Happy end doktorkowi!

Obejrzał fafnaście mieszkań, dostał cztery akcepty (znaczy, cztery firmy go chcą jako potencjalnego najemcę). Jeeeeees! I już po dziesiątym mieszkaniu zmienił nastawienie, że ojej a tu jest balkon tuż obok i co jak mi sąsiad będzie palił na balkonie i ten dym będę miał w mieszkaniu? Albo no fajne, fajne to mieszkanie, ale na parterze, a pod spodem jest rowerownia, to ono będzie zimne bo żaden sąsiad nie będzie mnie dogrzewał. I tak dalej, i tak dalej… Ale, jak już wspomniano na wstępie, pomimo tych przeszkód niemalże nie do przeskoczenia, doktorek zamieszka. Gdy skomentowałam w biurze, że będzie bardzo cicho i nudno, jak on się już wprowadzi i zamieszka, to dziewczyny zaraz powiedziały aha, ty poczekaj, aż on spisze całą Mängellistę! (Mängellista to lista szkód w mieszkaniu, które należy zgłosić do 14 dni po wprowadzeniu się do nowego lokalu. Niektórzy piszą „rysy na podłodze”, a inni wymieniają kolejno każdą ryskę, opisując jej długość, głębokość i położenie względem równika, załączając oczywiście niezbędne zdjęcia. A potem ja wklejam te zdjęcia do Worda jako Bardzo Ważny Załącznik do Umowy). No, to już nam została tylko ta Mängellista i z głowy.

Ale co tam doktorek, do nas wiosna przyszła! Przygrzało nam ponad 20 stopni, słuchajcie, tydzień temu szliśmy z młodym na zakupy w krótkich rękawach! W lutym. Zima w Bazylei powiedziała swe ostatnie słowo kilka tygodni temu i mimo, że na horyzoncie nie widać, żeby znów pękło 20 stopni, to jednak ma się już ku wiośnie. Cieszę się, wiosny ostatnio są krótkie, błyskawicznie przeskakują w upalne lato, a ja bym chciała kwiatki na balkonie posadzić, herbatę wypić, książkę poczytać. I żeby to nie było o 22, jak wreszcie upał zelżeje. Bo nie łudzę się, że w tym roku będą padać kolejne rekordy temperatur. Niestety. Wykańczamy Matkę Ziemię, ale ona chyba wykończy nas pierwsza. A nawet na pewno. Od dawna twierdzę, że pandemia to reakcja Ziemi na przeludnienie.

Pamiętacie historię z zamienionymi licznikami na prąd, dzięki czemu my płaciliśmy rachunki sąsiadów, a oni nasze? Przez cztery lata? My, zużywając oczywiście dużo więcej prądu niż oni, prawda. Dostaliśmy fakturę, nakryliśmy się nogami, rozłożyli na raty, dajemy radę. Na koniec miesiąca zejdzie ostatnia. Tymczasem dostaliśmy ponaglenie do zapłaty. Za okres, który pokryła faktura niezależna od tamtego gigantycznego rachunku. Oczywiście oprócz tych ratalnych, płacimy też normalnie bieżące faktury, choć z bólem serca i z drżeniem rąk przed kliknięciem przelej.

Nooooi w ubiegłym tygodniu przynosi listonosz ponaglenie do zapłaty. Kwota nie pasuje mi do niczego, poza tym, dlaczego ponaglenie?
– A bo oni to przysłali już w styczniu, ale powiedziałem, że nie będę płacił! Już jedną fakturę im spłacam w ratach! Niech się ogarną! Sami nie wiedzą, za co im mamy zapłacić! Ja tam dzisiaj zadzwoniłem, to mi powiedziała, że jakaś zmiana taryfy! Oszaleli, jakiej taryfy? Powiedziałem, że już jedno spłacam i nie wyjmę tysiąca na kolejną fakturę! Żeby chociaż na raty rozłożyła!

Wspomnicie moje słowa, on padnie na zawał albo wylew. No albo ja go zatłukę, bo kto normalny nie reaguje w żaden sposób na fakturę do zapłaty? Przez dwa miesiące? BO NIE?

Wyciągnęłam wszystkie faktury, opisałam, napisałam, zapytałam. Zobaczymy, co odpowiedzą. Jak każą płacić, bo znowu czegoś nie doliczyli, to niech rozłożą na raty, do wakacji akurat się wyrobimy. A jak nie każą płacić, to tym milej, ale to jednak trzeba wyjaśnić, a nie się wściekać i chować głowę w piasek.

Straszny się pieniacz robi z wiekiem ten mój stary i jest jeszcze bardziej nie do wytrzymania, o ile to oczywiście możliwe. Wszystko jest złe i beznadziejne, każde spięcie w pracy momentalnie jest odnoszone do A BO JAK PRACOWAŁEM W RADIU, to tam to było! (i tu wstaw dowolne: prezes był katechetą i miał w szkole słabe stopnie i się wszyscy dziwili, jakim cudem on został prezesem, zarząd robił machlojki, zarząd składał się z idiotów itp).

Ahhhh, apdejcik, jak się waćpan zalogował do systemu tego od prądu, to się wszystko wyjaśniło, to znaczy prądownia w dalszym ciągu dała dupy, ale przynajmniej już wiem, dlaczego. Na tej pierwszej dużej fakturce zapomnieli doliczyć podwyżki prądu za półtora roku…

I tylko gdy powiedziałam, żeby mi mówił o takich drobiazgach, jak nie zapłacona faktura za prąd (o której się dowiedziałam po dwóch miesiącach, dopiero, gdy przyszło ponaglenie), to się oburzył, że wtedy nie miał głowy bo negocjował rozłożenie tej pierwszej na raty (nieprawda, rozłożenie było negocjowane w listopadzie, a nowa faktura przyszła w styczniu, daty na fakturach nie kłamią) i on myślał, że to to, tylko oni się pomylili, więc postanowił nie płacić, i jak jestem taka mądra to mogę przejąć wszystkie rozliczenia, skoro wiem lepiej (co poradzę, taka karma), na co ja mówię, że pretensje mam tylko o to, że mi nie powiedział, że przyszła faktura, a on jej po prostu postanowił nie płacić, na co on mi powiedział, że mogłam sobie w e-banku sama sprawdzić, że wstrzymał płatność faktury, na co ja odparłam, że ja pierdolę, z tobą się nie da wytrzymać.

Taki to wieczór.

O takich drobiazgach, jak fakt, że moje godziny pracy nie raczą się dopasować do planowanych godzin jego biegania, już nawet nie wspomnę. Będziesz na 13:15? A nie możesz być na 13:00? No to najwyżej się Idę zostawi na ten kwadrans na placu zabaw. Aha.

A tak w ogóle, to chciałam Was prosić o pomoc Dorocie, która potrzebuje podnośnika dla Agi. Inaczej kompletnie rozwali kręgosłup i to dopiero będzie problem, a nie jakaś tam faktura za prąd. Kliknijcie tutaj, proszę, i pomóżcie, jeśli możecie. Dzięki.

Wieczorową porą

A ten doktor to jeszcze na drugi dzień narzekał, że on musiał z punktu A jechać do punktu B, po to, żeby trzecie mieszkanie obejrzeć 50 metrów od punktu A, cóż za niedopatrzenie i błąd organizacyjny, doprawdy. Niewybaczalne.
Wybaczalne by było, gdyby przejechał te kilkaset kilometrów z Niemiec, żeby obejrzeć dwa mieszkania, a nie cztery, zapewne. Maruda marudny. Ja na jego miejscu bym się cieszyła z cudu ogarnięcia czterech w sumie adresów dzień przed przyjazdem, no ale ja nie mam dr przed nazwiskiem, on nawet jak dzwoni, to się przedstawia, że doktor Kowalski, widać czegoś mu brak.

Dni mijają mi szybko i jakoś niepostrzeżenie. Wpadłam w rytm praca – dom i tak sobie w nim trwam dość wygodnie. Home office mi ni chusteczki nie wychodzi, to znaczy wychodziłby on przypuszczalnie, gdyby nie to, że pracuję w salonie, otwartym na kuchnię. Małżonek wypełza z pieczary (szczęściarz, pierwszy zaczął home office i zajął najlepszą miejscówkę), zrobi sobie kawkę, zabrzęczy młynkiem, opowie, czymże go tym razem zdenerwował któryś Hindus i że dziesięciu ich takich to robi robotę może dwóch w Europie (i nie, że uprzedzenia rasowe, czy coś, jak mi z mordem w oczach wybiega z pokoju krzycząc kurwaaaaa znowu zamknął ticket, chociaż nic z nim nie zrobił!!, to ja go rozumiem, bo takie zachowanie nie ma pochodzenia ani koloru skóry, jedynie mentalność). Mimo, że gorąco współczuję małżonkowi współpracowników, rozwala mi on moją pracę, skupienie i zabiera chwilę bezcennej ciszy. I nie, nie pójdę do Idy do pokoju (niziutkie biurko) ani do Piotrka (ferie zaczął)i chyba serio będę przez najbliższe dwa tygodnie zostawać w biurze, a ten świeżo pełnoletni niech się nauczy ogarniać codzienność.

Już go unieszczęśliwiłam komunikatem pt. godzina z siostrą na dworze, co doprawdy dobrze zrobi obojgu, i na ciało, i na ducha, i na więzi, i w ogóle. Będę pilnie obserwować, ale założę się, że nie zauważę żadnych uszczerbków na zdrowiu młodego. No, może tylko będzie więcej warczał na matkę, ale z biura to nawet nie dosłyszę.

Kupiłam ostatnio chyba środek Jeżycjady (18-22) i czytam. Czytam to chwilami za dużo powiedziane, bardziej kartkuję, żeby poznać dalsze losy bohaterów. Bo nie ukrywajmy, najlepsze są te pierwsze historie, dokładnie tak jak u Chmielewskiej.

No dobrze my tu gadu gadu, a tu za 6,5 h bezlitośnie zadzwoni budzik. Pora spać.

Dobranoc, kochani.

O sukcesie

Najpierw wstałam rano i poszłam do pracy. Miałam w planach intensywną pracę, ale nie wyszło, więc się poobijałam. Wysłałam kartki urodzinowe do klientów, odkurzyłam biuro, odkamieniłam sitko w baterii kuchennej, bo woda chlapała na boki. Same strategiczne dla funkcjonowania firmy czynności. Natomiast po dwunastej, gdy moje myśli i nogi powoli szykowały się do fajrantu (czyli zmiany lokalu w celu symulacji home office), wybuchło czternaście pożarów, wszystkie na wczoraj i wszystkie super pilne. No dobrze, pojechałam gaśnicą, ugasiłam.

Następnie odniosłam zawodowy sukces. Nie było w tym zbyt wiele mojej zasługi, ale sukces w całości mój. Otóż jedna z konsultantek od przeprowadzek poprosiła o beznadziejną w sumie sprawę, a mianowicie o umówienie z dnia na dzień oględzin czterech (trupów) mieszkań do wynajęcia. Takie coś jest generalnie mało prawdopodobne, a już na pewno nie w trakcie covidu (do tej pory był jeden termin na obejrzenie mieszkania i wchodziło piętnaście par chętnych na wynajem hurtem, o tej samej porze. Teraz harmonogram, dystans i maseczki). Klient przyjeżdża z Niemiec na weekend specjalnie po to, żeby obejrzeć mieszkania, więc coś zrób. Na dodatek konsultantka od poniedziałku idzie na urlop, a piątki ma generalnie wolne, więc zrób tym bardziej.

Pierwszy kontakt – i najłatwiejszy – okazał się być Polką, od której jesienią kupowałam Idzie książkę o astronomii i sobie jakieś czytadła. Mieszka przecznicę od mojego biura i na odbiór książek umawiałam się z nią w dniu kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej, żeby nie jeździć dwa razy. To było proste, bo laska wykazała elastyczność i pomimo przeprowadzki w trakcie i nie posprzątanego mieszkania, zgodziła się je udostępnić, i to w sobotę.
Kolejne dwa mieszkania – agencje przekazały mi numery do mieszkających tam ludzi. Jedna od razu dała mi termin, druga najpierw mnie opieprzyła, że dzwonię, a ona tu pracuje, i żebym wysłała smsa (wysłałam, ale nie odpowiadała, więc zadzwoniłam… no co, zależało mi…), potem wysłała mnie na drzewo, ale dzień później dała cynk, że zwolnił się termin i czy chcę. Chcę!

Zostało ostatnie mieszkanie, też oczywiście przez agencję. Agent ma telefon przekierowany na skrzynkę i oddzwania, kiedy ma czas. No, fajnie. Oddzwonił na szczęście po godzinie, że jak będzie w biurze, to sprawdzi, bo teraz nie jest i nie może, ale żebym wysłała mejla, to on mi potem odpisze. O naiwności ludzka, która uwierzyłaś, że jak powiedział, że odpisze, to odpisze! Niemal palec złamałam (nie, żeby środkowy) od naciskania F5, odświeżam, i nic! Nic nie przysłał. Nagle dzisiaj po południu, gdy już pogodziłyśmy się z konsultantką z faktem, że gość przejedzie paręset kilometrów obejrzeć tylko dwa mieszkania, bo więcej nie dałyśmy rady (śmy, jasne) załatwić – oddzwania! Że pojawił się termin, i że jutro albo za tydzień… – Jutro – krzyczę! – między 11 a 13. No i pięknie, bo klient ma umówione dwa mieszkania, o 11 i o 13, dwunasta jest wolna, biorę! Zaklepałam. I trudno, że gość pojedzie z punktu A 20 minut tramwajem do punktu B, by potem wrócić niemal idealnie w punkt A. Podróże kształcą, niech się cieszy, że w ogóle ma co oglądać.
Tyle, że… nie zapisałam nazwiska lokatora tego ostatniego mieszkania. Rozmawiałam z agentem na ulicy, było głośno, Ida obok skakała potrząsając moją ręką, ja w euforii, że w ogóle się udało, ucieszona jak głupia, się rozłączyłam. A wiecie, jak już klient stanie przed blokiem na ten przykład czteropiętrowym, to co ma zrobić? dzwonić po kolei domofonem do każdego mieszkania? No nie bałdzo.
Agentowi znowu włączała się skrzynka.

Dobiłam się do niego już po godzinie, cud, piątek po południu, ufff. Zdobyłam nazwisko, przeliterowałam, poprawił mnie tylko dwa razy, spoko. A w razie czego niech do mnie dzwoni, ja tam cały czas będę, rzekł beztrosko. – Ale ja nie mam pana numeru telefonu…! – jęknęłam. – No, to już pani mówię, 079, coś tam coś tam, 51 52. Znów byłam na ulicy, hałas, deszcz i siatka z zakupami. Na dodatek ten idiotyczny niemiecki sposób pisania liczb (dwa i pięćdziesiąt; Ida kiedyś oznajmiła, że ona tak nie będzie mówiła. Ona będzie mówiła NORMALNIE). No, ale cieszmy się, że chociaż tyle wyłapałam. Potem mnie w ogóle olśniło, że on ma przekierowanie ze stacjonarnego na komórkę i zgłasza się sekretarka komórki i już mi parę razy mówiło to einundfünfzig, zweiundfünfzig, wystarczy środek wyłapać i będę miała numer. Jeszcze tylko nie wiem, jak się nazywa, ale to już doprawdy szczegół.

No, to sami widzicie, zasługa moja w sumie żadna, że jeden oddzwonił, a druga przysłała esemesa, ale sukces sobie mogę przypisać śmiało. Załatwione.

Popołudniowy home office, przetykany rozmowami z nieznajomym, spędziłam w sumie z Idą, na zakupach i w kuchni. Najpierw obiad, makaron z łososiem, który był trocią (mówiłam, że ma być Lachs. Zobaczył Lachsforelle, przeczytał początek i wrzucił do koszyka. No nie zgadniecie kto). Następnie zakupy tu blisko, pół godzinki. Chwilę popracowałam, ale potem rozdzwonił się ten stalker z agencji, może on i się przedstawia, ale cholera go wie, co on tam mówi. No i się zeszło, jak mawiała moja kumpela z liroja. Nic to, wstanę jutro rano i odrobię (ha ha ha). A tak po prawdzie to jestem w miarę do przodu z robotą, tfu odpukać. Piszę otóż przewodnik po Zurychu, taki dla ekspatów świeżych i zielonych, co to nie wiedzą, dokąd pójść i jak się ruszyć. Praca twórczo-odtwórczo-tłumaczeniowa, nieszczególnie wymagająca intelektualnie, można sobie przy niej podśpiewywać to domisie to domisie śmieszne stworki śmieszne pysie i w ogóle to człowiekowi nie odrywa głowy od pracy i wcale melodia nie leci w głowie, jak się próbuje zasnąć. Nie dziękujcie.

Wieczorem machnęłam jeszcze rosół na specjalne zamówienie jednej dziewczynki, pulpety, mielone na spaghetti (wszystko do zamrażalnika), kotlety na jutrzejsze burgery, sprzątnęłam lodówkę, wstawiłam zmywarkę, wstawiłam pralkę, wstawiłam dziewczynkę do kąpieli (mamo, a poczytasz mi o krzyżowaniu Jezusa?), oparzyłam sobie lewego fucka i prawego wskazującego, popatrzyłam, jak Lewy nie strzelił karnego i wieczór zleciał. Teraz oddalę się w celu opróżnienia suszarki i pójdę zobaczyć, czy mnie nie ma w łóżku.

I taki to był piątek, psze państwa.

Bez zmian

Bo wiecie, to nie jest tak, że skoro poszłam do pracy, to od razu nie wiadomo jak mi się tutaj podoba i życie stało się piękniejsze, wszystko rzyga tęczą, a mój mąż nagle zaczął współogarniać dom. Nie, to tak nie działa, moi drodzy. Emigracja dalej jest dla mnie beznadziejna, po prostu mam mniej czasu, żeby o tym myśleć.

Jako, że wzięłam sobie do serca te najważniejsze w życiu słowa męża, oraz jako, że to sobie obiecałam, jako pierwszy krok, gdy tylko pójdę do pracy, niniejszym wcielam w życie. Oglądam oferty trzeciego filaru emerytalnego i zaczynam płacić składki. Miło, że do pewnej kwoty można je sobie odliczyć od dochodu brutto, zawsze jakieś otarcie łez.

Mąż był bardzo zdziwiony i zaczął niby to nie protestować, ale sugerować, że w sumie to on rozumie, bo on pracuje, a ja mam te 6,5 roku przerwy, ALE (mózg pamięta wszystko PO ale, to, co PRZED – wycina. Amerykańscy naukowcy powiedzieli). Ale on nie odkładał tylko wkładał wszystko na życie (kapelusze, zegarki, markowe, drogie i nie zawsze potrzebne kolejne ubrania, buty, koniaczki, cygara…), znaczy, na jedzenie i spożywkę, chciałam powiedzieć.
Odparłam, że ja mam owszem 6,5 roku przerwy, a on przez ten czas ma składki z 1. i 2. filaru i to umówmy się, nie od najniższej krajowej. Po drugie, dostał od poprzedniego pracodawcy na odchodne okrągłą sumkę zamrożoną na emeryturę właśnie, a po trzecie, to jak ty sama o siebie nie zadbasz, to nikt o ciebie nie zadba. No, to zadbam. Coraz bardziej lubię to zdanie, wiecie? Taka broń obosieczna, pięknie naostrzona.

W pracy powolutku. Dzisiaj rano przecknęłam się po szóstej, jak młody kręcił się po kuchni. Przypomniałam sobie, że miałam wysłać szefowej faktury, nic się nie stanie, jeśli zrobię to nawet w poniedziałek, ale kto by tam usypiał jeszcze na godzinę, prawda. Lepiej poleżeć i się podenerwować. Albo wstać i o jakiejś chorej godzinie zacząć dzień. Przeszliśmy na home office i niespodziewanie podoba mi się to. Jako, że w przeciwieństwie do co poniektórych pracujących od ponad roku w domu, w pakiecie z podwójnym chromosomem X dostałam tryb wielozadaniowości, tak ceniony w dzisiejszych czasach na rynku pracy, zatem, do brzegu, zanim ta dygresja poniesie mnie wartkim nurtem do oceanu, ZATEM oprócz tego, że pracuję zdalnie, w salonie, w akompaniamencie piosenki to domisie to domisie śmieszne stworki śmieszne pysie, w międzyczasie puszczam odkurzacz, wstawiam rosół, a przechodząc do kuchni zgarniam brudne kubki ze stołu. Czarna magia podobnież.

Jako że młody ma w niedzielę 18. urodziny, zapytałam, co też wyjątkowego mu ugotować na obiad (bo świętowanie załatwił nam covid, prawda). Młody pomyślał, pomyślał, i orzekł, że zjadłby… ryżu z jajkiem sadzonym. Wypas, w sam raz na uroczysty obiad ku czci :D. Po chwili jednak dorzucił, że burgery na kolację byłyby super, całe szczęście. Tort zamówiony, jutro odbieram. Prezenty zapakowane. Ida zaaferowana chciała bratu zapakować w prezencie swoje memory, które brat przywiózł jej z Londynu, ale wybiłam z głowy ;). Pozostaje tylko – świętować.

A, co jeszcze? Uprałam dziecku czapeczkę, z merynosa, i teraz dziecko czeka na czapeczkę, która już zamówiona jedzie ze sklepu. A uprana czapeczka jest w sam raz na lalkę.
40 stopni, no kto by pomyślał!

Ale jazda!

Była. Posadzili mnie albowiem w pracy za kółkiem. Pokazali, co i jak, bo to automat, rany boskie, a teraz jedź w miasto. Zrób klientom na kwarantannie zakupy, odbierz klucze, zostaw zakupy, zawieź klucze do firmy, która odbierze klientów z lotniska, po drodze odbierz pocztę z trzech mieszkań klientów, ta, jasne. W kraju, gdzie miejsca parkingowe istnieją tylko teoretycznie. Na szczęście dałam radę, przy wsparciu odchodzącej asystentki, która robiła mi za pilota.

Nowa praca ma potencjał, bym powiedziała. Z powodu covidu jest niestety mało klientów, więc nuda i zief, a jedynym trudnym do opanowania programem jest Excel, gdzie nawet nie mają formuły wyliczenia podatku z kwoty netto, i tym bardziej zaokrąglenia do pięciu rappenów (w CH jedno- i dwurappenówki nie istnieją). No ale dobrze, ogarniemy to. Natomiast obieg dokumentów jest jakiś obłędny i muszę go sobie chyba rozrysować na ścianie, inaczej nie da rady go ogarnąć. O 12 plikach Excela na 12 miesięcy w roku nie wspomnę, zakładek tu jeszcze nie wynaleźli najwidoczniej, a żeby było łatwiej, kolejne miesiące są nazwane słownie, np. Dezember, Juli, August, no bardzo logicznie, gratulujemy głęboko ukrytej logiki. Żeby było śmieszniej, taki porządek ustaliła księgowa ;-).

Póki co do wtorku jestem w biurze razem z odchodzącą asystentką, przejmuję wszystkie tematy, papiery i odbieranie telefonów, bleh. Nie lubię odbierać obcych numerów, zwłaszcza w obcym języku. Bleh. To chyba gorsze niż stres przed prowadzeniem samochodu.

Poza tym co. Ida w tej całej sytuacji jest najbardziej poszkodowana. Do tej pory po przedszkolu obiad i jakiś spacer, plac zabaw czy park. W domu planszówki czy inne zabawy. Oczywiście nie że codziennie i przez cały czas, ale jednak od zawsze miała mnie dla siebie na wyłączność, a tu nagle zmiana. Wiadomo, że dziecko na swój sposób się cieszy z matki sukcesu, gratulowała mi i życzyła powodzenia w nowej pracy, dopytywała, co też właściwie matka w pracy robi oraz kiedy wróci do domu, to niestety nudzi się biedna. Jurek czasem nie ma kiedy się podrapać, poza tym on też nie z tych, co by dziecku rzucił: „zbuduj wieżę dla Roszpunki z klocków lego, a potem ją namaluj farbami na papierze z rolki”, czy coś. Dziecko puszczone samopas włącza sobie bajki i tak siedzi. Pocieszam się, że młody kiblował w świetlicy od siódmej rano, ona przynajmniej jest w domu. Oraz że od sierpnia pójdzie do szkoły, będzie sama wracała do domu, więc będzie łatwiej logistycznie. W poniedziałki popołudniu ma przedszkole, we wtorki kung fu. W środy miała dodatkową gimnastykę, ale zrezygnowaliśmy, bo ja mam tylko dwa popołudnia wolne (80% etatu to złoto!!), Jurek ją odbiera w południe i potem już nie ma jak odprowadzać i po godzinie przyprowadzać. Co prawda jeszcze w grudniu nalegał, żeby przedłużyć młodej te zajęcia, ale jak mu wczoraj przypomniałam (no dobra, wytknęłam, przecież było wiadomo, że nie będzie miał czasu na odprowadzanie młodej w tę i nazad), stwierdził, że nie ma się co obrzucać błotem. No, jasne.

Póki co ogłosili przymusowy home office, ratuj się kto może, ale mam nadzieję, że mi się upiecze i że chociaż na trochę pozwolą przychodzić do biura, i tak jestem tam sama w pokoju. Tak na dwa – trzy popołudnia bym mogła przyjeżdżać, dla zdrowotności ;).

Oraz doba mi się skurczyła, wiadomo. Pobudki 6:40 weszły mi szybciutko w krew, chyba jestem na jakimś wydłużonym haju czy coś, jaram się tą pracą jak wiewiórka orzechem, i dlatego na dźwięk budzika podrywam się na baczność. Na szczęście te dwa popołudnia wolne to wspaniały wynalazek, 12:30 zabieram torebusię i idę na tramwaj, a przede mną jeszcze tyyyle dnia!

Codzienność w domu się toczy w miarę sprawnie. Małżonek wyprowadza odkurzacz na spacer, ogarnia Idę z przedszkolem. Ja gotuję, najczęściej hurtem, żeby na tygodniu mogli tylko odgrzewać, dorobić jakiś sos czy ugotować ryż, i obiad gotowy. Bardzo wygodne. Muszę wprowadzić zasadę, że mąż gotuje w jeden weekendowy dzień, żebym mogła od garów odpocząć, ale to się wprowadzi tylnymi drzwiami, podpuszczając dzieci na pizzę albo carbonarę, oraz uświadomić mu, że jest odpowiedzialny za utrzymanie powierzchni płaskich, bo niedoczekanie, żebym ja jeszcze podłogi myła. Ja pracuję, ja jestem zmęczona.

Tak tak, jeszcze nie siadłam na kanapie po pracy oświadczając, że jestem zmęczona i teraz niech się samo wszystko zrobi, no kurde nie umiem, dajcie mi po łbie. Ale owszem, jak się wraca 18:15 do domu, ma się siłę jedynie na odgrzanie sobie jedzenia i rozmowy z dziećmi.

Wpadła dzisiaj koleżanka do mnie, opowiadamy, co u nas słychać, a mąż mówi: ty wiesz, jaki jest spokój, jak żony nie ma w domu, bo jest w pracy! Wiem, myślę sobie, ona też wie. Obie doskonale znamy to święto, kiedy mąż musi absolutnie koniecznie jechać do biura i nie plącze się bez sensu po chałupie. Zamiana miejsc nastąpiła 😉

Dawid Podsiadło wita nieznajomego, pralka zaraz zapiszczy, żeby przełożyć pranie do suszarki. Na półce czeka z dziesięć książek, które sobie kupiłam, ale nie mam czasu albo siły ich czytać – ale najnowszym nabytkiem jest fragment Jeżycjady, okazyjnie po dwa franki od sztuki, i to chyba będzie odpowiednia lektura do poduszki.

No to co. Podnoszę swe szanowne cztery litery, bo pralka woła. Branoc się z Państwem.

I znowu pełni złudzeń

Pardon, nadziei.

To tak:
– W 2020 nie rozwiodłam się z mężem, ale to tylko z lenistwa i strachu.
– Schudłam 4 kilo, nawet dwa razy! Niestety, były to te same 4 kilogramy… Niemniej wreszcie znalazłam sposób (jeszcze bardziej ścięłam kalorie, trzy posiłki dziennie, dużo warzyw, żeby nie powiedzieć inaczej). Działa. Coś działa nareszcie.
– Siłownię rzuciłam z płaczem połączonym z obrzydzeniem jakoś w październiku. Dopóki miałam serial na netfliksie, to jeszcze jakoś leciało, rozgrzewka, ciężary, a potem godzina cardio z serialem. Ale w pewnym momencie serial się skończył i już nic nie było w stanie uratować tego wrażenia, że siłownia jest tak bardzo bezsensownym miejscem i stratą czasu, że wyszłam i nie wróciłam.
– Garderoba właśnie zaczyna być uzupełniana albowiem
– Rzutem na taśmę dostałam pracę łosia roku i za trzy dni zaczynam. Odliczam, żeby nie zapomnieć.
– Staram się czytać i obserwować na IG mądre i wyciszające książki i profile, ale to jest najtrudniejsza robota na świecie, poukładać sobie w głowie.

Ten rok był ogólnie beznadziejny. Zaczął się z grubej rury, największym kryzysem małżeńskim ever, a potem było już tylko gorzej. Atmosfera przez całą zimę i wiosnę była jak z horroru, wroga cisza przerywana soczystymi wymianami zdań. W najgorętszym okresie była u nas moja mama, zatrzymana przez covid nadprogramowo na trzy miesiące, co już samo w sobie zaogniało sytuację, a do tego spędziła ten czas „na wygnaniu”, czego nie omieszkała powtarzać. Słowa bolą, pamiętajcie.

Młody w szkole bez problemów, leń paskudny mógłby mieć lepsze oceny, ale sam przyznaje, że nie uczy się tego, co mu w życiu nie będzie potrzebne i trudno mu tutaj odmówić racji. Sama byłam kujonem, który musiał mieć od góry do dołu piątki, i na cholerę mi to było. Było się zająć przyjemnościami a nie wkuwaniem historii. Ma wąskie grono kolegów, wychodzi z domu rzadko, jego życie towarzyskie, również z kumplami, toczy się w sieci.

Młoda chodzi do przedszkola, spragniona kontaktu z dziećmi właśnie skakała pod sufit, gdy się dowiedziała, że to jeszcze tylko trzy dni i koniec ferii. Przestała seplenić po pierwszej wizycie u logopedy. Teraz czas na R, które jest ostatnią pojawiającą się głoską, chociaż Ida potrafiła wydobyć ten dźwięk jako dwulatka. Potem znikło, ale już czas, żeby się pojawiło trwale. I owszem, z logopedką pięknie wyćwiczyła niemiecko-francuskie rhy, ale na Boga nie obchodzi mnie, jak ona będzie mówiła po niemiecku. Po Piotrku widzę, że w ciągu najbliższych lat niemiecki wejdzie jej błyskawicznie, za to polski dramatycznie ucieknie. I o ile młody miał za sobą przynajmniej te cztery lata polskiej podstawówki, Ida takiego zaplecza mieć nie będzie. Wspieram więc jej rozwój języka ojczystego, a niemieckim niech się zajmie szkoła. Co ciekawe – Ida sama z siebie stosuje feminatywy i jest dla niej oczywiste, że gdy dorośnie, dostanie weterynarką. Komputer mi to słowo jeszcze podkreśla, ale już niedługo!

Z pozytywów, to 2020 i covid nie uderzyły nas praktycznie wcale. Mąż pracował zdalnie przez cały rok (i obydwoje żyjemy, co sobie poczytuję za sukces), więc jemu się nic nie zmieniło, ja nie pracowałam, więc nie miałam czego tracić. Nie zachorowaliśmy na covid ani nikt z naszych bliskich i znajomych nie zachorował, choroba nikogo nam nie odebrała.

Plan na 2021 będzie skromny:
– Przepracować w nowej pracy rok i znaleźć coś za sensowne pieniądze.
– Wyjechać na dwa tygodnie do Polski. Rok to długo. Ida bardzo tęskni i ja bardzo tęsknię. Nic się w tej kwestii nie zmieniło, emigracja okazała się dla mnie beznadziejnym pomysłem. I nie, dla mnie Polska to nie tylko PiS i Kaczyński. Dla mnie to rodzina, przyjaciele, język polski, gazety po polsku, pójście do kina, zrozumienie wszystkiego, co mówi pani w urzędzie bez stresu, że cię opierdoli, że nie znasz dialektu, swobodne porozumiewanie się (kto z was w dowolnym obcym języku spontanicznie powie „no przegięli wczoraj z tymi obostrzeniami”, albo „Ten Kubacki to odpalił taką petardę, że szok!”, żeby nawiązać gadkę z matkami pod przedszkolem?), a przede wszystkim to unoszące się w powietrzu poczucie, że jestem u siebie. I nikt mnie stąd nie wygoni, nie wyprosi i nie da odczuć, że jestem persona non grata.
– Czy jeśli kolejny rok z rzędu wpiszę na listę „schudnąć” to będzie jeszcze plan, czy już tylko anegdota? 🙂 Ale w sumie z pracą się udało, to co mi tam. Wpisuję, w końcu plany zapisane człowiek częściej realizuje.
– Zrobić całościowy przegląd i całą możliwą diagnostykę wszystkiego; na ten rok obniżyłam sobie franszyzę (czyli już po 300 frankach rachunków opłaty przejmie ubezpieczyciel, oczywiście za wyższą miesięczną składkę zdrowotną, ale po wydatkach rzędu 1500 CHF rocznie to się i tak opłaci, a w planach mam chociażby okulistę (300) i gina (200), resztę się dorobi (tarczyca, biodro)) i zamierzam przejść się po wszystkich lekarzach i zbadać, co tylko się da.
– Zadbać o włosy, bo suche dramatycznie. Proces już rozpoczęłam, jakieś bioekovegańskie szampony i maski są w użyciu, za kartę podarunkową świąteczną od młodego. Fajne. A na paznokcie odżywka z biotyną. I tak, wiem, że biotyna w tabletkach jest najlepsza, ale łykanie 6 tabletek codziennie przez trzy miesiące jest ponad moje siły. Nienawidzę tabletek.

Z życioumilaczy, to odkryłam, że empik za jedyne cztery dychy dostarcza przesyłki do Niemiec. Mamy adres w grenzpaket (taki punkt odbioru przesyłek z UE dla Szwajcarów), złożyłam jedno zamówienie i na pewno od czasu do czasu będę składać kolejne. Gry, audiobooki i książki dla Idy, gazety, książki i inne przyjemności dla mnie. Pudry mineralne moje ulubione też mają wysyłkę do Niemiec, szkoda, że większość firm odzieżowych nie (zwłaszcza Quiosque i Carry, cierpię, bo mają ładne wzory i dobre składy, a na wyprzedażach ceny bardziej niż przystępne). Oraz dorobiłam się własnej osobistej karty visa i już nie muszę się prosić o zakupy w internecie. Tzn nigdy mi mąż nie odmówił, ale albo nie ma czasu, albo na ten przykład może przypadkiem chciałabym zrobić jemu prezent, i co? I nici z niespodzianki! (taaaak tylko teoretyzuję :D)

Rozpisałam się, ale tak to jest przy podsumowaniach. Poza tym za chwilę nie będę już miała tyle czasu, wiadomo, więc korzystam. Zielona herbata (życioumilacz!) w ulubionym kubku (życioumilacz!) wypita, idę spłukać maskę z włosów (dbanie o siebie) i może zorganizuję jakieś śniadanko. Mam ochotę na jajecznicę na masełku (leciuteńki noworoczny kacyk)!

Aha, na 2020 kupiłam sobie piękny planner, żeby planować i realizować. Jak się potoczył ten 2020, sami wiecie. Obiecuję, że nigdy więcej tego nie zrobię.

To co, kochani, obyśmy ten 2021 przetrwali w niezmienionym składzie i w jak najlepszej formie.

Stan na dziś

jest taki, że Ida wychodzi już na prostą, mnie wzięło raz a dobrze, Piotrek dogorywa i odsypia nockę.

Zaczęło się w poniedziałek. Pogoda piękna, wypuściliśmy się do miasta na spacer i wyprzedaże. Młoda poprosiła o precla z masłem. Może sprzedawca był zarażony? Albo ktoś w tramwaju? Nie wiem. Efekt był taki, że jak po pierwszej w nocy skończyłam układać puzzle i kładłam się spać, młoda zaczęła kwękać. Ostatnio takie kwękanie skończyło się zapaleniem ucha, więc moja czujność momentalnie wzrosła. Po kilku minutach sytuacja się wyjaśniła, Idę zaatakował malowniczo i obustronnie wirus grypy żołądkowej. Wymęczył ją do siódmej rano, biedacynę.

We wtorek odsypiałyśmy. W związku z tym młoda pobalowała do północka i rano była bardzo niepocieszona, że ją matka o dziesiątej budzi. Ale halo, za kilka dni powrót do przedszkola! Nie jadła prawie nic, piła, to najważniejsze.

Środa, młoda trochę lepiej, za to mnie z godziny na godzinę jakby nie bałdzo. Ehhhh. Zmasowany atak nastąpił wieczorem, ale żebym się nie czuła samotna, dołączył do mnie młody, którego przeczołgało dużo intensywniej, mniej więcej tak, jak młodą. Bo ja, to wiecie, chora matka + chore dziecko = matka błyskawicznie ozdrowiała, bo jakie wyjście. Co poradzić, jak dzieci półsieroty społeczne. („bo jak byłem dwa lata temu chory na grypę to też mi nikt nie pomógł!” „- bo jak my leżeliśmy chorzy, to poszedłeś do sklepu po artykuł pierwszej potrzeby, dwie paczki fajek!”, i tak dalej, i tak dalej). W międzyczasie jeszcze Idy żołądek dał znać, że tak całkiem zdrowy to on nie jest, więc dostała smectę.

Stan na Sylwestra jest taki, że młodej powolutku wraca apetyt i forma. Młody odsypia noc, lekko gorączkujący (Ida nazajutrz była taka sama). Bolą go mięśnie nóg, jakby to chodzenie do łazienki kosztowało go co najmniej wejście na Mount Everest. Masuję go moimi rolkami na cellulit, pomaga ;). Mnie jeszcze niedobrze, ale komu dzisiaj dobrze?, jest 15:30 i właśnie przyswoiłam śniadanko. Puściłam zmywarkę i trzy pralki prania. Pan domu jest ponad takie czynności, on tu jest od oglądania lotek aktualnie. Serdecznie mu życzę, żeby na łożu śmierci kiedyś wspominał tę fantastyczną wygraną Ratajskiego do ćwierćfinału, a nie tam, że jakieś dzieci, jakaś rodzina. Po co to komu.

No, to u nas Sylwester jak by nie patrzeć wystrzałowy! 😉

A na Nowy Rok życzcie mi dużo odwagi. Przyda się.

Leniwie

nam te święta minęły. Ale jak miały minąć, skoro pogoda do kitu, raz wyszliśmy tylko na spacer, poza tym ponuro i dobarowo. Wigilia bardzo przyjemna, a potem to już tylko maraton jedzenie – oglądanie telewizji. Ida zachwycona, że ale jak to, przecież nikogo nie było w pokoju, a Aniołek podrzucił prezenty pod choinkę, jak to się stało??

Wczoraj korzystając z pierwszego w miarę słonecznego dnia wybraliśmy się na spacer do miasta, korzystając z rozpoczętych już wyprzedaży. Na okoliczność pójścia do pracy oraz „ja nie mam co na siebie włożyć”, dostałam porządne jeansy na cztery litery oraz kaszmirowy sweterek. I tak co miesiąc trzeba będzie uzupełniać szafę, bo tam naprawdę hula wiatr.

Dzisiejszą noc uatrakcyjniła Idunia, ukazując pełen przekrój szaleństw przewodu pokarmowego. Zasnęłyśmy o siódmej rano, kiedy już ratowałam dziecko własnym ręcznikiem kąpielowym, bo wszystko inne czekało w pralce na start. Eh, biedacyna.

To co, spokojnego końca roku Państwu życzę :*.

Dziwnie tak

We czworo tylko. Nie jestem przyzwyczajona do takich skromnych osobowo wigilii, zawsze to było 9-15 osób, a tu tylko my. I mimo że wszyscy, albo większość, Polaków, zostali na miejscu na święta, to nikt z nikim się nie spotyka, bo strach. Dodatkowo nowa mutacja dotarła już do Szwajcarii oraz do Niemiec, do landu graniczącego z nami. I niby nic wielkiego, jest ona jedynie bardziej ekspansywna, to jednak ogólna psychoza jakoś tam się udziela.

Zadzwoniłam do rodziny z życzeniami i wcale nie chciałam długo gadać, bo jednak umalowałam oczy wcześniej, a po co ma wszystko spływać. Pierwszy dzień świąt to co innego, Wielkanoc to co innego, a Wigilia to Wigilia i kropka. Już wystarczy, że się mamie na skype oczy zaszkliły.
Może za rok już będzie normalnie. Niech.

Domowe Wigilie kojarzę też z chaosem i nerwami do ostatniej chwili. Tu karpia zatłuc, tu się coś nie udało, sernik z brzoskwiniami upieczony, a zamknięta puszka brzoskwiń stoi w kuchni, znowu coś nie tak, przeganianie, nerwy i stresy. U nas dzisiaj było dziwnie również dlatego, że pospałam do dziewiątej, albo jakoś po. W piżamie na luziku zjadłam jarzynową ze śledzikiem. Ogarnięcie ostatnich kuchennych czynności zabrało mi nie więcej niż godzinę i w sumie o 11 już bym mogła siadać do Wieczerzy, bo wszystko było gotowe. Z nudów umalowałam nawet paznokcie, co oznacza, że najwyższy świąteczny stopień przygotowań został osiągnięty. Obiadu nie przewidywałam, bo nagotowane było tyle, że naprawdę. O czternastej obejrzałyśmy z młodą Kevina; upewniała się, że u nas nie ma rabusiów (wierutnie skłamałam, wszak nie na darmo mówi się tutaj dyplomatycznie o turystach z Francji, czyli Rumunach przychodzących w ciągu dnia w odwiedziny). Oglądała z zaciekawieniem, ale i w napięciu, tłumaczyłam na bieżąco, bo nie zawsze łapała wątek. Rozluźniła się dopiero na ostatnie pół godziny, kiedy Kevin postanowił bronić swojej twierdzy, i tu już się śmiała. Ale widać było, że przeżywa. Witaj Święty Mikołaju, na którego czekałam od dwóch tygodni, umknął nam niestety, bo towarzystwo już było głodne i mi się plątało w okolicy lodówki, wstałam więc się przebrać i siedliśmy do Wieczerzy. Ale 25 000 włoskich żarówek zostało zaliczone! To najważniejsze 😉

Wieczorem wyturlaliśmy się zza stołu na krótki spacer, żeby choć trochę zmniejszyć wyrzuty sumienia, że przecież nie jedliśmy cały czas. Byliśmy jedynymi spacerowiczami, bo właśnie kończy się nad nami turlać halny, który z +17 wyczaruje nam +2 i nawet coś plotkuje o śniegu, niestety głównie z deszczem. Ale może uda się jutro wieczorem jakiegoś miniaturowego bałwana ulepić.

Świętować będziemy niespiesznie. Nic ani nikt nas nie goni, wstaniemy, zjemy, zalegniemy, pogramy w planszówki (farmer do spółki z twisterem rządzą!). Obejrzymy coś w telewizji, mąż będzie dopingował starych piwoszy grających w rzutki, i zleci. Też mają urok takie święta, bez krawata, w rytmie slow. Ale dla mnie święta są dużo-rodzinne, właśnie po to, żeby się ze wszystkimi spotkać, jak co roku powtórzyć te same rodzinne anegdotki, nacieszyć się, nałapać tych dobrych chwil.
Może za rok.

Nóżki

w dupkę trochę wchodzą, ale tylko trooochę. Jako że zostajemy na święta i te święta trzeba przygotować, odgórnie podzieliłam prace: panowie są odpowiedzialni za zaopatrzenie i sprzątanie, ja – gotowanie. Rozpisałam im, co i kiedy mają zrobić, plus młody będzie wydelegowany do sklepu na posyłki, żebym ja się nie musiała odrywać. Po dzisiejszych wspólnych zakupach jak stanęłam do obiadu w okolicach południa, tak właśnie siadłam, a minęła osiemnasta. Po wydaniu obiadu zrobiłam śledzie w oleju, zmieliłam mięso na paszteciki, zrobiłam paszteciki (z drożdżowego ciasta na rogaliki, pycha!), usmażyłam furę naleśników, bo jakby zostało mi farszu po setce pasztecików, zrobiłam łazanki z kapustą (chwilowo bez łazanek, ugotuję już w Wigilię).

W międzyczasie spróbowałam jednego pasztecika, czy aby dobry, no i wiecie, od dwóch lat jestem przerywaną wegetarianką, i teraz właśnie nastąpiła kolejna przerwa (jadam salami na pizzy, kabanosy i pasztet swój lub (z) teściowej). Ale jakie one pyszne, o mamo! Zjadłam dziesięć. Zjadłabym więcej, ale „nie rusz, to na święta”. Chociaż na święta są krokiety w razie czego ;-).

Młoda przejęta nadchodzącym Aniołkiem, opowiada, co też ona by chciała dostać, ale jeśli tego akurat nie dostanie, to nic się nie stanie, bo ucieszy się ze wszystkiego, i całkiem słusznie, bo list do Aniołka napisała (z pomocą brata) raptem w ostatnią niedzielę i nie ma takich cudów, żeby przesyłka dotarła do czwartku. W poniedziałek przypadkiem odkryjemy po prostu jeszcze jedną paczkę pod choinką.

Jako, że święta, pomyślałam sobie, że kupię gałązki i uplotę z nich wieniec. Za rok bardzo proszę, przypomnijcie mi, że te cztery franki mogę wydać na wiele innych sposobów. No nie mam talentu, no, nijak nie chcą mi się razem te gałązki trzymać. Oraz nie pachną, to na co mi one.

Pachnie mi za to Soplica czarna porzeczka, bardzo dobra, a nie tak lepka, jak wiśniowa.

Kiedyś przeczytałam, że wynalezienie pilota do TV dodaje nam 2 kg rocznie. Myślę, że podobnie należy liczyć posiadanie dzieci – właśnie Ida przyniosła mi z drugiego końca mieszkania ściereczki do okularów, a gdy już wypucowałam szkła, wyrzuciła do kosza. I jeszcze była zadowolona! Przed chwilą umyła fronty szafek w kuchni, wydatnie wspomagając starszego brata, a aktualnie pucuje kaloryfery w łazience. Chwilo trwaj.

Dzisiaj było szesnaście stopni na plusie, wyobrażacie sobie? Szesnaście, dwa dni przed Wigilią. Jest natomiast bardzo wietrznie i ewidentnie idzie front i zmiana pogody, bo na święta zapowiadają +3 i śnieg! Czeka nas zatem zjazd pogodowy i muszę przemyśleć, co mogę zostawić na balkonie, a co nie. To znaczy, i tak wszystko, co muszę, zostawię, ewentualnie przykryję na noc i tyle.

Póki co, sączę tę czarną porzeczkę, co by nie zaniemóc na same święta, prawda.

Idą święta, idą święta…

… jak to śpiewali w corocznej karpiowej piosence w ś.p. Trójce. Nie, żebym jej słuchała, nie licząc dawno temu LP3 oraz piosenek karpiowych właśnie. A tegoroczna taka sobie, moim zdaniem.

Ale co to ja chciałam. Idą święta, a karpia nie będzie. Ustaliliśmy, że ustanawiamy nową świecką tradycję, karp się nie załapał. Załapią się śledzie, sałatka jarzynowa, łazanki z kapustą oraz ruskie pierogi. Przy czym te ostatnie to będzie hit, bo jak matka robi pierogi, to naprawdę musi być święto. W dni świąteczne na obiad będzie kolejno fondue oraz pizza, czyli pałeczkę w kuchni przejmie Jurek, fondue wystarczy rozpuścić na małym ogniu i doprawić, pizzę zrobi już od podstaw, za to we współpracy z młodą, która uwielbia pomagać w kuchni. Dorobię sałatkę albo dwie, upiekę sernik i może piernik, albo tiramisu, może zrobię wafle z kajmakiem, jeśli będę u Niemca na zakupach (tu nie znają wafla takiego dużego suchego). Sernik miałam robić z domowego przepisu, Izaurę, ale ostatnio wpadł mi w ręce chałwowy, no i przepadłam. Będzie chałwowy, chyba że mąż dopadnie chałwy pierwszy ;).

Po dwóch tygodniach od mojego covidowego testu, odwiedziłam dzisiaj panią doktor ponownie, bo od suchego, nieproduktywnego kaszlu bolą mnie uszy. Doktor zaordynowała ibuprom na uszy oraz tabletki z kodeiną na kaszel, uprzedziła jedynie, że mogą powodować senność. Kiwnęłam głową, zgarnęłam tabletki w garść (lekarze mają zawsze podstawowo wyposażone apteczki i ze standardowymi diagnozami dostaje się do ręki od razu leki, żeby nie latać po aptekach). W domu kaszel mnie męczył i miałam już dość, więc wzięłam tę kodeinę od razu. Ta dwugodzinna drzemka w środku dnia była całkiem sympatyczna, wam powiem :):):). Pytanie, o której teraz usnę, bo może lepiej wziąć kolejną na noc i chociaż raz w tym roku zasnąć przed drugą.

Ostatnio obraziły się na mnie dwie znajome. Jedna o to, że dostałam pracę, a ona nie, chociaż ona nie szukała, a w ogóle profil zawodowy zgoła inny, otwartość na ludzi też, co jej nie poszukiwań nie ułatwiało, no ale podczas kolejnej fali narzekań na kraj i warunki na rynku pracy dla kobiet-matek-imigrantek, nagle na whatsappie wypaliła: no i wiesz Kasia, my tutaj nie mamy żadnej szansy znaleźć pracę w tym kraju. Kusiło, ale nic nie odpowiedziałam, bo nie chciałam się jej chwalić do czasu, gdy będę miała umowę w garści. Gdy się w końcu dowiedziała, zamilkła.

Druga osoba obraziła się na mnie w zasadzie nie wiem o co, bo dostałam jedynie wyrok, bez uzasadnienia, otóż jestem złośliwa (wiem) i nie da się ze mną wytrzymać (cóż). No dobrze, ja rozumiem, to znaczy nie rozumiem, ale nie szkodzi, wiem, że mam cięte riposty na zawołanie, niewyparzony język ale na boga, osoba zamilkła po tym, jak spytałam, dlaczego ma małą choinkę, a nie dużą. Ratunku. Na dodatek umówmy się, że mojej złośliwości to ona nie poznała nawet w kilku procentach. Szanujmy się, jak mawia pierworodny.

Miałam pisać, że czekają nas wiosenne święta, ale spojrzałam na prognozę – i niespodzianka, w Wigilię zjazd z 12 stopni do 5. Potem jeszcze niżej i nawet jest szansa na śnieg w kolejne dni! Śnieg na święta, kiedy ostatnio takie były, pamiętacie? Pytam oczywiście o Boże Narodzenie, nie o Wielkanoc. Według długoterminowej prognozy Interii, powinien się pojawiać nawet do połowy stycznia, jak miło. Właśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo odzwyczaiłam się od śniegu zimą. Pamiętam, jak jeszcze w Lublinie, czyli ze 13 lat temu, robiłam Piotrkowi zdjęcia ze śniegiem, żeby miał pamiątkę, i proszę, wykrakałam. A nie miałabym nic przeciwko śnieżnym zimom. Byle tylko ślisko nie było; od zawsze mam fobię, że się poślizgnę i złamię nogę. Co pewnie nie stanie się nigdy, albo stanie się w środku lata na ten przykład. Ale fobię mieć mogę ;-).

Przeglądam z nudów koncerty na 2021, bo przecież coś się musi dziać, do cholery. I o ile na Eltona Johna zostały tylko super hiper VIPowskie bilety, to taki Sting jest w sensownej cenie. W październiku. W Zurychu. Pojechałabym. Albo Simply Red, z debeściakiem, też fajne.
A jeśli ktoś kojarzy Rage Against The Machine, to w Basel będzie grać Reis against the Spülmaschine, czyli Ryż przeciwko Zmywarce. To z cyklu czego to ludzie nie wymyślą ;).

Tymczasem w uszach rozbrzmiała Norah Jones i przeniosła mnie w czasie i przestrzeni. Nagle jest naście lat temu, a ja siedzę z Agą w knajpce w podziemiach przy pl. Wolności w Lublinie. Sączymy napoje i rozmawiamy. Magia.

Weekendowo

Weekendy znaczą się zapachami. Wczoraj pachniało rosołem, gotowanym długo na wolnym ogniu. Potem carbonara i boczek wytapiany na patelni, który robi w tej potrawie całą robotę. Wieczorem podrażniłam sąsiadów jeszcze szarlotką cioteczki, czyli taką z bitymi białkami na jabłkach. Mieszkanie posprzątane, choinka stoi już od tygodnia. Pokazuję młodej różne filmy świąteczne, ostatnio zakochała się w Klausie (właśnie ogląda z tatusiem i ten najpierw oglądał mecz, a na bajkę tylko rzucał okiem, ale po dziesięciu minutach już siedział na brzeżku kanapy przejęty losami listonosza).

Dziś rano tup tup tup tup tup, mamo, ty wiesz, co się wydarzyło niespodziewanego? Mikołaj był! Otwieranie, radość, ten dziecięcy blask w oczach, i podziw, że skąd ten Mikołaj wiedział…?
Po obiedzie pierniczki. Właściwie to pierwszy raz robiłam pierniczki pierniczki, do tej pory były to po prostu kruche ciasteczka, ale kwestiasmaku.com jak zwykle skusiła mnie przepisem. Chyba dziecinnieję na stare lata, bo zachciało mi się pierniczków-ludzików. Kupiłam foremkę i wycinałyśmy obie, potem dekorowałyśmy. Pisaki, lukier, posypki, wiórki, szaleństwo! Bawiłam się świetnie, Ida chyba też ;-). Oraz muszę spełnić swoje marzenie, mianowicie kupić sobie dużą puszkę na pierniczki, świąteczną. Ja to mam marzenia (chodzę dookoła puszek w sklepie, wszystkie mi się podobają, ale czy ja tego naprawdę potrzebuję? chodzę, chodzę, popodziwiam i wychodzę bez).

Żeby nie było, że tak wszyscy w domu zdrowi, to postanowiłam tydzień temu umyć okna. No przecież słońce świeci, przecież ja tylko na chwilę na balkon, co tu się może stać. Otóż nic wielkiego, zwykłe przeziębienie, kaszel wypluwający płucka i żołądek do wierzchu, nieprzespane noce, koszmarny ból głowy i ogólna słabość. No i – zaniemówiłam, a kto mnie zna, ten wie, że czego jak czego, ale pozbawić mnie możliwości mówienia, to dopiero jest kara!
Covid nie, zwykłe przeziębienie. Zanim wpuszczą do rodzinnego, trzeba zrobić test i jeśli negatywny, dopiero umawiają na wizytę. Jestem w ubiegłoczwartkowych statystykach jako negativ.
Przeczołgałam się przez cały tydzień i dopiero teraz zaczynam czuć, że wracam do sił.

A siły się przydadzą, bo wygrałam casting na łosia i od stycznia będę panią w biurze. Wynegocjowałam sobie dwa popołudnia wolne, żeby nie dostać tak od razu szoku, że cały etat, poza tym chciały mi dać 60%, jako że covid i mało pracy, ale żeśmy się dogadywały jak głuchy z niewidomym i ostatecznie mam ile chciałam, czyli 80% etatu. Póki co się stresuję, bo zaprosili mnie na spotkanie świąteczne w przyszłym tygodniu, gdzie mam wszystkich poznać i gdzie przede wszystkim wszyscy poznają mnie. Takie się to robi namacalne i prawdziwe, a ja nie mam się w co ubrać!

Tymczasem skoki i wyścigi, taki jest plan na to późne popołudnie. Miłego Państwu.

Nudy brak

Pochodziła młoda do przedszkola w poniedziałek i wtorek, posocjalizowała się. Wtorkowe kung-fu covid odwołał w Basel-Stadt, mejla z zaproszeniem na zooma mąż przegapił, więc byłyśmy w domu. Młoda zrobiła się śnięta. Zjadła tylko śniadanie i Znüni w przedszkolu, obiadu nie, jakąś bułkę tylko. Odmówiła kąpieli, szybko w piżamę i spać. Bez gorączki, kaszel i katar, standardzik ostatnio. I leje się przez ręce, noś ją, bo nie ma siły. W środę rano to samo, bida z nędzą. Obdzwoniłam przedszkole, dentystę (stała jedynka idzie!) i pediatrę, bo jednak taki zjazd formy u Idy jeszcze nie występował. Umówiliśmy się na czwartek rano. W międzyczasie poszłam do sklepu po zakupy, wzięłam dla młodej jej ulubione bułki półdupki i maliny, bo uwielbia, myślę sobie, może chociaż to zje. Młoda zjadła owszem, maliny z apetytem, a następnie wypowiedziała tekst roku „mamo, zjadłam maliny, a wyrzygałam sok malinowy!”, wrażliwych przepraszam. Zatem dziecko rzygnęło i w tej samej sekundzie ozdrowiało. Momentalnie wróciła energia i chęć do figli i zabaw. Na wszelki wypadek poszłyśmy jednak do pediatry, blada młoda ostatnio bardzo. Pediatra obejrzał, osłuchał, płuca czyste, uszy czyste, gardło czyste, blada? A może roztocza, a może uczulenie na kurz? Weźmiemy krew na morfologię, zawołał ochoczo, świadomy, że to nie on się będzie użerał z rozhisteryzowaną dziewczynką, tylko pielęgniarka do spółki z matką. Matkę to w ogóle kosztuje jeszcze więcej taka wizyta, bo należy się nagroda za dzielność, i w zależności od skali wydarzenia, matka decyduje, czy nagroda ma kosztować jedną cyferkę czy więcej. Zatem – krew pobrana, w poniedziałek wyniki, spoko, czekamy, Ida już lepsza, ale zostaje w domu.

Piątek, czyli dziś. Rano rozrabia jak kotek w plewach, bawi się, ogląda bajki, chwilę po południu płacz. Co ci jest? Nic. Nic, to nic, poczekamy, aż się przyznasz. Przyznała się kilkanaście minut później. Ucho! Ucho boli w środku. Zaczęło nagle i od razu z grubej rury.
Dochodziło wpół do pierwszej, u pediatry przerwa na lunch do 13 i nikt nie odbierze telefonu. Oby tylko był lekarz, oby był nasz lekarz, oby nas przyjął.
Dałam ibuprom. Czekamy, aż zadziała.
Ida wyje.
Chce na kolanka.
Przytulić się. Ale drugą stroną, bo tutaj ucho boli.
Ida, co ci dać? – łeeeee.
Ida, włączyć ci bajkę? – łeeeee!
Ibu dalej nie działa. Przychodnia nie odbiera.
Mamo, takiego bólu to żadne dziecko nie przeżyje!
Odebrały. Proszę przychodzić, wciśniemy was gdzieś poza kolejnością.

Czekając na tramwaj mijamy tatę, który akurat wraca z biegania. Ze słuchawkami w uszach krzyczy: a, zapalenie ucha? Nie martw się Idka, tata też kiedyś miał zapalenie ucha, będzie dobrze! I pobiegł do domu.

Do lekarza weszłybyśmy z marszu, ale mamo, kupa! Lekarz mi potem powiedział, że zapaleniu ucha towarzyszą często atrakcje ze strony przewodu pokarmowego – i racja, przedwczoraj wymioty, dzisiaj lekka biegunka. Gdy potem czekałyśmy na lekarza (przyjmuje na dwa gabinety, jeden zajęty, jeden się wietrzy), nawet pielęgniarka poganiała go, żeby szybciej kończył z poprzednim pacjentem, bo ta dziewczynka tak bardzo płacze. A ona już wtedy płakała dużo mniej niż niecałą godzinę wcześniej, bo właśnie ibu zaczynał działać. Nareszcie.

Przyszedł. Obejrzał, osłuchał, zmierzył. Czoło zimne, a termometr pstrykający w uchu zmierzył 37,5. W życiu bym przy takim zimnym czole nawet nie pomyślała o mierzeniu temperatury. Uszy – jeszcze wczoraj dobre, dzisiaj prawe czerwone i z płynem. Lubię tego doktora; jest parę lat starszy ode mnie, ma dwóch synów trochę starszych od Idy, ma do dzieci podejście, a do rodziców anielską cierpliwość. Wyjął z regału grubą księgę, myślę sobie, chce Idę zabawić książeczką? Durna ja. Gruba księga okazała się być medyczna, bo otworzył stronę z budową ucha i pokazał mi, co i jak. Że błona bębenkowa bardzo nabrzmiała i zaogniona. Że od drugiej strony zebrał się płyn. Że dobrze, jak będzie wyciekał, ma wyciekać. Że sprawa jest poważna. Dajemy antybiotyk i półtorej dawki ibu non stop, bo to naprawdę cholernie boli. I że za trzy tygodnie do kontroli, bo w takim wypadku trzeba mieć 100% pewności, że wszystko się zagoiło, nie można zaniedbać, bo płyn w uchu środkowym może narobić szkód. I że to jest naprawdę poważna sytuacja. I że jeśli nie będzie miała gorączki, za to będzie miała humor, to w poniedziałek oczywiście, że może iść do przedszkola.

Zaliczyłyśmy stoisko z zabawkami, cwaniara chciała wybierać spomiędzy tych już za kasą, po 30-50 franków, dziecko, mikołaj zaraz, święta, tu wybieraj, jedna cyferka! W domu od razu zupa i do niej antybiotyk, wieczorem drugi. Co 4h ibu na zmianę z paracetamolem, półtorej dawki.

Emocje mi zjechały jakoś godzinę po powrocie do domu. Ja wiem, że to tylko zapalenie ucha, ale te 40 minut czekania na kontakt z przychodnią było najdłuższe w moim życiu. Mężowi łatwo było przebiec obok, to nie on się zderzył z tymi wszystkimi emocjami i bólem dziecka, na który nie możesz nic poradzić.

Dałam jeść, dałam lek, wypiłam herbatę, zostawiłam młodą, już w formie, z tatusiem, który w zasadzie kończył pracę i wyszłam. Pojechałam do miasta przewietrzyć głowę. Jest black friday i pół Bazylei miało ten sam pomysł, ale trudno, i tak całe centrum w maseczkach. Pochodziłam po sklepach, trochę z młodym, bo był przed fryzjerem, potem sama. Kupiłam sobie herbatę teekanne rooibos z pomarańczą, parę jakichś innych pierdółek. Zrobiłam kilka zdjęć światełek świątecznych i wróciłam. Po czterech godzinach.

Mieliśmy jechać jutro wszyscy do Niemca na duże zakupy, ale nie chcę brać Idy w ten dziki tłum. Pojadą panowie, my zostaniemy w domu. Już im nawet przygotowałam listę, a raczej litanię zakupów, bo dużo tego się uzbierało.

Teraz nagroda za dzielność dla mnie: w uszach ballady Roxette na spotify, w szklance wino. Na jutro obiecałam młodej ubieranie choinki. Miłego weekendu Państwu.

Odkąd

nieutulona w żalu odstawiłam w znacznej mierze ser, żółty ser, w kraju sera, odstawiłam ser!!, moje podroby mają się nieco lepiej, przyznaję ze smuteczkiem. Plaster raz w tygodniu, raclette sobie nie odmówię, ale to też jest jedna porcja na tydzień – dwa. Jak żyć, panie premierze, jak żyć?
Natomiast muszę przyznać, że dzięki temu zabiegowi, moje śniadania i kolacje (czytaj: kanapki) zrobiły się lżejsze, mniej kaloryczne, za to o wiele bardziej kolorowe. Hummus z burakiem i chrzanem, albo kwaskowy z trawą cytrynową, uwielbiam! Biały ser jako smarowidło (coś jak almette) też zaczęło wchodzić, bo jakie wyjście. Na to sypię kiełki, rzucam papryką (dobrze, że jestem wegetarianką, to nie mięsem), pomidora dzisiaj napoczęłam z pewną taką nieśmiałością, a on okazał się być tak słodki i pachnący, jakby go prosto z krzaka zerwali. Albo naszprycowali aromatami i glutaminianem sodu, żeby smakował, w każdym razie efekt osiągnęli spektakularny.

Degustacja pomidora miała dzisiaj również tę zaletę, że codzienny test na smak oraz węch został zaliczony.

Kuchnia, skoro już w temacie jesteśmy, serwowała dzisiaj penne carbonara (mamusiu, robisz najpyszniejsze kluski z białym sosem!!) oraz zupę pieczarkową, co wywołało wśród młodego pokolenia łzy rzęsiste, albowiem dzieci, jak się okazuje, nie lubią pieczarkowej. Starszy zjadł, demonstrując przy każdym ruchu, jak bardzo jest urażony moim brakiem wiedzy dotyczącym jego preferencji kulinarnych, młodsza zrobiła deal z tatusiem, wyjadając ziemniaki i wodę, zostawiając tatusiowi podejrzane grzybki. Ale przynajmniej smak nowy poznała.
Następnym razem zrobię im zupę krem z kiszonej kapusty, widziałam takie cudo i wszyscy zachwalają :).

Assessment w piątek miałam, kazali posiedzieć przy komputerze i poguglać, wyszukać informacje i odpisać na mejla. Największym wyzwaniem było dla mnie ciągłe poprawianie z i y, bo niemiecka klawiatura jest jakaś chińska i mają te literki zamienione. Wyniki do końca tygodnia, mam jedną kontrkandydatkę.
Tymczasem różne fajne inne ogłoszenia, z gatunku tych, co to w 100% dla mnie, znowu okazały się być nie dla mnie. Obawiam się, że taki sam los podzielę przy Programie Powrotów Do Pracy Po Przerwie Na Macierzyński I Zachcianki Męża. Program bardzo fajny, ale firma chce ułatwić powrót na rynek osobom, które przed przerwą zajmowały stanowisko co najmniej senior managera oraz głównie cisną w sektor bankowo-finansowy. A osoby z takimi stanowiskami w CV znajdą sobie pracę z palcem w nosie i nie potrzebują do tego ambitnego programu Real Return, żeby się firma pokazała na rynku jako women friendly. Więc jakby jednak ten łoś był aktualny, to ja chętnie…

Z kącika hipochondryczki uprzejmie donoszę, że mam nerwicę (albo kurwicę). Mam od niedawna płytszy oddech, na leżąco jeszcze gorzej, a gdy się zdenerwuję, czyli kilkanaście razy dziennie, czuję, jakby mi kto na klacie siadł i przyduszał. Do tej pory kojarzyłam to uczucie głównie z wysokim pulsem (105 przy niskim ciśnieniu), ale ostatnio udało mi się złapać puls 80 przy takim samym samopoczuciu.
Oraz paznokci już praktycznie nie mam, co mi milimetr urośnie i wystaje poza granicę, natychmiast się łamie lub zadziera i trzeba go wyzerować. I włosy garściami, chociaż to może przez jesień.
Hormony miałam ostatnio w porzo i lekarze (ogólna i gin, któremu nakablowałam przy okazji) zgodnie stwierdzili, żeby się nie czepiać.
A skąd wiem, że nerwica? No oczywiście, że z google 😀

A! I nowe okulary mam! Trzy dni przed assessmentem na łosia zdjęłam okulary, żeby szkła przeczyścić, a zausznik zrobił mi w rękach pyk! – i pozostał osobno. Całe szczęście, że tydzień wcześniej zamówiłam nowe, więc była szansa, że lada moment zaproszą do odbioru. Tymczasem musiałam wymysleć jakiś chałupniczy sposób, bo bez okularów widzę dobrze, ale po godzinie głowa mi pęka.
I teraz wyobraźcie sobie odblask na szprychę, taką wąską, szarą 8 cm rurkę, nałożoną na ramię oprawki. Żeby ją pogrubić, bo na to poszła sznurówka do okularów; kiedyś się nosiło łańcuszki, teraz sportowcy na zauszniki nakładają gumowe rurki połączone sznurówką, żeby przy bieganiu okulary im nie spadały. Jeden domowy sportowiec koniecznie potrzebował właśnie takiej sznurówki i jako że leżała wolna, nie używana, zaanektowałam ją tymczasowo dla siebie. Uratowała mi komfort życia przez te parę dni, jedynie nadmiar sznurka drapał po plecach.
A okulary odebrałam dzień przed rozmową, całe szczęście, ufff.

W domu życie toczy się starymi, utartymi ścieżkami. Małżonek rano wstał, zrobił jajecznicę sobie, zjadł. Weszłam do kuchni ja, zrobiłam jajecznicę sobie i młodemu, zjedliśmy. Nuda.

To co, miłego tygodnia Państwu.

Otóż

wczoraj postanowiłam położyć się wcześniej spać. Serducho mam, bo coś mnie gniotło, puls za wysoki, zmęczona i niewyspana, myślę sobie, Ida spać, Kasia spać. Poleżałam, poczytałam, zasnęłam. Tymczasem zegar zaczął wybijać swoją północ, wyrywając mnie z pierwszego snu, bo podświadomość myślała, że to już budzik dzwoni. Ale spokojnie, nic się nie stało, zasnęłam dwie godziny później. Wciąż lubię, jak bije.

Zrobiłam wczoraj sałatkę z cykorii i się nią zachwycam, pomyślałam, że pozwolę i Wam się pozachwycać (przepis z beszamela):
Składniki:
3 cykorie
3 małe jabłka
sok z połówki cytryny
kilka łyżeczek oliwy
2 łyżki śmietany
1/2 łyżeczki imbiru
drobno pokrojone orzechy włoskie do dekoracji
sól, pieprz
Posiekać, wymieszać i zjeść. Dodałam pół płaskiej łyżeczki cukru pudru, co się ładnie przetrawiło z imbirem i pieprzem. Wyszła pycha! Polecam, Magda Gessler.

Nieśmiało szykujemy się na black friday, moja i Idy szczoteczka elektryczna już ledwo zipie i zdecydowałam się na soniczną. Ma być super hiper, zobaczymy. Oraz mąż sam z siebie spytał, czy mam już wybrany model odkurzacza samojezdnego. Chyba jeszcze tylko nie ma świadomości, że odkurzacz nie ma opcji zbierania wszystkiego z podłogi. Miała być iroomba, bo znajomy ma i jest zadowolony, co ja wymyślam jakieś tańsze wersje, jakie roborock, kto to widział, a to w ogóle podobno xiaomi jest, po czym znajomy przysłał pudełko i okazało się, że zachwalany odkurzacz… tak, tak… Ehh, czy ja zawsze muszę mieć rację? To takie męczące.

Na koniec miesiąca małżonek powinien dostać wypłatę za nadgodziny, w tym te, rok temu nie przepisane z notesu do systemu, bo zapomniałem. Na jego szczęście dopisywał je sobie sumiennie, plus oczywiście, jak to on, dorobił jeszcze, więc cośtam więcej powinno spłynąć na konto. I dobrze, bo po trzech miesiącach prądownia zdecydowała się podliczyć nasze pomieszane zużycie energii; źle opisano liczniki i my płaciliśmy opłaty sąsiadów, niższe (2+2 niemowlak, przedszkolak), a sąsiedzi – nasze (troje dorosłych, trzy komputery, telewizory, playstation, więcej prania, więcej zmywania, więcej światła, no, więcej wszystkiego). Mąż się na mnie ciężko obraził (nie, żebym się przejęła), bo trwałam przy swoim, że 2+2 sąsiadów nie równa się naszym 2+2. Poza tym widziałam wydrukowane przez gościa z prądowni zużycie nasze i sąsiadów, sprawdziłam nasze zużycie na poprzednim mieszkaniu i mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Do tego w tamtym mieszkaniu przez kilka miesięcy nikt nie mieszkał, ci nowi też często wyjeżdżają i to na długo, więc płaciliśmy dużo, dużo mniej, ale co ja tam wiem.
Tyle dobrego, że wynegocjował rozłożenie na pięć rat, będzie bolało trochę mniej.

Teraz news z kategorii kosmetyczne, otóż kupiłam sobie widelec do brwi. Brwi mam jasne i rzadkie, wyskubane dwadzieścia lat temu jeszcze nie odrosły, są cienkie, wyliniałe i w ogóle w zasadzie to ich prawie nie ma. Marzy mi się to takie permanentne, gdzie malują człowiekowi każdą jedną kreseczkę, ale raz, że to jak tatuaż, nie można po tym krwi oddawać, dwa, że kurczę, żeby mi nie zrobili jakichś dziwnych brwi typu odrysowane od słoika, a trzy, że to worek pieniędzy kosztuje. Ale za to są teraz (pewnie już dawno, ale ja je dopiero teraz odkryłam) takie kredki do brwi, co mają końcówkę do rysowania wyglądającą jak widelec (kupiłam Catrice brow comb pro micro pen) i on tak ładnie te brwi rysuje i zagęszcza! wow! Jeszcze tylko muszę się nauczyć je rysować 😉

Dopinamy zamówienie z empiku i już się cieszę, bo powrzucałam tam dla Idy parę planszówek, sobie gazety, nawet książkę jakąś wybrałam dla siebie, no, no. Będzie co czytać na święta.

W piątek mam rozmowę na łosia i tak się wkurzałam, bo akurat wyskoczył mi mega pryszcz na brodzie, ale jak już go podhodowałam, potraktowałam kurkumą z aloesem (polecam!!), jak go niechcący dotknęłam trochę za bardzo i jak już w końcu niemal się wysuszył, przypomniałam sobie, że przecież i tak będę w maseczce.

The Crown czwarty sezon obejrzany. Gillian Anderson uprzejmie proszę do kabaretu się zatrudnić, a nie Margaret Thatcher grać. Odwzorowała ją z taką starannością, że wyszła parodia, poza tym chyba jej umknęło, że Thatcher w latach ’80. jest po pięćdziesiątce, a nie po dziewięćdziesiątce. Ta maniera rozwlekłego mówienia, rany boskie, zęby bolą, słuchać się nie da. No ale może nie mieli czym zapełnić odcinków, bo tam akcji nie było aż tak dużo, to kazali jej przeciągać każdą samogłoskę. Poza tym Diana, młoda, piękna i naiwna, Camilla zdecydowanie zbyt ładna, oraz Małgorzata, kobieta z charakterem. Najlepsza drugoplanowa!

Oraz muszę do Ikei. Mleczno-waniliowa świeczka mi się kończy.

Zegar

Na komodzie stoi zegar. Stary, pamiątkowy, po tacie. Pewnie już wiekowy, a przynajmniej wiele mu nie brakuje. Niestety ma to do siebie, że musi być idealnie wypoziomowany, żeby chodził i wybijał godziny, ale gdy się ta sztuka uda – sama przyjemność. Dźwięki przenoszą mnie w czasie, znów jestem małą dziewczynką.
Zegar przyjechał ze mną na wygnanie (jakież to bardziej adekwatne określenie, zamiast emigracji! Użyła go pierwsza moja mama, określając tak wiosenny lockdown spędzony u córki, prawda, i postanowiłam zabrać do swojego słownika). Zatem zegar stoi, ale ni chusteczki nie chce chodzić. Swoją drogą, należy mu się jakiś przegląd i smarowanie, a jak wyguglałam po nazwie producenta, nie mamy do fabryki daleko, jakieś 100 km, do Badenii-Wirtembergi. Niech no tylko korona minie.
W weekend wzięło mnie na sprzątanie i jak rzadko kiedy, co przyznaję jako właścicielka jasnych mebli, na wycieranie kurzu. Pucowanie, prontowanie, polerowanie. Przesunęłam zegar lekko w lewo, wytarłam pod nim, odstawiłam na miejsce. Ruszyłam go. I zaczął chodzić! Nic to, że o 15:40 wskazuje 16:20, wszystko jedno, co pokazuje. Nie późni się ani nie spieszy, chodzi, bije i jest mi z tymi dźwiękami tak dobrze!
Niestety popełniłam jedną głupotę, mianowicie kluczyk jest schowany z tyłu zegara, więc gdy przyjdzie czas nakręcania go, znów będę musiała go ruszyć. Mam nadzieję, że będzie dalej działał.
Chociaż, może to chodziło po prostu o to, żeby z niego kurze zetrzeć…?

Rozmawiałam dzisiaj z teściową. Teściowa moja mieszka w wieżowcu, na 7. piętrze (i jeśli musi wyjść z domu, schodzi piechotą, boi się, że w windzie może złapać wirusa). Widok z okien ma między innymi na kościół i cmentarz. Twierdzi, że ta jesień jest bardzo intensywna w parafii – niemal codziennie po dwa pogrzeby, i to tylko te parafialne – a ludzie są jeszcze chowani na komunalnym przecież. Siedzi sama, nikogo nie odwiedza, nikogo nie wpuszcza, jedzenie wiosną młodszy syn dostarczał pod drzwi; on pracuje zdalnie, ale synowa jeździ do biura, a teściowa ma astmę, cukrzycę, hashimoto i wiele innych chorób, izoluje się więc, jak może. Trochę buszmeńskie życie, u fryzjera była ostatnio na Boże Narodzenie, włosy obcina sobie sama, matko bosko, wygląda jak nie powiem co, grzywka i koczek. Masakra.

Ale do brzegu, jak to mówią, bo przecież nie obgadywałabym tu teściowej tylko dla samego obgadywania, c’nie?

Rozmawiamy sobie dzisiaj, jak to Ida określiła, robimy skype’a na whatsappie, i po półgodzinie opowieści dziwnych treści, teściowa półgębkiem żali mi się, że z moim małżonkiem nie idzie się dogadać (rili??). Że co ona zacznie, to on jej przerywa, bo jest mądrzejszy i wie lepiej, a ty mnie nie pouczaj, kobieto, bo to moje ego wyjechało do Szwajcarii, a nie twoje. No. Zatem, jako empatyczna synowa już wzięłam wdech, żeby potwierdzić, że tak, że mam to na co dzień, że nie rozmawiam, bo to nie ma sensu, nie wysłucha, nie posłucha, a tylko wkurzy, gdy wtem – ten oto małżonek wraca z biegania. Pokazuję więc go telefonem mamusi, mamusia wita syna słowami: „no, spociłeś się tam, na tym bieganiu?” – ot tak, dla paddierżanja razgawora, ale syn nie z tych, co mają dystans do siebie albo złapałby jakąś aluzję i odpowiedział podobnym dowcipem. „No skąd! Przebiegłem właśnie 13 kilometrów, spaliłem ponad tysiąc kalorii, no jak mógłbym się spocić, no co ty opowiadasz!” – a to wszystko z fochem, nerwami i politowaniem w stronę rozmówcy jednocześnie. Wróciłam kamerką w swoją stronę, uśmiechnęłam się do teściowej, pokiwałam głową, że tak, zdaje się, że to o to jej chodziło, więc doskonale ją rozumiem.

Młoda w weekend objawiła kaszelek z katarkiem oraz ból głowy, baletuje więc w domu, ale jutro już się oddali do swojej ulubionej placówki. Nevzat czeka! (Mattia lubi pikaczu, a Nevzat kocha mnie a lubi psi patrol). Znowu, sam kaszel bez gorączki, to chyba dobrze, mam nadzieję.

Ja tymczasem wczoraj ułamałam sobie zausznik od okularów. Zdjęłam je do wycierania i pyk! – został mi w ręce. A ja bez okularów nawet nie jestem ślepa, ale od razu zaczyna mnie boleć głowa. Szczęście w nieszczęściu, że w ubiegły weekend zamówiłam nowe, od lipca czekały na budżet, jakoś się nie składało wcześniej. Zatem zamówiłam i miały być za półtora – dwa tygodnie, czyli teraz już tuż tuż. Tyle tylko, że w piątek mam tę rozmowę na łosia, i pójdę na nią w okularach, które na jednym ramieniu mają taką rurkę, odblask na szprychę roweru, a na to łapacz okularów dla biegaczy, czyli dwie gumowe rurki połączone sznurkiem (bez odblasku samo ramię okularów byłoby za cienkie i gumowa rurka by się zsuwała). Dobrze, że mi włosy odrosły, będę zasłaniać, chociaż na plecach lina okrętowa będzie widoczna 😀

Chciałam wam jeszcze poopowiadać jakieś same mądre rzeczy, ale młoda woła, żeby się z nią pobawić i pograć. To pa.

Święty Marcin

…na białym koniu przyjeżdża, mawiała babcia mojej małej wtedy mamie. A mama stała w oknie, żeby tego świętego Marcina zobaczyć. I nigdy się nie doczekała, chociaż biały śnieg, owszem, padał ;).

Jako, że święto, zamówiłam od znajomej znajomej rogale. Jadłam dwa razy w życiu, a że słodkiego nigdy dość, myślę sobie, zamówię. Wezmę sześć, zjemy po jednym, chociaż czy dzieci zjedzą, wątpię, będzie na kolejny dzień. Dzieci nie chcą, wszystko dla nas. Tyle wygrać! 🙂 A pyszne są, zapychające, wciągnęłam jednego bardzo głodna… i to by było na tyle dzisiaj.

W niedzielę miałam kolejne urodziny. Życzenia złożyli mi już dzień wcześniej, bo dostałam kwiatka w doniczce, co prawda innego niż chciałam, ale nie szkodzi, mam fazę na duże zielone doniczkowe kwiatki, zatem trudno było ukryć, więc z marszu były życzenia i laurki. Właściwego dnia nie chciało nam się nigdzie ruszyć, na dodatek w telewizorze był mecz, więc. Kupiłam za to chałwę i baklavę w tureckim sklepie i już wiem, jak utuczyć męża, który się zawziął i schudł 15 kilo: ja ją już wykończę, bo i tak prawie całą zjadłem, ale na drugi raz nie kupuj! Ona jest za dobra, i z pistacjami (dobra, kupię z czym innym). Baklavę natomiast chciałam spróbować ja, bo nigdy wcześniej nie jadłam, a zawsze słyszałam opinie, że pyszna, tylko słodka do wiwatu. Wszystko się zgadza, pyszna, ale słodka do wiwatu.

Znowu ręce mnie bolą po pilatesie i zjeżdżają z klawiatury. Śmieszne.

Odezwali się ci od tej rozmowy na łosia roku, a, nie pisałam wam, zatem nadrabiam: rozmowa była przemiła, wypadłam, jak to ja, dobrze, trzynaście lat w handlu robi swoje, a i druga strona ostrzy sobie ząbki, bo stanowisko jest w ramach praktyk, czyli cały etat płatny połowę najniższej pensji brutto, czyli płaciliby mi tak ze 30% rynkowej pensji należnej na tym stanowisku. Zatem konkurs na łosia roku mamy już jakby rozstrzygnięty. Ale jeszcze poczekajmy, za tydzień mam, jak to się teraz modnie robi, assessment, czyli sprawdzą, czy umiem dzwonić, pisać i drukować. No, no. Będzie się działo.

Poza tym co. Złota polska jesień, 15 stopni i słońce. Jak nigdy przedtem, smaruję się codziennie filtrem, bo zachciało mi się kwasów na buziuńkę, a do nich trzeba filtry koniecznie, żeby nie było przebarwień. Fajne, skóra ładniejsza, wyrównany koloryt, nie idealnie, ale jest poprawa, do tego chciałam napisać, że nie wyskakują mi żadne farfocle przed okresem, ale voila, właśnie się jeden objawił. Hormony to dziwki. Ale kwasy same w sobie bdb, The Ordinary, jakby ktoś pytał, 30 zeta w Douglasie albo w internetach.

Idą do mnie pudry od neauty, cieszę się jak głupia. Przeszłam jakiś czas temu na mineralne podkłady, te w płynie zapychają, a tu leciutko, a kryć też potrafią. Śledzę teraz na stronie Poczty, bo mają dojść do Niemca i stamtąd dopiero odbiorę. Przy granicy szwajcarskiej, myślę, że dookoła kraju, funkcjonują tzw. grenzpakety, czyli punkty, dokąd można sobie zamówić przesyłkę (bo otacza nas zewsząd ta niedobra Unia Europejska), co kosztuje wielekroć mniej, niż gdyby sobie to samo zamówić do Szwajcarii; sama przesyłka byłaby dużo droższa, do tego cło, wypełnianie formularzy, co to jest, do kogo, od kogo (otwierają, oczywiście), prezent czasem podobno przechodzi szczęściarzom bez cła, ale już taki wełniany płaszcz mojego męża za 150 euro dostał dodatkowo 70 franków cła, bo tak im wynikało z tabelki, prawda.

A propos paczek z Polski, to zastanawiam się, czy nie zamówić paczki z empiku na święta. Wysyłka jednej książki to 40 zł, kolejne gratis. Gdyby planszówki i jakieś inne ewentualne gadżety też mogły wchodzić w skład takiej paczki, byłoby super. Muszę popatrzeć na stronie, na pewno znajdzie się coś, czego koniecznie potrzebuję :).

Powoli nastawiam się na święta tutaj, ale szczerze mówiąc tak sobie mi to wychodzi. Już swoje urodziny przeryczałam, słuchając i oglądając rodzinę na kamerce. W październiku spotkali się wszyscy u mamy na imieninach, u Sister na srebrnych godach, ja sobie mogłam pooglądać zdjęcia. Emigracja nie jest dla każdego.

I tak to się kręci, proszę państwa. Zaraz kolejny weekend, Ida wreszcie doczeka się wyścigu, bo ostatnio była rozczarowana, że piątek, wracamy z przedszkola, tradycyjnie pyta, jakie mamy plany na jutro oraz czy są kwalifikacje? – a tu kwalifikacji nie było, bo wyścigi teraz co dwa tygodnie. Tym razem GP Turcji, pierwszy raz w ogóle, a przynajmniej pierwszy od tak dawna, że nie pamiętam. Lubię wyścigi.

Pranie się dopiera, picie się kończy, palce dalej wbrew pozorom nie mają siły. Nogi też nie, zrobiły dzisiaj 14 kilometrów, nie wiedzieć kiedy. Dobrej nocy Wam, i dobrego dnia.

Źle spałam.

A to dlatego, że eksmitowałam się na kanapę. Mężowska maska Hannibala Lectera, w której śpi, wydaje jakieś dziwne, głośne świsty i spać nie daje. Mnie oczywiście, on spał w najlepsze. No to poszam po pierwszej do salonu, potem jeszcze mama, siku!, mama, a długo jeszcze do rana? (1:24), jeszcze z tego wszystkiego ja zasnąć nie mogłam, zgłodniałam, zjadłam jabłko i banana, pomęczyłam internety i kiedy wreszcie przed trzecią zasnęłam, spałam tak niewygodnie, że boli mnie lewy bark i ruszam się jak robocop. Czarownie.

Dziś 23 stopnie, ciepło, chociaż pochmurno. Cienkie kurtki mieliśmy na sobie na spacerze, chociaż właściwie i bez nich byśmy się spokojnie obeszli.

Ida jeszcze do jutra siedzi w domu, zaczęła kasłać bardzo nawet jak na tutejsze standardy, albowiem zadzwoniła nauczycielka z przedszkola z sugestią, żeby może młodą pokazać lekarzowi, czy coś, bo ona naprawdę bardzo kaszle. No, no, poznałam tę granicę. Tymczasem młoda zostawiona w domu czym prędzej przyhamowała kaszelek, ale jako że covid, to nie mamy presji na szybki powrót do placówki. Jutro jeszcze idą na gimnastykę, więc niech mi spocone dziecko nie spaceruje po dzielni, ale w środę już pójdzie. Przecież tam Nevzat czeka! (Mattia uwielbia pikaczu, a Nevzat kocha mnie, a uwielbia psi patrol, mamo).

Żeby nie było, że tylko defetyzm sieję, to jutro rano mam rozmowę o pracę. Kompletnie nie mam ochoty ani na rozmowę, ani na pracę, szczerze powiedziawszy. Już nie chce mi się nic. No, ale pójdę, pójdę przecież, zobaczyć jak dorośli ludzie wyglądają, nawet w maseczkach. Oraz wysłałam tam dzisiaj w parę nowych miejsc, żeby mieli co odrzucać. Jak dostaję mejla, wzrok automatycznie pada na drugi akapit, w którym oni mnie standardowo z przykrością informują, z automatycznego adresu donotreply@, żebym przypadkiem się do nich więcej nie odezwała.

Sobotni wieczór uatrakcyjnił nam piekarnik, pokazując błąd i środkowy palec. Na szczęście już po tym, jak mąż zaserwował pizzę na obiad, niestety zanim miałam wstawić chleb do piekarnika. Znaczy, nie grzeje piekarnik i wali błędem po oczach, i piszczy. O drugiej rano wyłączałam korki w kuchni, bo sobie nagle przypomniał, że ma błąd, cholernik jeden. Byle do czwartku, przyjdzie miejmy nadzieję młody przystojny i mu tam przemówi do rozsądku.

A tymczasem trzymajcie Państwo kciuki jutro rano, a co mi tam.

Spotkał katar

Jak tam kochani, zdrowi jesteście? Nas dopadły pierwsze katarki i kaszelki, dla co poniektórych nie pierwsze w tym sezonie, żeby nudy nie było.

Wczoraj piękna pogoda i wybrałyśmy się z młodą do zoo. Nie byłyśmy chyba od wiosny, w upały nie było sensu, a w piękną złotą polską jesień – w sam raz. Było ciepło i słonecznie, lwice tak mi pięknie pozowały do zdjęcia, że aż się prosi zrobić 2000 puzzli i układać.

Coś nie mam siły dzisiaj. Rano jeszcze spotkanie ze znajomą, widujemy się raz na ruski rok, ale gadamy jak najęte, jakby minęło parę godzin, a nie miesięcy. Może tajemnicą tej znajomości jest fakt, że nie udajemy przed sobą kogoś, kim nie jesteśmy, nie spijamy sobie z dzióbków i nie oczekujemy wzajemnych lajków 😉

A teraz, po południu, ani rączką, ani nóżką, trochę mi odcina zasilanie. Nawet niekoniecznie mam siłę trzymać ręce na klawiaturze. A jeszcze palcami machać…!

Zatem, moi mili, jeśli to korona, albo co gorsza przeziębienie, a skoro listopad za pasem, ludzie sadzą tutaj chryzantemy w skrzynkach balkonowych, wyobrażacie to sobie? – zatem, skoro już jesteśmy w tych klimatach, to całkowicie na serio we właściwym czasie proszę:
– mnie skremować – mam gwarancję nie obudzić się w trumnie, no hej moja klaustrofobio;
– uprzednio przeszczepić wszystko, co się da, o ile się da – niech się chociaż raz przydam;
– obstalować mi miejscówkę w kolumbarium w Radomiu – tak będzie najwygodniej, a urnę z prochami można przewieźć nawet w bagażu podręcznym;
– jak mnie kto zamuruje w Szwajcarii, uprzedzam lojalnie, że wstanę i pójdę, a tego kogoś będę straszyć do utraty (jego) tchu. Już mi wystarczy więzienia za życia, niech chociaż po śmierci mieszkam tam, gdzie ja chcę, tak?
– księdza na pogrzebie nie muszę mieć, chyba, że się będziecie bardzo upierać. Gdy mi się poglądy jeszcze bardziej zradykalizują, to wstawię tu edit z zastrzeżeniem, jak punkt wyżej.
No, to tyle.
Powtarzam: we właściwym czasie!

Jako, że za dwa tygodnie mam urodziny, dumny mąż postanowił pochwalić się, co też mi wybrał w prezencie, i otrzymać błogosławieństwo i wyrazy zachwytu. Jestem dumna z siebie, nawet go wyrazy specjalnie nie doleciały. Otóż są takie bransoletki dla osób uprawiających sport (ale ja nie uprawiam) (ale jakbyś zaczęła), które mierzą kroki (mam w telefonie), fazy snu (sypiam po 4h na dobę), puls (mamy w ciśnieniomierzu), mają dokładnego gpsa do biegania (ale ja nie biegam) (ale jakbyś zaczęła), no i tu się jedna użytkowniczka wypowiada, że jej się przydaje (chwała jej) i że nawet pasek może być różowy!
No, i przy okazji kosztuje jedną piątą tego zegarka do biegania, który sobie kupiłeś ostatnio bez okazji, mężu.

Ja to powinnam zawodowo wbijać szpile, no naprawdę.

A propos zawodowo, kolejne odpowiedzi coraz bardziej mnie bawią, gdzieś w głębi duszy, jak już przestaję płakać, czyli tak po dwóch, trzech dniach. Otóż tym razem nie nadaję się do domu towarowego na pakowacza prezentów (te perfumy dla żony, te dla kochanki, proszę zapakować w różne kolory, żeby mi się nie pomyliły), zatem odgórnie uznano, że i do tego się nie nadaję. Budujące. Jeszcze czekam na reakcję hotelu w Zurychu (oferujemy Ci: pracę z pięknym widokiem na rzekę Limmat! Będziesz szorować kible, ale myślami będziesz na promenadzie, czad, c’nie?) i na jeszcze jedno stanowisko, chyba pakowacza na taśmie produkcyjnej, już mi się te perspektywy kariery mylą, wybaczcie. No, to czekamy.

Z pocieszających wiadomości, to smród i smak gruyere’a jeszcze czuję, czyli to pewnie zwyczajne przeziębienie, a nie tam królewskie choroby. A w ogóle to pewnie pikawica mi wariuje, czasem jej się zdarza, że ciśnienie normalne, a puls koło setki. Nie nadąża.

A propos królewskie, to rozczarowanie, bo myślałam, że kolejny sezon The Crown wjeżdża 4.11., a on dopiero 15.11. Smuteczek.

Iiidę, bo zmiana czasu i Idka pada, trzeba ją przepakować do wanny i łóżka. Tatuś orzekł, że dzisiaj dał dzieciom obiad (odgrzane wspomnienie wczorajszego dnia) oraz złożył z Idą Lego Friends no i generalnie cały dzień nic tylko dziećmi się zajmował (obiad… lego… obiad… lego… chrrr… F1…), więc to już naprawdę wystarczy i czy on może w spokoju obejrzeć mecz.

Milusiego tygodnia, moi kochani.

Zieeef

Rany. Żebym nie wiem, co robiła, zasypiam o pierwszej w nocy i koniec. I nie, nie odsypiam następnego dnia, chociaż miło by było, żeby mąż czasem odprowadził rano dziecko do przedszkola, no ale jak mam ryzykować, że pójdzie na wpół ubrane, to już lepiej sama wstanę.

Jesień przyszła, 10-12 stopni, chociaż dzisiaj akurat ma być 21, bo halny idzie. Muszę zabezpieczyć kwiatki na balkonie.

Jutro jedziemy na zakupy covidowe. Niby odgrażają się, że granic nie zamkną, ale lokalnie dopuszczają możliwość wprowadzania własnych pomysłów w życie. Po wiosennym zamknięciu i zaskoczeniu, wolę teraz się zabezpieczyć i zrobić zakupy na zapas.

Młody do szkoły autobusem w maseczce, na lekcjach w maseczce, na przerwach w maseczce. Ida na wolności, nauczycielka w przedszkolu w maseczce, „chyba, że śpiewa piosenkę, mamo, to wtedy bez maseczki”. W autobusach chyba od sierpnia lub początku września maseczki. Od przedwczoraj również w sklepach i wszelkich pomieszczeniach w kraju typu sklepy, muzea, biblioteki itp oraz na przystankach. Do tego, gdzie to tylko możliwe, silnie zalecany jest home office.

Mąż wpadł na genialny pomysł, że skoro jego matka tam sama siedzi, to on by wziął samochód i po nią pojechał, na święta. Dla niewtajemniczonych: teściowa od marca nie wpuszcza do domu swojego młodszego syna, spotykali się tylko na działce, na którą jechała pierwszym autobusem o piątej rano, żeby nie mijać się z ludźmi. Jeśli musiała samochodem, wtedy wszyscy w maseczkach. Ostatnio wymyśliła, że ona wróci do chodzenia po schodach, zamiast korzystać z windy, bo tylko trzy osoby w klatce (60 mieszkań) noszą maseczki i ona się boi, bo ma astmę i kilkanaście innych chorób. Ja nie żartuję, jej szafka na leki to taka wisząca osiemdziesiątka, zapełniona koszykami z lekami, posortowanymi per organ: „wątroba”, „serce” itp. Aha, a propos windy, teściowa mieszka na siódmym piętrze. Daj jej boże zdrowie.

Zatem – małżonek zrobi sobie test, wsiądzie w samochód i pojedzie po matkę na święta. Piotrek przytomnie zareagował: ale ja chodzę codziennie do szkoły, Ida chodzi do przedszkola, wszyscy możemy w każdej chwili coś przynieść. Nawet małżonek, w podróży, na stacji benzynowej, może coś złapać, i po co.

Tak, niekoniecznie chcę mieć teściową na święta i tak, skoro małżonek by jechał do Polski, to ja się z nim chętnie zabiorę. I nie, rodzino, nie rób sobie nadziei, to był tylko kolejny jego z serii genialnych pomysłów od czapy. Mówiąc delikatnie.

Z ciekawostek domowych, to ostatnio usłyszałam, że ja to go w ogóle nie wspierałam, jak miał problemy w pracy parę lat temu, czytaj depresję. W ogóle się nie interesowałam, jak się czuje i co u niego i jak mu mogę pomóc.
I wiecie, stanęły mi przed oczami te miesiące przegadane, trzymanie za rączkę, że tak, będzie dobrze, że tak, znajdzie nową pracę, no bo kurde kto jak nie informatyk, że tak, najwyżej pójdzie na zasiłek, to nie koniec świata (a zasiłek tutaj to 80% ostatniej pensji), że jesteśmy z nim, ma rodzinę, stoimy za nim murem, wierzymy w niego i razem damy radę. Całkiem jak te blondynki w windzie. Aż się cofnęłam do bloga sprzed tych 3-4 lat i poczytałam sobie, jak to pałował teściową (wiadomo, matka i żona obrywają z automatu), jak się Piotrek żalił, że on się nie będzie uczyć, bo ojciec i tak powie, że on jest głupek, jaki był miły i kochany. Wiem, wiem, choroba, nie jest sobą, potrzebuje leków, i tak dalej, i tak dalej.
Skoro zatem tego wszystkiego nie było, nie było wielogodzinnych rozmów, wspierania, pocieszania i szukania pomocy, to ja nie mam pomysłu, co mogę zrobić inaczej/lepiej w przypadku statystycznie prawdopodobnego kolejnego rzutu za jakiś czas.
Nie mam już na to siły.

Koniec ferii

Dzieci poszły dzisiaj do swoich placówek. Ida przechorowała do czwartku z wysoką gorączką, 40,2 pierwszy raz widziałam na termometrze. Lekarz stwierdził, że wirus. Po wizycie ją wysypało, też pierwszy raz w życiu, więc czym prędzej wysłałam sesję zdjęciową do konsultacji, bo a nuż to szkarlatyna albo inne cholera wie co. Ale nie, lekarz uspokoił i wyprorokował, że to jest przesilenie i za 2-3 dni będzie po wszystkim, i tak też się stało. Młoda blada i znowu schudła, ale nic to, odkarmimy.
Doktor: – A apetyt ma?
Mąż: – Ma, tak, zjada wszystko!
Ja, równocześnie: – Nie, ledwo co skubnie w ciągu dnia, ani apetytu, ani siły.
Doktor do mnie: – No tak, zazwyczaj to jednak mamy wiedzą lepiej, jak tam u dzieci z apetytem.
No pewnie, tatusiowie znad pracowej klawiatury mają nieco węższe pole widzenia. I mogliby się zamknąć na wizycie.

Zobaczymy, jak długo się to zdrowie młodej utrzyma, bo tatuś postanowił ją dzisiaj hartować. Otóż obiecał młodej ją zaprowadzić i odprowadzić z przedszkola, i tak też uczynił. Jako że rano pięć stopni, oprócz soft shellowej kurtki naszykowałam jeszcze bluzę, ale tatuś uznał, że naszykowałam tylko bluzę, zamiast kurtki, tak więc dziecko miało dzisiaj godzinę hartowania na pauzie, w deszczyku.
Nie zabiłam, sama nie wiem, jakim cudem.

Młody zdrowy, był po prostu przemęczony, odespał i odżył.

W międzyczasie mnie biodro zaczęło szwankować już na poważnie, więc poszłam pozawracać gitarę rodzinnej. Zapalenie torebki stawowej i leki. Oczywiście skoro tego samego dnia młoda dostała 40 stopni gorączki, to mnie momentalnie postawiło na nogi, prawda. Niemniej poprawa naprawdę przyszła szybko, lek zadziałał i tylko mam problem z koordynacją: osłonowy przed jedzeniem, właściwy w trakcie. No ni chusteczki nie łykam tego właściwego, za trudne, głowa wie, że już jeden łyknęła i wyłącza funkcję „weź pigułkę”. Na szczęście jeszcze tylko jutro i będzie można legalnie dać sobie spokój.

W weekend wróciła z Polski znajoma, samochodem, i przywiozła dla mnie ikeową torbę pełną moich internetowych zamówień: książki, gazety, płyty, ptasie mleczka, galaretki, zwykłe, rozpuszczalne, te niemieckie są jakieś chińskie, zawsze zbyt płynne, jakbym dawała 2 litry wody, nie zsiadają się ni cholery i szlag mnie trafia. Dojechały też jakieś witaminy i kosmetyki, o niebo tańsze w Polsce niż tutaj, oraz dwa pierścionki, które sobie sprezentowałam w aparcie. Jeden ulubiony codzienny zgubiła mi Ida rok temu, gdy Jurek był w szpitalu (żeby siedziała chwilę cicho i dała porozmawiać, dałam jej na chwilę przymierzyć, po czym niezwłocznie o pierścionku zapomniałam, brawo ja), drugi wpadł mi pod szafę, a nic nie wiem o kolejnej przeprowadzce, więc póki co leży tam dosłownie uziemiony. Tymczasem mam dwa nowe, srebrne, jeden na co dzień, drugi od święta. Zamierzam tę nową świecką tradycję kontynuować przy każdym transporcie z Polski.

Teraz czas odebrać młodą z przedszkola. Po południu poszła już w kurtce. Ze mną.

Chorobami jesień się zaczyna

Młoda uroczyście wczoraj wyprodukowała 39,2 gorączki. Dostaje co 4h paracetamol (teraz już ibuprom, bo ten pierwszy po dobie przestał działać), dużo pije, poleguje, przytula się, ewentualnie skacze po kanapie. Jeśli nic nie będzie lepiej, w czwartek idziemy pokazać się przystojnemu lekarzowi.

Piotrek postanowił nie być gorszy, nogi go bolą i tak nie bardzo się czuje, zamiast na trening, poszedł spać. Ostatnio ból nóg i osłabienie były jego jedynym objawem grypy, prawda.

Dzieci mają jeszcze niecały tydzień, żeby się poprawić, szczęście w chorobie, że jesteśmy w połowie ferii jesiennych.

Nawiasem mówią, Herbstferien były kiedyś nazywane Kartoffelferien, bo dzieci miały w szkole przerwę na wykopki, a nie tam, na wycieczki i narty.

Nie chcąc być gorsza od dziateczków, dorobiłam się zapalenia torebki stawowej biodra. Najpierw mnie bolało jak spałam na boku, potem na drugim boku, potem trochę przy chodzeniu, potem przy siedzeniu, a wczoraj bolało wchodzenie po schodach i to dopiero mnie zdopingowało, żeby myk myk zadzwonić do lekarza po wizytę.

Wizyty w przychodni odbywają się tak, że na ósmą rano przychodzą zdrowi i symulanci, a później zasmarkani i inni covidowcy. Ta druga grupa ma prawo wejścia po uprzednim zrobieniu testu (znajoma testowała tę ścieżkę, dostajesz telefonicznie skierowanie na wymaz, jedziesz do szpitala, pobierają, po dobie dostajesz na apkę wynik i dopiero wtedy, z ujemnym, meldujesz się do doktora. Nie wiem na szczęście, dokąd prowadzi ścieżka z dodatnim, ale pewnie też jakaś istnieje).

Zatem poszłam sobie do lekarza, zrobili mi rentgen i okazało się, że zapalenie stawu. Dostałam leki i mam w razie braku poprawy zameldować się ponownie, dorzucą fizjoterapię, na szczęście nie masaże, które są tak miłe jak nieskuteczne, tylko prądy, ultradźwięki i inne elektrowstrząsy. Zobaczymy.

Pogoda nie zachęca do spacerów, lodówka pełna, zakwas na chleb bulgocze jak szalony, możemy siedzieć w domu, tfu tfu.

I w sumie

życie jest całkiem znośne, gdyby nie to, że niezmiennie mi dziękują za przesłanie CV oraz gdyby nie covid. Teraz to czuję się autentycznie jak frajerka, trzeba było polecieć latem do Polski, a teraz co. Dupa blada i rzeczywiście najbliższy realny termin to Wielkanoc, oby 2021. Ale i tu nie robię sobie nadziei. Co do CV, to dwie zwrotki dziennie to jest norma, dzisiaj, na okoliczność piątku, dostałam trzy. No wiem, wiem, pcham się, gdzie nie powinnam.

Ale za to byłam dzisiaj u fryzjera. Nadja przeprowadza mnie najmniej boleśnie, jak się da, przez proces zapuszczania włosów (z przerwą na „a to zróbmy tu asymetrycznie” w czerwcu, prawda).
Już jest nieźle, a będzie jeszcze lepiej, tylko nie wiadomo, kiedy.

Wracając od fryzjera, mijałam przedszkole, a że było po 10, to patrzyłam na przyprzedszkolny plac zabaw, czy są dzieci i co robią. Dzieci były, wypatrzyłam Idę daleko w ogródku. Nachylała się nad krzaczkiem, obok niej pani coś dzieciom pokazywała. Drobiazg, że dzisiaj było 12 stopni, młoda była bez kurtki, jedynie w bluzce z długim rękawem, nieprzesadnie grubej, dodam, a na okoliczność covidu pauzy w przedszkolu trwają nie 20 minut, a godzinę, albowiem dzieci należy hartować. Przekotłowało mi się pod kopułą tysiąc myśli, że się przeziębi, że ale pani jest obok, że dlaczego pani nie zareagowała, że poprzednio, pierwszego dnia po lockdownie, na pierwszym godzinnym spacerku lało jak z cebra, „takie fajne grube krople, mamo!”, nawet raz nie kichnęła, to może i teraz nic jej nie było, w końcu wzięłam głęboki wdech i pomyślawszy, że jak znam swoją córkę, to nie było to po raz pierwszy, po czym udałam, że wcale mnie tam nie ma i poszłam do domu.

Osiem godzin później, tfu odpukać, żadnych objawów. Fakt, nie siedziała tam na de, nosiła ślimaczka na rękach, pilnowała, żeby jej nie wpełzł w rękaw oraz odstawiała go na listek krzaczka, nie biegała, nie spociła się, ale i chyba, mam nadzieję, nie zmarzła. No nic, teraz dwa tygodnie ferii jesiennych, a potem to już chyba nie uda jej się wyjść bez kurtki, mam nadzieję.
Aha, zapytałam ją, dlaczego wyszła bez kurtki.
– Bo mi było ciepło!
– Ale pani? Pani nic nie mówiła, żeby włożyć kurtkę? – dopytuję.
– Mówiła, ale powiedziałam, że jest mi ciepło.
Spoooko.

Póki co mamy piątek wieczór, za oknem listopadowe 11 stopni, deszcz i grad. Na kuchni pyrka rosół i drażni zapachem wszystkich sąsiadów z klatki, oni tu wszyscy na gotowcach z mikrofali jadą, nic dziwnego, że te kuchnie tutaj mają 2×2.

Ida dopytuje, co to jest ekosystem oraz jak to jest, że człowiek się wziął od małpy, bo ona akurat to była u mamy w brzuszku, ale odparłam z przekonaniem w głosie, że tatuś jej to najlepiej wytłumaczy.
A ja pryskam do wanny.