Ale jazda!

Była. Posadzili mnie albowiem w pracy za kółkiem. Pokazali, co i jak, bo to automat, rany boskie, a teraz jedź w miasto. Zrób klientom na kwarantannie zakupy, odbierz klucze, zostaw zakupy, zawieź klucze do firmy, która odbierze klientów z lotniska, po drodze odbierz pocztę z trzech mieszkań klientów, ta, jasne. W kraju, gdzie miejsca parkingowe istnieją tylko teoretycznie. Na szczęście dałam radę, przy wsparciu odchodzącej asystentki, która robiła mi za pilota.

Nowa praca ma potencjał, bym powiedziała. Z powodu covidu jest niestety mało klientów, więc nuda i zief, a jedynym trudnym do opanowania programem jest Excel, gdzie nawet nie mają formuły wyliczenia podatku z kwoty netto, i tym bardziej zaokrąglenia do pięciu rappenów (w CH jedno- i dwurappenówki nie istnieją). No ale dobrze, ogarniemy to. Natomiast obieg dokumentów jest jakiś obłędny i muszę go sobie chyba rozrysować na ścianie, inaczej nie da rady go ogarnąć. O 12 plikach Excela na 12 miesięcy w roku nie wspomnę, zakładek tu jeszcze nie wynaleźli najwidoczniej, a żeby było łatwiej, kolejne miesiące są nazwane słownie, np. Dezember, Juli, August, no bardzo logicznie, gratulujemy głęboko ukrytej logiki. Żeby było śmieszniej, taki porządek ustaliła księgowa ;-).

Póki co do wtorku jestem w biurze razem z odchodzącą asystentką, przejmuję wszystkie tematy, papiery i odbieranie telefonów, bleh. Nie lubię odbierać obcych numerów, zwłaszcza w obcym języku. Bleh. To chyba gorsze niż stres przed prowadzeniem samochodu.

Poza tym co. Ida w tej całej sytuacji jest najbardziej poszkodowana. Do tej pory po przedszkolu obiad i jakiś spacer, plac zabaw czy park. W domu planszówki czy inne zabawy. Oczywiście nie że codziennie i przez cały czas, ale jednak od zawsze miała mnie dla siebie na wyłączność, a tu nagle zmiana. Wiadomo, że dziecko na swój sposób się cieszy z matki sukcesu, gratulowała mi i życzyła powodzenia w nowej pracy, dopytywała, co też właściwie matka w pracy robi oraz kiedy wróci do domu, to niestety nudzi się biedna. Jurek czasem nie ma kiedy się podrapać, poza tym on też nie z tych, co by dziecku rzucił: „zbuduj wieżę dla Roszpunki z klocków lego, a potem ją namaluj farbami na papierze z rolki”, czy coś. Dziecko puszczone samopas włącza sobie bajki i tak siedzi. Pocieszam się, że młody kiblował w świetlicy od siódmej rano, ona przynajmniej jest w domu. Oraz że od sierpnia pójdzie do szkoły, będzie sama wracała do domu, więc będzie łatwiej logistycznie. W poniedziałki popołudniu ma przedszkole, we wtorki kung fu. W środy miała dodatkową gimnastykę, ale zrezygnowaliśmy, bo ja mam tylko dwa popołudnia wolne (80% etatu to złoto!!), Jurek ją odbiera w południe i potem już nie ma jak odprowadzać i po godzinie przyprowadzać. Co prawda jeszcze w grudniu nalegał, żeby przedłużyć młodej te zajęcia, ale jak mu wczoraj przypomniałam (no dobra, wytknęłam, przecież było wiadomo, że nie będzie miał czasu na odprowadzanie młodej w tę i nazad), stwierdził, że nie ma się co obrzucać błotem. No, jasne.

Póki co ogłosili przymusowy home office, ratuj się kto może, ale mam nadzieję, że mi się upiecze i że chociaż na trochę pozwolą przychodzić do biura, i tak jestem tam sama w pokoju. Tak na dwa – trzy popołudnia bym mogła przyjeżdżać, dla zdrowotności ;).

Oraz doba mi się skurczyła, wiadomo. Pobudki 6:40 weszły mi szybciutko w krew, chyba jestem na jakimś wydłużonym haju czy coś, jaram się tą pracą jak wiewiórka orzechem, i dlatego na dźwięk budzika podrywam się na baczność. Na szczęście te dwa popołudnia wolne to wspaniały wynalazek, 12:30 zabieram torebusię i idę na tramwaj, a przede mną jeszcze tyyyle dnia!

Codzienność w domu się toczy w miarę sprawnie. Małżonek wyprowadza odkurzacz na spacer, ogarnia Idę z przedszkolem. Ja gotuję, najczęściej hurtem, żeby na tygodniu mogli tylko odgrzewać, dorobić jakiś sos czy ugotować ryż, i obiad gotowy. Bardzo wygodne. Muszę wprowadzić zasadę, że mąż gotuje w jeden weekendowy dzień, żebym mogła od garów odpocząć, ale to się wprowadzi tylnymi drzwiami, podpuszczając dzieci na pizzę albo carbonarę, oraz uświadomić mu, że jest odpowiedzialny za utrzymanie powierzchni płaskich, bo niedoczekanie, żebym ja jeszcze podłogi myła. Ja pracuję, ja jestem zmęczona.

Tak tak, jeszcze nie siadłam na kanapie po pracy oświadczając, że jestem zmęczona i teraz niech się samo wszystko zrobi, no kurde nie umiem, dajcie mi po łbie. Ale owszem, jak się wraca 18:15 do domu, ma się siłę jedynie na odgrzanie sobie jedzenia i rozmowy z dziećmi.

Wpadła dzisiaj koleżanka do mnie, opowiadamy, co u nas słychać, a mąż mówi: ty wiesz, jaki jest spokój, jak żony nie ma w domu, bo jest w pracy! Wiem, myślę sobie, ona też wie. Obie doskonale znamy to święto, kiedy mąż musi absolutnie koniecznie jechać do biura i nie plącze się bez sensu po chałupie. Zamiana miejsc nastąpiła 😉

Dawid Podsiadło wita nieznajomego, pralka zaraz zapiszczy, żeby przełożyć pranie do suszarki. Na półce czeka z dziesięć książek, które sobie kupiłam, ale nie mam czasu albo siły ich czytać – ale najnowszym nabytkiem jest fragment Jeżycjady, okazyjnie po dwa franki od sztuki, i to chyba będzie odpowiednia lektura do poduszki.

No to co. Podnoszę swe szanowne cztery litery, bo pralka woła. Branoc się z Państwem.

2 myśli na temat “Ale jazda!

  1. Znałem jedną księgową dla której nota obciążeniowa musiała być czerwona, nie ważne, że wydruk bw., nie była czerwona to zawsze nie wiedziała jak księgować (główna księgowa jej mać ;-).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s