków. Ciekawe, czy wróci jeszcze zima tej zimy.

Po wstępie z prognozą pogody, przejdźmy do wiadomości. Byliśmy otóż wczoraj u rodziców Alanka. Albowiem zaprosili Idę, żeby się z Alankiem pobawiła, no dobra, w sumie spoko. Zapraszali usilnie, żebyśmy razem ją odebrali, zrobili pizzę na kolację, miło było, również dlatego, że to my byliśmy u nich, a nie odwrotnie, więc w pewnym momencie wstaliśmy i wróciliśmy do domu. Dzisiaj też, czy Ida by chciała przyjść. No dobra, poszła, pobawiła się, poszłam ją odebrać. Rodzice Alanka zapraszają, że kolacja, ziemniaki na gazie, kotlety się smażą, no ale ja że sorry, niedziela wieczór, to nie pora, jutro szkoła, praca, z młodym byłam, to się wymigałam, że musimy już teraz, bo on ma jeszcze dużo nauki, więc sorry ale Ida zakładaj buty. NO TO TERAZ TE KOTLETY BĘDZIEMY DWA DNI JEDLI!! No, pewnie tak, ale co mnie to w sumie obchodzi i dlaczego ja to słyszę? Mam mieć wyrzuty sumienia i zażądać podwójnej porcji? Głupio się poczułam, tym szybciej zawinęłam Idę i do domu. Z tej mąki chleba nie będzie, jak byśmy się nie starali (nie żebym się starała jakoś przesadnie) 😀

Wczoraj w Brockenhausie upolowałam śliczny stolik. Wreszcie, po czterech latach, odkąd sprzedałam te badziewne (i zniszczone) lacki z ikei, nie było nic odpowiedniego, nic, co by mi się spodobało (i nie kosztowało dwóch worków pieniędzy, bo ja sknera jestem). Mąż radośnie powiedział, no to kupuj!, na co ja, że helloł, lite drewno, to nie ja tu chodzę na siłownię, się pan ubierze i przyjdzie. W domu małżonek odczyścił papierem ściernym, zaolejowaliśmy i jest. Cieszy michę jak już dawno nic.

Zadzwoniłam do teściowej, przy okazji mówię, że stolik, że fajny, drewno, olej, te sprawy, a ona, rasowa teściowa (my takie nie będziemy!!), że a to czy nie lepiej lakierem, bo po oleju jak się zaplami to potem bardzo trudno to usunąć, a może by to zawoskować, żeby zabezpieczyć, bo jak się zaplami i tak dalej, wiecie, to dobre wychowanie to jest jednak o kant dupy potłuc, bo człowiek się jednak hamuje, żeby nie odpowiedzieć, że trzynaście lat już jakiś czas temu skończyliśmy, i w żadnym moim zdaniu nie było ani jednego znaku zapytania. Może muszę po prostu popracować nad prawidłowym akcentowaniem i może mój ton głosu był zbyt pokorny i mało przekonujący (tutaj ci, co mnie znają, mogą śmiało parsknąć śmiechem). Małżonek skwitował to później jednym zdaniem: z radami mojej mamusi to jest tak, że ona chciała, żebym poszedł do technikum (chociaż jak patrzę ile trzeba zapłacić za zawieszenie żyrandola, to w sumie… taki elektryk nie byłby głupim pomysłem :D). Achhh te teściowe.

W pracy – po zakończonym audycie i otrzymaniu laurki na ścianę, zostałam kompletnie zaskoczona – dostałam od szefowej szampana w prezencie. Ja totalnie zaskoczona, bo chwilę wcześniej miała spotkanie i myślałam, że to dla niej ktoś przyniósł, a ona przysuwa w moją stronę, że nie, że to dla mnie, i czy aby różowy jest OK, bo nie była pewna, czy lubię różowego szampana. Yyyy, no… tego. Chyba lubię? 🙂

Tymczasem ogłosili w zeszłym tygodniu, że znoszą nam obowiązek home office i ja teraz siedzę cichutko i się nie wychylam, pewnie wrócę do biura w większym wymiarze niż teraz, ale naprawdę doceniam możliwość częściowej pracy z domu. I tak nie pośpię rano, tylko wstaję, odprowadzam młodą do szkoły, bo ciemno jak u murzyna, więc nie że śpię do dziewiątej, jak małżonek, ale i tak, ten komfort, że nie muszę dojeżdżać, daje bardzo dużo.

A teraz się wyłączam, obejrzeć odcinek Słodkich Magnolii na Netfliksie. Ale póki co, oglądam na youtubie najlepsze kawałki z America’s Got Talent i równo co pięć minut, prezentacja + piosenka + pierwsze wrażenia + złoty przycisk, wyciągam chusteczkę i wycieram oczy. Muszę dołożyć kremu na noc :-). Dobra-noc!

Ufff

Podobno dzisiaj 6847. dzień stycznia dobiega wreszcie końca. U nas jeszcze chwila i będzie pachniało wiosną (no chyba, że w marcu sypnie śnieg i poleży przez miesiąc, raz tak już było).

Dzieci przyniosły tydzień temu pozytywne wyniki z testów przesiewowych. Trochę struchlałam, bo pod koniec tygodnia miałam audyt w pracy, i mimo że on online, to wypadałoby mieć dostęp do niektórych papierowych dokumentów na wyciągnięcie ręki, a nie parę kilometrów dalej. A w biurze akurat nikogo nie było, poza tym znowu zrobili ze mnie tę niezastąpioną, co to bez niej się wszystko zawali. No, ale wracając do naszych baranów, dzieci i siebie przetestowaliśmy i całe szczęście wszyscy negatywni, więc ufff.

Potem miałam cały tydzień szczękościsk i ataki paniki, ale zupełnie niepotrzebnie, bo było miło i przyjemnie, ale skąd miałam o tym wcześniej wiedzieć. Dwa przedpołudnia stresu i tak oto na koniec stycznia zadanie roczne pt. przedłużenie certyfikatu jakości mam zaliczone. Mogę się przez rok obijać 😀 (tu Kasia parsknęła śmiechem, wiedząc, co też sobie sama zaplanowała na ten rok, żeby się w pracy przypadkiem nie nudzić).

Póki co wróciłam w piątek po tym zaliczonym audycie, położyłam się dosłownie na chwilunię na power nap i odpłynęłam na dobre dwie godziny. I gdyby nie fakt, że przez szpary kanapy ciągnęło mi na nóżkę zimno i się budziłam (!!!), to już ten wiek, kochani, spałabym pewnie dłużej. Zaczynam rozumieć mamusię, która nie mogła położyć się spać na wersalce, o ile nie było na niej koca. Robię się do niej niebezpiecznie podobna pod pewnymi względami.

Weekend upłynął spokojnie, w sobotę wreszcie dotarłam do fryzjera, bo już czas był najwyższy wyrównać i uformować coś sensownego. W niedzielę wybraliśmy się na pizzę, świętować ostatnie nastoletnie urodziny młodego. Prezent dotarł już wcześniej i niezwłocznie został wręczony (koszulka CR7), Ida była rozczarowana, że jak to, żadnego rozpakowywania prezentu nie będzie? Dałam więc dzisiaj młodej do wręczenia (a młodemu do rozpakowania :)) kartonik z eklerkami, żeby nie było :):).

Wyciągnął ze mnie ten audyt wszystkie siły chwilowo. W piątek nawet nie próbowałam udawać, że pracuję, nawet się po południu nie logowałam (bo spałam :D). Dzisiaj też jakoś tak niemrawo, trochę internety, trochę młodej szukałam miejscówki na urodziny, trochę robiłam nic. Parę mejli i telefonów, ale tak po minimum. Nie da się długo jechać na 120% mocy. Teraz tylko skończyć przewodnik o Zugu i Lucernie, potem zebrać do kupy i ładnie zrobić w jednym segregatorze i folderze wszystkie zadania asystentki, żeby nie było w siedemnastu miejscach, formatach i językach, tylko raz a dobrze, dla przyszłych pokoleń. A potem też się coś wymyśli, żeby nudy nie było.

Na młodego się wczoraj bardzo pedagogicznie wydarłam, ale już naprawdę mi macki opadają. Piją panowie obaj szejki, nie arabskie, proteinowe, po siłowni, na mięśnie i w ogóle, z naciskiem na w ogóle. I jako że wczoraj ta pizza wypadła w porze wczesnej kolacji, młody przez cały dzień nic nie jadł – żeby się pizza zmieściła – tylko… no właśnie, szejki popijał. Trzy, na zmianę z jogurtami, proteinowymi, a jakże. Gdy po powrocie z kolacji zabrał się za przygotowanie kolejnego, już nie zdzierżyłam. No, ale ja się nie znam przecież, zbilansowana dieta to przeżytek i prehistoria, nastały czasy jak z seksmisji, jedna tabletka załatwia wszystko. Tłukę głową w ścianę, póki co swoją, ale zaraz zacznę tłuc jego łepetyną. Póki co napuściłam na niego chrzestnego, który być może ma jakikolwiek wpływ, żeby przemówić młodemu do rozsądku, z drugiej strony tatuś na siłowni napuszcza na młodego jego trenera, a z trzeciej, chyba zastosuję ten sam chwyt, co z młodą: młoda od niedawna dostaje kieszonkowe tylko wtedy (był taki znaczek na matematyce, wtedy i tylko wtedy :D), gdy ma porządek w pokoju. Młodemu przydałaby się tablica do zbierania naklejek za zjedzone normalne posiłki, ale takiego dużego konia trudniej przełożyć przez kolano i przemówić do rozsądku. Nie mam sił.

Rodzice Alanka się objawili, zrobili zakupy w polskim sklepie online i się zdziwili, jak im przyszły opakowania zbiorcze. Nic ich nie zastanowiło przy składaniu zamówienia, ani przy płaceniu, albo po prostu tak bardzo tęsknili za musztardą sarepską z Kamisa, że pomyśleli spoko, damy radę – i przyjechało osiem. Razy dwa, bo jeszcze stołowa. Oraz po 30 saszetek barszczu, żurku, gorących kubków i tak dalej. No co kto lubi, kochani, parę rzeczy przytuliłam, ale jeśli macie pomysły na potrawy z musztardą, chętnie poznam. I podeślę mamie Alanka :).

Kto nie ma w głowie,

…to ma w nogach, razem z robota kocha głupiego.

Młoda dzisiaj na 9 miała pierwszą dawkę pfizera, w związku z czym budziłam się już od piątej, żeby nie zaspać. Nie zaspałam, brawo, Zombie, które chodzi po domu w moim charakterze.

Szczepienie w tym samym miejscu, w którym nas szczepili (i doszczepią we wtorek), wielka hala pod miastem. Formularz, rejestracja, bramka numer osiem, dziecku dali malowankę i kredki, znajdź rybkę na tym plakacie, jak znalazła, to już było po grzybkach i pani naklejała plasterek. Niepotrzebnie pani tak dokładnie opisywała, co zrobi oraz że to na pewno nie będzie bolało, tylko mały piks, gdyby było dzień dobry – ramię – rybka – plaster, obyłoby się bez płaczu.

Po szczepieniu wyrejestrowanie, kwadrans dla pewności do odsiedzenia na dupie i pojechaliśmy na zakupy. U Niemca szybko i sprawnie, odczuwalnie mniej ludzi jeździ na zakupy, wolne miejsca parkingowe na drugim poziomie, a nie na piątym – szóstym, to cud w sobotę rano.

Odbiliśmy się od McDonalda, bo okazało się, że Niemcy skrócili ważność certyfikatów do 3 miesięcy i po tym terminie, żeby wejść do restauracji, trzeba okazać negatywny test (już rozumiem tego blaszaka przed centrum handlowym, z napisem darmowe testy na covid). Nie wiedzieliśmy, młoda obyła się smakiem, co jej tylko na zdrowie wyszło.

Po powrocie do domu trzeba rozpakować 6 toreb zakupów i tak sobie pomyślałam, że zaraz zrobię sobie herbaty, siądę i chwilę odpocznę. Ale w sklepie rozmawialiśmy z J., że pieczarki, pieczarkowa, dawno nie było pieczarkowej, wrzuć pieczarki do wózka, no to myślę sobie, machnę szybko tę pieczarkową i potem, jak siądę, jak odpocznę..!

Pieczarkowa.
Szuflada ta z przyprawami, tam się zawsze coś rozsypie.
A to machnę wszystkie szuflady.
No to i szafki dolne.
To i tę półkę z herbatami.
A to przetrę blaty.
Odsunę mikrofalówkę.
W waszturmie (Waschturm, metr na metr pomieszczenie z pralką, suszarką, odkurzaczem, mopem i tysiącem płynów do mycia i sprzątania)
chemiczne zakupy rzucone na hura, poukładam tam.
To puszczę odkurzacz, przetrę go, bo zakurzony.
Szczotkę do odkurzacza umyję (odkurzanie i mycie 2w1, efekt super, efekt uboczny: brudno w środku. Trzeba myć szczotką do butelek).
Pranie przełożyć z pralki do suszarki.
Choinkę trzeba rozebrać, już czas najwyższy.
Pudełka z piwnicy przynieść.
Rozebrać choinkę (sześć! sześć mikołajów czekoladowych jeszcze wisi, co ja ślepa jestem czy co!)
Znieść do piwnicy.
Piwnica, hmmmm. Mąż szukał plecaka. A wcześniej butów i kasków. Czytaj: nie ma jak postawić nogi.
Ogarnęłam. Wystawiłam do wywalenia niepotrzebne pudełka, na przykład po odkurzaczu, który sprzedaliśmy półtora roku temu. Ale pudełko – świętość! Stało, wypełnione powietrzem, i zajmowało miejsce. Podobnie zachowane, oczywiście na wypadek reklamacji, plastikowe pudełko po etui na kindla, ratunku, co się może popsuć w etui na kindlu, jeśli już to etui założysz??
Szkoda tylko, że papier i kartony wywożone są raz w miesiącu i że było to właśnie dziś rano, bo od razu by wszystko pojechało, a tak to będzie czekać miesiąc na następny termin. Trudno, ale zrobiłam taki porządek, że i z tymi kartonami można śmiało do piwnicy wstawić łóżko 90×200. Śmieci jeszcze wyniosłam, styropiany i inne bardzo ważne nie wyrzucaj rzeczy.

Prosto z piwnicy poszłam do łazienki i wzięłam kąpiel, po czym wskoczyłam w piżamę i ukochany szlafrok. Następnie zrobiłam sobie tę herbatę, prawda, zaraz po niej kolację i jak siadłam, tak już siedzę, ho ho, ze dwie godziny (dochodzi 22:00), przerwami na dostawę wina z lodówki, bo lubię zimne. Teraz wpadłam na to, dlaczego aż tak upadłam na głowę i się zatyrałam (ledwo się ruszam) – otóż na telefonie puściłam sobie Przyjaciół na netfliksie, słuchawki w uszach i nie muszę oglądać, wystarczy, że słucham i już mi miło i przyjemnie. No, to mi tak było, miło i przyjemnie przez parę godzin gimnastyki…

Znajomy, który tu mieszkał z rodziną (młode się kumplowały, my, matki też, no ale po trzech latach wrócili do Polski), chciał przylecieć do nas z młodą na Fasnacht (zakończenie karnawału, pochody przez miasto, konfetti, jedna wielka balanga). Niestetyż wizzair anulował loty BSL – WAW od połowy stycznia do końca lutego, a że easyjet już do nas nie lata, nad czym ubolewamy, bo miał cywilizowane godziny i zero opóźnień, jedyną opcją jest Zurych, no a Swissem to już nie to samo, co tanimi liniami, no i z Zurychu trzeba jeszcze dojechać, robi się już nietanio (jedno zdanie sześć linijek, brawo Kasia!). Natomiast zawiesiłam się na jednym zdaniu wypowiedzianym przez znajomego, a mianowicie, że małżonka stwierdziła, że ona nie chce, żeby córce (tej, która miała przylecieć i która miała pierwotnie bilet kupiony) wyrabiać nowy paszport. Stary stracił ważność, no to kurcze, nigdy nie wiadomo, co się trafi, lepiej, żeby dziecko miało, niż nie miało. No, ale matka nie chce. No spoooko.

Na koniec pracowitego dnia jeszcze wkopałam niewinną jak lelija młodzież. Gdyż albowiem pośrednio biorę udział w polsko-francuskim projekcie przyjaciółki, robiąc za tłumacza w obie strony. No i młodzież szkolna miała przyjaciółce przygotować historię miasta, i co prawda, weekend później, ale jest! Przysłali, dostałam do przetłumaczenia.

Trochę jęknęłam, jak otworzyłam Worda, przywileje lokacyjne? Cholera, jak to będzie po francusku, ratunku! Muszę pogooglać. Skopiowałam sobie te przywileje, myszka mi zahaczyła o parę wyrazów więcej, a ja z rozpędu wkleiłam i dałam enter. Ja szybko piszę na klawiaturze. Wyszła jak w pysk strzelił strona z Wikipedii, która sama w sobie jest co prawda otwartym źródłem, ale założeniem było, że młodzież napisze coś sama z siebie, na podstawie przeczytanych o mieście książek, a nie tak kopiuj – wklej. Czym prędzej wkopałam młodzież, donosząc, pardą, upewniając się, czy aby na pewno dajemy do projektu tekst żywcem wzięty z Wikipedii. Efekt jest taki, że ja chwilowo nie mam nic do przetłumaczenia, młodzież w poniedziałek dostanie w dziąsło, a ja mam tylko nadzieję, że nie wiedzą, jak się nazywam.

Oraz odkąd siadłam, wreszcie siadłam, sączę sobie winko, co jest najlepszym lekarstwem na moje obolałe po dzisiejszym zrywie sprzątania gnaty.

Pogooglam jeszcze trochę i spać.

Powrót Idy

– Przepraszam, mamo, że tak później wróciłam ze szkoły, ale spotkałam Melvina, który płakał, bo zawsze mama na niego czeka tu koło Spitexu, a dzisiaj jej nie było, i płakał, to go pocieszyłam, że mnie kiedyś tata też zostawił samą w McDonaldzie, no a potem poszłam z dziewczynami tam przez przejście dla pieszych ze światłami, tam za przedszkolem, spotkałam Frau Geiger (z przedszkola), ukłoniłam jej się, ale nie pogadałyśmy, bo akurat z kimś rozmawiała, no i wróciłam do domu…


Dzień jak co dzień.

Basen

Kupiłam młodej zajęcia na basenie, te dofinansowywane z gemeinde, na drugi semestr. Mąż dowcipnie zapytał, czy on ma kupić i czy on ma zapłacić, było za daleko, żebym dorzuciła trzymaną właśnie w ręce książką, poza tym co książka winna.

Bardzo przyjemny weekend, wczoraj ogarnęłam mieszkanie, bo tak naprawdę od przed świętami było tak tylko po wierzchu. Nie, żebym okna myła, chociaż te akurat czekają na litość i wyższą temperaturę, bo na jesień jakoś tak nie było okazji. Dziś natomiast lenistwo i poranne czytanie w łóżku, wygonienie tatusia z córunią na obiecane łyżwy, z tekstem idźcie, idźcie, bo niedługo ma padać!. Padać nie padało, ale za to nie było ich calusieńki dzień. Nie spodziewałam się takiej siły po młodej, rok temu po półtorej godziny na łyżwach nie była w stanie dojść do przystanku, chociaż owszem, z lodowiska schodzić nie chciała.

Z młodym wybraliśmy się na spacer, mimo że było pochmurno i ponuro, ale potrzebowałam już wyjść do świata. Mam home office i tylko dwa razy w tygodniu jestem w biurze, plus puzzle, do których siadam i układam do oporu, ale już mi było w domu źle i musiałam się wyprowadzić na spacer.

W związku z omikronem wprowadzili nam home office gdzie tylko to możliwe, więc mam dwa przedpołudnia w biurze, a resztę zdalnie. Bardzo mi miło, zwłaszcza że dostałam do napisania kolejny przewodnik, tym razem po Zugu. Co ciekawego można napisać o Zugu? Że najniższe podatki, że w Baar mieszka Tina Turner (bo najniższe podatki) oraz w Rotkreuz jest Roche, bo – najniższe podatki. No, jezioro jest. I starówka, jakich pińcet dookoła, acz oczywiście wyjątkowa na pewno. No ale coś się kreatywnego wymyśli, wiadomo.

Oraz mało brakowało, a bym zawaliła zadanie roczne, zaraz w pierwszym tygodniu. Mam w ramach zadań publikować raz w tygodniu coś mądrego na LinkedIn firmy, no i tak bardzo mi się nie chciało…;) Ale głupio by było tak na dzień dobry zawalić, więc się zmusiłam, i zrobiłam. Szkoda, że nie można na LinkedIn publikować z datą przyszłą, to by wiele ułatwiło! 🙂

Młoda po tygodniowym zdalnym wraca jutro do szkoły. I to nie było tak, że wszystkie podstawówki w całym kantonie miały tydzień zdalnego, źle napisałam, przecież by się laboratoria zarąbały. Podstawówki wracały krok po kroku, od wtorku, według schematu: testy przesiewowe – i następnego dnia negatywni do szkoły. Po prostu na Idy szkołę padło na piątek, co miało tę zaletę, że w czwartek, kiedy już wreszcie nie szłam do biura, a młoda do szkoły, spałam do 8:25! Tak, tak, zaczynam pracę o wpół do dziewiątej. Ale to tylko raz mi się tak trafiło, bo od poniedziałku do środy musiałam być w biurze, no a w piątek Ida miała spucktest (spucken – pluć) na 8 rano, a na 8 rano jest jeszcze ciemnawo, więc poszłam z nią. Przy okazji – testy przeprowadzane były na zewnątrz, żeby ewentualnie chore dzieci nie weszły do środka i w zamkniętym pomieszczeniu nie poczęstowały kolegów. Na szczęście klasa Idy negatywna, z całych piątkowych testów 20 poszło do indywidualnych badań i pewnie dalej, na kwarantannę.

Młody niepocieszony, ale trzyma kciuki za rozwój wydarzeń, bo też by posiedział na kwarantannie i wstawał 7:55 zamiast 6:10. Póki co we wtorek ma pierwszą w życiu rozmowę o pracę, bo już czas najwyższy przyszłoroczne praktyki dopinać. Jako, że w środę miał wolne (nauczyciele mieli radę półroczną o 10:30, a on na 10:25 zaczynał zajęcia, chociaż raz miał farta z planem!), podzwonił po tych, do których wysłał CV, i tak przy okazji dowiedział się, że:
w jednym mu dziękują
w drugim zmienił się człowiek prowadzący praktyki i żeby przysłał jeszcze raz, skontaktujemy się z panem
w trzecim nikt nie odbierał
o czwartym zapomniał.
Osiwieć można.

W styczniu czeka mnie jeszcze audyt w pracy, który przez Omikrona odbędzie się pewnie zdalnie. Nie lubię robić czegoś pierwszy raz, i mimo, że od poprzedniego certyfikatu nie zmienił się podręcznik, denerwuję się. A nie lubię.

Oraz, zupełnie nie w związku z Nowym Rokiem, bo noworoczne postanowienia, jak historia pokazuje, nigdy nie robiły na mnie większego wrażenia, zatem, jak już wyjadłam kontrabandę przywiezioną z ojczyzny, podjęłam sobie malutkie postanowionka. Akurat dobry moment, bo mało w biurze, dużo w domu, mało możliwości pt. to na lunch sobie kupię wege konia z kopytami i poprawię czekoladą. Ustawiłam sobie w telefonowej apce cel: – 3 kg. Przecież jak wpiszę -30, to raz, że tego celu nie dożyję, dwa, że ten suwaczek będzie się tak deprymująco powoooli, ale to powoooli przesuwał, że moja wątła wytrwałość zniknie precz. A takie -3 kg jakoś lepiej brzmią, bardziej osiągalnie. Małymi kroczkami.

Cisza w domu, mąż padnięty po łyżwach, młoda podobnie, młody jutro zaczyna później, więc na luziku ogląda Grę o Tron (bo jak oglądał pierwszy raz, to jeszcze w Warszawie, dawno temu, i w słabej rozdzielczości, a w ogóle to jest taki super serial, mamo.) Nie wiem, może kiedyś włączę testowo jeden odcinek.

To ja też pójdę. Usnąć wcześniej mi się nie uda, więc sprawdzę twittery i instagrama, na IG zostanę oglądać rolki i tak mnie zastanie 1:30. Zazwyczaj mam przy łóżku na podłodze małego jaśka, bo jak zasypiam – a sypiam na boku – to wypada mi telefon z ręki, więc żeby nie wymieniać co chwilę panzerglassa, telefon ląduje mięciutko na podusi.

To dobranoc, kochani.

Poświątecznie

To był genialny pomysł, lecieć samej z młodą, zaprawdę powiadam wam. Wróciłam niemal tydzień temu, ale dalej mi się podoba 😀

Po powrocie dzień prania i przepakowania i pojechaliśmy, tym razem już w pełnym składzie, do Liechtensteinu. Nie żeby było tam co robić przez niecałe cztery dni, ale zależało mi na tym, żeby pobyć gdzieś razem poza domem. I co wam powiem, kolejny nieskromnie mówiąc genialny pomysł. Nie było komputerów, telewizor tylko jeden, jak żyć, i nawet jeśli chwilami wszystkie trzy telefony były w ruchu, to tylko przez krótki czas, a potem wracaliśmy do Szybkich, Wściekłych Jasiów Fasoli, czy co tam nadawali akurat w niemieckiej telewizji. Spacerów było dużo, wspinaczek też (zaciągnęłam rodzinę na wzgórze zamkowe do księcia, popatrzcie sobie w internetach, jak tam jest stromo), jeszcze dzisiaj czułam lekkie wspomnienie po zakwasach w łydkach. Mąż z dobroci serca rozplanował mi treningi, bieganie i rower, nie, żebym go prosiła, ale przecież on chciał dobrze.

Zauważyłam, że panowie świetnie ze sobą funkcjonują, o ile cytując covidowych specjalistów, zachowują odstęp od siebie, tak co najmniej dwa metry. Bo jeśli są bliżej, dochodzi do kolizji, fizycznych i tych w przenośni, a stad już tylko krok do jatki. Bardzo tym jestem zmęczona, zwłaszcza, że tak sobie ślubnego obserwuję i nie wiem, co myśleć, bo oprócz normalnego charakteru widzę też jakieś dziwne zachowania, jakby mu czaszka szwankowała.

Poza tym śpiąca jestem niemożebnie i zaraz się udam do wanny (jak tylko Ida, zwana po indiańsku Siostrą Swojego Brata Okupującą Łazienkę) opuści stosowne pomieszczenie. Oczywiście po kąpieli odżyję i nawet jeśli się położę przed 22, usnę pewnie tradycyjnie po północy najwcześniej, ale co tam. Gazet sobie naprzywoziłam cały stosik, książki też czekają, to akurat zrobię sobie wieczór czytelnika.

A, obejrzałam wczoraj Don’t look up, ależ mi się podobał. Niby komedia, a jakoś nie było mi do śmiechu. Bardziej straszno. Obejrzyjcie koniecznie – i po końcowych napisach jest jeszcze jedna scena!

Ida ma od dzisiaj odgórnie tydzień zdalnej nauki. Kanton rozkłada poświąteczne powroty do szkoły na dwie tury, tak aby jeśli młodzi coś złapali, wyszło w domu, a nie na całą klasę. W sumie słusznie, młoda ma dodatkowe parę dni na powrót do prawidłowego rytmu spania.
Wychowawczyni przekazała dzieciom przed świętami po 50 kartek z zadaniami do wykonania, przeczytania, wycięcia i sklejenia i co tam jeszcze. Oraz przysłała rodzicom na whatsappową grupę filmiki wspomagające, na przykład dwa filmy łącznie ponad 8 minut z instrukcją, a właściwie pokazem, jak należy wyciąć szablon kostki, jak pozginać i skleić, żeby mieć kostkę. Ja rozumiem, że dziecko trzeba naprowadzić, ale sfilmować cały proces klejenia kostki? Osiem minut? Osiem?? (a w ogóle to kostka była potrzebna, bo na jej ściankach były narysowane ćwiczenia i to było na wf, jakie ćwiczenie wyrzucisz, takie robisz).

Jeszcze na tygodniu młoda musi podejść do szkoły, bo mają cotygodniowe testy przesiewowe. I nie ma, że się nie chce, jak rodzic nie wyraża zgody na przesiewowe w szkole, dziecko natychmiast jest zgłoszone na kwarantannę oraz przy każdym pozytywnym przypadku w klasie ląduje na kwarantannie (normalnie klasa idzie na kwarantannę przy trzech chorych na klasę). Jeśli dziecka akurat planowo z jakichś powodów ma nie być w szkole na dzień testu, ma go wykonać we własnym zakresie w weekend i dosłać wynik na specjalny covidowy adres. Krótko i na temat. I tu nie ma wylewania pomyj, że jak to, certyfikat, żeby wejść do restauracji. Odnoszę wrażenie, że na zachód od Odry jest to po prostu oczywiste dla wszystkich i nie słyszałam, żeby ktoś się stawiał albo hejtował, jak tę knajpę w Zakopanem.

No dobrze, powymądrzałam się i urwał mi się wątek, to pójdę do wanny wygrzać cztery litery. Śpijcie dobrze!

I wylądował

Występu w szkole muzycznej nie było, odwołali z powodu covida. Chociaż starsze klasy miały jakieś swoje przedstawienia, widziałam zdjęcia. I naprawdę, rodzice i tak podzieleni na dwie grupy, a występ można było zrobić w dużej auli. Dzieci były bardzo rozczarowane.

W czwartek przed świętami młody przyszedł do domu już w południe, radośnie oznajmiając, że klasa poszła na kwarantannę, ale nic się mamo nie przejmuj, wy sobie normalnie lecicie, spoko luz.
Kurwa.
Na kwarantannę wysyłają, gdy są trzy pozytywne przypadki w klasie. Wcześniej były dwa, ale takie, gdzie chory dzieciak najpierw się rozchorował i przestał chodzić do szkoły, a potem wyszło, że covid. Trzecia natomiast miała siostrę dodatnią, ale codziennie rano się testowała, żeby z czystym sumieniem iść do szkoły. No i akurat tuż przed świętami się wytestowała dodatnio.

Całe szczęście, że młody akurat w czwartek miał w szkole testy przesiewowe, ja do wyników i tak już siwiałam i postarzałam się o dobre parę lat, na szczęście przysłali, negatywny. Uff.
W piątek jeszcze młoda miała przesiewowe testy w szkole, i gdy dostałam mejla, że negatywny i że życzą wesołych świąt, dopiero wtedy poszłam po walizki. Ale kurcze byłam już tak przemielona psychicznie, że nie miałam siły się cieszyć (na szczęście miałam siłę się pakować :D).

W Polsce było idealnie. To był w ogóle bardzo dobry pomysł, żeby polecieć na święta tylko z Idą. Małżonek wypowiedział się już wcześniej, że on woli zostać i odpocząć, więc proszbardzo, młodemu dałam wolną rękę, postanowił towarzyszyć tatusiowi w nicnierobieniu.

Nie żebyśmy jakoś odpoczęły, bo wiadomo, że w Polsce zawsze nadrabiamy kontakty rodzinne niejako na zapas. Ale psychiczny luz – bezcenny.

Miałyśmy jechać do Lublina na kilka dni, ale teściowa miała kontakt z covidową osobą, więc część planów wzięła w łeb. Eh.

Wczoraj wieczorem wróciłyśmy, wyczekawszy się na opóźniony ponad dwie godziny samolot. Na szczęście małżonek w błysku przytomności wypożyczył samochód, nie musiałyśmy się więc tłuc komunikacją miejską, bo byłyśmy wykończone podróżą.

Dzisiaj dzień lenistwa (prania, prasowania i przepakowywania), a jutro jedziemy w góry na sylwestra. Nie wiem, co prawda, co nam wyjdzie z zaplanowanych spacerów w śniegu i z sanek przy plus czternastu stopniach, ale co tam. Monopolowy tam jakiś chyba mają ;/

Herbata ze śliwką i cynamonem

O jaka dobra.

No to tak, gwoli trzymania się chronologii wydarzeń, to kilka dni po, małżonek przyszedł do mnie się poskarżyć, na mnie, że on kompletnie nie rozumie, dlaczego jest w rodzinie pałowany, dlaczego się do niego nie odzywamy, bo przecież ON miał na głowie wszystko, TA, zakupy, samochód, radio, które niechcący włączył, Idę, mnie i ciężki wózek, nie wiadomo, co gorsze, każdy coś od niego chciał, a ON był do tego tylko jeden. Powtórzyłam mu niczym zdarta płyta, że pretensje mamy tylko (aż!) i wyłącznie o to, że postawił kolegę na pierwszym miejscu, a rodzinę na drugim, gdy sytuacja kompletnie tego nie wymagała. I wciąż jest zdumiony, że młody się do niego nie odzywa, zacięty po męskiej linii rodu.

Poza tym zimno. -1/+5, śnieg padał dwa razy, pierwszy i ostatni, jak to u nas. Za ciepło jest i musi być naprawdę zimno zimno, żeby coś poleżało parę dni. Póki co tatuś (mając na zbyciu Tageskartę, bo mu spotkanie z kolegą nie wypaliło), zabrał młodą w góry, to przynajmniej tam sobie dziecko śnieg obejrzało.

Zrobiłam ruskich pierogów, ale jak zwykle chciałam za dobrze i za cienko rozwałkowałam ciasto. I się zaczęły rozlatywać cholery jedne. Cholery poszły na pierwszy ogień, a co się trzymało kupy, to zamroziłam i niech mają święta. Oraz młody poprosił, żeby mu na święta przygotować taką wyrafinowaną potrawę jak piersi w sosie curry (kroisz, podsmażasz, robisz sos śmietana curry koncentrat sól pieprz, gotujesz ryż i voila gotowe). Produkujemy z młodą pierniczki, choinka od piątku stoi już ubrana. W nosie mam, że dopiero w Wigilię, nigdy nie czekałam do Wigilii. Poza tym po świętach to już Nowy Rok i karnawał, a świąteczną atmosferę najmocniej czuć właśnie teraz. Kupiłam dwie bombki robione na szydełku (na malutkim baloniku i ukrochmalone) i tak mi się podobają, że napisałam do laski o więcej. Cudeńka.

Wieczory spędzam z The Good Doctor, najlepiej mi się ogląda seriale medyczne. A właściwie – słucha, bo przecież już nie umiem robić tylko jednej czynności na raz, więc jednocześnie gram w scrabble na telefonie, słuchając dialogów. Po angielsku, bo odkąd zaczęłam oglądać anglojęzyczne filmy w oryginale, polski dubbing kłuje mnie w uszy. Dzięki temu mogłabym sama triażować pacjentów na sor i zlecać im badania :D.

W pracy spokojny koniec roku, wykańczam (się) dokumenty do audytu do recertyfikacji (bardzo po polskiemu zdanie, brawo Kasia), wczoraj pokazałam część szefowej i nie wiem, czego ona oczekiwała, ale po spotkaniu gdy wracała do domu, zadzwoniła mi podziękować i tak z pięć minut mi wisiała na telefonie. Sama ma napisać budżet, bo do tych danych nie mam dostępu, strategię wstecznie za 2020 (napisałam jej tylko 2021, bo w 2020 jeszcze tu nie pracowałam), a pozostałe dokumenty dostanie do podpisu i tyle. Chyba jest zadowolona 😉

W przyszłym tygodniu w biurze jestem w poniedziałek, wtorek i środę i potem do końca tygodnia z domu, a w sobotę lecimy. Znowu mam rajzefibrę i świruję, żeby na ostatniej prostej nie dopadł nas wirus albo inne cholerstwo. Zachorowań dużo, wróciły maseczki do szkół od 5. klas wzwyż (dla młodszych są zalecane ale nie obowiązkowe). Nerwy nerwy nerwy. Bez przerwy.

Ale za to w środę idziemy na musical do szkoły muzycznej tutaj lokalnej. Musical świąteczny wystawiany przez pierwsze klasy lokalnej szkoły podstawowej. Nasza gwiazda będzie na scenie 🙂 Miała być śnieżynką, ale będzie jakąś inną nie-śnieżynką.

No dobra, idę pokazać lekarzowi uszy, bo znowu bolą. Pewnie znowu antybiotyk :/

Był sobie praprasłoń, przedziwny zwierz

Znacie? Miałam taką słuchankę na kasecie. Teraz by się powiedziało, że audiobooka, ale wtedy to było po prostu słuchowisko, z Piotrem Fronczewskim w roli głównej. (ale Tapatików i tak nic nie pobije, odsyłam do youtube, wyborny dobór aktorów, śpiewały Alibabki, szał ciał i w ogóle).

No to tak.
Na dziś zaplanowaliśmy sobie dzień zakupów. Z rodzicami Alana (tak ich będę nazywała, tych nowoprzyjezdnych). Wysłałam mojemu oraz TA zaproszenie do kalendarza na google: sobota, 9-17, zakupy spożywka oraz ikea. Z zapasem czasu, żeby na spokojnie. Samochód klepnięty, ale jedziemy na dwa, żeby też się nie wiązać zanadto. Spoko.

Wczoraj: małżonek mi mówi, że wysłał pinezkę na mapie TA, żeby wiedział, dokąd ma dojechać i że spotkamy się na miejscu.

Gdy wjeżdżaliśmy do centrum handlowego, mężowi rozdzwonił się telefon. No przecież ja teraz parkuję, oddzwonię! (nie widzi, że parkuję?) Gdy oddzwonił, uparcie usiłując łapać zasięg w windzie, okazało się, że TA czeka… pod swoim domem, bo mieliśmy jechać razem, żeby pierwszy raz było im łatwo ogarnąć trasę. A tu mój mąż po prostu wsiadł i pojechał, zapomniawszy. TA jeszcze nie zna dobrze mojego męża.

No to dojadą sami, rzekł mąż, nie pamiętając ile razy zjazd wyprowadził go prosto na autostradę na Karlsruhe.

Mąż był z młodą w Macu, a młody ze mną na zakupach spożywki, ale jako że nie pamiętam pinu do swojej visy, poprosiłam młodego, żeby zamienił się z tatusiem miejscami. Mąż przyjdzie zapłacić, młody z siostrą posiedzi w Macu. Spoko.

Kończyliśmy pakowanie, gdy mąż usłyszał, że są, są! i nie oglądając się za siebie, zostawił mnie z ważącym na oko 50 kilo wózkiem, i czym prędzej pobiegł odnaleźć TA, który przecież nie przejdzie główną aleją do wejścia spożywki, trzeba go eskortować, ja natomiast spokojnie sobie z wyładowanym wózkiem poradzę. Natychmiast wkurw nieziemski mnie ogarnął i tuż za kasą stanęłam, tak jak stałam, i postanowiłam czekać.

Po kilku minutach przyszedł młody i przejął wózek. Słów, które wtedy wypowiedziałam, nie będę powtarzać. Zresztą, jeszcze wiele różnych słów mam dzisiaj w kolekcji.

Okazało się bowiem, że mąż najpierw wystawił młodego do pilnowania centrum centrum handlowego, żeby przypadkiem nie przeoczyć TA & Company, a sam poleciał do mnie, no zapomniało mu się, że ma dwoje dzieci, a nie jedno, boże na chuj drążyć temat, nikomu z was się nie zapomniało jednego dziecka w centrum handlowym w przedświątecznym tłoku? No bez jaj.

I oto młody przyszedł po mnie z wózkiem, dojechaliśmy do zryczanej młodej, odnalezionej w międzyczasie przez tatusia (chociaż obstawiam, że to ona wypatrzyła jego, zanim on się zorientował, że ją zgubił) oraz TA&Co, po czym absolutnie nie patrząc, gdzie jestem i kto słucha, spytałam czy do ciężkiej cholery naprawdę Adrian dostałby sraczki czekając jeszcze minutę i koniecznie trzeba było zostawić mnie samą z ciężkimi zakupami? (nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zostawił młodą samą, bo moja tyrada wciąż by tam jeszcze trwała). Że skoro przyjechali dwie godziny później (bo do tego drobiazgu, że miał podjechać pod TA&Co, ale zapomniał, jeszcze mi się nie przyznał), to jeszcze chwilę mogą poczekać, a on rzucił wszystko, jakby się świat kończył i poleciał do TA.

Następnie, w sobotnim tłoku w centrum handlowym, na środku alejki, TA&Co miał jeszcze tylko parę pytań, bo przecież nie dostał ode mnie wcześniej żadnych informacji na ten temat, no skąd:
– jaki jest limit zakupów? ile mięsa? czy ubrania się w to wliczają?
– czy te 300 franków to na osobę? a jak będę miał paragon na 600, to co? (to zapłacisz cło, a jak nie zgłosisz, to cło i karę)
– a gdzie się podbija paragon, żeby dostać zwrot vatu? ale dokumenty? że w Szwajcarii mieszkamy? No ale po co? Paszporty? A bez zdjęcia nie można? Aaa, to sobie chyba dzisiaj darujemy jeszcze…
Oraz najlepsze: – a skąd wziąć wózek?
No kurwa.

Potem jeszcze minęliśmy go, jak wracał od bankomatu, bo jego cinkciarzowa karta nie dawała mu tu płacić, no a potem jeszcze jakimś cudem musiał rozmienić pieniądze, bo banknot euro trudno wchodzi w ten otworek na monety do wózka…
I wisienka na torcie, wszystkie sklepy oprócz spożywki były oklejone wielkimi wołami 3G: geimpft, genesen, getestet. Ha ha oraz ha. A oni bez szczepień, bo to ściema, na twarzy trzeba nosić szmaty i tak dalej, więc jeśli gdzieś weszli, to mogli nie zdążyć nic kupić. Już się ostatnio przespacerowali po mieście i chcieli zabrać młodego do maca, zaproponowano im na wynos :D:D:D. Dziko radują mnie takie sceny.

Czyli wracając do naszych nomen omen baranów, poranek wyglądał tak, że tatuś zostawił dziecko samo w centrum handlowym, żonę z zakupami porzucił gnając do kolegi, być może targany wyrzutami sumienia, że w sumie to się chyba z tamtymi jakoś umawiał, czy coś… Mieliśmy robić zakupy wózek w wózek (w sobotę rano, rozumiecie), żeby sobie MA zobaczyła, co gdzie leży, na której półce (a znajdę tam koszulki na wf? tak, na półce z koszulkami na wf, dziewczyno masz wielkie centrum handlowe, weź się ogarnij). Ostatnio pytali, jak jest masło po niemiecku. Nie wiem, jak się mam sprowadzać do obcojęzycznego kraju, to może bym jednak minirozmówki przekartkowała…?
No, to sobie nie pochodziliśmy razem po sklepie, bo jak oni przyjechali, to my już byliśmy na wylocie i nie zamierzałam spędzać z nimi ani sekundy. Z mężem nie miałam wyboru, bo jeszcze jechaliśmy do ikei. Tam się z młodym dowiedzieliśmy, że nie mamy za grosz wyrozumiałości i że cały świat się na męża uwziął, bo on ma tyle na głowie ( o terabajtach na głowie już się nasłuchałam, gdy nie zapisał Idy na basen. Priorytety, cóż). Usłyszał od młodego zwięzły komunikat, że sorry, ale niech się zastanowi, bo postawił na pierwszym miejscu kolegę a nie rodzinę i czy to jest OK dla niego. Oraz jeśli nie zamierza przepraszać, to niech się lepiej nie odzywa.

Wróciliśmy do domu, małżonek pojechał odstawić samochód na parking, a było to pod miastem, bo wymyślił sobie, że skoro jedziemy do ikei, i skoro TA też jedzie do ikei i będzie tam kupował jakieś meble, to i nam na pewno przyda się van, a najbliższy dostępny stał 20 km pod miastem, czego nie rozumiecie. Podróże kształcą.

Zatem jak wróciliśmy, rozpakowaliśmy zakupy (młody konsekwentnie zostawił ikeowe zakupy tatusia, skoro tatuś rozpakowywał tylko swoje, a nie że tam na przykład 8 toreb spożywki), i zawinęliśmy się na jarmark świąteczny. Dwa grzańce nieco ukoiły nerwy, z młodym sobie pogadaliśmy, o ile się to przy Idzie udało, nakupowaliśmy bombek u Polki, która tu stoi co roku, i wróciliśmy do domu.

Taka to była sobota.

A jeszcze tytułem uzupełnienia: panowie zaczęli razem pracować i mój ma wdrażać TA, wszystko mu pokazać itp. W środę byli w biurze (- Nie wziąłeś żadnej torby na laptopa? – A to mi nie dadzą?), poza tym mają pracować zdalnie, ale wdrażać jest po prostu łatwiej na żywo, więc TA będzie przychodził do nas. Powiedziałam, że OK, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ja jestem w biurze. Z dwoma chłopami siedzącymi w salonie, gadającymi non stop, dzwoniącymi i tak dalej, to ja ani nie popracuję, ani nie odpocznę. Napisałam więc mojemu grafik, kiedy ja jestem w biurze i że wtedy proszę bardzo, a środa i piątek, kiedy pracuję z domu, symetrycznie będzie, jak sobie pójdą pracować do TA. Na co MA rzekła: ale ja nie lubię, jak mi się obcy ludzie po domu plączą.
Aaaaaaaaaaaaa no to sorry.

Najlepsze jest to, że mój mąż ma takie wrażliwe serduszko i tak mu tego Alana żal, bo on by chciał z wujkiem porozmawiać, a pomachał mu przez okno, i taki samotny tu jest i w ogóle.
Córki zostawionej samej w centrum handlowej mu nie żal.
Córki, której zapomniał zapisać na basen, a gdy już obiecał, że będą razem chodzić, to poszli raptem raz, mu nie żal.
Córki, do której krzyczy UCISZ SIĘ, bo on akurat zamieszcza ogłoszenie na OLX i potrzebuje się skupić, mu nie żal.
Córki, której mówi, że już dosyć tego, teraz on chce w spokoju obejrzeć mecz, a przecież spędził z nią jakieś trzy minuty tego dnia, mu nie żal.
O synu nie wspomnę. Syn na szczęście wielu historii nie pamięta, i dobrze. Ale oczy ma, widzi, wnioski wysnuwa i nie hamuje się, by je wszem i wobec oznajmiać.
Ale nie, mąż się obcego dziecka żałuje.

Myszkę

Dostałam do laptopa, romantyzm informatyka na pełnej, plus młody kupił kwiatki. Luz. Do myszki się muszę przyzwyczaić, nie lubię nowych, za lekko chodzi, za ciężko chodzi, nie leży w ręce tak, jak poprzednia, nie lubię zmian na żadnym polu, bo jeśli coś się sprawdza, to po co zmieniać?

Tydzień upłynął nie wiadomo kiedy, teraz to już z górki, wszystkie dni i tygodnie tak mijają, jak twierdzą życzliwi.

Młodego przeciągnęła grypa, jeszcze nie doszedł do siebie, do tego wyskoczyła mu opryszczka na pół górnej wargi, a jak zaczęła przysychać, objawił się jęczmień na powiece. Ten jest póki co we wstępnej fazie i może uda się go przydusić. Bidny chodzi młody, najpierw nie jadł bo nie miał sił na nic, potem opryszczka i strup na parę centymetrów, pił tylko przez rurkę, jak się roześmiał, to rana pękała i od nowa zaleczać. Na szczęście już wychodzi na prostą.

W uszach mam Korteza, słuchanego na nowych, bezprzewodowych słuchawkach!, ha :-). Wczoraj je przetestowałam, ciągną niemal pięć godzin Netflixa :-). Oraz mają tę genialną funkcję wyciszenia męża i syna, dzięki której mogę sobie spokojnie oglądać, słuchać i surfować.

Małżonek szanowny po dobrych kilku miesiącach względnego spokoju znowu się mocno zapomina. Dzisiaj Ida poszła do niego o coś spytać, a ten ryknął na nią NIE PRZESZKADZAJ MI IDŹ MI STĄD, a powód był kluczowy dla istnienia wszechświata, mianowicie zamieszczał na olx ogłoszenie o wynajmie mieszkania w Lublinie, a tej procedury nie można wstrzymać, należy dziecko doprowadzić do łez. Wieczorem to samo, cieszyła się Ida, że Hamilton wygrał, dostała głupawki i się śmiała, a ten do niej UCISZ SIĘ! Powiedziałam, co myślę na temat takiego zachowania, młodemu się oberwało przy obiedzie, bo zaniósł do stołu trzy talerze, a nie cztery – i nie, nie dlatego, że tatuś był jeszcze w kuchni i pewnie zaniósłby sobie ten swój talerz sam, ale na pewno dlatego, że celowo chciał ojcu zrobić na złość. Na pewno. Muszę go zapytać, czy kartki świąteczne należy już adresować Jerzy i Katarzyna, a nie Katarzyna i Jerzy, tak jak to należało robić wysyłając pozdrowienia z wakacji do jego rodziców. Bo wiesz, bo tata będzie się gniewał, jeśli będzie najpierw mama, a potem on. No, czyli trochę wzorce (a trochę pierdolce), a trochę niedowartościowane ego, które piszczy z zazdrości. No słabe to jest.

Czekam na ebooka Marzeny Rogalskiej z trzecią częścią Sagi o Karli Linde. Premiera książki była przedwczoraj, a ebooka jeszcze nie ma! Skandal no.

Tymczasem w uszach Kortez, którego koncert latem już zawsze zostanie jednym z najlepszych przeżyć w moim życiu. Kortez koi, Dawid Podsiadło koi. I jeszcze kilku. Dobranoc.

Coś

zaczęłam pisać z tydzień temu, ale mnie rozłożyło i wróciłam pod ten kocyk na parę dni. Podrasowałam się antybiotykiem i we wtorek uciekłam z domu do biura. Ileż można w domu siedzieć! Wiem, wiem, sześć lat, i dalej mam traumę, jak widać.

Po mnie rozchorował się młody, ale to tak spektakularnie, jednego dnia, wstał z katarem, kaszlem i gorączką. Ja w biurze, ucieknięta na cały dzień, młody nie może gadać, bo gardło, więc pisze. Że się nie doczołga do lekarza, że nie ma siły i że w ogóle bida. Mówię mu, żeby pogadał z tatusiem, kiedy tatuś ma jakieś możliwości czasowe, żeby wziął samochód, zaklepał wizytę i młodego do tego lekarza zawiózł. Jest nawet parking dla pacjentów akurat naszego lekarza, więc nie trzeba będzie iść z buta dwa kilometry, bo akurat tam było miejsce do parkowania (nie pytajcie, młody zapytał mnie czy naprawdę nie mogłabym ja wyrobić sobie karty do wypożyczalni samochodów, bo jak tata zaparkuje kilometr dalej, albo próbuje zrobić kopertę przodem, to… No.)
Zatem wszystko wstępnie ustalone – tak by się mogło wydawać, bo tu na scenę wchodzi tatuś, który na prośbę młodego o zawiezienie go do lekarza, odparł, że ale z nim nikt nic nie ustalał, on tu jest tylko do wykonywania poleceń a wszystko jest ustalane za jego plecami. No tak, dobrze czytacie, dziecko leci z nóg, a ojciec ma pretensje, że nikt go nie poinformował z wyprzedzeniem, nie ustalił, nie wysłał podania i nie zapytał o zdanie.
Czułki mi opadły i kazałam wziąć młodemu taksówkę, ale zanim co, to wziął i zwymiotował i przestał się nadawać do transportu, zresztą w sumie co by mu ten lekarz dał (zwolnienie ze szkoły).
Tatuś po pierwszej reakcji poczuł się jednak tatusiem, bo dał dziecku aspirynę. Dobry tatuś.

Młoda się trzyma, nie kicha i nie prycha i chwilo trwaj, bo od czterech miesięcy usiłuję zrobić jej bilans sześciolatka, który to jest niezbędny do szkoły (cholera, chyba muszę poszukać jakichś papierów…?), a ostatnio, czyli we wrześniu akurat była chora. Miło byłoby wyrobić się przed siódmymi urodzinami.

Tymczasem w poniedziałek mam urodziny i jak powiedziałam mężowi, że w sumie mam wszystko i ucieszę się z jakiegoś fajnego kwiatka w doniczce (robię w domu dżunglę, mam już trzy duże kwiatki!), ten odparł, że no to chyba wiadomix, bo właśnie zamówił mi laptopa, TO CHYBA WYSTARCZY. Jaka to jest przykrość, że mam dobrą pamięć, spokojnie sięgającą do zakupu tableta, laptopa, kolejnych butów do biegania, bo w tych poszła nitka na szwie (szewc 8 franków, nie podarowałam ;/), zegarków, cygar, koszul, koszulek do biegania, „ale takiej kurtki jak jest mżawka to nie mam do biegania”, oraz tysiącznych dupereli do komputera, a to tylko ten rok. Dalej moja pamięć też sięga, ale jest litościwa (po dwóch latach kurzenia się czarnego kapelusza, którego nie chciało się schować wiosną 2020 do szafy, mąż spytał, czy mamy jakąś szczotkę żeby go odkurzyć… Taaa.) więc już przemilczę pozostałe zakupy. Agnieszka, Idy ukochana Ciocia chrzestna, na moje słowa, że kurcze, ja mam połowę ciuchów, gadżetów i ogólnie dużo mniej zakupów dla siebie robię, odrzekła, zostawiając pytanie bez odpowiedzi, że może ja po prostu nie potrzebuję się dowartościować zakupami…?
No, może 😉

Jutro mam rozmowę z szefową na temat przedłużenia umowy. Oraz oświadczyła, że jako że w poniedziałek mam urodziny, to firma daje na tę okoliczność dzień wolnego. Grzecznie podziękowałam i zasugerowałam, że w sumie to ja mam dziewięć dni urlopu, a wolnego dała mi na święta dziesięć i ja oczywiście już kupiłam bilety, ale może ja sobie ten dzień odbiorę właśnie jako dziesiąty legalny dzień urlopu? Ach nie, nie ma takiej potrzeby, ty tyle pracujesz, masz na pewno tyle nadgodzin, że spokojnie ten jeden dzień więcej ci się należy. (niniejszym pozdrawiam moją Przyjaciółeczkę, z którą czatuję na Whatsappie w godzinach porannych :-)).
No to co, to podziękowałam. Będę miała czas na upieczenie jakiegoś ciacha do pracy, bo oczywiście we wtorek mamy pracowy coffee break, a druga koleżanka ma urodziny w środę, więc będziemy świętować podwójnie.

Jutro fryzjer i jeszcze muszę ogarnąć kogoś, żeby mi brwi zrobił, bo wyglądam jak wypłukana ścierka, wybielona amoxycyliną. Jest jedna fajna babeczka, co mi zrobiła pudrową hennę, co to się miała trzymać nawet 8 tygodni, ale po pierwsze babeczka mieszka niedaleko ale z karkołomnym dojazdem, a po drugie henna zeszła po dwóch. To jak po dwóch, to ja sobie zrobię sama, nie pudrową, tylko normalną. Kiedyś essence miał takie formatki, szablony, żeby sobie namalować brwi, ale teraz nie mają, nie wiecie, gdzie to znajdę? Muszę poguglać. Co mi przypomniało, że kupiłam sobie jakąś pomadę do brwi i zaraz ją przetestuję, akurat przed snem spokojnie zmyję.

Za tydzień wychodzi ostatni tom sagi Marzeny Rogalskiej, już przebieram nóżkami, żeby wrzucić do koszyka, załadować na kundla i zniknąć na dwa wieczory.

To co, to idę te brwi testować. Dobranoc, kochani.