Spotkał katar

Jak tam kochani, zdrowi jesteście? Nas dopadły pierwsze katarki i kaszelki, dla co poniektórych nie pierwsze w tym sezonie, żeby nudy nie było.

Wczoraj piękna pogoda i wybrałyśmy się z młodą do zoo. Nie byłyśmy chyba od wiosny, w upały nie było sensu, a w piękną złotą polską jesień – w sam raz. Było ciepło i słonecznie, lwice tak mi pięknie pozowały do zdjęcia, że aż się prosi zrobić 2000 puzzli i układać.

Coś nie mam siły dzisiaj. Rano jeszcze spotkanie ze znajomą, widujemy się raz na ruski rok, ale gadamy jak najęte, jakby minęło parę godzin, a nie miesięcy. Może tajemnicą tej znajomości jest fakt, że nie udajemy przed sobą kogoś, kim nie jesteśmy, nie spijamy sobie z dzióbków i nie oczekujemy wzajemnych lajków 😉

A teraz, po południu, ani rączką, ani nóżką, trochę mi odcina zasilanie. Nawet niekoniecznie mam siłę trzymać ręce na klawiaturze. A jeszcze palcami machać…!

Zatem, moi mili, jeśli to korona, albo co gorsza przeziębienie, a skoro listopad za pasem, ludzie sadzą tutaj chryzantemy w skrzynkach balkonowych, wyobrażacie to sobie? – zatem, skoro już jesteśmy w tych klimatach, to całkowicie na serio we właściwym czasie proszę:
– mnie skremować – mam gwarancję nie obudzić się w trumnie, no hej moja klaustrofobio;
– uprzednio przeszczepić wszystko, co się da, o ile się da – niech się chociaż raz przydam;
– obstalować mi miejscówkę w kolumbarium w Radomiu – tak będzie najwygodniej, a urnę z prochami można przewieźć nawet w bagażu podręcznym;
– jak mnie kto zamuruje w Szwajcarii, uprzedzam lojalnie, że wstanę i pójdę, a tego kogoś będę straszyć do utraty (jego) tchu. Już mi wystarczy więzienia za życia, niech chociaż po śmierci mieszkam tam, gdzie ja chcę, tak?
– księdza na pogrzebie nie muszę mieć, chyba, że się będziecie bardzo upierać. Gdy mi się poglądy jeszcze bardziej zradykalizują, to wstawię tu edit z zastrzeżeniem, jak punkt wyżej.
No, to tyle.
Powtarzam: we właściwym czasie!

Jako, że za dwa tygodnie mam urodziny, dumny mąż postanowił pochwalić się, co też mi wybrał w prezencie, i otrzymać błogosławieństwo i wyrazy zachwytu. Jestem dumna z siebie, nawet go wyrazy specjalnie nie doleciały. Otóż są takie bransoletki dla osób uprawiających sport (ale ja nie uprawiam) (ale jakbyś zaczęła), które mierzą kroki (mam w telefonie), fazy snu (sypiam po 4h na dobę), puls (mamy w ciśnieniomierzu), mają dokładnego gpsa do biegania (ale ja nie biegam) (ale jakbyś zaczęła), no i tu się jedna użytkowniczka wypowiada, że jej się przydaje (chwała jej) i że nawet pasek może być różowy!
No, i przy okazji kosztuje jedną piątą tego zegarka do biegania, który sobie kupiłeś ostatnio bez okazji, mężu.

Ja to powinnam zawodowo wbijać szpile, no naprawdę.

A propos zawodowo, kolejne odpowiedzi coraz bardziej mnie bawią, gdzieś w głębi duszy, jak już przestaję płakać, czyli tak po dwóch, trzech dniach. Otóż tym razem nie nadaję się do domu towarowego na pakowacza prezentów (te perfumy dla żony, te dla kochanki, proszę zapakować w różne kolory, żeby mi się nie pomyliły), zatem odgórnie uznano, że i do tego się nie nadaję. Budujące. Jeszcze czekam na reakcję hotelu w Zurychu (oferujemy Ci: pracę z pięknym widokiem na rzekę Limmat! Będziesz szorować kible, ale myślami będziesz na promenadzie, czad, c’nie?) i na jeszcze jedno stanowisko, chyba pakowacza na taśmie produkcyjnej, już mi się te perspektywy kariery mylą, wybaczcie. No, to czekamy.

Z pocieszających wiadomości, to smród i smak gruyere’a jeszcze czuję, czyli to pewnie zwyczajne przeziębienie, a nie tam królewskie choroby. A w ogóle to pewnie pikawica mi wariuje, czasem jej się zdarza, że ciśnienie normalne, a puls koło setki. Nie nadąża.

A propos królewskie, to rozczarowanie, bo myślałam, że kolejny sezon The Crown wjeżdża 4.11., a on dopiero 15.11. Smuteczek.

Iiidę, bo zmiana czasu i Idka pada, trzeba ją przepakować do wanny i łóżka. Tatuś orzekł, że dzisiaj dał dzieciom obiad (odgrzane wspomnienie wczorajszego dnia) oraz złożył z Idą Lego Friends no i generalnie cały dzień nic tylko dziećmi się zajmował (obiad… lego… obiad… lego… chrrr… F1…), więc to już naprawdę wystarczy i czy on może w spokoju obejrzeć mecz.

Milusiego tygodnia, moi kochani.

Zieeef

Rany. Żebym nie wiem, co robiła, zasypiam o pierwszej w nocy i koniec. I nie, nie odsypiam następnego dnia, chociaż miło by było, żeby mąż czasem odprowadził rano dziecko do przedszkola, no ale jak mam ryzykować, że pójdzie na wpół ubrane, to już lepiej sama wstanę.

Jesień przyszła, 10-12 stopni, chociaż dzisiaj akurat ma być 21, bo halny idzie. Muszę zabezpieczyć kwiatki na balkonie.

Jutro jedziemy na zakupy covidowe. Niby odgrażają się, że granic nie zamkną, ale lokalnie dopuszczają możliwość wprowadzania własnych pomysłów w życie. Po wiosennym zamknięciu i zaskoczeniu, wolę teraz się zabezpieczyć i zrobić zakupy na zapas.

Młody do szkoły autobusem w maseczce, na lekcjach w maseczce, na przerwach w maseczce. Ida na wolności, nauczycielka w przedszkolu w maseczce, „chyba, że śpiewa piosenkę, mamo, to wtedy bez maseczki”. W autobusach chyba od sierpnia lub początku września maseczki. Od przedwczoraj również w sklepach i wszelkich pomieszczeniach w kraju typu sklepy, muzea, biblioteki itp oraz na przystankach. Do tego, gdzie to tylko możliwe, silnie zalecany jest home office.

Mąż wpadł na genialny pomysł, że skoro jego matka tam sama siedzi, to on by wziął samochód i po nią pojechał, na święta. Dla niewtajemniczonych: teściowa od marca nie wpuszcza do domu swojego młodszego syna, spotykali się tylko na działce, na którą jechała pierwszym autobusem o piątej rano, żeby nie mijać się z ludźmi. Jeśli musiała samochodem, wtedy wszyscy w maseczkach. Ostatnio wymyśliła, że ona wróci do chodzenia po schodach, zamiast korzystać z windy, bo tylko trzy osoby w klatce (60 mieszkań) noszą maseczki i ona się boi, bo ma astmę i kilkanaście innych chorób. Ja nie żartuję, jej szafka na leki to taka wisząca osiemdziesiątka, zapełniona koszykami z lekami, posortowanymi per organ: „wątroba”, „serce” itp. Aha, a propos windy, teściowa mieszka na siódmym piętrze. Daj jej boże zdrowie.

Zatem – małżonek zrobi sobie test, wsiądzie w samochód i pojedzie po matkę na święta. Piotrek przytomnie zareagował: ale ja chodzę codziennie do szkoły, Ida chodzi do przedszkola, wszyscy możemy w każdej chwili coś przynieść. Nawet małżonek, w podróży, na stacji benzynowej, może coś złapać, i po co.

Tak, niekoniecznie chcę mieć teściową na święta i tak, skoro małżonek by jechał do Polski, to ja się z nim chętnie zabiorę. I nie, rodzino, nie rób sobie nadziei, to był tylko kolejny jego z serii genialnych pomysłów od czapy. Mówiąc delikatnie.

Z ciekawostek domowych, to ostatnio usłyszałam, że ja to go w ogóle nie wspierałam, jak miał problemy w pracy parę lat temu, czytaj depresję. W ogóle się nie interesowałam, jak się czuje i co u niego i jak mu mogę pomóc.
I wiecie, stanęły mi przed oczami te miesiące przegadane, trzymanie za rączkę, że tak, będzie dobrze, że tak, znajdzie nową pracę, no bo kurde kto jak nie informatyk, że tak, najwyżej pójdzie na zasiłek, to nie koniec świata (a zasiłek tutaj to 80% ostatniej pensji), że jesteśmy z nim, ma rodzinę, stoimy za nim murem, wierzymy w niego i razem damy radę. Całkiem jak te blondynki w windzie. Aż się cofnęłam do bloga sprzed tych 3-4 lat i poczytałam sobie, jak to pałował teściową (wiadomo, matka i żona obrywają z automatu), jak się Piotrek żalił, że on się nie będzie uczyć, bo ojciec i tak powie, że on jest głupek, jaki był miły i kochany. Wiem, wiem, choroba, nie jest sobą, potrzebuje leków, i tak dalej, i tak dalej.
Skoro zatem tego wszystkiego nie było, nie było wielogodzinnych rozmów, wspierania, pocieszania i szukania pomocy, to ja nie mam pomysłu, co mogę zrobić inaczej/lepiej w przypadku statystycznie prawdopodobnego kolejnego rzutu za jakiś czas.
Nie mam już na to siły.

Koniec ferii

Dzieci poszły dzisiaj do swoich placówek. Ida przechorowała do czwartku z wysoką gorączką, 40,2 pierwszy raz widziałam na termometrze. Lekarz stwierdził, że wirus. Po wizycie ją wysypało, też pierwszy raz w życiu, więc czym prędzej wysłałam sesję zdjęciową do konsultacji, bo a nuż to szkarlatyna albo inne cholera wie co. Ale nie, lekarz uspokoił i wyprorokował, że to jest przesilenie i za 2-3 dni będzie po wszystkim, i tak też się stało. Młoda blada i znowu schudła, ale nic to, odkarmimy.
Doktor: – A apetyt ma?
Mąż: – Ma, tak, zjada wszystko!
Ja, równocześnie: – Nie, ledwo co skubnie w ciągu dnia, ani apetytu, ani siły.
Doktor do mnie: – No tak, zazwyczaj to jednak mamy wiedzą lepiej, jak tam u dzieci z apetytem.
No pewnie, tatusiowie znad pracowej klawiatury mają nieco węższe pole widzenia. I mogliby się zamknąć na wizycie.

Zobaczymy, jak długo się to zdrowie młodej utrzyma, bo tatuś postanowił ją dzisiaj hartować. Otóż obiecał młodej ją zaprowadzić i odprowadzić z przedszkola, i tak też uczynił. Jako że rano pięć stopni, oprócz soft shellowej kurtki naszykowałam jeszcze bluzę, ale tatuś uznał, że naszykowałam tylko bluzę, zamiast kurtki, tak więc dziecko miało dzisiaj godzinę hartowania na pauzie, w deszczyku.
Nie zabiłam, sama nie wiem, jakim cudem.

Młody zdrowy, był po prostu przemęczony, odespał i odżył.

W międzyczasie mnie biodro zaczęło szwankować już na poważnie, więc poszłam pozawracać gitarę rodzinnej. Zapalenie torebki stawowej i leki. Oczywiście skoro tego samego dnia młoda dostała 40 stopni gorączki, to mnie momentalnie postawiło na nogi, prawda. Niemniej poprawa naprawdę przyszła szybko, lek zadziałał i tylko mam problem z koordynacją: osłonowy przed jedzeniem, właściwy w trakcie. No ni chusteczki nie łykam tego właściwego, za trudne, głowa wie, że już jeden łyknęła i wyłącza funkcję „weź pigułkę”. Na szczęście jeszcze tylko jutro i będzie można legalnie dać sobie spokój.

W weekend wróciła z Polski znajoma, samochodem, i przywiozła dla mnie ikeową torbę pełną moich internetowych zamówień: książki, gazety, płyty, ptasie mleczka, galaretki, zwykłe, rozpuszczalne, te niemieckie są jakieś chińskie, zawsze zbyt płynne, jakbym dawała 2 litry wody, nie zsiadają się ni cholery i szlag mnie trafia. Dojechały też jakieś witaminy i kosmetyki, o niebo tańsze w Polsce niż tutaj, oraz dwa pierścionki, które sobie sprezentowałam w aparcie. Jeden ulubiony codzienny zgubiła mi Ida rok temu, gdy Jurek był w szpitalu (żeby siedziała chwilę cicho i dała porozmawiać, dałam jej na chwilę przymierzyć, po czym niezwłocznie o pierścionku zapomniałam, brawo ja), drugi wpadł mi pod szafę, a nic nie wiem o kolejnej przeprowadzce, więc póki co leży tam dosłownie uziemiony. Tymczasem mam dwa nowe, srebrne, jeden na co dzień, drugi od święta. Zamierzam tę nową świecką tradycję kontynuować przy każdym transporcie z Polski.

Teraz czas odebrać młodą z przedszkola. Po południu poszła już w kurtce. Ze mną.

Chorobami jesień się zaczyna

Młoda uroczyście wczoraj wyprodukowała 39,2 gorączki. Dostaje co 4h paracetamol (teraz już ibuprom, bo ten pierwszy po dobie przestał działać), dużo pije, poleguje, przytula się, ewentualnie skacze po kanapie. Jeśli nic nie będzie lepiej, w czwartek idziemy pokazać się przystojnemu lekarzowi.

Piotrek postanowił nie być gorszy, nogi go bolą i tak nie bardzo się czuje, zamiast na trening, poszedł spać. Ostatnio ból nóg i osłabienie były jego jedynym objawem grypy, prawda.

Dzieci mają jeszcze niecały tydzień, żeby się poprawić, szczęście w chorobie, że jesteśmy w połowie ferii jesiennych.

Nawiasem mówią, Herbstferien były kiedyś nazywane Kartoffelferien, bo dzieci miały w szkole przerwę na wykopki, a nie tam, na wycieczki i narty.

Nie chcąc być gorsza od dziateczków, dorobiłam się zapalenia torebki stawowej biodra. Najpierw mnie bolało jak spałam na boku, potem na drugim boku, potem trochę przy chodzeniu, potem przy siedzeniu, a wczoraj bolało wchodzenie po schodach i to dopiero mnie zdopingowało, żeby myk myk zadzwonić do lekarza po wizytę.

Wizyty w przychodni odbywają się tak, że na ósmą rano przychodzą zdrowi i symulanci, a później zasmarkani i inni covidowcy. Ta druga grupa ma prawo wejścia po uprzednim zrobieniu testu (znajoma testowała tę ścieżkę, dostajesz telefonicznie skierowanie na wymaz, jedziesz do szpitala, pobierają, po dobie dostajesz na apkę wynik i dopiero wtedy, z ujemnym, meldujesz się do doktora. Nie wiem na szczęście, dokąd prowadzi ścieżka z dodatnim, ale pewnie też jakaś istnieje).

Zatem poszłam sobie do lekarza, zrobili mi rentgen i okazało się, że zapalenie stawu. Dostałam leki i mam w razie braku poprawy zameldować się ponownie, dorzucą fizjoterapię, na szczęście nie masaże, które są tak miłe jak nieskuteczne, tylko prądy, ultradźwięki i inne elektrowstrząsy. Zobaczymy.

Pogoda nie zachęca do spacerów, lodówka pełna, zakwas na chleb bulgocze jak szalony, możemy siedzieć w domu, tfu tfu.

I w sumie

życie jest całkiem znośne, gdyby nie to, że niezmiennie mi dziękują za przesłanie CV oraz gdyby nie covid. Teraz to czuję się autentycznie jak frajerka, trzeba było polecieć latem do Polski, a teraz co. Dupa blada i rzeczywiście najbliższy realny termin to Wielkanoc, oby 2021. Ale i tu nie robię sobie nadziei. Co do CV, to dwie zwrotki dziennie to jest norma, dzisiaj, na okoliczność piątku, dostałam trzy. No wiem, wiem, pcham się, gdzie nie powinnam.

Ale za to byłam dzisiaj u fryzjera. Nadja przeprowadza mnie najmniej boleśnie, jak się da, przez proces zapuszczania włosów (z przerwą na „a to zróbmy tu asymetrycznie” w czerwcu, prawda).
Już jest nieźle, a będzie jeszcze lepiej, tylko nie wiadomo, kiedy.

Wracając od fryzjera, mijałam przedszkole, a że było po 10, to patrzyłam na przyprzedszkolny plac zabaw, czy są dzieci i co robią. Dzieci były, wypatrzyłam Idę daleko w ogródku. Nachylała się nad krzaczkiem, obok niej pani coś dzieciom pokazywała. Drobiazg, że dzisiaj było 12 stopni, młoda była bez kurtki, jedynie w bluzce z długim rękawem, nieprzesadnie grubej, dodam, a na okoliczność covidu pauzy w przedszkolu trwają nie 20 minut, a godzinę, albowiem dzieci należy hartować. Przekotłowało mi się pod kopułą tysiąc myśli, że się przeziębi, że ale pani jest obok, że dlaczego pani nie zareagowała, że poprzednio, pierwszego dnia po lockdownie, na pierwszym godzinnym spacerku lało jak z cebra, „takie fajne grube krople, mamo!”, nawet raz nie kichnęła, to może i teraz nic jej nie było, w końcu wzięłam głęboki wdech i pomyślawszy, że jak znam swoją córkę, to nie było to po raz pierwszy, po czym udałam, że wcale mnie tam nie ma i poszłam do domu.

Osiem godzin później, tfu odpukać, żadnych objawów. Fakt, nie siedziała tam na de, nosiła ślimaczka na rękach, pilnowała, żeby jej nie wpełzł w rękaw oraz odstawiała go na listek krzaczka, nie biegała, nie spociła się, ale i chyba, mam nadzieję, nie zmarzła. No nic, teraz dwa tygodnie ferii jesiennych, a potem to już chyba nie uda jej się wyjść bez kurtki, mam nadzieję.
Aha, zapytałam ją, dlaczego wyszła bez kurtki.
– Bo mi było ciepło!
– Ale pani? Pani nic nie mówiła, żeby włożyć kurtkę? – dopytuję.
– Mówiła, ale powiedziałam, że jest mi ciepło.
Spoooko.

Póki co mamy piątek wieczór, za oknem listopadowe 11 stopni, deszcz i grad. Na kuchni pyrka rosół i drażni zapachem wszystkich sąsiadów z klatki, oni tu wszyscy na gotowcach z mikrofali jadą, nic dziwnego, że te kuchnie tutaj mają 2×2.

Ida dopytuje, co to jest ekosystem oraz jak to jest, że człowiek się wziął od małpy, bo ona akurat to była u mamy w brzuszku, ale odparłam z przekonaniem w głosie, że tatuś jej to najlepiej wytłumaczy.
A ja pryskam do wanny.

Weekend znienacka

był całkiem przyjemny. Ostatni letni, ciepły weekend, dlatego też żegnałam go pieczołowicie.

Jako, że od czasu historii z licznikami prądowymi dowiedziałam się, że oto mamy dwie taryfy, zwykłą i wieczorno-weekendową, staram się iść tym rytmem i zmywarkę i pranie, jeśli to możliwe, puszczam po 21, oraz bez ograniczeń szaleję w weekend. Wczoraj poszło chyba z pięć pralek, pościel, narzuty, koce. Pięknie schło na słońcu i lubię, jak mi potem pachnie wiatrem…!
Wybraliśmy się wczoraj do Markthalle na festiwal przyjemności, Genuss Festival. I o ile przyjemności dla dzieci okazały się być do kitu, bo warsztaty z robienia pizzy od 10 lat wzwyż, więc ryk i szloch, tak starzy już tej przyjemności trochę mieli, podczas degustacji produktów lokalnych browarów.
Dzień zakończyłam spacerem z Anią, którą wyciągnęłam na spacer po dzielni, bo mi było duszno. Wietrzyłyśmy się tak ponad półtorej godziny i jeszcze stałyśmy na rozstaju dróg dobry kwadrans, nie mogąc się rozstać.

Dzisiaj rano młodsze dziecko weszło 8:30 do sypialni, oznajmiając, że nie jest głodne i włączy sobie bajeczkę, a my możemy jeszcze pospać. Miód na moje uszy! Młody, znaczy starszy, znaczy pierworodny, miał podobnie, tyle że nas nie budził. Wchodził do kuchni, miał naszykowaną miseczkę, wlewał mleko i grzał w mikrofali, włączał bajkę i jadł śniadanie. A starzy spali nawet do 9!

Małżonek zaplanował na dzisiaj wycieczkę pieszą, 8 kilometrów, łatwa, nieduże przewyższenie, ale wiecie, mam ciągle uraz po Gemmipass, więc ja pass. Ale ostatecznie, ten ostatni ładny weekend, więc mówię, tu niedaleko jest sadzawka, której jeszcze nie widzieliście, to przejdźmy się tam, jest lasek, godzina spaceru i będziemy z powrotem.
Brzmi świetnie, tyle tylko, że w lesie, gdzie trzy ścieżki na krzyż, wzięliśmy tę, która prowadziła wyżej i wyżej, nagle las się skończył, a my ujrzeliśmy się na drodze do Oberwil. Z naszej wsi do Oberwil jest 6 kilometrów, chociaż to zależy, którędy się idzie, bo poprzednio szliśmy polami i wyszło chyba 9. Dzisiaj skromnie. Oraz, co nie bez znaczenia dla mojego humoru, już bez upału i spora część w cieniu, więc obyło się bez ofiar w ludziach.
Za to w Oberwil są najlepsze lody na świecie! Robi je oryginalna Włoszka, Gabriella. Kakao do czekoladowych dostarcza jej facet, którego poznaliśmy wczoraj w Markthalle, sprzedaje i sam robi różne bioeko czekolady, sam sprowadza kakao i tak dalej. No i robią wymianę, on daje Gabrielli kakao, ona mu za to lody czekoladowe. Lody pycha, z niechęcią przyznam, że może nawet i lepsze od moich, w każdym bądź razie ja figowych nie robię, a taaaakie dobre. Oraz sorbet cytrynowy, w zasadzie to nie może być jakieś bardzo skomplikowane, taki sorbet. Muszę poguglać i zrobić.

Zatem spacer, lody, po powrocie małżonek przy wydatnej pomocy Idy zrobił pizzę na obiadokolację, polaliśmy winem, bo skoro taki piękny weekend, to niech ma, i tak to się weekend zakończył.

Ida tylko niepocieszona, bo skończyłyśmy czytać Dzieci z Bullerbyn, a bardzo jej się podobało. Obiecałam, że nauczę ją czytać i będzie sobie czytać sama w kółko te same rozdziały, a póki co, dla osuszenia łez, zaczęłyśmy Pippi Pończoszankę.

Teraz natomiast odpaliłam kurwizję i zamierzam obejrzeć „Za jakie grzechy” z Renee Zelweger. Miałam kiedyś na płycie, ale chyba pożyczyłam i nie wróciło. Ale nie szkodzi, obejrzę w telewizji. Za Vinci tęskniłam i oglądałam zawsze w Polsce u mamy, w końcu kupiłam sobie płytę gdzieś na allegro, używaną… i leży chyba półtora roku. Muszę ją w końcu włączyć 😉

To co, miłego tygodnia państwu.

No to

na gorąco, bo potem mi umknie.

Powiem wam, można się zdziwić, gdy okazuje się, że ten tępawy asystent, który poprzedniego dnia naśmiewał się, że nie pamiętacie stanowiska pracy, na które aplikujecie, okazuje się być waszym potencjalnym dyrektorem.

Następnym zdziwieniem był fakt, że międzynarodowa, z założenia anglojęzyczna firma, a rozmawiają ze mną po niemiecku. Po półgodzinie męczarni, kiedy już uprzejmie zapytali, czy mam pytania, czym prędzej o ten niemiecki zahaczyłam. Albowiem ja aplikuję na stanowiska jedynie anglojęzyczne! Wiem, że z nativami nie mam szans i raczej ich niczym nie przebiję, a w angielskim czuję się o niebo pewniej. Otóż firma jako taka owszem, jest anglojęzyczna, ale w dziale rozmawiamy ze sobą po niemiecku. Tyle dobrego, że nie w dialekcie ;/

Rozbroił mnie pan już zupełnie, kiedy zadał to beznadziejne pytanie, gdzie się widzę za pięć lat. Nie udało mi się zapanować nad mimiką, ale przynajmniej nie przewróciłam oczami, tak mi się wydaje. Otóż pojechałam panu kryzysami życiowymi, emigracją, covidem i braniem planów w łeb i powiedziałam, że póki co, chciałabym się ustabilizować na rynku pracy, a radość czerpać z jakiegoś kreatywnego hobby typu robienie kolczyków albo inna głupotka. Na co pan stwierdził, że oni również szukają stabilnego pracownika, który im za dwa lata nie odejdzie, bo w nowego trzeba zainwestować dużo czasu i pieniędzy na wstępie. I o ile to ja rozumiem, to następnie padło „…przy czym na tym stanowisku nie ma możliwości awansu ani rozwoju, oczywiście można w naszej firmie poznawać dział dogłębnie, nowe technologie…” Yyy. No punkt panu za szczerość, nie?

Ale jak się tak dalej zastanowiłam, pomyślałam, że może to nie byłoby takie głupie. Umówmy się, oszałamiającej kariery to ja w Szwajcarii nie zrobię, a taka praca, stabilna, 8-17, bez pożarów i dram, byłaby całkiem całkiem…
…nudna…!
„To nie sztuka zrobić umowę w pół godziny i potem trzy razy poprawiać, lepiej robić ją dłużej, ale raz, ale porządnie. Praca jest systematyczna, rutynowa, baza danych, detale, dłubanina”. Z jednej strony coś jak puzzle, mogłabym ułożyć Czarną bezgwiezdną noc, 2000 elementów, bo to tylko kwestia czasu i metody. Ale tak codziennie? Wytrzymałabym?

Dział zakupów byłby o niebo lepszy, tam jest życie, tam się dzieje, pali i trzeba na wczoraj, czyli coś, co tygryski lubią. Ale „siedzę” w domu już sześć lat i ile można dłużej. Może nie rozkminiać, tylko jeśli dadzą, to brać?

No nie wiem, będę się zastanawiać, jak mi tę robotę zaproponują.
Póki co trwam w zadziwieniu.

Dzień

się zaczyna z grubej rury, jeśli o poranku opieprzasz na dzień dobry rekrutera. Złapał mnie na ulicy, miał szczęście swoją drogą, że odebrałam, bo mam silną awersję do odbierania obcych numerów telefonów. No ale jak się szuka pracy to się jakby nie ma wyjścia, prawda.

Zatem zadzwonił, upewnił się, że ja to ja i powiedział, że on dzwoni z firmy Roche i CZY PAMIĘTAM NA JAKIE STANOWISKO APLIKOWAŁAM. Oj, gościu, żartowniś z ciebie. Herr Biały dowiedział się, że niestety, nie pamiętam, że pewnie to było stanowisko w administracji lub obsłudze klienta, bo w takie celuję. A haha, a właśnie, że nie, no naprawdę nie pamiętam, na jakie stanowisko wysłałam CV? Bo wiecie, wysyłam jedno i czekam dwa miesiące, dla pewności. Wysunęły mi się zęby jadowe, ale wzięłam głęboki wdech i odparłam, że w ostatnim miesiącu wysłałam 40 cefałek, z czego 3 do firmy, którą reprezentuje, więc może w drodze absolutnego wyjątku wybaczy mi tę lukę w pamięci. Palant.

Na siłowni już się prawie porzygałam i popłakałam z rozpaczy. Jezu jakie to jest nuuudneee. Mam abonament do listopada i ani kropeczki dłużej. 40 minut maszyn to męczarnia, potem godzina crosstrainera już lepiej, bo włączam netfliksa i lecimy z jakimś serialem, no ale też, ja przepraszam, ale to dla mnie strata czasu jest. I nie, nie mam wyrzutu endorfin i nie wiadomo jakiego efektu wow też nie ma. Nie ma satysfakcji, że zrobiłam kolejny trening. Chociaż…

Kiedyś dawno temu mąż wrócił z siłowni i powiedział:
– ty wiesz, jest taki gościu, który nogami wypycha 100 kilo!
– wow, to szacun, ja ledwo 70 robię – odparłam.
– yyy, serio? ja 65…

No i dzisiaj jak wróciłam z siłowni, męczyło go najwidoczniej, bo:
– słuchaj, a jak wypychasz nogami, to jaką masz tę niższą wartość?
– 73 – odparłam, pokazując mu ustawienia apki z siłowni.
– Kurczę, to ja mam 68!
No to goń!, myślę sobie.

Poza tym co. Dzieci były zasmarkane, ale młody miał ważne sprawdziany, a jeśli nie napisze sprawdzianu w terminie, to na koniec semestru musi napisać sprawdzian z całego semestru, a jemu średnio się uśmiechało pisać kilka semestralnych sprawdzianów hurtem.
Młoda też obsmarkana i zakasłana, więc zostawiłam w domu na parę dni, w końcu zaprowadziłam do lekarza, bo nic lepiej, rycha i rycha aż tego słuchać nie można.
Pediatra ze szwajcarskim filozoficznym podejściem orzekł, że młoda jest po prostu przeziębiona. Teraz wszystkie kaszlą i kichają i chodzą do przedszkola (to samo mówiła przedszkolanka, przyprowadzić, jedna smarkata mniej czy więcej żadna różnica). Czy ma covid, tego nie wiadomo, ale od maja robili testy wszystkim dzieciom i wszystkie były ujemne, więc już teraz nie męczą. Uff, młodej się upiekło. Zatem jeśli nie ma gorączki, a przedszkolanki nie widzą problemu, to dawaj jutro do placówki. I tylko odnośnie zajęć sportowych powiedział, że lepiej nie. Nie ze względu na chorobę samą w sobie, tylko że jak młoda się zgrzeje i spoci, to zacznie kasłać, a wtedy matki innych dzieci słysząc taki kaszelek mnie zabiją, bo nie będę miała się jak wytłumaczyć, że lekarz pozwolił ;). Dałam jej więc w tym tygodniu jeszcze luz od sportów, ale przyszły tydzień ruszy już normalnym trybem.

Teraz przerwa obiadowa, a za godzinę spakujemy się do parku Schützenmatt na całe popołudnie. Na weekend grożą 32 stopniami i patelnią. Czekam na jesień.

O szyby

deszcz dzwoni deszcz dzwoni jesienny. I bardzo dobrze, potrzebowałam takiego weekendu w domu, bez wycieczek, placu zabaw i rowerków. Obiad ogarnęłam wcześniej, sprzątanie też, można się byczyć.

Chodzę na tę siłownię, efektu nie zanotowano. Schudłam ze swojego maksimum do wagi, którą trzymam zawsze, no i stoi od trzech tygodni. A zaraz jesień i organizm będzie wołał o dużo ciepłego, tłustego żarła, no bo wiadomo, zima idzie, to gdzie tam sałatę. Uhh.

Skończyłam Modern Family na Netfliksie i co ja teraz będę oglądać? Ma być lekkie i przyjemne, żeby osłodziło do wyrzygania nudę na siłowni.

Dostałam mejla od pilatesu, że teraz to już tak na serio będzie trzeba zakładać maseczki, a nie, jak do tej pory, że miałyśmy je pod ręką w razie kontroli.

F1 dzisiaj, bardzo miło.

Czas najwyższy ruszyć temat certyfikatu z angielskiego. Książka leży i nawet kurz z niej starłam, ale to chyba za mało.

Zrobiliśmy zakupy na wypadek powtórki z zamknięcia świata. Nie chcę już być zaskoczona i wydawać ostatnie pieniądze na jedzenie, jeśli to samo w Niemczech kosztuje co najmniej połowę tutejszej ceny.

Usłyszałam ostatnio, że skoro jestem w Szwajcarii, powinnam mówić w dialekcie, bo tu się trzeba dostosować. A wal się człowieku.

Z perełek ubiegłego tygodnia, to okazało się, że od początku mieszkania tutaj, czyli od czterech lat, mamy liczniki do prądu źle opisane, w związku z czym my płaciliśmy rachunki sąsiadów, a oni nasze. Teraz czekamy na prawidłowe wyliczenie i do końca roku będziemy się żywić makaronem z pesto, bo na nic innego nie będzie nas stać.

Praca się czasem odzywa, głównie automat, że dziękują. Czasem nawet nie automat, tylko już w treści ogłoszenia umieszczają zapis: „jeżeli nie dostaniesz od nas odpowiedzi w przeciągu dwóch tygodni, to znaczy, że nie bierzemy twojego cv pod uwagę”. Sprytne.

A propos tutejszych cen, znajoma stwierdziła, że będzie brać ze mnie przykład i też robić zakupy w GER, i nawet tax free będzie stemplować! Co ten kredyt hipoteczny robi z człowiekiem.

To miłej niedzieli państwu.

Jaki lipiec?

Tu już sierpień się kończy, proszę państwa. Pogoda jeszcze pokaże, co potrafi, ale noce już chłodniejsze, nawet 16 stopni i już, już zastanawiałam się, czy to jest czas na skarpetki i ciepłą piżamę.

Zaplanowane wycieczki wakacyjne zostały zrealizowane w 100%, mąż na jednej z nich ledwo uszedł z życiem, kiedy trasa „po płaskim i z górki” okazała się być wspinaczką na przełęcz, a tam, gdzie rzeczywiście było płasko, słońce paliło bezlitośnie i zero wiatru. Fryzjerka wczoraj krzyknęła: ależ ty masz łupież! – ale ja na to spokojnie, spokojnie, to nie łupież, łeb se spaliłam w górach i mi skóra schodzi. Nawet pod włosami. Tydzień bez czesania się, a potem już coraz lżej.

Zatem na tej przepięknej przełęczy małżonek został poproszony, żeby dobrze mi się przyjrzeć, albowiem w tych okolicznościach przyrody widzi mnie po raz ostatni. Nigdy kurwa więcej prostych górskich ścieżek. On ma inną skalę trudności niż ja, inną optykę, dla niego pół kilometra patelni pod górę to czysta przyjemność, dla mnie okazja, żeby kogoś zabić. W dodatku przy 30 stopniach (z obiecywanych 20, w końcu byłam na 2000 metrów!), do tego na tej wysokości moje serducho usiłuje nadrobić bardziej rozrzedzone powietrze i pompuje szybciej, męczę się szybciej, aiiiidźta tam z takimi przyjemnościami. Ida bardzo dzielnie maszerowała z nami (na jedną z górskich wycieczek pojechaliśmy ze znajomymi z dziewczynką w Idy wieku), cały czas tankowała wodę i czekoladowe dopalacze, ale też dopytywała, ileż to jeszcze przed nami tej uroczej, jej mać, trasy. Na końcu trasy był natomiast widok, który po sześciu godzinach męczarni miał nam odebrać dech z wrażenia. Matterhorn i te inne, widziane od południowej strony. Niestety, przy moim ogromnym zmęczeniu, nie było już takiego wow, ale to pewnie dlatego, że dech odebrało mi już wcześniej. Z wrażenia, oczywiście. Najlepiej zrobił młody, wybierając się z nami tylko na wycieczkę do Fryburga i z góry zaznaczając, że w góry się nie wybiera. Mądre dziecko przed szkodą.

Druga wycieczka (chronologicznie pierwsza) w góry była przyjemniejsza, wjechaliśmy kolejką na szczyt Niederhornu i tylko sobie schodziliśmy, 800 metrów w pionie. W łydkach miałam kamienie zamiast zakwasów. Ale za to było chłodniej niż później na Gemmipass, więcej cienia i jednak, mimo schodzenia po kamieniach, nieco przyjemniej. Później był asfalt, to już w ogóle wypas.

A całkiem najpierwsza wycieczka, do Fryburga, była najfajniejsza. Było 20 stopni, przelotnie padało, Fryburg nam się bardzo spodobał i wrócimy do niego kiedyś, jak pogoda będzie pewniejsza, bo staróweczka perełka. Widać, że miasto nie jest na głównym szlaku turystycznym, nie ma tego przepychu, co Berno, ale tym milej się zwiedza.

Ida w katedrze św. Mikołaja zaczęła drążyć temat, kto to jest i co on robi na krzyżu, Jurek jej coś poopowiadał, w domu przyniosła biblie dla dzieci, poczytał. A teraz przychodzi i prosi, żeby jej puścić na yt tą bajkę z Chrystusem.

O Lozannę zahaczyliśmy w drodze powrotnej, chociaż w zasadzie była ona głównym punktem wycieczki. Raz, że do five guys’ów, dwa, że jako że padało, znalazłam nam wszystkim atrakcję pod dachem pt. outlet odzieżowo-obuwniczy. Nie obkupiliśmy się prawie wcale, Ida dostała okulary przeciwsłoneczne, buty na jesień i tyle. Młody się napalił, a koniec końców nie kupił sobie nic, bo, jak to w outlecie, albo rozmiaru brak, albo co z tego, że przecena 70%, jeśli jest to na ten przykład płaszczyk burberry z ceną wyjściową 1499. Franków. Nie, żeby młody chciał akurat płaszczyk burberry nosić, ale ze sportowych rzeczy nic takiego wow nie było, a z markowych ą ę nie było rozmiaru albo ceny.

W lipcu wysłałam 50 CV, nie od wszystkich dostałam standardową formułkę jesteś świetna, ale inni byli świetniejsi, niektórzy w ogóle nie odpisują. Jedna firma odpisała, że co prawda nein, danke, ale zostawią sobie moje cv, bo im się spodobało i może na przyszłość im się przydam. I tak mi się to wydaje dziwne, bo wszyscy inni zasłaniają się danymi osobowymi i od razu delete. Jutro mam jedną rozmowę, z niezobowiązującego polecenia, zobaczymy. Nadziei nie robię sobie już od dawna.

Z dobrych gudnjusów, to znajoma dusza była w PL i przywiozła mi stertę gazet, i zamówienie z empiku, i ptasie mleczka. Tęsknię.

A teraz ruszamy cztery litery i idziemy do przedszkola odebrać panienkę, która co prawda bardzo chce już chodzić sama, bo Ida D. chodzi, Mattia chodzi, a ona musi z matką, jak jakiś przedszkolak. Ehh.

Niedzielnie

Ida pojechała z tatusiem na rowery. Jest niedziela, ruch bardzo mały, albo będą jechać oboje chodnikiem, albo obok siebie. Na dodatek nasza główna ulica jest remontowana, więc nie ma tramwajów ani innych pojazdów. Tym razem remont obejmuje odcinek dalszy od nas, ale akurat bliżej parku rowerowego, takiej szkółki dla dzieci ze skrzyżowaniami, przejściami dla pieszych i światłami. Fajny sposób na oswojenie z tematem i naukę, bo szóstoklasiści mają już obowiązkowo korzystać ze ścieżek rowerowych.

Lipiec nam mija wakacyjnie, letnie dni spędzamy z Idą na basenach, w deszczowe urządzamy wycieczki. Za nami muzeum historii naturalnej, mini zoo i baseny. W przyszłym tygodniu, o ile temperatura spadnie z zapowiadanych 31, wybierzemy się do ogrodu botanicznego i do zoo, tym razem dużego, regularnego. Powiem wam, że nieswojo się poczułam w muzeum, gdy uświadomiłam sobie, że te wszystkie zwierzęta, no, oprócz mamuta, to wypchane oryginały. Brrr.

Poza tym co. Uderzyłam się w głowę i wróciłam na siłownię, no bo skoro zrobiło się chłodniej, to w sumie mogę iść jeszcze pozużywać ten mój abonament. Nawiasem mówiąc, abonament przerwany przez koronę został wszystkim automatycznie wydłużony o osiem tygodni, więc moja sknerusowa część duszy pisnęła, że no może w sumie trochę szkoda. Na crosstrainerze od razu dopadł mnie instruktor kaowiec, że dawno mnie nie było, że a co się zmieniło, a może byśmy tak sprawdzili parametry, a może dieta… To ten sam, co zmotywował mojego męża do biegania 10 km co drugi dzień, picia proteinowych shake’ów i paru innych tortur, w wyniku których waży skubany mniej niż ja. Foch jeb o ścianę. No ale dobrze, chciał zobaczyć moją dietę, to mu wysłałam, gdyż jednym z batów, które stosuję na swoją tłustą dupę jest spisywanie wszystkiego, co jem, co piję, ile ważę, w którym dniu cyklu jestem, no Kasia lubi tabelki w Excelu, bo tylko to dyscyplinuje mnie jako tako. Zatem dostał tabelkę, do tego warunki brzegowe typu zero mięsa, zero mleka, zero shake’ów, i zobaczymy, co mi powie we wtorek.

Póki co czekam na koniec sierpnia, bo wtedy będę miała wreszcie abonament z nielimitowanymi rozmowami i internetem, więc będę mogła sobie na siłowni obejrzeć serial albo innego youtube’a. No i nie tylko na siłowni, bo kurczę przedwczoraj już dostałam sms’a, że zużyłam 90% z 2 GB pakietu.W połowie miesiąca! Powyłączałam dane w tle, dokupiłam pół giga i jakoś dociągniemy do końca miesiąca, chociaż z bólem. Oraz w domu, gdy jestem za daleko od routera i jeszcze za betonowym zakrętem (czyli w toalecie :D), skubany wywala mi wifi. Trzeba tam postawić kolejny repeater ;).

Sierpień mamy mniej więcej zaplanowany. Małżonek ma urlop, więc ma dwie tageskarty na swoje wycieczki. Jedną robimy rodzinnie, pod kątem Piotrka: żadnych gór, chcę do Five Guys’ów, bo tam dają dobre burgery. Knajpa jest albo w Genewie (wirus świeci na czerwono), albo w Lozannie (tam jest lepiej), zatem Lozanna. Byliśmy tam raz, jak Ida miała półtora roku, więc z przyjemnością sobie przypomnimy. Lozanna ma ewenement na skalę kraju, czyli kilka stacji metra, bo jest tam dość stromo od starówki do muzeum olimpijskiego. A muzeum nad samiuśkim jeziorem, co prawda plaży tam nie widziałam, tylko przystań, ale mimo wszystko widoczki piękne, lody pycha, można odpocząć i ponapawać się widokami.

Zatem pierwszy wyjazd to Lozanna, dwa kolejne już bez młodego; przy dobrej pogodzie – lekkie górskie trasy, przy gorszej – do miasta. Jurek ma ochotę na Konstancję nad jeziorem Bodeńskim. To drugi koniec kraju, czyli jakieś 2h pociągiem. No zobaczymy.

Tegoroczne lato jest chłodniejsze od poprzednich, co daje ogromną ulgę. Rok temu był upał już od maja, w tym roku póki co było może z 15 upalnych dni w sumie. I owszem, nadchodzący tydzień zapowiada się cieplutko, 26-31, no ale to lato, to niech już mu będzie. Na szczęście nocy po dwadzieścia parę stopni nie ma, a pamiętamy jeszcze ubiegłoroczny wyjazd do Genui, gdy nie dało się spać przy 26 o czwartej rano. Męczarnia.

Kupiłam ostatnio u Niemca kratę kefiru i nareszcie jestem szczęśliwa, piję ile wlezie. Cztery miesiące bez kefiru! Teraz zostały już ze cztery, więc kolejna wyprawa zaplanowana pod koniec tygodnia. Kefir, twaróg Ljeonka są zawsze na górze listy zakupowej, bo oczywiście Szwajcarzy nie znajo.

Oraz czy ja państwu pisałam, że mój syn zaczął kurs na prawo jazdy?? Mój malutki syneczek, który urodził się dopiero co w 2003? No. Miał w ten weekend dwudniowy kurs pierwszej pomocy. Bardzo mu się spodobało, więc jak będzie w przyszłym roku rozszerzenie, to też pójdzie, zawsze to lepiej więcej wiedzieć, „a w razie jakiejś sytuacji kryzysowej to będę u nich w bazie i mogą mnie wezwać jako ratownika”. Kurs pierwszej pomocy ważny jest sześć lat, ale jesienią młody zrobi teorię. Nie ma tu kursu teorii tylko książka albo appka i uczysz się sam. W każdej chwili można na szczęście umówić się na darmowe konsultacje to szkoły nauki jazdy i oni wyjaśniają wszystkie wątpliwości. Następnie zdaje się egzamin z teorii (ważny dwa lata) i idzie na jazdy. Ale będzie jazda…!

To co, ja idę oglądać F1, deszczyk pada, będzie się działo, a państwu życzę miłej niedzieli.

– Bo ci przywalę!

– woła Ida w sąsiednim pokoju.
Podrywam się, jednocześnie skanując, skąd ona zna takie słowa, w domu się tak mówi, bajki? Lego Friends? Tak, to na pewno są Lego Friends! Trzeba będzie ukrócić tego netflixa, zdecydowanie!
Wpadam do pokoju, młoda turla się po Piotrku, chce, żeby ją łaskotać, on nie chce.
– Ida, nie mówimy tak do nikogo, skąd ty to usłyszałaś?!
– Ode mnie – odpowiada mąż.
Kurtyna.

Piątek

Nuda i ziew.

Rano pojechałam do okulisty. Okulistę znalazłam polską, jak miło. Zawsze to inaczej, człowiek się może wreszcie wypowiedzieć, a że trafiłam na tak samo małomówną, to siedziałam w gabinecie półtorej godziny z przerwą na badanie nerwu oka.

Pani doktor zbadała mi oczy dokładnie, ja wywracałam nimi tylko wtedy, kiedy koniecznie chciała mi przytrzymać powieki, chyba nie zna siły odruchowego ich zamykania. Na szczęście dzięki opanowaniu i współpracy pacjentki udało się nawet zmierzyć ciśnienie, bez dmuchania w gałki, bo okazuje się, że gdybym miała wirusa, możnaby go takim podmuchem rozwiać po całym gabinecie. Tym lepiej dla mnie, przytknęła mi tylko w zamian taką skuwkę do oka, oddychać, oddychać, nie mrugać, nie uciekać. Coś jak gastroskopia, jak pacjent współpracuje, to po 20 sekundach jest po zawodach.

Oczy jak na siebie mam w świetnej kondycji, widzenie w lewym oku 50% (bardzo dużo jak na statystę, bo operuję głównie prawym, lewe słabizna), w prawym 120% (nie śmiać się, max jest 160%, dopytałam! :)). Dostałam dodatkową ćwiartkę na prawe oko, bo ostatnio już sobie produkowałam zmarszczki usiłując coś z daleka odczytać. Zostałam też wysłana do kolejnego aparatu po badanie nerwu wzrokowego, bo coś się pani doktor nie podobało w dnie prawego oka. A prawe silniejsze, to nim właściwie widzę, warto, by było w formie jak najdłużej.

Rany, jakie teraz są kosmiczne technologie! Pierwszy raz u okulisty byłam mając niecałe 2,5 roku, na początku lat ’80, więc mam porównanie. Najbardziej z tamtego okresu pamiętam okropną okulistę na Tochtermanna, która na mnie krzyczała! Była bardzo niemiła i bałam się jej i nie lubiłam tych wizyt. Musiała być naprawdę bez podejścia do nieletnich pacjentów, skoro takie małe dziecko ją sobie zapamiętało.

Wracając do technologii, to popatrzyłam w parę maszyn do oczu i potem wszystko, te nerwy wzrokowe też, oglądałam na monitorze. Czad! I plamkę żółtą widziałam, w normie jest. 5% ryzyka jaskry mam w prawym oku, do obserwacji – za rok trzeba powtórzyć badanie, będzie materiał porównawczy, będzie wiadomo, czy postępuje i jak szybko.

A dobieranie okularów! Jeszcze do tej pory w gabinetach są te takie ciężkie metalowe oprawki, w które okulista wkłada szkiełka i pyta: tak lepiej? czy tak lepiej? A człowiek nigdy nie wie, jak lepiej, bo po drodze zdążył już zapomnieć, czy w tych pierwszych szkłach było lepiej. A teraz podjeżdża maszyna, taki nietoperz, patrzy się przez okrągłe szybki, a okulista w komputerze zmienia wartości szkieł. Jest o niebo szybciej, no i wreszcie wiem, czy tak lepiej. Śmiejcie się, ale dla mnie to była zawsze ta stresująca część wizyty. A teraz bajka.

Jako że od czasu do czasu słyszę od rodzicielki, że zoperowałabyś sobie te oczy, to byś nie musiała nosić okularów, zapytałam, czy hipotetycznie w przypadku mojej wady wzroku jest szansa na polepszenie stanu lewego oka. W razie gdyby prawe oślepło od jaskry, tfu odpukać, to lewe słabiutkie jest, tak naprawdę potrzebuję go tylko do panoramy i zobaczenia czegoś kątem oka, cały ciężar pracy spada na prawe. I otóż okulista odpowiedziała, że nie ma takiej możliwości, bo w moim przypadku wada wynika z uwaga uwaga niedorozwoju mózgu :D, czyli w prawej półkuli fragment odpowiadający za widzenie nie wykształcił się jak należy i nic się z tym nie da zrobić. Niczego to nie zmieniło w moim podejściu do okularów, które są dla mnie jak ręka albo noga, są integralną częścią mnie, noszę je od niemal 40 lat, jak to nagle bez?? A poza tym dawać sobie babrać w oczach i fundować organizmowi narkozę? Dziękuję, postoję.

Oraz mój niedorozwój może być niestety dziedziczny, więc młody już za stary (tzn sam powie, że źle widzi), ale młodą należy zaprowadzić do optometrysty. Nie pytajcie, czym się różni optometrysta od okulisty, czytam te definicje w internecie i jak dla mnie to to samo, no ale najpierw kazała do optometrysty, a jak ten uzna, że trzeba do okulisty, to wtedy do okulisty. Spoko, dzieci mają złoty pakiet w ubezpieczalni, możemy i do optometrysty. Oraz ku pamięci przyszłych pokoleń, jak się jakieś następne urodzi w rodzinie, też w okolicach przedszkola trzeba sprawdzić.

Wróciłam od okulisty, wrzuciłyśmy z Idą coś na ruszt i poszłyśmy do fryzjera. Sąsiadka polecała, że ona tam swoje dziatki prowadzi, obcięte jak widać, dwie dychy od głowy. Zapisałam i moją.
Wiecie co, człowiekowi to się naprawdę już poprzewracało w głowie, bo jak zobaczyłam podkładkę dla pięciolatki pełną obciętych krótkich włosków poprzednich nieletnich klientów, to zdębiałam. Do tego płaszcz na ubranie czyli dosłownie płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem, z plastiku jak worek na śmieci. Czarny. Rany. No ale dobrze, już przynajmniej mam swoją opinię na temat tego ekhm salonu. Fryzjerka rozczesała włosy, obcięła na sucho, pięć minut i z głowy. Trzeba przyznać, jak wieczorem umyłam młodej włosy i rozczesałam, były prościutkie i rzeczywiście dobrze obcięte, więc szacun dla pani, bo Ida ma falowane włosy i już widzę, jaki będzie miała w dorosłości meksyk ze znalezieniem dobrej fryzjerki do kręconych.

Po fryzjerze weszłam do domu i zapłakałam. Zadzwoniłam do serwisu, do którego zaniosłam mopa, po tym, jak wtyczka zaczęła puszczać fajerwerki, a do święta państwowego jeszcze miesiąc. Wymienić wtyczkę, co to za filozofia, dwa dni i odbiorę. Zadzwoniłam więc, bo po tygodniu cisza i nie wiem, może im źle podyktowałam numer telefonu? Okazało się, że nie, wszystko jest dobrze, ale mopa dostanę nowego, od hoovera przyjedzie, więc to jeszcze potrwa i proszą o jeszcze trochę cierpliwości. Zatem zapłakałam, bo podłoga już się tak lepiła, że przyciąganie ziemskie było kompletnie niepotrzebne. Trudno, wyciągnę wiadro i umyję tak tradycyjnie i staroświecko, mopem z wiaderkiem. Wiaderko jest. Po kij od mopa idę do piwnicy; miał być uchwytem dla biegającego za rowerkiem tatusia, na szczęście dziecko ogarnęło rowerek bez kija, za to z koleżanką z osiedla. Szczotka od mopa, gdzie jest? Możliwe, że chyba mi wpadła za suszarkę, mamo… No dobra synu, wskakuj na drabinę i sprawdzaj, może gdzieś sięgniesz (albowiem suszarka to waschturm czyli wieża pralka + suszarka. Waży to 100 kilo i nie przesuniesz, a obok, na styk do ściany jest regał na te wszystkie domestosy, musiałabym go demontować, żeby podejść do waschturmu z boku, a nie od góry. Zresztą od góry to młody, długi jest, długie ma ręce, niech próbuje). Otóż młody nie sięgnął, wpadło za głęboko, on się spieszył na autobus do fryzjera, machnęłam ręką. Wyciągnęłam takiego płaskiego mopa, który służy mi właściwie tylko do zamiatania. Nie da się on wyżąć, trzeba zdejmować ten ręczniczek i go wyżymać, wyżęłam raz, na początku, a potem tylko moczyłam raz z jednej strony, raz z drugiej. Wody na podłodze tyle, że pół godziny schło. Nie to, co mop parowy, który zostawia cieniutki filtr i można nim bez obaw oblecieć wszystkie panele.

Zmachałam się i chętnie bym padła, ale zanim ja, to padła zmywarka, więc wyciągnęłam z niej wszystko i umyłam tak zwyczajnie, analogowo. Gdy już wszystko umyłam, ze zmywarką włącznie, no bo wstyd, przyjdzie mechanik, a tam keczup, sosy i inne wspomnienia naszego menu, zatem gdy już umyłam, postanowiłam zrobić dwa eksperymenty. Pierwszy polegał na tym, że wlałam do zmywarki wody. Patrzę – stoi. Znaczy, zatkaliśmy odpływ, panowie gardzą dokładnym sprzątaniem z talerzy, no i proszę, mają za swoje, ciekawe, ile wyniesie naprawa, tak się ładnie nakręcałam, jednocześnie wybierając kubeczkiem burą wodę z filtra. Drugi eksperyment polegał zaś na tym, że a szlag! zamknęłam zmywarkę. Gdyż albowiem tak w ogóle to mrugało jej światełko jednego programu i za nic nie chciało się wyłączyć, nawet korki mu nie dały rady. A mrugało, bo jak się już po umyciu wszystkiego w rękach okazało, zmywarka została otwarta przed zakończeniem pracy, już na suszeniu, i ona mrugała, bo koniecznie chciała pełen program dokończyć. Dwie minuty po zamknięciu jej oraz dwie minuty po umyciu przeze mnie wagona naczyń, zmywarka wciągnęła wodę, zrobiła piii piii piii i oznajmiła, że na dzisiaj skończyła już pracę. No dzięki.

Gdzieś w międzyczasie machnęłam jeszcze łazienkę i prasowanie, ale za to jutro mogę się pobyczyć, ile chcę. Czyli do jakiejś ósmej, kiedy to wstanie Ida, zaraz potem listonosz pewnie przyniesie karty do głosowania, więc trzeba będzie wypełnić i czym prędzej odesłać.

I tak to proszę państwa. Do południa miałam dzień kosmiczno-technologiczny, po południu analogowo-mechaniczny. Taka refleksja na piątek wieczór.

Na uszach moje najnowsze odkrycie, Daria Zawiałow. Malinowy chruśniak leci w kółko. Oraz dzisiejszy singiel Rojka też czad, słowa zupełnie inne niż w albumie, gościnnie Taco i tylko młodzież rozczarowana, że go nie ma w teledysku.

WSZYSTKICH NAS CZEKA TO SAMO – CHUJOWY HIP HOP. Uwielbiam :D.

Letnio niedzielnie

Rozgościły się u nas upały, ulewy i przelotne burze. Teraz jest jeszcze przyjemnie, siedzę z laptopem na balkonie, mam cień i przyjemny wiaterek. Po południu słońce zacznie do nas zaglądać i wtedy będzie ewakuacja, zasłanianie i zamykanie okien, leżenie plackiem i przeczekiwanie. Póki co doceniam.

Młoda się wczoraj wyszalała na urodzinach znajomego trzylatka. Do tego stopnia, że wpadła na jakiś ostry kamyk i rozcięła podeszwę stopy. Rana na centymetr, nie wiem, jak głęboka, ale krwi poszło niewiele, ale wiadomo, krew = histeria. W wannie specjalne patenty, żeby nie zamoczyć plasterka, w dzień ją noś. Mieliśmy iść dzisiaj na imieninowy obiad Piotrka do Zic Zaca, ale trzeba będzie przełożyć świętowanie, bo przecież nie dojdzie, a nikt osiemnastu kilo szczęścia nie będzie nieść tyle drogi. Biedna mała.

Nie miałam czasu w tym tygodniu pisać po pilatesie, bo zaraz jeszcze poszłam na zumbę. Gmina sponsoruje letni fitness w parku nieopodal, teraz był pierwszy po zluzowaniu obostrzeń, to poszłam. Ooo, jak mi się podobało. Po dziesięciu minutach błagałam o litość i wyrywałam sąsiadkom nadgarstki ze stawów, żeby sprawdzić, czy to aby już nie koniec. Oczywiście, jako że prowadząca miała pod sceną swój fanklub, a ja byłam na zumbie pierwszy raz, efekt był przekomiczny. Wszyscy w prawo, ja w lewo, wszyscy obrót, ja wpadam na panią obok, no wiecie. Coś jak na tym filmie. Nie wiem, jak innym, mnie się podobało i podobno niestety mam nawet zdjęcie w lokalnej gazecie. Jeszcze nie sprawdzałam i nie wiem, czy mam odwagę. Ale może z drugiej strony będę dzięki temu bardziej rozpoznawalna na dzielni :).

Dzieci zakończyły kolejny rok edukacji. Młody – tygodniowym zwolnieniem, bo przeziębiony, zasmarkany i bez siły. Lekarz mu z automatu pobrał wymaz na koronawirusa, biedne dziecko, widziałam, jak mu tylko oczy stają się coraz większe i większe. No, ale jak to mi gastrolog kiedyś powiedział, „śmiertelność przy tym badaniu jest zerowa”, więc młody przeżył, ma się dobrze, wirusa nie ma, więc uf.

Młoda zakończyła pierwszy rok obowiązkowego przedszkola, zadowolona, że nareszcie będzie się mogła wyspać!! I wstała w sobotę 7:14, dzisiaj 7:04. Kochane dziecko. Wczoraj wstałam razem z nią, bo i tak nie mogłam już zasnąć. To już ten wiek?? 😦 Posprzątałam łazienkę, zrobiłyśmy porządek w zabawkach i przegląd w ubrankach, ogarnęłam kuchnię, poszłyśmy do parku i oddać mopa do naprawy (zaczął puszczać iskry przy kontakcie. Dla pewności sprawdziłam w dwóch gniazdkach, brawo ja, no ale mam pewność, że to nie gniazdka wina, tylko wtyczki). Potem szybki obiad i na kinderbal. Po drodze zawrotka, bo młoda nie zmieniła sukienki, po której dość łatwo można było się domyślić, co jadła na obiad, 30 stopni upał, a my do domu, uhhh.

Na kinderbalu bardzo miło, znajomi wynajęli przedszkole wraz z podwórkiem, więc w środku był cień, zabawki i stoły dla dzieci i dla dorosłych, na zewnątrz był grill, basen ogrodowy i taki jeż wariat, który leje wodą dookoła. Świetna zabawa, dzieciaki miały frajdę, dorosłym też się przydało trochę schłodzić. Gdyby nie ta na sam koniec przecięta stopa Idy, dzień byłby naprawdę udany.

Głosy oddane i odesłane. Teraz trzymamy kciuki i czekamy na wyniki, za dwa tygodnie powtórka z rozrywki. Czy ja muszę się ponownie rejestrować na stronie konsulatu na drugą turę?
Lecę sprawdzić.

Widzę,

że najlepiej mi się pisze po pilatesie. Może dlatego, że jedynie ręce nadają się wtedy do użytku, a reszta kadłuba niekoniecznie. Wczoraj były ćwiczenia z obręczą, bardzo dziękuję. Podobno potrzeba ośmiu tygodni, żeby bez większego płaczu nazajutrz funkcjonować. Dzisiaj rano wstałam i tak sobie pomyślałam, że kurcze, miałam się umówić do lekarza na kontrolne badania, coś mnie jednak boli w prawym boku, zaraz zaraz pilates wczoraj, zakwasy, mięśnie… wszystko jasne. No to jednak poczekam, aż mi przejdzie.

Młody wrócił do szkoły offline, klasy mają po 15-20 osób, ale podzielili ich jeszcze na pół i tak chodzi co drugi dzień, czyli dzisiaj wstaje na luziku przed 10. I tak już średniej sobie nie zmieni, chodzi bardziej towarzysko niż z głodu wiedzy. Wrócił też na treningi kick-boxingu, we wtorek przyszedł obolały, wczoraj miał w szkole wf, dzisiaj idzie sobie poprawić.

Małżonek niezmiennie pracuje z domu i tutaj nic się nie zmienia, dobij mnie ktoś.

W ubiegły piątek odwiedził nas znajomy, ten, który ostatnio wiózł mamę do Polski. W drodze powrotnej zabrał wszystkie moje zamówienia ze sklepów internetowych, Ida dostała stosik książek, a ja jestem zaopatrzona w kremy i malowidła na jakieś pół roku. Mina męża, gdy zobaczył, ile tego jest, bezcenna. A nie było tak wiele – myślę, że nie więcej niż cztery niedrogie cygara.
Niestety nie dotarły do mnie gazety, o które prosiłam sąsiadkę z Warszawy (do niej szły wszystkie zamówienia). Znajomy zostawił w domu, a chwilowo nie ma jak jechać 100 km tylko po nie. Smuteczek, bo bardzo mi brakuje całej tej prasy kobiecej, od Świata Kobiety po Zwierciadło i Panią. I tak, są oczywiście dostępne w internecie, różnica w odbiorze jest taka, jak w obejrzeniu obrazu w sieci a wizytą w muzeum. No potrzeba mi i tyle.

A propos kolegi, mama spędziła w nim w podróży kilkanaście godzin i już wszystko wie. Że on ma dom, że w Z. wynajmuje duże mieszkanie, ile płaci alimentów, jakim samochodem jeździ oraz ile go kosztował, przed wyjazdem obejrzała jeszcze jego mieszkanie i, jak już wspomniałam, już wszystko wie. Że go stać, jak dzieci przyjadą, na wyjazdy i atrakcje. Na ten samochód wypasiony. Na gadżety komputerowo-rozrywkowe, kierownicę do xboxa, cuda wianki i fajerwerki. W domyśle – że mój mąż ani chybi oszukuje mnie na pieniądze, a już na pewno jest niezaradny i gdyby tylko się zakręcił, to ho, ho. Różnicę w wydatkach singla i czteroosobowej rodziny zbyła lekceważąco. Wytknęłam jej, że może po prostu chłopak miał dobry finansowo start z domu rodzinnego, nie każdy ma na plecach hipotekę na 40 lat, a wtedy możliwości są zupełnie inne i ta pensja bez odciętej raty kredytu też wygląda bardziej optymistycznie.
Eh.

Wiosna tego roku nietypowa również pogodowo. Maj był średnio ciepły i deszczowy, czerwiec póki co poniżej dwudziestu stopni i też mokro. Od jutra wraca lato, ale takie lato lato, a nie 48 stopni i oddychanie wodą. Nie mam nic przeciwko.

Uprzejmie donoszę,

że znów to zrobiłam. Poszłam na pilates. Po poprzednim jakoś już po trzech dniach byłam w stanie o własnych siłach i bez stękania wstać rano z łóżka. Instruktorka się cieszy, bo to znaczy, że pracowały mięśnie głębokie. Ja trochę mniej, mimo wszystko, bo jak zachciało mi się poleżeć na leżaku, to każda próba ruchu była okupiona bólem. No, ale się chciało, to się ma. W zaćmieniu poćwiczeniowym zgłosiłam się na całe lato, a co mi tam.

Pojechałam wczoraj na truskawki. Są takie pola, gdzie się chodzi samemu zrywać i dzięki temu płaci się sporo mniej niż w sklepie. Odstawiłam więc Idę do przedszkola, stamtąd na pocztę (kilometr), uciekł mi tramwaj, więc na piechotę, z poczty do autobusu, uciekł mi autobus, następny za pół godziny, bez sensu. Pójdę pieszo, pogoda piękna, co to dla mnie, cztery przystanki, pięć kilometrów, połowa pod górę, połowa po patelni. A grzało wczoraj 26 i ani jednej chmurki. Po drodze jeszcze pomyliłam drogę, bo rok temu pole było w innym miejscu, teraz nie mogłam go znaleźć i jakimiś skrótami dorobiłam sobie jeszcze ze dwa kilometry, gdy okazało się, że jednak pierwotnie dobrze szłam, ale co tam. Już mi powoli było wszystko jedno.

Poszłam, doszłam, co, ja nie dojdę? Zrywanie szło błyskawicznie, truskawki wygrzane słońcem, suche, czerwone, aż się prosiły. Zerwałam 6,5 kilo, zapłaciłam, wróciłam, uff. Poczekałam kwadrans na autobus jedynie dlatego, że truskawki wysypywały mi się w torbie (tu nie znajo łubianek, przychodzisz na pole z własnymi miskami i do nich zbierasz, są ważone przed i podpisywane, żeby nie płacić za wagę miski). Na drugi raz – na jedną miskę brać jedną torbę.

Gdy wróciłam do domu, na liczniku miałam 12 kilometrów. Ale za to ile wrażeń! Maki, pola maków! Nisko latające bociany! Opaliłam się nawet, niestety, jak to ja, na spieczonego raka, co już pojutrze zblednie i odejdzie w siną dal.

Co to jest 6,5 kilo na cztery osoby? Myślę sobie dzisiaj, po pilatesie prosto tam pojadę, blisko mam do autobusu, obczaję, o której odjeżdża, żeby się znowu nie spóźnić (spojler: ha ha oraz ha), będę po pilatesie rozgrzana, to mi się przyda takie kardio. Aha.

Na pilatesie dwie się spóźniły, potem gadałyśmy, się zaczęło z opóźnieniem. Skończyło też, z opóźnieniem, bo jak weszłam do przebieralni, okazało się, że mam 2 minuty i 300 metrów do przystanku, no ale najpierw się przebrać, żeby ludzi nie straszyć.

No przecież nie będę siedziała pół godziny na przystanku jak idiotka! Trasę już znałam, więc myk myk, dwie górki, patelnia i już jestem. Na horyzoncie chmurka i coś grzmi, ale bez przesady.

Podchodzę do szefa, żeby mi zważył miseczkę, a on, że on zamyka, bo przerwa na lunch, on normalnie do 11, dzisiaj wydłużył, ale już naprawdę musi iść, ale zaprasza po południu, 14-18, w ten największy skwar, dziękuję. Co było robić. Pożegnałam się, zrobiłam w tył zwrot i ruszyłam z powrotem, patelnia, dwa razy z górki. Na początku trasy w przeciwną stronę jechał mój autobus, musiał dojechać 2 przystanki do pętli, odpocząć, zawinąć z powrotem. Spotkaliśmy się na Dorfie, tam, gdzie miałam wysiadać.

Dziś mam na liczniku marne niecałe 9 kilometrów, ale kiedy Ida zaproponowała, żeby iść z nią na spacer na rower, gdzieś dalej, po osiedlu, rzekłam jej tylko jesteś szalona mówię ci i zaraz stwierdziła, że w sumie plac zabaw też jest spoko. No ja myślę.

Tymczasem złożyłam leżak, zsunęłam stół i krzesła do kwietnika, zabezpieczając kwiatki przed niekontrolowanym lotem, bo za nami już pierwsza wieczorna ulewa i ochłodzenie. Na razie przerwa od letnich temperatur, czeka nas 16 i deszczyk. Dobrze, niech pada, nie mam nic przeciwko, jeszcze zdążę poumierać na upał.

Nic nie cieszy

Zajęłam dzisiaj przy obiedzie najdalsze krzesło. Podświadomość zostawiła „moje” miejsce mamie, zawsze tam siadała do obiadu.

Głowo, daj żyć.

Tymczasem mama od poniedziałku wieczór już u siebie, zmęczona, ale szczęśliwa. Właśnie olała pierwsze zadanie z apki kwarantannowej, bo „zrobi to później”, a później to już nie było zadania w telefonie.

No i w ogóle to smutno się zrobiło na wieczór.

Kupiłam sobie piwonie na wczorajszy dzień matki, do buziaka i życzeń „no to jeszcze raz mamo, bo w końcu nie wiem, które obchodzisz, tutejsze czy te polskie”.

Balkonowi oprócz zajebistego kwietnika przybył towarzysz leżak i teraz są dyżury i zapisy na relaksowanie. Dwadzieścia parę stopni, dzisiaj przysnęłam i mi ładnie ramiona złapało.

Kwietnikowi muszę jeszcze zamontować w poprzek żyłki, żeby w razie wiatru kwiatki nie wypadły. Zwłaszcza pelargonia, ją chyba muszę przesadzić, bo jest w lekkiej donicy, ziemi też by się jej przydało dosypać. Na dodatek to ta wisząca, więc lata na boki. Niestabilna jak jej właścicielka.

Młoda wstaje sama do przedszkola, szybko się ogarnia i przed wyjściem złapie jeszcze trochę porannych bajek. Łatwiej jest jej wstawać na wiosnę.

Muszę do miasta jutro jechać. Piżamy na lato nie mam, może teraz znajdę coś ładniejszego od ścierki? Wszystko takiej beznadziejnej jakości. I do ikei jeszcze raz, w poniedziałek zapomnieliśmy paru drobiazgów, które jednakowoż by się przydały. Gdyby się tak dało, żeby Idę odebrali, to bym pojechała sama.

Najbliższy poniedziałek wolny, święto pod tytułem Poniedziałek Po Zielonych Świątkach. Rrrany.

Byłam dzisiaj na pilatesie. Potem zapomniałam, że na nim byłam i dziwiłam się, co też ja taka połamana chodzę. Ciekawostka.

Palec, który niechcący wybiłam sobie na początku marca, znowu mnie boli. Kolejny raz. Niestety serdeczny, więc nie ma sensu poprawiać sobie nim okularów.

Ostatnia prosta

Mama nie pojechała, koleżanki rodziny nie wpuścili do Szwajcarii. Wpuszczają jedynie dzieci do rodziców i odwrotnie, ewentualnie osoby mające tu adres i pozwolenie na pracę. Ludkowie nie sprawdzili, dojechali 1500 km, postali pod granicą i zawinęli się z powrotem. Wstawcie tutaj tysiąc ikonek facepalm, bo jak, jak przed tak długą podróżą można nie sprawdzić warunków wjazdu? Nie zadzwonić do urzędu, nie upewnić się? Liczyli, że się uda, no i się przeliczyli.

Tymczasem za kilka dni męża kolega z pracy jedzie do Polski samochodem i znów – plan, żeby zabrał ze sobą mamę. Kolega ma niczym nie zmącone przekonanie, że nie pójdzie na kwarantannę, bo nie może, bo nie ma czasu. Bo on tylko do urzędu, coś załatwić, i będzie wracał. Yhm. Niemniej, do Polski wjadą, obywateli do ojczyzny wpuszczają bez ograniczeń, jedynie z kwarantanną (ale to też losowo, czytałam, że wjeżdżało jednym samochodem dwóch znajomych, jeden dostał kwarantannę, drugi nie).

No dobrze, czyli za kilka dni jednak pożegnamy mamę i znowu zrobi się smutno. Ehh.

Poza tym, co. Otworzyła mi się kreatywna klapka w głowie i zrobiłam kwietnik według przepisu Darka Stolarza, tego od Szelągowskiej. Skrzynki na owoce zabezpieczone, pomalowane i skręcone na razem w jedną bryłę, zostały ozdobione losowo wybranymi kwiatkami. Jest kolorowo i nareszcie balkon wygląda jak miejsce, w którym chce się spędzać czas. Zwłaszcza, że u nas dzisiaj 29 stopni, lato na całego i taki wybieg w domu bardzo się przyda.

Małżonek się zawziął i schudł 15 kilo. Czy mu zazdroszczę? Ależ. Czy mam ochotę co drugi dzień biegać 10 km na zmianę z 2h na siłowni? Ależ. Czy też tak bym chciała jeść samo białko i pić koktajle proteinowe, siedzieć głodna i wkurzona? No, zgadnijcie.

Tymczasem idę dzisiaj na renowację dłoni i paznokci, czyli manicure. Moje ręce płaczą o pomoc.

Jest nadzieja

W poniedziałek Szwajcaria otwiera granice dla państw ze strefy Schengen i tym samym umożliwi podróżowanie pomiędzy krajami pod pretekstem łączenia rodzin. Koleżanki szwagier będzie jechał z Polski i za kilka dni wracał i zabierze mamę ze sobą.

Ja wiem, mama sama powtarza, że wolałaby samolotem, bo to szybciej i wygodniej, ale one wystartują najwcześniej w lipcu, nie wiadomo pod jakimi obostrzeniami oraz w jakich cenach, bo już teraz widzę na stronie easyjetu razy trzy. Oraz jak już pisałam, mama dostaje korby, mimo że już szydełkuje na całego, bardzo chce do siebie. I ja to pochwalam. 😀

Młoda w poniedziałek wraca do przedszkola. Dostaliśmy z gminy wytyczne i tak: oczywiście dorośli nie wchodzą do budynku – ale i tak nigdy nie wchodzą, dzieci się żegnają przed bramą i w środku same się ogarniają; żadnych uścisków, żadnej wymiany jedzenia, żadnych tortów urodzinowych, ale i żadnych maseczek (u nas nie ma obowiązku) i żadnego odstępu 2 m, jasno napisali, że to dzieci nie dotyczy, bo jest nierealne. Zresztą, powiedzcie mi, jak w polskich żłobkach zachować dwumetrowy odstęp od przewijanego lub karmionego dziecka?

Młody przeszczęśliwy, w ubiegły weekend wybrał się do kolegi na grilla. Było ich zgodnie z przepisami pięciu, w przydomowym ogródku. W lutym zaczął wychodzić, zaczęli spotykać się z kumplami, fajnie, pomyślał, ferie będą, to będę sobie wychodził, no i właśnie wtedy wirus uziemił go w domu na dwa i pół miesiąca. Teraz bardzo ostrożnie i powoli, ale jednak mu luzujemy ten szlaban, Ida i tak w poniedziałek pójdzie do dzieci i co ma przynieść, to przyniesie, tfu odpukać, a poza tym w ostatnim tygodniu w Szwajcarii przybywa po kilkadziesiąt nowych chorych dziennie (28-66). Tylko tak trudno dopuścić do głowy, po tylu tygodniach kiblowania, że już nieśmiało i powoli można. Dziś wieczorem idą z kumplem do McDrive’a, ale mam się nie śmiać, bo kolega podjedzie skuterem i to nie będzie tak, jak mi wyobraźnia podpowiada, że podejdą piechotą do okienka ;-)).

Ida jesienią zjechała mi ponad półtora kilograma, z 18 do 16 z hakiem. Pediatra uspokajał, że odzyska i faktycznie, kilogramy wróciły, tylko co z tego, jak podczas siedzenia w domu urosła ponad 2,5 cm i ciągle wygląda jak chudzielec :-).

Fryzjerów otworzyli, więc czym prędzej pobiegłam. Godzina w maseczce, no powiem wam, a idźta w cholerę, oddychać się nie da. Nie wyobrażam sobie, jak lekarze pracują w nich non stop, może nie potrzebuję aż tyle tlenu albo dawkują sobie te oddechy, nie wiem. Niemniej Nadja mnie ostrzygła, z prawej krótko, z lewej długo; to się nazywa niekonsekwentne zapuszczanie, mam jednocześnie krótkie i długie i już widzę, że krótkie mi się nie podobają i następnym razem będziemy z bólem serca równać i zapuszczać.

Poczta Polska, jako że chwilowo przestała zajmować się organizowaniem wyborów, wznowiła wysyłanie i odbieranie przesyłek zagranicznych. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie skończył mi się ostatni krem przywieziony z Polski. W lutym mama mi przywiozła jeden, no bo przecież będę w kwietniu na Wielkanoc, prawda, to mi wystarczy.

Coś internety przebąkują, że za tydzień Niemcy i Francja otworzą granice. Jak im wtedy handel ruszy…! Ostatnie miesiące to kupowanie spożywki tylko w Szwajcarii i mimo iż mogę śmiało przyznać sobie odznakę mistrzyni wyszukiwania promocji i najniższych cen, większość produktów jest co najmniej dwukrotnie droższa niż u niemieckiego sąsiada. A jeszcze VAT można z niemieckich zakupów odzyskać, jako wywożenie zakupów poza Unię Europejską, co daje dodatkowe 7%. Tak, tak, cztery osoby w domu – a teraz pięć – plus jedna pensja równa się szukanie różnych „cena czyni cuda”, zresztą nigdy nie byłam zwolenniczką przepłacania i wyrzucania pieniędzy.

I tak to się kręci, proszę państwa. Kto miał jakieś plany wakacyjne, to się już z nimi pożegnał. Młody chciał z kolegą do Chorwacji, do kolegi dziadka, co ma hotel, potem do Polski, no to już je sobie odżałował, będzie chodził lokalnie na kickboxing, spotykał się z tak samo uziemionymi kumplami w Macu i to by było na tyle. My z Idą też się nie pojawimy w wakacje w Polsce, szlag by trafił. I nie wiadomo, co z jesiennymi feriami, co ze świętami, nic nie wiadomo.

Takie czasy, że nic nie wiadomo. Muszę to przetrwać, przeczekać, przeczekać trzeba mi, jak śpiewała Kasia Nosowska. A jutro znowu pójdziemy nad rzekę.

Szydełko

Mamie się nudzi. Na spacer nie wyjdzie, bo nie ma ubrań ani butów. Zamówiłam, doszły, nie wyjdzie, bo nie lubi się ruszać z domu. Książek swoją normę w życiu już przeczytała, u mnie przeczytała te polecone i więcej nie ruszy, bo ją nudzą. Puzzle właśnie przyniosłam ostatnie jeszcze nie ułożone podczas tego pobytu z piwnicy. Drzemka trzy razy dziennie, facebook, pasjans. Nuda nuda nuda.

Dobra, to potrwa, myślę sobie. Zamówiłam nici. Szły ponad tydzień, szły, szły, ale doszły. Fajnie. Niestetyż, okazało się, że są zbyt cienkie do moich szydełek. Posiadam 0,75, a potem 2, 2,5 i 3, a nici do 1,25. Noszlag. Napisałam do znajomych tutaj, może która ma. Nie ma. Szlag.

To może w migrosie mają. Poszłam do dużego, część stanowisk jest zamknięta, ale pasmanteria powinna być otwarta.
Była. Nie mają szydełek.

To może mąż z synem, pojechali do fryzjera, może tam gdzieś przypadkiem.
Nope.

No to szlag, przez internet. Przekopałam pińcet stron, wywaliłam te, które sobie życzyły minimum zamówienia, bo ja chcę tylko jedno szydełko. Potem jeszcze wywaliłam te, które mają szydełka 2 mm i grubsze. 1,25 niczym bursztynowa komnata, wszyscy słyszeli, nikt nie widział.

W końcu jest, znalazłam. Zamówiłam, z priorytetową dostawą, ha ha ha. Człowiek lubi czasem dopłacić za dobre samopoczucie. 2-3 dni robocze.

Po dwóch dniach ciszy napisałam uprzejmie, wtf. Odesłali mi automatycznego mejla, że dziękują i że potwierdzą moje zamówienie nie później niż w 5 dni. Nie, że dostarczą, dopiero potwierdzą. No jaaaa waaaaam tu zaraz dam, nie później niż 5 dni! Napisałam im mejla na granicy uprzejmości, że jakie pięć dni, że co oni sobie wyobrażają, ja jutro miałam mieć szydełko już u siebie, a oni, że pięć dni. Wrrr.

Uhh, myślę sobie, znajdę innego dostawcę, a tutaj anuluję.

Dostawcę znalazłam, malutki sklepik prowadzony przez panią emerytkę, z błyskotkami do robienia biżuterii i innymi duperelkami pasmanteryjnymi. Przed złożeniem zamówienia, najpierw napisałam mejla do sklepu, czy by mi tego szydełka po prostu nie wsadzili w kopertę i nie wysłali jakoś szybko, bo jak mam czekać tydzień, plus długi weekend, to raz że mnie szlag trafi, dwa, że mama dostaje korby z nudów, a trzy, że za tydzień z hakiem to już sklepy otworzą i sama sobie kupię stacjonarnie. Chyba.

Przemiła pani Wilk mi odpisała, że nie ma problemu, że zaraz z rana wyśle i jeśli mam paypala, to żeby jej zapłacić piątaka, a jeśli nie, to przelewem. No to ja poproszę przelewem, bo nie mam paypala. Oraz dziękuję pani wylewnie, podaję adres do wysyłki i rzewnie opisuję, jaka to mama będzie szczęśliwa, podczas tego, jak sama miło określa, wygnania.

Po kliknięciu przycisku wyślij, skrzynka odbiorcza pokazuje mi odpowiedź od pierwszego sklepu, że bardzo przepraszają i że zapakowane szydełko zostało wysłane i oto jest numer listu przewozowego.

Jadą więc do mamy dwa szydełka. Muszę jeszcze tylko wysłać do tego pierwszego sklepu mejla z przeprosinami.

Trochę jakby słabo

mi dzisiaj. Ciśnienie mam w normie, 100/70, zawsze powtarzam, że gdybym miała takie ciśnienie, jak wymiary, i odwrotnie, to by był szał. Za to puls skoczył do setki i spowodował pikawicę, płytki oddech oraz brak stawów, głównie nóg. Znaczy, leciałam przez ręce. Na szczęście twarda sztuka jestem, więc do wieczora mi się polepszyło, sprzątnęłam kuchnię po obiedzie, nakarmiłam i wykąpałam dziecko i znów zaległam.

Pojechaliśmy dzisiaj w wielki świat, szkoda tylko, że sporą część tej wycieczki przespałam, bo nawet na ten świat nie popatrzyłam. Wybraliśmy się mianowicie do Berna, do konsulatu, zawnioskować o nowy paszport dla Idy. Mąż poprosił wczoraj, żeby na tę podróż kupić maseczki, bo samochód wynajmowany i nie wiadomo, kto nim wcześniej jechał, i tak dalej. Odparłam, że ja jako najsłabsze ogniwo i tak co drugi dzień jestem w spożywczym i jak mnie miało złapać, to by już złapało, no ale dobrze, on chce, to mu kupię. Nic nie wspomniał o kombinezonach i odkażaniu całego samochodu, wszak kierownica, fotele, klamki, gps, wirusy czają się wszędzie, a maseczki koniec końców i tak nie zabrał, bo nie dał rady jej sobie zawiązać z tyłu głowy. A może spróbował przez nią oddychać i mu nie wyszło…

W konsulacie zgodnie z przewidywaniami okazało się, że po pierwsze płacić można jedynie gotówką, a po drugie, że mąż nie wziął pieniędzy z bankomatu, bo nie. Nie, że zapomniał, czy coś. Tam, którędy jechał po samochód, nie było żadnego bankomatu po drodze. Bankomat mamy 200 metrów od domu, jechał rowerem, gdyby skręcił w lewo zamiast w prawo, wziąłby gotówkę i dalej pojechał na parking. Spytałam więc tylko, po jaką cholerę przyjechaliśmy bez gotówki, najbliższy bankomat 4 km od konsulatu, o czym poinformowała pani urzędniczka, i jeżeli nie mamy pieniędzy to ona musi wniosek anulować, termin nam przepada i przyjedziecie państwo jeszcze raz, kiedy indziej, w maju są następne terminy. Betty słusznie mawia, że czasem zabić to za mało.
Stety niestety miałam w portfelu zaskórniaki odłożone ze sprzedaży puzzli, plus jakieś monety i uzbierałam jak ostatni rumun żądaną kwotę.
A mąż poczuł się urażony, poszkodowany i zniesławiony.

Niemniej wniosek złożony, za dodatkową opłatą paszport przyjdzie pocztą, co jest wygodne i bardzo mi się podoba, że nie trzeba osobiście dygać, zwłaszcza, jeśli się mieszka 100 km od konsulatu. Sukces.

Miłe dzisiaj było to, że dotarła przesyłka z Dosenbacha i oto trzy Kopciuszki mają sandałki na lato. Mama może już chodzić na dwór, nie straszne jej upały i nie musi już wychodzić przed blok ani w trepkach, ani w ciepłych botkach.

A teraz się oddalę w celu wyspania, bo jednak od pobudek o 6:45 to ja się odzwyczaiłam. No i serducho, patrzcie, jednak je mam! No, no.

Och,

jak bardzo chujnia z grzybnią.

Święta minęły w nastroju grobowym, małżonek w łaskawości swojej siadł do śniadania wielkanocnego, zaszczycił nas nawet wypiciem jednego kieliszka wódki, żeby nie było, że taki nietowarzyski, po czym poszedł do sypialni spać, albowiem taki miał plan na te święta i dwa dni urlopu przed, spać i poczytać. No to spał. Jako, że się odchudza, a poza tym – albo przede wszystkim – nie tknę jadła w domu wroga, ciasta pozamrażałam, bo nie tknął nawet kawałka. Jeśli przyjdzie nam kiedyś jeszcze spędzać jakieś święta razem, ugotuję i upiekę jedzenia na jedną osobę. Piotrek, nie wiem, obraza majestatu, gest solidarności z tatusiem czy inne chujwico, na śniadanie wielkanocne zjadł kilka korniszonów i plasterek kiełbasy. Pograł z Idą w blokusa i poszedł do siebie.

Nie potrafiłam zbudować trwałej, kochającej się i szanującej rodziny. Nie bierzcie się za coś, czego nie umiecie robić. Uczcie się na moim przykładzie.

Teraz sałatki dojedzone, lodówka sprzątnięta. Wraca zwyczajne życie, już nie okraszone przygotowaniami i radosnym czekaniem dziecka na pisanki, na koszyczek i na porcję czekoladowej dziczyzny na deser. Życie, w którym wciąż nie nadaję się do żadnej pracy, chociaż moje CV to tak im tu imponuje, że ho ho! Z czterema językami jeszcze nie nadaję się na tłumacza dla azylantów, z 13 latami doświadczenia w handlu i biurze jeszcze wiem za mało, żeby zostać asystentką administracyjną, albo nie dajbuk asystentką kupca, bo to to robiłam hen daleko w odległej galaktyce, a nie w tym kraju serem i czekoladą płynącym, więc umówmy się, że nie umiem.

Jestem w kraju, który, choć bardzo wygodny do życia, nie chce mnie tutaj, mieszkam z kimś, z kim gdybym mogła, rozstałabym się w jednej chwili, ku uldze wszystkich zainteresowanych. Na dodatek jebnął kryzys i o powrocie do Polski i pracy mogę sobie pomarzyć.

Nie mam już żadnych marzeń.

Idą

święta. Jako, że się wczoraj zarobiłam jak łysa kobyła, dzisiaj do zrobienia zostało zgarnąć wszechobecne zabawki do jednego kąta, przygotować święconkę i nakryć do stołu. No dobra, jedną sałatkę jeszcze dorobić, ale to pod wieczór. Nabrałam ochoty na tę z selerem konserwowym, i sama nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, że w tym kraju dostanę selera w słoiku, doprawdy nie wiem. W Niemczech i owszem, ale granice zamknięte, więc dupa.

Mama przeszła etap histerii pt. nie będę we własnym domu na święta! Mało brakło, a rzucałaby się na ziemię niczym dwulatek w sklepie, któremu nie chcą kupić lizaka. Przetrawiła w momencie, gdy usłyszała, że w Polsce spędzałaby te święta sama, i dopiero wtedy trochę się uspokoiła. Obecnie mówi o świętach na wygnaniu, bardzo mi miło, doprawdy.

Na dworze 25 stopni, lato się rozszalało. Wyprowadzam młodą przed blok, na trawnik, ale to tyle ekscesów. Zakupy mam, jarzynowa jest, śledzie są, ciasta są, czyli święta gotowe ;).

No to co, Wesołych Wam i zdrowych.

…kaczka… …kura…

…droga na Ostrołękę…

Co za nuda.

Siedzimy w domu, wszyscy na kupie. Małżonek pracuje. Młody się uczy. Głównie robi ćwiczenia zadane przez nauczycieli, a potem grają z kumplami w Minecrafta. A pardą, wczoraj pisał wypracowanie na niemiecki, pierwszy raz w życiu. Z młodą przerobiłyśmy większość kart pracy przysłanych z przedszkola (albowiem przedszkole obowiązkowe jest i nie można dopuścić do zaległości w szlaczkach, prawda). Na YouTube znalazłam gimnastykę dla niej i codziennie podskakuje, wymachuje i co tam jeszcze. Ja gotuję, piekę, piorę. Mama prasuje. Wychodzimy do spożywczego, ale babcia z wnuczką stoją przed sklepem, jedynie ja wchodzę do środka. Chociaż właśnie przeczytałam, że 65+ mają siedzieć na dupie. Jasne, jasne. Dzisiaj przy pięknej pogodzie zostałyśmy chwilę przed blokiem – młoda wspinała się po drzewie i grała ze mną w berka, mama siedziała na ławce i syntetyzowała witaminę D. Słoneczne popołudnia spędzamy na balkonie, nawet ciepło ubrane i z herbatą. Tydzień temu było tak ciepło, że mama siedziała w bluzce na ramiączkach, mama, której zawsze i wszędzie zimno!

Tydzień temu siadłam sobie na balkonie, przejechałam ręką po blacie stołu. Zaczęłam go szlifować z obłażącego lakieru chyba dwa lata temu… Wyciągnęłam papier ścierny, grunt i lakier. Po czym… zawołałam pierworodnego do pomocy, a sama poszłam z Idą przed blok grać w lotki (gra pt. „kto trafi na nasz balkon” oraz „kto odbije więcej niż dwa razy”). Młody zeszlifował stół, razem zrobiliśmy krzesła. Wtedy też przebudził się mąż, że przystawka do wiertarki, że moment… Tak, po całej robocie. Poza tym pamiętam, jak w Warszawie jeszcze szlifowaliśmy stołki kuchenne. Drzwi na balkon nie mogły być domknięte, bo szedł kabel, w związku z czym pył miałam nawet w drugim końcu mieszkania i porządki na święta zrobione już w sierpniu. Zagruntowałam, polakierowałam i są nówka sztuka. Na drugi raz: wybierać półmat lub błyszczący, bo matowy lakier wygląda, jak by go w ogóle nie było. Na szczęście meble (najprostszy zestaw z ikei, stół i cztery krzesła, często wprowadzane w Kuchennych Rewolucjach Gesslerowej) odżyły i są zabezpieczone na następne parę zim kiblowania na balkonie.

Z tej nudy bezbrzeżnej zaczęłam intensywnie wysyłać cefałki i z jednej cefałki to trzymajta kciuki, bo kto wie, może i coś wyjdzie.

Posiałyśmy przeróżne nasionka kwiatków na balkonie i już nam kiełkują. Oraz bób mi mama posadziła. Będę plantatorką.

Zdrowi jesteśmy, tfu odpukać. Wirus szaleje i nie odpuszcza, w ciągu doby 1200 nowych zachorowań w Szwajcarii, ale po pierwsze, między Lombardią a Francją i Niemcami, to dziwne, żeby nie, a po drugie, Szwajcarzy robią testy i mimo wszystko jestem spokojniejsza z 1200 chorych tutaj niż 1300 w Polsce.

Poza tym właśnie dostałam informację z gminy, że do wystawienia ocen końcowych na świadectwach będą brane pod uwagę oceny wystawione w szkole do 16. marca, czyli do początku siedzenia na dupie. W trakcie e-nauki będą wystawiane oceny, ale nie będą miały wpływu na oceny końcowe. Jeśli rok szkolny wróci do szkoły najpóźniej do połowy maja, oceny od tej daty wystawiane również będą miały wpływ na ocenę końcową.

Mama już od niedzieli miała być z powrotem w Polsce, ale najpierw pytała mnie, co ma zrobić („od tego mam dzieci, żeby mi doradziły” – acha, jasne, ja powiem jedź, a ty złapiesz wirusa w samolocie), a potem po prostu zamknęli przestrzeń powietrzną i tyle. W ten sposób marzenie, żeby razem z babcią święcić koszyczek, spełni się już za dwa tygodnie, chociaż święcenie będzie symboliczne, bo do kościoła się oczywiście nie wybieramy.

Rząd podstawił do Zurychu dwa samoloty, ale mama się również nie zdecydowała, bo lepiej siedzieć tutaj, dłużej, ale w zdrowiu, niż złapać jakieś świństwo w podróży. Z Erasmusa wróciła natomiast siostrzenica, już drugi tydzień odbywa kwarantannę właśnie u babci w domu (samolot – podstawiony samochód z kluczykami – pełna lodówka + catering domowy pod drzwiami). Codziennie macha ułanom, którzy pod okienkiem sprawdzają, czy nie zwiała. Ale nie, siedzi, uczy się. I nie wiem, jak ona, ale matka w kalendarzu odkreśla dni do legalnego uściskania córki ;).

I tak to się kręci. Bardzo liczę, że teraz przechodzi pik zachorowań i że koło świąt powoli sytuacja zacznie się stabilizować. Specjaliści zapowiadają drugą, jesienną falę tego szaleństwa. Zaraz jak tylko sytuacja znormalnieje i otworzą granice, zrobię zapasy na przetrwanie miesiąca – dwóch i będę je regularnie odnawiać. Przede wszystkim mięso, dużo mięsa przerobionego i zamrożonego, gotowego do spożycia. Po drugie puszki, makarony, mleko, jajka. Przy takiej temperaturze, jak teraz (+10 w dzień, -5 do zera w nocy) spokojnie w piwnicy wszystko stoi. Teraz dałam się zaskoczyć i niestety polegam na szwajcarskim mięsie, nie żeby ono niedobre było, przeciwnie, jest wyborne, mielone po 18 franków za kilogram, a kurze piersi po 30, po tej cenie to musi być dobre. Z osobistych sukcesów, to mamie posmakował pasztet z soczewicy (albo może skurcz ją w nodze łapie i dlatego), z porażek: nie dawaj mi tej jaglanki, KANAPKI LEPIEJ ZJEM. Bo jaglanka gryzie, wzdech. Ale za to idą inne kasze i sosy, w tym wyborny grzybowy, z grzybów, które przywiozła Betty i się zastanawiałam, kiedy ja to zjem, a wcześniej jeszcze dostałam grzyby od brata, i też, kiedy ja to zjem. Otóż – podczas kwarantanny, do kasz wszelakich :). Zaprowadziłam co drugi dzień, albo rzadziej, mięsny, ale za to rodzina zjada krupniczek albo pomidorową na zmianę, do wyboru, do tego pierogi z sosem, albo kopytka, albo inne cuś. Ostatnio gotowałam i zawsze coś mi zostawało, i w ten sposób miałam w lodówce trochę makaronu kolanka, trochę rurek skośnych, trochę ryżu, trochę ziemniaków i trochę kaszy perłowej. Zanim oszalałam z tego dobrobytu, zrobiłam kopytka, sałatkę z makaronem, ryż z jajkiem sadzonym zje młody na kolację i już trochę ubyło tych resztek. Dzisiaj była carbonara z tuńczykiem, na jutro też jeszcze zostanie, a w niedzielę – święto! – spaghetti :D.

I tak to moja codzienność kręci się wokół kuchni ;-).

Trzymajcie się zdrowo.

Poniedziałek

Wzięliśmy samochód i pojechaliśmy do Lidla na zakupy. W południe, bo tak małżonkowi pasowało ze spotkaniami w pracy. Otóż w południe w Lidlu były puszki z tuńczykiem, wina i niewiele więcej. Niemniej zrobiłam zapasy tegoż tuńczyka, pomidorów w puszce, masła, śmietany, parówek, takich tam. Resztę dokupiliśmy już po naszej stronie. Niedużo mam co prawda mięsa, ale najwyżej rodzina przejdzie na dietę wegetariańską, z drugiej strony rząd prosi, żeby nie robić dużych zakupów, a w zamian obiecuje płynność dostaw i otwarte spożywcze i apteki. Resztę, jak i granice, od jutra zamykają. Siłownia przysłała mejla, że do 30.04., przy czym o te półtora miesiąca wydłużają wszystkim abonamenty. Miło. Ale co ja zrobię z fryzjerem?? 😀

Młody zaczął lekcje online przez microsoft teams. Śmiał się, że wystarczy, że jeden uczeń wyciszy nauczyciela, a ten nie słyszy żadnego ucznia i hulaj dusza, śmiechy i głupawka. Kazałam się zachowywać i świecić przykładem, jak się jest Klassenchef, to należy trzymać poziom.

W zamrażalniku mam biały ser, to będzie na Wielkanoc, jajka mam nadzieję będą na bieżąco, jakiś alkohol odstawię na bok, żeby nam na święta i do końca tej kwarantanny wystarczyło. Alleluja i do przodu.