O sukcesie

Najpierw wstałam rano i poszłam do pracy. Miałam w planach intensywną pracę, ale nie wyszło, więc się poobijałam. Wysłałam kartki urodzinowe do klientów, odkurzyłam biuro, odkamieniłam sitko w baterii kuchennej, bo woda chlapała na boki. Same strategiczne dla funkcjonowania firmy czynności. Natomiast po dwunastej, gdy moje myśli i nogi powoli szykowały się do fajrantu (czyli zmiany lokalu w celu symulacji home office), wybuchło czternaście pożarów, wszystkie na wczoraj i wszystkie super pilne. No dobrze, pojechałam gaśnicą, ugasiłam.

Następnie odniosłam zawodowy sukces. Nie było w tym zbyt wiele mojej zasługi, ale sukces w całości mój. Otóż jedna z konsultantek od przeprowadzek poprosiła o beznadziejną w sumie sprawę, a mianowicie o umówienie z dnia na dzień oględzin czterech (trupów) mieszkań do wynajęcia. Takie coś jest generalnie mało prawdopodobne, a już na pewno nie w trakcie covidu (do tej pory był jeden termin na obejrzenie mieszkania i wchodziło piętnaście par chętnych na wynajem hurtem, o tej samej porze. Teraz harmonogram, dystans i maseczki). Klient przyjeżdża z Niemiec na weekend specjalnie po to, żeby obejrzeć mieszkania, więc coś zrób. Na dodatek konsultantka od poniedziałku idzie na urlop, a piątki ma generalnie wolne, więc zrób tym bardziej.

Pierwszy kontakt – i najłatwiejszy – okazał się być Polką, od której jesienią kupowałam Idzie książkę o astronomii i sobie jakieś czytadła. Mieszka przecznicę od mojego biura i na odbiór książek umawiałam się z nią w dniu kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej, żeby nie jeździć dwa razy. To było proste, bo laska wykazała elastyczność i pomimo przeprowadzki w trakcie i nie posprzątanego mieszkania, zgodziła się je udostępnić, i to w sobotę.
Kolejne dwa mieszkania – agencje przekazały mi numery do mieszkających tam ludzi. Jedna od razu dała mi termin, druga najpierw mnie opieprzyła, że dzwonię, a ona tu pracuje, i żebym wysłała smsa (wysłałam, ale nie odpowiadała, więc zadzwoniłam… no co, zależało mi…), potem wysłała mnie na drzewo, ale dzień później dała cynk, że zwolnił się termin i czy chcę. Chcę!

Zostało ostatnie mieszkanie, też oczywiście przez agencję. Agent ma telefon przekierowany na skrzynkę i oddzwania, kiedy ma czas. No, fajnie. Oddzwonił na szczęście po godzinie, że jak będzie w biurze, to sprawdzi, bo teraz nie jest i nie może, ale żebym wysłała mejla, to on mi potem odpisze. O naiwności ludzka, która uwierzyłaś, że jak powiedział, że odpisze, to odpisze! Niemal palec złamałam (nie, żeby środkowy) od naciskania F5, odświeżam, i nic! Nic nie przysłał. Nagle dzisiaj po południu, gdy już pogodziłyśmy się z konsultantką z faktem, że gość przejedzie paręset kilometrów obejrzeć tylko dwa mieszkania, bo więcej nie dałyśmy rady (śmy, jasne) załatwić – oddzwania! Że pojawił się termin, i że jutro albo za tydzień… – Jutro – krzyczę! – między 11 a 13. No i pięknie, bo klient ma umówione dwa mieszkania, o 11 i o 13, dwunasta jest wolna, biorę! Zaklepałam. I trudno, że gość pojedzie z punktu A 20 minut tramwajem do punktu B, by potem wrócić niemal idealnie w punkt A. Podróże kształcą, niech się cieszy, że w ogóle ma co oglądać.
Tyle, że… nie zapisałam nazwiska lokatora tego ostatniego mieszkania. Rozmawiałam z agentem na ulicy, było głośno, Ida obok skakała potrząsając moją ręką, ja w euforii, że w ogóle się udało, ucieszona jak głupia, się rozłączyłam. A wiecie, jak już klient stanie przed blokiem na ten przykład czteropiętrowym, to co ma zrobić? dzwonić po kolei domofonem do każdego mieszkania? No nie bałdzo.
Agentowi znowu włączała się skrzynka.

Dobiłam się do niego już po godzinie, cud, piątek po południu, ufff. Zdobyłam nazwisko, przeliterowałam, poprawił mnie tylko dwa razy, spoko. A w razie czego niech do mnie dzwoni, ja tam cały czas będę, rzekł beztrosko. – Ale ja nie mam pana numeru telefonu…! – jęknęłam. – No, to już pani mówię, 079, coś tam coś tam, 51 52. Znów byłam na ulicy, hałas, deszcz i siatka z zakupami. Na dodatek ten idiotyczny niemiecki sposób pisania liczb (dwa i pięćdziesiąt; Ida kiedyś oznajmiła, że ona tak nie będzie mówiła. Ona będzie mówiła NORMALNIE). No, ale cieszmy się, że chociaż tyle wyłapałam. Potem mnie w ogóle olśniło, że on ma przekierowanie ze stacjonarnego na komórkę i zgłasza się sekretarka komórki i już mi parę razy mówiło to einundfünfzig, zweiundfünfzig, wystarczy środek wyłapać i będę miała numer. Jeszcze tylko nie wiem, jak się nazywa, ale to już doprawdy szczegół.

No, to sami widzicie, zasługa moja w sumie żadna, że jeden oddzwonił, a druga przysłała esemesa, ale sukces sobie mogę przypisać śmiało. Załatwione.

Popołudniowy home office, przetykany rozmowami z nieznajomym, spędziłam w sumie z Idą, na zakupach i w kuchni. Najpierw obiad, makaron z łososiem, który był trocią (mówiłam, że ma być Lachs. Zobaczył Lachsforelle, przeczytał początek i wrzucił do koszyka. No nie zgadniecie kto). Następnie zakupy tu blisko, pół godzinki. Chwilę popracowałam, ale potem rozdzwonił się ten stalker z agencji, może on i się przedstawia, ale cholera go wie, co on tam mówi. No i się zeszło, jak mawiała moja kumpela z liroja. Nic to, wstanę jutro rano i odrobię (ha ha ha). A tak po prawdzie to jestem w miarę do przodu z robotą, tfu odpukać. Piszę otóż przewodnik po Zurychu, taki dla ekspatów świeżych i zielonych, co to nie wiedzą, dokąd pójść i jak się ruszyć. Praca twórczo-odtwórczo-tłumaczeniowa, nieszczególnie wymagająca intelektualnie, można sobie przy niej podśpiewywać to domisie to domisie śmieszne stworki śmieszne pysie i w ogóle to człowiekowi nie odrywa głowy od pracy i wcale melodia nie leci w głowie, jak się próbuje zasnąć. Nie dziękujcie.

Wieczorem machnęłam jeszcze rosół na specjalne zamówienie jednej dziewczynki, pulpety, mielone na spaghetti (wszystko do zamrażalnika), kotlety na jutrzejsze burgery, sprzątnęłam lodówkę, wstawiłam zmywarkę, wstawiłam pralkę, wstawiłam dziewczynkę do kąpieli (mamo, a poczytasz mi o krzyżowaniu Jezusa?), oparzyłam sobie lewego fucka i prawego wskazującego, popatrzyłam, jak Lewy nie strzelił karnego i wieczór zleciał. Teraz oddalę się w celu opróżnienia suszarki i pójdę zobaczyć, czy mnie nie ma w łóżku.

I taki to był piątek, psze państwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s