Ooo,

jaki dzisiaj miałam porąbany sen.

Byłam z Najlepszą z Kadrowych nad morzem. Było ciemno, w końcu listopad. Samego morza nie widziałyśmy, bo żeby dojść na plażę, musiałyśmy wspiąć się po niemal pionowej skarpie, a jak już się wspięłyśmy, okazało się, że musimy zejść z powrotem, bo tam na dole sprzedają bilety na plażę. Tam na dole stała biała budka otoczona lasem, która już kiedyś mi się śniła. W ogóle niektóre elementy snów powtarzają się od czasu do czasu.

Gdy już można było iść na plażę, okazało się, że mamy wykupiony rejs statkiem. Nagle Najlepsza z Kadrowych zamieniła się w Agę z Gosią, a koło mnie pojawiła się Ida. Statek okazał się być hybrydą, przód jak od wycieczkowca, a z tyłu przyczepione piękne cudo z płóciennymi żaglami, coś jak statek Kolumba. I to wszystko stanowiło jedną całość. Naszym największym problemem z nowo przybyłą Agą było oczywiście zabezpieczenie dziewczyn na statku, żeby nie wypadły za burtę oraz czy te barierki na wysokości pół metra i metra wystarczą. Dzień dobry, moja traumo topienia się.

Na koniec snu głowa dała czadu, albowiem okazało się, że trzeba zejść ze statku, bo odkopują mojego tatę… który w ramach eksperymentu zakopany był pionowo w jakiejś górze, w kombinezonie astronauty i z dostępem tlenu przez te 21 lat. Odkopali go i zaczął normalnie w tym kombinezonie chodzić, niczym mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości.

Potem już było dwadzieścia po siódmej i trzeba było wstawać do przedszkola.

…oraz do lekarza, bo znowu napiernicza mnie żołądek. Jak się okazało w gabinecie, byłam z tym samym rok temu: poranny ból z prawej strony pod żebrami plus nudności. Podejrzewany woreczek i coś tam jeszcze okazały się niewinne, zgoniłyśmy wszystko na żołądek, z którym mam nieco na pieńku. Dostałam te same tabletki i krople, co wtedy i przykazanie, że jak nie pomoże, to za dwa tygodnie przyjść znowu. Teraz jeszcze trzeba przeczytać ulotkę oraz, co gorsze, zastosować się do niej. Nieodrodna córka swojej matki, nienawidzę brać tabletki, nienawidzę brać tabletki, nienawidzę brać tabletki. Bleee.

Entliczek pentliczek

Zdążę spokojnie napisać notkę, czy nie zdążę? Małżonek już pewnie w drodze do domu, wraz z nim wchodzi cały ten zewnętrzny chaos, ta Japonka w pociągu znowu gadała całą drogę przez telefon, druga się malowała, a ten pod oknem to chrapał. Oh wait, to akurat on sam.

Weekend bardzo przyjemny był. Przede wszystkim wróciła do nas piękna jesienna pogoda, +10 trochę słońca, zero wiatru czy deszczu. Niby wiem, że jest listopad i ma prawo rzucać żabami, niemniej milej wychodzi się z domu, gdy śnieg z deszczem nie zacina człowiekowi w oczy.

Zatem w sobotę wyszliśmy rodzinnie do miasta. Na początek wstąpiliśmy na świąteczny jarmark, akurat był anglikański, ale to nam nie przeszkadzało. Nie różnił się niczym od wszystkich innych, które co roku odwiedzamy. Na jarmarku były płyty z drugiej ręki (2Pac i Britney Spears, a dla męża Jaś Fasola), było malowanie buziek, była loteria po trzy franki (niestety zamiast koniaku wylosowaliśmy piwo, małą colę i żel do kąpieli. Z tego wszystkiego najbardziej wygrana jestem ja, bo panowie swoje trunki wypili, a mój posłuży mi kilka miesięcy. Albo i dłużej. Nie znoszę tego zapachu. Będzie do mycia wanny.).

Później dotarliśmy do centrum, ponieważ jest w salt bardzo dobra oferta abonamentu z nielimitowanym internetem, więc od razu pomyśleliśmy o młodym, który swego czasu ze swoimi 4GB czuł się mocno dyskryminowany na tle kolegów. Na pytanie, po co mu nielimitowany internet, jeśli w szkole nie korzysta, do domu ma pięć minut, a w domu ma wi-fi, nie potrafił nam odpowiedzieć. Teraz do szkoły dojeżdża pół godziny, to już mu się bardziej należy :D. A serio, cena sensowna, i jeszcze pół giga na całą Europę, więc same zalety.

W salonie salta dzika kolejka, nagle w sobotę wszyscy przyszli załatwiać jakieś sprawy, małżonek zbulwersowany, że jedna kobitka nawet kolor telefonu wybierała, a on czekał w tej kolejce, po prostu zero wyrozumiałości i wyczucia sytuacji. Na szczęście mamy poniedziałek wieczór i nie tkwimy wciąż w kolejce w salcie, udało się załatwić sprawę szybko i bez problemów i po okresie wypowiedzenia młody będzie się cieszył internetem bez granic, a rodzice – niższym rachunkiem. Win win.

Pojechaliśmy też, jak połowa mieszkańców Szwajcarii, na zakupy do Niemca, gdyż albowiem córunia poprosiła Mikołaja o lalkę Śnieżkę. Objechałam wszystkie znane mi sklepy z zabawkami w Niemczech, ale akurat Śnieżki nie było. Dopadłam ją dopiero teraz, już u nas, i całe szczęście, bo już się bałam, że trzeba będzie zamawiać, a tu w najbliższą niedzielę będzie bal Mikołajowy. Przy okazji zakupów dostał mi się zaległy urodzinowy szlafrok w pięknym, wrzosowym kolorze, dokładnie taki, jak chciałam: długi, z kieszeniami i kapturem, frotte. Wyglądam w nim jak mistrz yoda.

W niedzielę zaliczyliśmy kolejny świąteczny jarmark, tuż pod granicą francuską, w Schönenbuch. Jarmark malutki, ale grzańca i raclette mieli, więc było warto. Ida zaliczyła wycieczkę pociągiem dookoła wsi oraz własnoręcznie wyprodukowała świeczkę – to tutaj modne na kiermaszach i w sumie ma sens: dziecko w kółko zanurza knot w wosku – leci ostudzić w beczce z wodą – wyciera – zanurza knot i tak w kółko pińcet razy, a rodzice tymczasem popijają grzańca za grzańcem, niezależnie od panującej pogody, gdyż tylko grzaniec może to godzinne czekanie uratować. Dużo grzańca. Na koniec przyjemnego dnia, małżonek zrobił pizzę.

Wieczorem natomiast zaczęłam układać puzzle. Sprzedałam ostatnio jedne, z wysyłką, ale kupująca dopytywała się, czy na pewno są kompletne. Są, są, zawsze trzymam je dodatkowo w workach strunowych, no ale dla świętego spokoju przeliczę. Przeliczyłam – 1008. WTF? Jeszcze raz. Też superata. No pięknie. Żeby nie robić z gęby cholewy, zaczęłam obrazek układać (górski zameczek tonący w śniegu…), doszłam bowiem do wniosku, że tylko układając całość będę miała gwarancję, że wszystko jest ok.

Układałam wczoraj do pierwszej w nocy, owszem, przy muzyce i winie, bardzo przyjemnie, no ale. Dzisiaj, już trochę bardziej przytomna wykonałam skomplikowaną czynność myślową i policzyłam puzzle w ramce. 28×36, ich mać. Trefl puzzle 1000 elementów kroi równo, 25×40, Ravensburger – jak mu podejdzie. Podeszło mu inaczej i wyszło jak w pysk 1008. Robota kocha głupiego, spakowałam ułożony w 1/3 (krzaczki w cieniu, choinki w śniegu, ich mać) w cholerę i młody zaniósł na pocztę. Głupie przycięcie puzzli i presja czasu (przelew dotarł w piątek, obiecałam wysłać dzisiaj, nie lubię się spóźniać, więc szybko, szybko), spowodowało, że puzzle mi obrzydły. A już na pewno takie, przy których tylko siąść i płakać, jakieś 2000 czarnej gwiaździstej nocy itp. No, umiem je ułożyć, mam metodę, kwestia czasu ułożyć cokolwiek, ale już zaczęłam sobie zadawać to pytanie, po co. Po co się męczyć. Zostawiłam obrazki „przyjemne”, reszta wisi do sprzedania.

No dobrze, mąż wrócił z pracy, czas na grzańca, który przygotowany wczoraj nie może przecież długo stać.

Dzień dobry,

zastałem Jolkę?

Mąż cały tydzień w domu, ponieważ bierze go przeziębienie, grypa albo i jeszcze coś gorszego. Gdyż albowiem wyskoczyła mu opryszczka, zatem jest osłabiony, a któregoś dnia leciała mu krew z nosa, czyli ma białaczkę. Teraz kuruje się w domu, to znaczy nic nie robi, po prostu nie jeździ do biura, bo mu się nie chce. Jest środa, ale jakimś cudem jeszcze wszyscy żyjemy, nie pozabijaliśmy się, co można śmiało zaliczyć do sukcesów bieżącego tygodnia.

Kolejnym sukcesem jest informacja, którą dzisiaj dostałam od dojczkursodawcy, a mianowicie, że TELCa zaliczyłam pozytywnie i że proszą o wystawienie im ładnej opinii na fb albo google. Bardzo mi miło. Info o certyfikacie wpiszę sobie do bezużytecznego CV.

Poza tym listopad w pełni rozkwitu. Szaro, buro, ponuro, zimno, wieje i w ogóle, z naciskiem na w ogóle. Dno i trzy metry mułu.

Rany tyle miałam napisać, ale jakaś dziura w głowie nastała i wszystko wyleciało. To może później.

Padłam

Ale powstałam, wiadomo. Zachciało mi się na siłowni zmienić koncepcję na antykoncepcję i zamiast iść na maszyny, zostałam na orbitreku. Co najważniejsze i co pozwoliło mi przetrwać, przyniosłam telefon, słuchawki i własnoręcznie zrobione playlisty. W sobotę zrobiłam sobie trening półgodzinny, a jak przyszłam dzisiaj, zobaczyłam, że jest tylko godzinny, no dobra, to zacznę. Po 40 minutach zobaczyłam, że mamy tam napisane ZEIT+- i że można sobie ten czas ustawić samemu, brawo ja. No ale jako że już leciałam te 40 minut, to doleciałam do mety, do 60. Teraz cały dzień umieram i podsypiam, na zmianę. Wszystko mnie boli, fascynujące, ile człowiek ma w sobie mięśni, złączek i kosteczek. Każdą jedną czuć. No, ale nie narzekajmy, biegło się całkiem przyjemnie, w uszach grało, nogi same niosły w rytm muzyki.

Weekend u nas nieświąteczny, dzisiaj wszyscy w swoich zagrodach.

ŚRODA. Nie byłam w stanie skończyć tej notki w poniedziałek, tak sobie dałam w kość. Dołożyło się niewyspanie i koniec końców cały dzień leżałam lub jęczałam, że ała. Dzisiaj postanowiłam sprawdzić, czy dalej tak boli, i otóż, przeleciałam tę godzinę bez większego obrzydzenia. Fajne piosenki grają w uszach, czas leci. I, co najważniejsze, dzisiaj już nie umieram, co niezmiernie mnie dziwi. No, obolała jestem, umówmy się, z kanapowca nie zrobisz wyczynowca, a na pewno nie w tydzień, niemniej to już nie jest taki zgon, jak poprzednio, co najwyżej tu mnie strzyka, tam mnie łupie. Czyli norma w moim wieku.

Tak jak pół miasta, kupowałam Piotrkowi dzisiaj bilety na koncert Taco H. Będzie w Lublinie w kwietniu, młody akurat wtedy zaczyna ferie wielkanocne, na Wielkanoc planujemy przylecieć, bo mama planuje urządzić uroczysty obiad z okazji okrągłych urodzin, młody po prostu przyleci wcześniej. Wszystko ładnie pięknie, podpiął pod moje empikowe konto swoją kredytówkę, żeby wykupić opcję premium i żeby można było bilet kupić dzień wcześniej, niż inni, fajnie. Dzisiaj o wyznaczonej godzinie, po odczekaniu pół godziny w kolejce, kupiłam bilet. Jak się okazuje, imienny. Na imię i nazwisko posiadacza konta empik premium, no bardzo fajnie, doprawdy. Pola te nie były edytowane, więc młody ma teraz pół roku, żeby się upodobnić do matki, żeby mu na bramkach przed koncertem uwierzyli, że Katarzyna to właśnie on. Ewentualnie może zrobić scenę dramatyczną, że on się czuje wewnętrznie Katarzyną i żeby go nie obrażać Piotrem, że Piotr to tylko na papierze! Żarty żartami, ale kurczę, mam nadzieję, że uda mu się wejść na ten bilet. W końcu nazwisko będzie to samo.

Zimno się zrobiło. Rano jest zimowo i rześko, chociaż niestety śniegu ani widu, ani słychu. W sklepach już świątecznie, za chwilę znowu rozstawią kiermasze świąteczne z watoliną na dachach straganów. Dobre i to, grzańca też się przy takim da wypić ;-).

Młoda dzisiaj na spacerze zauważyła, że wszędzie te reklamy Frozen, mamo! Racja. Dziecko nie wie, ale lada moment premiera drugiej części, a po świętach, mam nadzieję, że jeszcze będą grali w kinach w Polsce, bo dziecko ma takie marzenie, żeby iść do kina… No to będzie, do kina i jeszcze na Krainę Lodów*! (autorska nazwa Idy).

Z ostatniej chwili! Empik mi odpisał! Młody nie musi zapuszczać włosów i się stylizować na mamusię, w aplikacji z biletem może zmienić dane posiadacza biletu. Uf, uf. Miałam stresik, bo kurczę polecieć do Polski specjalnie na koncert, żeby przed wejściem pocałować klamkę byłoby nie bałdzo. Ale tak to oddycham z ulgą. Uuuuuuuuuuuf.

Co poza tym? Jestem w szale sprzedawania różności w internecie. Zarządziłam wyprzedaż klamotów niepotrzebnych, ubrań za małych, półtora metra puzzli, zabawek i tak dalej, i tak dalej. Piwnica zagracona, za małych ubrań po Idzie nie mam gdzie trzymać. Czego nie sprzedam, wywiozę do Polski, mama ma jeszcze trochę miejsca na górze w szafie, ona tam nie sięga i nie zagląda, jeszcze trochę mogę szaleć.
I o ile na tutejszym olx sprzedaje się dość niemrawo, to jak już piętnaście lat po wszystkich założyłam konto na fb, jak wrzuciłam na fb te moje klamoty, luuudzie. Szaleństwo jakieś, nawet dwie skrzynie klocków lego, co to je Piotrek dostał i uzupełnił własnymi zbiorami, sprzedałam (co mnie cieszy najbardziej, bo młody już wyrósł, Ida będzie miała zbiory inne niż star warsy i bionicle). Jeszcze trochę i do piwnicy będę mogła wstawić kanapę i telewizor 😀

Jednaki, miarowy, niezmienny.

Ale zanim zaczęło padać, poszliśmy sobie bladym świtem na 11 na basen. Tydzień temu, kiedy Jurek pojechał z kolegą na wycieczkę, zaciągnęłam dzieci, a tam rozczarowanie – zamknięte! Trudno było młodej wytłumaczyć, że nawet ten mały jest zamknięty, i nawet ten duży, też jest zamknięty! Jak to dziecko. Dzisiaj na szczęście były już szaleństwa w wodzie, Ida albo w kamizelce, albo z deską pływa całkiem nieźle, wody się nie boi, żeby nie to, że ratownik przegania, poszłaby kręcić bączki na trzy metry (ratowniczka pozwala, ratownik nie. Trzeba patrzeć, kto ma dyżur i wiadomo, co wolno).

Po basenie wpadłam w szał gotowania, ja nie wiem, co z tymi ludźmi, nic tylko by żarli i żarli i jeść im daj. A miałam zaplanowane zakupy na piątek, bo w lodówce światło, lista spisana, dokumenty spakowane, taaa… Badenia-Wirtemberga również świętują Wszystkich Świętych zamkniętymi sklepami. I Francja, w razie gdybym chciała do St Louis podjechać, też. W sobotę nie było sensu się pchać, bo na pewno była tam połowa miasta, wiadomo, wczoraj było zamknięte. Darowałam więc sobie, zrobiłam najpotrzebniejsze zakupy na miejscu i tyle, a duże zakupy zostawiłam na poniedziałek.

Tymczasem w kuchni należało wykazać się kreatywnością, bo zapasów naprawdę nie było dużo. Wymyśliłam zapiekankę makaronową z mięsa mielonego, ale mąż stwierdził, żeby po prostu zrobić spaghetti, ale nie ma spaghetti, no to z jakimś innym makaronem, zjemy. Zrobiłam, podałam, pyszne, kochanie, a wiesz, na drugi raz spróbuj posypać serem i zrobić z tego zapiekankę… Zabić to za mało.

Uparłam się nie iść do sklepu, bo raz, że leje, dwa, że trzeba wyjadać to, co mamy w domu, i owszem sos do spaghetti składał się z pół szklanki sosu warzywnego z kartonu, plus koncentrat, plus zmiksowany pomidor i przyprawy, ale ojtam. Panowie chwalili (tylko na drugi raz żeby tym serem i zapiekankę…). Poza tym ogłosiłam listopad miesiącem oszczędzania, bo panowie w Londynie przyszaleli (tzn ja rozumiem, muzea drogie itp, ale teraz zeszła spłata karty kredytowej i dostałam lekkiego zawału), poza tym ubezpieczyciel dopatrzył się, że jednak za lipcową wizytę w szpitalu należy małżonka skasować, co niniejszym uczynił, w związku z czym jak się zalogowałam na konto, zawał był już rozległy. Zeszły opłaty, czynsz itp i stan był w zasadzie jak dzień przed wypłatą. Uhhh. Dosypałam trochę, żeby mi przy płaceniu kartą bank nie odrzucił transakcji, a panom w ramach oszczędzania i wspomnień z Lądka, kupiłam puszkę fasolki w sosie pomidorowym, smacznego.

LEGO

Udało mi się sprzedać. Dwa pudła przeróżnych zestawów, pewnie niekoniecznie kompletnych, Gwiezdnych Wojen, Harry Potterów, do tego Bionicle i inne chłopackie cuda. Umówmy się, że średnio interesujące dla dziewczynki lat cztery i pół, a księżniczek tam nie było. Wyłuskałam z tej stajni Augiasza jedynie taki podstawowy zestaw lego, z myślą o Idzie – same duże klocki, kolejny krok po duplo, którymi bardzo chętnie jeszcze się bawi, ale zobaczymy, jak długo. Oraz skompletowałam też z duplo wóz strażacki, po starszym bracie, z dwoma strażakami, drabiną, wężami i nawet hakiem na linie. Zupełnie nie księżniczkowo, ale Ida była zachwycona.
Przy najbliższej bytności w sklepie, kupię jej zieloną podkładkę, tabliczkę lego, żeby sobie mogła na niej budować.

Dygresja.
Lat temu dużo na komunię dostałam (to były czasy!) 11 dolarów i 10 centów. Konia z rzędem temu, kto wie, skąd te 10 centów, ale niech tam (dostałam też jakieś kompletnie niewymienialne zdaje się jugosłowiańskie papierki, chyba do tej pory gdzieś je mam, w domu albo u mamy). I jako, że 11 dolarów (i 10 centów) to była kupa kasy, jak dla dziewięcioletniej dziewczynki, poszłam z mamą, wiadomo, do Pewexu. Marzyłam o lalce Barbie. Całe dzieciństwo i pół dorosłości marzyłam, żeby mieć lalkę Barbie, bawić się nią i przebierać. Pewnie po części dlatego, że piętro wyżej mieszkała sąsiadka, która Barbie miała na pęczki (i takie małpki, co trzymały kciuk w buzi). W Peweksie nastąpiło rozczarowanie roku – zamiast lalki Barbie mama kupiła mi klocki Lego. Do dziś pamiętam to uczucie, i to nic, że klockami bawiłam się potem długie lata, a z Barbie bym pewnie szybko wyrosła; niespełnione marzenie we mnie zostało. No, trochę się spełniło, patrząc na Idy półkę z lalkami. Ale wiecie, o co chodzi.
Koniec dygresji.

Jeszcze a propos sprzedania klocków, oni tu jacyś dziwnie ufni są. Gość odpowiedział na ogłoszenie, ja mu podałam numer konta i namiary, po chwili odpisał, że wpłacił, 240 franków, total luz normalnie. Ja sprzedaję albo z płatnością z góry, albo z rączki do rączki. No ale ja z Polski jestem, aż tak całemu światu nie ufam.

W ogóle to odkąd odkryłam piętnaście lat po wszystkich facebooka, a na nim marketplace, to nic tylko sprzedaję, sprzedaję, sprzedaję. W tydzień sprzedałam chyba z 15 rzeczy, rowerek cholerny poszedł, masa ubranek, zabawek po Idzie itp, teraz te klocki. Bardzo mnie to cieszy, piwnica nie jest z gumy, szafy u mamy też jakby nie (chociaż jeszcze trochę tam się zmieści :)).

Pierwszy listopada w naszym protestanckim kantonie nie jest wolny od pracy, tradycja odwiedzania grobów niemal nie istnieje, co prawda są aktualnie w sprzedaży jakieś stroiki i chryzantemy, ale te ostatnie widziałam głównie posadzone na balkonach. Dziwny naród.

Zatem nastroju Wszystkich Świętych u nas niemal nie ma, Jurek normalnie pracował, dzieci były w swoich placówkach, a mnie naszło na szafiarskie rewolucje. Nie, nie czepiłam się mojej szafy, tylko mężowej. On jakoś bardzo spracowany nie był, bo bardzo chętnie się przyłączył i już po godzinie wynosił 80-litrowy worek z ubraniami za małymi, znoszonymi lub takimi, na widok których żona powiedziała NIE. I nie można powiedzieć, że po wyniesieniu tych ubrań będzie cierpiał na dotkliwe pustki w szafie, o nie. Kilka tygodni temu przetarły mu się skarpetki i poprosił, żeby przy okazji kupić mu nowe. Na co odparłam, że w szufladzie ma 26 par (!!!) skarpetek takich garniturowych, plus jeszcze ze 20 innych. No heloł, wywaliłabym połowę i też by się nie jorgnął.

Następnym krokiem będzie sprzątanie komputerowych i narzędziowych przydasiów w piwnicy ;-).

TELC za mną

Tak sobie nawet odważnie myślę, że może go nawet i zdałam. Trudny był owszem jak cholera, ale część ze słuchu nie aż tak trudna, jak się obawiałam. Słownictwo i gramatyka killery, wiadomo. Na ustnej części jednym z egzaminatorów był Tobi, mój ulubiony nauczyciel, o mało się sobie w ramiona nie rzuciliśmy. Egzamin zamiast pół godziny trwał kwadrans, dobrze, dalej, dobrze, dalej. Teraz jeszcze półtora miesiąca czekania, bo testy wysyłane są do Frankfurtu, tam je sprawdzą, przystawią stempel i dopiero się będzie oficjalnie liczyło.

Nawet się nie spodziewałam, że aż tak mnie nerwy trzymają. Po egzaminie wróciłam do domu i ani rączką, ani nóżką. Odcięło mi zasilanie. Byłam w stanie jedynie leżeć, co akurat nie było trudne, trochę podsypiałam, trochę próbowałam czytać.

Weekend minął przyjemnie, w sobotę wybraliśmy się całą rodziną na Herbstmesse, czyli jesienne święto karuzeli, baloników na druciku i waty cukrowej. Do tego stoiska z magicznymi tarkami do warzyw, silikonowymi łyżkami po dwie dychy itp. Lubię ten klimat, chociaż wolę chyba kiermasze świąteczne. Teraz Ida była główną beneficjentką, koniki, karuzele, samochodziki, wiadomo. Piotrek urwał się wcześniej, bo chciał coś oglądać, ale już zapowiedział, że czy byśmy jeszcze poszli, bo on by chciał na paru dziwnych urządzeniach się przejechać. Myślę, że bez trudu uda mu się wyciągnąć tatusia na te wariactwa.

W niedzielę małżonek pojechał zamknąć sezon w górach oraz jednocześnie zamknąć etap (przynajmniej na jakiś czas) wypraw z Tomkiem. Tomek postanowił rozwijać się poza strukturami Szwajcarii i dołączyć do swoich dziewczyn w Warszawie. Nawiasem mówiąc, mieszkają na Ursusie i ze swoich okien widzą nasz stary blok. Pewnie się mijaliśmy dziesiątki razy na dzielni, ale poznać się dało dopiero w Basel. Życie.

Ida od wczoraj jakaś słabsza była, a to ciut cieplejsza, a to się pokładała. Dzisiaj rano się okazało, że jak to ona nazywa, ma coś rzygającego w buzi. Chwilowo nie przyjmuje się nic ponad łyżeczkę wody na raz, dziewczynka śpi, bo jak wiadomo, sen to najlepsze lekarstwo. Przy okazji zdaje się mamusia też ma podobne objawy, tyle że u mnie kończy się na „a komu dzisiaj dobrze”.
Tak to świętujemy dzień odpoczynku od zszarganych nerwów, prawda.