Randka

Otóż, trzymajcie się krzeseł, wybrałam się z mężem na randkę. Ciemną nocą, mercedesem, wzdłuż Renu… i kawałek w bok, żeby odebrać biurko od klienta, który się wyprowadzał i zostawił część mebli. Zgarnęliśmy więc z car sharingu dostawczaka i pojechaliśmy. Biurko takie typowo korporacyjne, wielkie, szare, mam ochotę wstawić je do dużego pokoju i oznajmić wszystkim, że oto długo wyczekiwany stół wreszcie dotarł. (a stół nie wiadomo, kiedy dotrze, bo miejsce produkcji i pobrania drewna to Ukraina, prawda. Najnowszy termin mam na 16. marca, jeśli znowu przedłużą, to anuluję zamówienie).

Wróciliśmy zrąbani, to cholerstwo jednak swoje waży, i ładując biurko do samochodu miałam przed oczami jedynie dwie zimne puszki piwa, niczym dolary u Sknerusa Makkwacza. Piwko bardzo nam się przydało na wieczór :-).

Mieliśmy znowu Zoję pod opieką, bo znajomi polecieli na Teneryfę. Zoja kochana, poczciwa, została moja psychofanką, a ja dostałam indiańskie imię Ta, Która Daje Makrelę. Do nadgarstka mi rękę wylizywała z makrelowego tłuszczu! Dzisiaj już właścicielka wpadła po psiaka („ta mała menda polizała mnie po buzi, mamo”, rzekł pięciolatek. Że też wciąż mnie takie rzeczy dziwią), a my się znowu będziemy łapać na tym, że trzeba z psem wyjść na dwór.

Sobota to w ogóle dzień cudów, albowiem, jak do tego doszło, nie wiem, ale pojechałam do miasta po kurtkę na wiosnę – i kupiłam kurtkę na wiosnę. Magia jakaś. oraz sweterek, oraz legginsy i oraz sukienkę, takąo, z wyprzedaży, będzie na wielkanoc albo na wiosnę. A parę dni temu kupiłam sobie dwie oversizowe koszule w HM, to już w ogóle cud jakiś, bo ja w HM dla siebie to nawet skarpetek nie wybiorę. A tu proszę, jaka niespodzianka. I to jeszcze kolorowe! Jedna niebieska, druga różowa. Chyba noszenie się od góry do dołu na granatowo wychodzi mi bokiem i zanim ten kolor znienawidzę, może jednak założę dla odmiany coś żywszego.

Poza tym wiosna za progiem. W tym tygodniu ma być 15-19 stopni i noce też na plusie, i naprawdę czas już był najwyższy na wiosenną kurtkę (bo ta z ubiegłego roku się jakoś zbiegła w praniu czy coś). Muszę się wybrać do jumbo po zestaw kwiatków na balkon. Oraz fajnie by było, gdyby stół jednak magicznym sposobem się dla nas znalazł, bo używamy balkonowego i łyso, jak tam same krzesła stoją, tutaj ten stół mały, na metrze dwudziestu to ledwo ja z laptopem się rozkładam, a gdzie jeszcze jakiś obiad.

Jutro niedziela, jutro planuję odpoczywać.

Młody

Kontynuując rodzinną tradycję, pierwsze podejście do egzaminu na prawo jazdy uwalił. Pojechał ulicą, której nie znał, pod wieżami Roche’a, tam są takie dziwne te uliczki, trochę slalomem, trochę trzeba uważać, żeby nie zjechać w szlaban albo w zjazd do podziemi, obstawiam, że gdzieś próbował się przedostać pod prąd. Egzamin w ogóle zaczyna się od losowych pięciu pytań teoretycznych (egzamin z teorii miał jesienią, zdał, teraz też bez problemu), potem trzeba pod maską pokazać, co gdzie jest, no a potem się jedzie. Nie ma placu, na trasie trzeba zaparkować. Pierwsze parkowanie poprawiał dwa razy, drugie poszło dobrze, ale się już zestresował, zaraz potem wjechał na obcy teren, zgłupiał i poszło. W sumie prawo jazdy na tym polega, żeby znać przepisy, znaki i poradzić sobie też na obcym terenie, no ale wiadomo, jazda to praktyka, a nie kurs, do tego potrzeba wielu kilometrów, a nie niespełna 30 godzin.

Jeszcze jedna rzecz, tu nie ma kursu jako takiego. Zaczyna się od kursu pierwszej pomocy. Trwa trzy wieczory. Po zaliczeniu, ściągasz z internetu pytania, całkiem jak w Polsce, i się ich uczysz. Jeżeli czegoś nie wiesz, możesz się zgłosić do dowolnej szkoły nauki jazdy po darmowe wyjaśnienia. Dla mnie to niepojęte, nie ma żadnego tłumaczenia przepisów, dlaczego pojazd A musi w tej sytuacji ustąpić pierwszeństwa pojazdowi B i tak dalej. To wszystko ogarnia się samemu. Teorię zdaje się tak samo, jak u nas, i zaczyna się jazdy. Nie ma limitu godzin, po prostu wykupujesz i jeździsz, aż instruktor stwierdzi, że umiesz już wszystko i wtedy zapisujesz się na egzamin.

Teraz młody pojeździ znowu pewnie parę godzin i znów podejdzie. Trzymamy kciuki za podtrzymanie rodzinnej tradycji, czyli zdanie za drugim razem 🙂

Ja ze swoim egzaminem miałam taką historię, że uwaliłam oczywiście na czymś, co umiałam najlepiej, czyli parkowanie prostopadłe tyłem. Boże, jak ja to uwielbiałam! Zresztą, nawet mąż niechętnie półgębkiem przyznawał, że ty zaparkuj, bo ty to umiesz. Gdy nie zdałam, teść od niechcenia spytał, ile by kosztował taki nowy dysk do komputera. Dysk wtedy kosztował z pięć stów, czyli połowę pensji, którą za niedługo zaczęłam zarabiać. Chodziło teściowi o to, że mógłby mi załatwić egzamin w zamian za łapówkę w postaci dysku. Ja się nie odezwałam, nie spodziewałam się w ogóle takiej rozmowy, byłam młoda i kompletnie niewyszczekana, a już na pewno nie do teścia, który w owym czasie potrafił się do mnie zwracać w trzeciej osobie (zje zupy?). No i potem podeszłam ponownie do egzaminu, zdałam… i przez następne dobre dziesięć lat zastanawiałam się, czy to ja sama zdałam, czy też teść mi załatwił. Jak budowało to moją samoocenę jako kierowcy, możecie się domyślić. Dopiero po latach teść, gdy już ja byłam tą dobrą synową, a druga synowa stała się tą złą, sam się przyznał, że no, myślałem, że trzeba będzie pomagać, ale Kasia tak ładnie zdała za drugim razem, że nie było potrzeby!
A ja się tyle lat gryzłam…

Tatuś zaproponował młodemu, że może wypożyczyć samochód, nakleić elkę i może z młodym pojeździć, żeby młody poznał miasto z każdej strony i się jeszcze lepiej przygotował do egzaminu. Młody do mnie stwierdził, że on się od taty niczego nie nauczy i że tata mu na pewno będzie wszystko narzucał, i że on chce z instruktorem, chociaż tatuś zapewniał, że to tylko jeśli młody chce i tak jak młody chce, bo to jemu ma pomóc, i może młody wie, jakie są standardowe trasy na egzaminie (typu rondo z wiecznym korkiem pod górkę przy makro w Lublinie :)). Młody stanął okoniem i nie. No spoko. Bez sensu, ale jak se chcesz.

Dzisiaj, ósmego dnia wojny na Ukrainie, młody przypomniał sobie, że za trzy miesiące lecimy na koncert Quebo do Gdańska, więc już teraz koniecznie trzeba kupować bilety. Teraz, rozumiecie. Za ścianą wojna, Gdańsk blisko obwodu kaliningradzkiego, a ten chce już bilety kupować. Tatuś oznajmił, że zabrania, pożarli się, no bo przecież ojciec nic nie rozumie, nie zna się i w ogóle. Mąż na pełnej kurwie zadzwonił do mnie, ja się tu z nim oczywiście w 100% zgodziłam, młody obraził się na cały świat.

Ja nie wiem, skąd u niego to oderwanie od rzeczywistości, zakup biletów mieliśmy wstępnie i tak ustalony na koniec marca, jak wejdzie rozkład wizzaira, co tydzień temu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, ale do niego chyba powaga sytuacji nie dociera. Fajnie nam się śmiać z czołgu zajumanego przez Cyganów, ale umówmy się, to jest takie chwilowe złapanie oddechu przed kolejnymi ciężkimi tematami. Poza tym młody lada moment dostanie zaproszenie do WKU w Warszawie, więc w razie gdyby sytuacja była napięta, zostałby zgarnięty w kamasze. Niech sobie pofoszy, jak zmądrzeje, może przyzna kiedyś rację.

A teraz wdech, wydech kochani, i spać. Też macie wyrzuty sumienia, że tu ciepłe łóżko, kąpiel i pełna lodówka, a tam ludzie kolejny dzień w schronach siedzą?

Strach

Ukraino, broń się dzielnie. Sercem jesteśmy z Wami.

Internety, wiadomości, twitter, nawet instagram, na którego uciekłam, żeby pooglądać śmieszne filmiki – wszystko pełne wojny.

W domu nie rozmawiamy wprost, Ida gdy tylko usłyszała tydzień temu słowo wojna, powiedziała do starych: ja też tu jestem! Przywołując nas do porządku i przypominając o swojej wrażliwości i empatii. Pewnych słów więc nie używamy, wiele informacji przesyłamy sobie whatsappem.

Ktoś w internetach zarzucił mi, że przecież ja nie mam się czego bać, bo jestem daleko – więc dlaczego się boję. Poszerzyłam komuś perspektywę, że w Polsce mamy rodzinę, przyjaciół, sąsiadów, również we wschodniej Polsce przecież. I to, że sama jestem bezpieczna, bynajmniej nie pomaga, bo co u mnie, to ja wiem, ja chcę wiedzieć, że moi bliscy są i będą bezpieczni. Że Xyu-owi nie omsknie się ręka i nie rozwali jednym przyciskiem połowy Europy.

Zresztą, czy jest ktoś, kto nie przeżywa, nie myśli, nie boi się?

Tymczasem życie toczy się dalej, wiosna spuściła z tonu o parę stopni, nocne przymrozki wróciły, ale przynajmniej słońce w dzień pozwala się sobą nacieszyć.

Wczoraj córunia nasza kochana skończyła siedem lat! Kiedy to minęło? I dlaczego, zanim się obejrzę, skończy 18? 🙂 Jak to dobrze, że my wciąż piękne i młode!

Imprezę urodzinową dla kumpelek z klasy zaplanowaliśmy na połowę marca, po feriach zimowych (które właśnie się zaczynają), na wczoraj upiekłam natomiast tort, przyszli rodzice Alana, Monika z rodziną i Magda z Adamem (Adam lat 6,5, ale Adam, nie Adaś). Posiedzieliśmy, zjedliśmy tort i tosty z łososiem (zawsze na takie imprezy robię tosty z łososiem, znikają błyskawicznie), wypiliśmy kontener piwa i przynajmniej na trochę zapomnieliśmy i się odstresowaliśmy. Mama Alanka za mocno się nie udzielała w towarzystwie, dopiero gdy zostali jako ostatni, zaczęła mnie pytać, czy mam coś na biegunkę dla Idy (mam smectę. – A to nie bo Alan nie wypije), czy mam wapno i czy chcę, to mi przywiezie z Polski, i czy tu można kupić jakieśtam leki, ale w płynie, bo Alanek nie połknie tabletek, bo ma odruch wymiotny, nawet antybiotyk jak musiał brać (a brał często, bo on potny*), to go musiała przekupywać i po każdej połkniętej dawce dostawał od matki dwie dychy, łebski chłopak. Pamiętajcie, na odruch wymiotny najlepiej działa kasa. I syropków mu musi przywieźć z Polski, tutaj takich nie ma, bo Alanek pija tylko porzeczkowe albo jeszcze jakieśtam. Ostentacyjnie ziewałam przy stole, wykończona po całym dniu nawet nie musiałam za bardzo symulować.

*dlaczego potny? Dawno temu nasi rodzice mieli znajomych w Bułgarii, znajomi mieli dziewczynkę w moim wieku. Na dworze 30 stopni, my z Sister w najcieńszych sukienkach, a Megi zapięta pod szyję w sweterku z długim rękawem.
– Mariana – dopytywała mama – dlaczego Megi w sweterku? Przecież jest tak ciepło?
– A bo ona potna – odpowiadała Mariana.
Od tej pory wyrażenie „potna” weszło na stałe do naszego słownika.

Mariana ugościła kiedyś nas, podróżników z drogi (samochodem z Polski) tak, że do dzisiaj pamiętamy. My trzy dni na podróżnym wikcie, a nie były to czasy Macdonaldów i zajazdów przy drogach, siadamy do stołu, a Mariana położyła widelce, serwetki… i wielkiego arbuza pokrojonego na plastry. Kuszaj! – zachęcała. No to co, to kuszaliśmy, bo głodni przecież.

🙂

Po japońsku

Jako tako.

Nie dosypiam, nie mogę spać. Nie mogę zasnąć. Odpadam po pierwszej. Od czwartej – piątej już się budzę, żeby nie zaspać do pracy. Czasem młody prosi, żeby o szóstej go obudzić, więc wstaję chwilę przed, myję włosy, budzę go – i jeszcze się kładę na pół godziny, pod jeszcze ciepłą kołdrę. Zasypiam, jeśli w ogóle, dokładnie w momencie ponownego dzwonka budzika.

Dzisiaj musiałam być wyjątkowo w biurze (w piątki pracuję z domu), Ida miała wycieczkę do zoo, więc od piątej co parę minut sprawdzałam telefon, czy to aby na pewno już. A gdy przyszło już – tak bym jeszcze pospała…

Eh.

Zamówiłam Idzie imprezę urodzinową poza domem. Będzie miała przyjęcie pt. dżungla, na pierwszej liście było ośmioro dzieci ze szkoły, tatuś dorzucił Alanka, młoda dorzuciła jeszcze jednego kolegę, w dwunastce mają się zmieścić. Gdzie te czasy, gdy kinderparty było pretekstem do spotkania rodziców, głównie Polaków? Kawałkiem normalności na emigracji? Drobiazgi zajmowały się sobą, a my gadaliśmy, w podgrupach, razem, różnie, przy winie, drinku, kawałku tortu. No, ale potem dzieci podrosły, dwie rodziny wróciły do Polski, jedna dziewczyna przestała się do mnie odzywać, bo w dziewięćdziesiątym siódmym w maju coś jej powiedziałam i ona już tak dalej nie może, no i za ostatnim razem małżonek dołożył wisienkę do towarzyskiego tortu, a mianowicie siedział zamknięty w swoim pokoju (piątek, siedemnasta, oglądał prezentację), a potem wstał, zabrał torbę na siłownię, i cytując prezydenta, ani me, ani be, wyszedł ćwiczyć.

Od tamtej pory, a minęły już ponad dwa lata, odważyłam się zaprosić na kawę kogoś znajomego może ze trzy razy. Bo strach. Bo nie wiem, jak zareaguje. Może przejdzie obok, traktując jak powietrze? Historia zna takie przypadki. I wiecie, to jest cała rozbudowana strategia, uprzedzam, żeby miał szansę wyjść z domu albo pracować i się nie narażać na kontakt, jak woli. A może będzie miał dobry humor? I będzie czarującym lwem salonowym? To się zdarza, ale raczej nie wobec polskich znajomych. To widać. Ja to widzę.

Przecież ja tu mam dwie znajome na krzyż. Monikę, mamę Franka. Sarę, byłą sąsiadkę. Izę, wiecznie na nie, z którą kontakty sama ograniczyłam do wesołych świąt. Mamy Alanka nie wspomnę (dzisiaj rano zapytała mnie, czy w Bazylei są jakieś sklepy z ubraniami oprócz h&m? Nie, nie ma, jest jeden z ubraniami i dwa spożywcze, więcej nic. Trzy miesiące tu mieszkają i nie wyszli poza najbliższy spożywczak i ikeę online. Może się bali, że ubrania można kupować w sklepach tylko jak się jest zaszczepionym, HA HA HA).

Eh.

Wracając do Idy urodzin, przy zgrai siedmiolatków już sobie nie bardzo wyobrażam, żeby zająć w domu taką bandę. No chyba, żeby im film włączyć, to wiadomo, cisza, spokój i nawet bałaganu nie ma. Ale ani ja ich zabawiać nie będę, nie po niemiecku, po szwajcarsku tym bardziej, odpadają jakieś, sama nie wiem, konkursy, ani to jeszcze nie pogoda na zabawę na dworze.

Młody ma przydzielone niezmienne zajęcia w domu. W sobotę powynosić wszystkie możliwe recyclingi (papier do piwnicy i raz w miesiącu przed ulicę, pety do spożywczego, szkło i alu do dzwonów), plus sprzątnąć łazienkę i ogarnąć swój pokój. Raz na ruski rok umyć kinkiety albo fronty szafek i szafkę pod zlewem. Co tydzień jest niezmiennie to samo zdziwienie, żealejakto, on nie może sobie odpocząć? musi sprzątać? Ale wszystko, bo nie jest tak brudno? (przypomina mi się małoletni siostrzeniec z pytaniem, czy ma odkurzyć wszystko, czy tylko tam, gdzie brudno). Zmywarka, najlepsza, gdy ją można załadować, najgorsza do rozładowania po myciu, też wchodzi w zakres obowiązków młodego. Na tygodniu robię – robiłam – ją ja, bo zanim on wróci ze szkoły, to ja już tam się przykleję do wszystkiego – a kuchnia ma 4m2, więc i ruszyć się nie ma gdzie, jak brudne stoją na wierzchu.

Ale. Do brzegu.

W ubiegłym tygodniu postawiłam śmieci bioeko pod drzwiami, licząc naiwnie, że kto pierwszy, ten je ze sobą weźmie i wrzuci do kontenera. Młody wychodził na trening. Musiał naprawdę jakieś dziwne kroki stawiać, gigantyczne, albo może baletowe, że się o śmieci nie potknął. On jest ponad to. Dosłownie, bo chyba górą przepłynął.

Od tamtej pory, żeby nie wiem, jak zmęczony i jak późno wracał ze szkoły – na przykład o 18, jak dziś – wierna zmywarka zawsze na niego czeka. Nade mną się dziwnym trafem nikt nie lituje, się otwiera lodówkę i się pyta, co dzisiaj na obiad. Co też dzisiaj na obiad ugotowało się. Albo czemu zakupy nie pojawiły się magicznie w domu, same. Albo gdzie są moje spodnie treningowe. Kupiłem sobie drugi komplet do ćwiczeń, bo nie wypominając, ale czasem nie puścisz prania od razu i nie mam na drugi dzień, to tak wygodniej, żebym miał dwa zestawy ubrań.

Nastawiłam ostatnio czajnik wody na herbatę, naszykowałam kubek. Nie, nie pytam, czy ktoś by nie chciał, bo to działało zawsze w jedną stronę tylko. Wbiłam sobie do głowy, skądinąd wygodne podejście małżonka, że sama, dla siebie. Zatem wstawiłam sobie wodę na swoją herbatę. Do kuchni wszedł małżonek, o, wstawiłaś wodę? Dostawił swój kubek, spoko, jak stoi, to jeszcze zaleję. Wyszłam z kuchni, wracam po chwili, mąż zalał swoją herbatę i poszedł. Mój kubek został pusty obok.

Ciągle mnie to dziwi, wiecie.

I dziwi mnie, że wciąż mnie to dziwi.

Od listopada Ida prosiła tatusia, żeby poszedł z nią niedaleko, do parku. Gmina zbudowała coś na kształt mini parku dla deskorolkarzy, hulajnogowców i innych szaleńców.
Pójdziemy, jasne, że pójdziemy, ale o patrz, teraz to ja muszę na siłownię iść.
Dzisiaj po ciężkim tygodniu to sobie tatuś zasłużył na mecz.
Po zakupach to idź Ida sama przed blok, ja już się dzisiaj narobiłem.

Tymczasem kilka tygodni temu…

Niedziela przed południem. Zryw powszechny w chałupie. Ubieranie, szykowanie.
– Bo Alankowi się nudzi i tata Alana spytał, czy bym z Idą nie poszedł na ten plac zabaw, tu wiesz, w parku, tu, gdzie te trasy dla rolkarzy, wiesz, jak mi szkoda tego Alana, on tu nikogo nie zna, sam jest, a do mnie się tak garnie, jak im pomagałem z szafą, to mnie zagadywał, a cześć wujek, a co słychać, a z Idą się lubią, to w sumie spoko, możemy iść do tego parku, Ida się też ucieszyła.

No ja myślę.

W uszach Życie to surfing Myslovitz, zapętlone, kolejny raz. Lubię takie spokojne, powtarzalne, niemal transowe (te hammondy!) dźwięki. Lubię handpany, lubię szumy morza i inne ćwirki do medytacji. Musiałam coś włączyć, żeby się odizolować akustycznie od Hobbita, którego młoda ogląda z tatusiem. Słuchawki, które sobie kupiłam jesienią, mają genialną cechę – wyciszają otoczenie. Nie muszę już prosić, żeby ciszej, żeby nie krzyczeli, że mają donośne głosy, a mnie nie interesuje, kto strzelił, a kogo sfaulowali. Po całym dniu pracy, telefonów, kontaktów międzyludzkich, paplaniny Idy, opowieści dziwnej treści małżonka, powtarzanych kilkadziesiąt razy, które znam na pamięć, mam przesyt ludzi. Przesyt gadaniny, która mi tylko zaśmieca głowę, za dużo, za głośno, za bardzo. Takie typowe przebodźcowanie. Wtedy tylko czekam na porę kolacji. Ida zjada i idzie się kąpać – i już mogę schować się w fotelu, za ekranem laptopa, odpalić netflixa i wcisnąć w słuchawkach ulubioną funkcję, wycisz otoczenie. Odpoczywam.

wstawaj życie to surfing więc nie bój się fal

Ledwo piątek

a tu rano znowu do pracy. Dobrze, że z domu.

Rany, ale wieje. Roxana nad nami przechodzi, jeszcze co prawda drzwi z korzeniami nie wyrywa, ale szumi, jakbyśmy mieli autostradę za oknem, a nie wiejską podmiejską ulicę. Ale za to, jak zawsze przy halnych, jest ciepło, 8-12 stopni i w nocy raczej bez przymrozków. Ciekawe, czy wróci jeszcze zima tej zimy.

Po wstępie z prognozą pogody, przejdźmy do wiadomości. Byliśmy otóż wczoraj u rodziców Alanka. Albowiem zaprosili Idę, żeby się z Alankiem pobawiła, no dobra, w sumie spoko. Zapraszali usilnie, żebyśmy razem ją odebrali, zrobili pizzę na kolację, miło było, również dlatego, że to my byliśmy u nich, a nie odwrotnie, więc w pewnym momencie wstaliśmy i wróciliśmy do domu. Dzisiaj też, czy Ida by chciała przyjść. No dobra, poszła, pobawiła się, poszłam ją odebrać. Rodzice Alanka zapraszają, że kolacja, ziemniaki na gazie, kotlety się smażą, no ale ja że sorry, niedziela wieczór, to nie pora, jutro szkoła, praca, z młodym byłam, to się wymigałam, że musimy już teraz, bo on ma jeszcze dużo nauki, więc sorry ale Ida zakładaj buty. NO TO TERAZ TE KOTLETY BĘDZIEMY DWA DNI JEDLI!! No, pewnie tak, ale co mnie to w sumie obchodzi i dlaczego ja to słyszę? Mam mieć wyrzuty sumienia i zażądać podwójnej porcji? Głupio się poczułam, tym szybciej zawinęłam Idę i do domu. Z tej mąki chleba nie będzie, jak byśmy się nie starali (nie żebym się starała jakoś przesadnie) 😀

Wczoraj w Brockenhausie upolowałam śliczny stolik. Wreszcie, po czterech latach, odkąd sprzedałam te badziewne (i zniszczone) lacki z ikei, nie było nic odpowiedniego, nic, co by mi się spodobało (i nie kosztowało dwóch worków pieniędzy, bo ja sknera jestem). Mąż radośnie powiedział, no to kupuj!, na co ja, że helloł, lite drewno, to nie ja tu chodzę na siłownię, się pan ubierze i przyjdzie. W domu małżonek odczyścił papierem ściernym, zaolejowaliśmy i jest. Cieszy michę jak już dawno nic.

Zadzwoniłam do teściowej, przy okazji mówię, że stolik, że fajny, drewno, olej, te sprawy, a ona, rasowa teściowa (my takie nie będziemy!!), że a to czy nie lepiej lakierem, bo po oleju jak się zaplami to potem bardzo trudno to usunąć, a może by to zawoskować, żeby zabezpieczyć, bo jak się zaplami i tak dalej, wiecie, to dobre wychowanie to jest jednak o kant dupy potłuc, bo człowiek się jednak hamuje, żeby nie odpowiedzieć, że trzynaście lat już jakiś czas temu skończyliśmy, i w żadnym moim zdaniu nie było ani jednego znaku zapytania. Może muszę po prostu popracować nad prawidłowym akcentowaniem i może mój ton głosu był zbyt pokorny i mało przekonujący (tutaj ci, co mnie znają, mogą śmiało parsknąć śmiechem). Małżonek skwitował to później jednym zdaniem: z radami mojej mamusi to jest tak, że ona chciała, żebym poszedł do technikum (chociaż jak patrzę ile trzeba zapłacić za zawieszenie żyrandola, to w sumie… taki elektryk nie byłby głupim pomysłem :D). Achhh te teściowe.

W pracy – po zakończonym audycie i otrzymaniu laurki na ścianę, zostałam kompletnie zaskoczona – dostałam od szefowej szampana w prezencie. Ja totalnie zaskoczona, bo chwilę wcześniej miała spotkanie i myślałam, że to dla niej ktoś przyniósł, a ona przysuwa w moją stronę, że nie, że to dla mnie, i czy aby różowy jest OK, bo nie była pewna, czy lubię różowego szampana. Yyyy, no… tego. Chyba lubię? 🙂

Tymczasem ogłosili w zeszłym tygodniu, że znoszą nam obowiązek home office i ja teraz siedzę cichutko i się nie wychylam, pewnie wrócę do biura w większym wymiarze niż teraz, ale naprawdę doceniam możliwość częściowej pracy z domu. I tak nie pośpię rano, tylko wstaję, odprowadzam młodą do szkoły, bo ciemno jak u murzyna, więc nie że śpię do dziewiątej, jak małżonek, ale i tak, ten komfort, że nie muszę dojeżdżać, daje bardzo dużo.

A teraz się wyłączam, obejrzeć odcinek Słodkich Magnolii na Netfliksie. Ale póki co, oglądam na youtubie najlepsze kawałki z America’s Got Talent i równo co pięć minut, prezentacja + piosenka + pierwsze wrażenia + złoty przycisk, wyciągam chusteczkę i wycieram oczy. Muszę dołożyć kremu na noc :-). Dobra-noc!

Ufff

Podobno dzisiaj 6847. dzień stycznia dobiega wreszcie końca. U nas jeszcze chwila i będzie pachniało wiosną (no chyba, że w marcu sypnie śnieg i poleży przez miesiąc, raz tak już było).

Dzieci przyniosły tydzień temu pozytywne wyniki z testów przesiewowych. Trochę struchlałam, bo pod koniec tygodnia miałam audyt w pracy, i mimo że on online, to wypadałoby mieć dostęp do niektórych papierowych dokumentów na wyciągnięcie ręki, a nie parę kilometrów dalej. A w biurze akurat nikogo nie było, poza tym znowu zrobili ze mnie tę niezastąpioną, co to bez niej się wszystko zawali. No, ale wracając do naszych baranów, dzieci i siebie przetestowaliśmy i całe szczęście wszyscy negatywni, więc ufff.

Potem miałam cały tydzień szczękościsk i ataki paniki, ale zupełnie niepotrzebnie, bo było miło i przyjemnie, ale skąd miałam o tym wcześniej wiedzieć. Dwa przedpołudnia stresu i tak oto na koniec stycznia zadanie roczne pt. przedłużenie certyfikatu jakości mam zaliczone. Mogę się przez rok obijać 😀 (tu Kasia parsknęła śmiechem, wiedząc, co też sobie sama zaplanowała na ten rok, żeby się w pracy przypadkiem nie nudzić).

Póki co wróciłam w piątek po tym zaliczonym audycie, położyłam się dosłownie na chwilunię na power nap i odpłynęłam na dobre dwie godziny. I gdyby nie fakt, że przez szpary kanapy ciągnęło mi na nóżkę zimno i się budziłam (!!!), to już ten wiek, kochani, spałabym pewnie dłużej. Zaczynam rozumieć mamusię, która nie mogła położyć się spać na wersalce, o ile nie było na niej koca. Robię się do niej niebezpiecznie podobna pod pewnymi względami.

Weekend upłynął spokojnie, w sobotę wreszcie dotarłam do fryzjera, bo już czas był najwyższy wyrównać i uformować coś sensownego. W niedzielę wybraliśmy się na pizzę, świętować ostatnie nastoletnie urodziny młodego. Prezent dotarł już wcześniej i niezwłocznie został wręczony (koszulka CR7), Ida była rozczarowana, że jak to, żadnego rozpakowywania prezentu nie będzie? Dałam więc dzisiaj młodej do wręczenia (a młodemu do rozpakowania :)) kartonik z eklerkami, żeby nie było :):).

Wyciągnął ze mnie ten audyt wszystkie siły chwilowo. W piątek nawet nie próbowałam udawać, że pracuję, nawet się po południu nie logowałam (bo spałam :D). Dzisiaj też jakoś tak niemrawo, trochę internety, trochę młodej szukałam miejscówki na urodziny, trochę robiłam nic. Parę mejli i telefonów, ale tak po minimum. Nie da się długo jechać na 120% mocy. Teraz tylko skończyć przewodnik o Zugu i Lucernie, potem zebrać do kupy i ładnie zrobić w jednym segregatorze i folderze wszystkie zadania asystentki, żeby nie było w siedemnastu miejscach, formatach i językach, tylko raz a dobrze, dla przyszłych pokoleń. A potem też się coś wymyśli, żeby nudy nie było.

Na młodego się wczoraj bardzo pedagogicznie wydarłam, ale już naprawdę mi macki opadają. Piją panowie obaj szejki, nie arabskie, proteinowe, po siłowni, na mięśnie i w ogóle, z naciskiem na w ogóle. I jako że wczoraj ta pizza wypadła w porze wczesnej kolacji, młody przez cały dzień nic nie jadł – żeby się pizza zmieściła – tylko… no właśnie, szejki popijał. Trzy, na zmianę z jogurtami, proteinowymi, a jakże. Gdy po powrocie z kolacji zabrał się za przygotowanie kolejnego, już nie zdzierżyłam. No, ale ja się nie znam przecież, zbilansowana dieta to przeżytek i prehistoria, nastały czasy jak z seksmisji, jedna tabletka załatwia wszystko. Tłukę głową w ścianę, póki co swoją, ale zaraz zacznę tłuc jego łepetyną. Póki co napuściłam na niego chrzestnego, który być może ma jakikolwiek wpływ, żeby przemówić młodemu do rozsądku, z drugiej strony tatuś na siłowni napuszcza na młodego jego trenera, a z trzeciej, chyba zastosuję ten sam chwyt, co z młodą: młoda od niedawna dostaje kieszonkowe tylko wtedy (był taki znaczek na matematyce, wtedy i tylko wtedy :D), gdy ma porządek w pokoju. Młodemu przydałaby się tablica do zbierania naklejek za zjedzone normalne posiłki, ale takiego dużego konia trudniej przełożyć przez kolano i przemówić do rozsądku. Nie mam sił.

Rodzice Alanka się objawili, zrobili zakupy w polskim sklepie online i się zdziwili, jak im przyszły opakowania zbiorcze. Nic ich nie zastanowiło przy składaniu zamówienia, ani przy płaceniu, albo po prostu tak bardzo tęsknili za musztardą sarepską z Kamisa, że pomyśleli spoko, damy radę – i przyjechało osiem. Razy dwa, bo jeszcze stołowa. Oraz po 30 saszetek barszczu, żurku, gorących kubków i tak dalej. No co kto lubi, kochani, parę rzeczy przytuliłam, ale jeśli macie pomysły na potrawy z musztardą, chętnie poznam. I podeślę mamie Alanka :).

Kto nie ma w głowie,

…to ma w nogach, razem z robota kocha głupiego.

Młoda dzisiaj na 9 miała pierwszą dawkę pfizera, w związku z czym budziłam się już od piątej, żeby nie zaspać. Nie zaspałam, brawo, Zombie, które chodzi po domu w moim charakterze.

Szczepienie w tym samym miejscu, w którym nas szczepili (i doszczepią we wtorek), wielka hala pod miastem. Formularz, rejestracja, bramka numer osiem, dziecku dali malowankę i kredki, znajdź rybkę na tym plakacie, jak znalazła, to już było po grzybkach i pani naklejała plasterek. Niepotrzebnie pani tak dokładnie opisywała, co zrobi oraz że to na pewno nie będzie bolało, tylko mały piks, gdyby było dzień dobry – ramię – rybka – plaster, obyłoby się bez płaczu.

Po szczepieniu wyrejestrowanie, kwadrans dla pewności do odsiedzenia na dupie i pojechaliśmy na zakupy. U Niemca szybko i sprawnie, odczuwalnie mniej ludzi jeździ na zakupy, wolne miejsca parkingowe na drugim poziomie, a nie na piątym – szóstym, to cud w sobotę rano.

Odbiliśmy się od McDonalda, bo okazało się, że Niemcy skrócili ważność certyfikatów do 3 miesięcy i po tym terminie, żeby wejść do restauracji, trzeba okazać negatywny test (już rozumiem tego blaszaka przed centrum handlowym, z napisem darmowe testy na covid). Nie wiedzieliśmy, młoda obyła się smakiem, co jej tylko na zdrowie wyszło.

Po powrocie do domu trzeba rozpakować 6 toreb zakupów i tak sobie pomyślałam, że zaraz zrobię sobie herbaty, siądę i chwilę odpocznę. Ale w sklepie rozmawialiśmy z J., że pieczarki, pieczarkowa, dawno nie było pieczarkowej, wrzuć pieczarki do wózka, no to myślę sobie, machnę szybko tę pieczarkową i potem, jak siądę, jak odpocznę..!

Pieczarkowa.
Szuflada ta z przyprawami, tam się zawsze coś rozsypie.
A to machnę wszystkie szuflady.
No to i szafki dolne.
To i tę półkę z herbatami.
A to przetrę blaty.
Odsunę mikrofalówkę.
W waszturmie (Waschturm, metr na metr pomieszczenie z pralką, suszarką, odkurzaczem, mopem i tysiącem płynów do mycia i sprzątania)
chemiczne zakupy rzucone na hura, poukładam tam.
To puszczę odkurzacz, przetrę go, bo zakurzony.
Szczotkę do odkurzacza umyję (odkurzanie i mycie 2w1, efekt super, efekt uboczny: brudno w środku. Trzeba myć szczotką do butelek).
Pranie przełożyć z pralki do suszarki.
Choinkę trzeba rozebrać, już czas najwyższy.
Pudełka z piwnicy przynieść.
Rozebrać choinkę (sześć! sześć mikołajów czekoladowych jeszcze wisi, co ja ślepa jestem czy co!)
Znieść do piwnicy.
Piwnica, hmmmm. Mąż szukał plecaka. A wcześniej butów i kasków. Czytaj: nie ma jak postawić nogi.
Ogarnęłam. Wystawiłam do wywalenia niepotrzebne pudełka, na przykład po odkurzaczu, który sprzedaliśmy półtora roku temu. Ale pudełko – świętość! Stało, wypełnione powietrzem, i zajmowało miejsce. Podobnie zachowane, oczywiście na wypadek reklamacji, plastikowe pudełko po etui na kindla, ratunku, co się może popsuć w etui na kindlu, jeśli już to etui założysz??
Szkoda tylko, że papier i kartony wywożone są raz w miesiącu i że było to właśnie dziś rano, bo od razu by wszystko pojechało, a tak to będzie czekać miesiąc na następny termin. Trudno, ale zrobiłam taki porządek, że i z tymi kartonami można śmiało do piwnicy wstawić łóżko 90×200. Śmieci jeszcze wyniosłam, styropiany i inne bardzo ważne nie wyrzucaj rzeczy.

Prosto z piwnicy poszłam do łazienki i wzięłam kąpiel, po czym wskoczyłam w piżamę i ukochany szlafrok. Następnie zrobiłam sobie tę herbatę, prawda, zaraz po niej kolację i jak siadłam, tak już siedzę, ho ho, ze dwie godziny (dochodzi 22:00), przerwami na dostawę wina z lodówki, bo lubię zimne. Teraz wpadłam na to, dlaczego aż tak upadłam na głowę i się zatyrałam (ledwo się ruszam) – otóż na telefonie puściłam sobie Przyjaciół na netfliksie, słuchawki w uszach i nie muszę oglądać, wystarczy, że słucham i już mi miło i przyjemnie. No, to mi tak było, miło i przyjemnie przez parę godzin gimnastyki…

Znajomy, który tu mieszkał z rodziną (młode się kumplowały, my, matki też, no ale po trzech latach wrócili do Polski), chciał przylecieć do nas z młodą na Fasnacht (zakończenie karnawału, pochody przez miasto, konfetti, jedna wielka balanga). Niestetyż wizzair anulował loty BSL – WAW od połowy stycznia do końca lutego, a że easyjet już do nas nie lata, nad czym ubolewamy, bo miał cywilizowane godziny i zero opóźnień, jedyną opcją jest Zurych, no a Swissem to już nie to samo, co tanimi liniami, no i z Zurychu trzeba jeszcze dojechać, robi się już nietanio (jedno zdanie sześć linijek, brawo Kasia!). Natomiast zawiesiłam się na jednym zdaniu wypowiedzianym przez znajomego, a mianowicie, że małżonka stwierdziła, że ona nie chce, żeby córce (tej, która miała przylecieć i która miała pierwotnie bilet kupiony) wyrabiać nowy paszport. Stary stracił ważność, no to kurcze, nigdy nie wiadomo, co się trafi, lepiej, żeby dziecko miało, niż nie miało. No, ale matka nie chce. No spoooko.

Na koniec pracowitego dnia jeszcze wkopałam niewinną jak lelija młodzież. Gdyż albowiem pośrednio biorę udział w polsko-francuskim projekcie przyjaciółki, robiąc za tłumacza w obie strony. No i młodzież szkolna miała przyjaciółce przygotować historię miasta, i co prawda, weekend później, ale jest! Przysłali, dostałam do przetłumaczenia.

Trochę jęknęłam, jak otworzyłam Worda, przywileje lokacyjne? Cholera, jak to będzie po francusku, ratunku! Muszę pogooglać. Skopiowałam sobie te przywileje, myszka mi zahaczyła o parę wyrazów więcej, a ja z rozpędu wkleiłam i dałam enter. Ja szybko piszę na klawiaturze. Wyszła jak w pysk strzelił strona z Wikipedii, która sama w sobie jest co prawda otwartym źródłem, ale założeniem było, że młodzież napisze coś sama z siebie, na podstawie przeczytanych o mieście książek, a nie tak kopiuj – wklej. Czym prędzej wkopałam młodzież, donosząc, pardą, upewniając się, czy aby na pewno dajemy do projektu tekst żywcem wzięty z Wikipedii. Efekt jest taki, że ja chwilowo nie mam nic do przetłumaczenia, młodzież w poniedziałek dostanie w dziąsło, a ja mam tylko nadzieję, że nie wiedzą, jak się nazywam.

Oraz odkąd siadłam, wreszcie siadłam, sączę sobie winko, co jest najlepszym lekarstwem na moje obolałe po dzisiejszym zrywie sprzątania gnaty.

Pogooglam jeszcze trochę i spać.

Powrót Idy

– Przepraszam, mamo, że tak później wróciłam ze szkoły, ale spotkałam Melvina, który płakał, bo zawsze mama na niego czeka tu koło Spitexu, a dzisiaj jej nie było, i płakał, to go pocieszyłam, że mnie kiedyś tata też zostawił samą w McDonaldzie, no a potem poszłam z dziewczynami tam przez przejście dla pieszych ze światłami, tam za przedszkolem, spotkałam Frau Geiger (z przedszkola), ukłoniłam jej się, ale nie pogadałyśmy, bo akurat z kimś rozmawiała, no i wróciłam do domu…


Dzień jak co dzień.

Basen

Kupiłam młodej zajęcia na basenie, te dofinansowywane z gemeinde, na drugi semestr. Mąż dowcipnie zapytał, czy on ma kupić i czy on ma zapłacić, było za daleko, żebym dorzuciła trzymaną właśnie w ręce książką, poza tym co książka winna.

Bardzo przyjemny weekend, wczoraj ogarnęłam mieszkanie, bo tak naprawdę od przed świętami było tak tylko po wierzchu. Nie, żebym okna myła, chociaż te akurat czekają na litość i wyższą temperaturę, bo na jesień jakoś tak nie było okazji. Dziś natomiast lenistwo i poranne czytanie w łóżku, wygonienie tatusia z córunią na obiecane łyżwy, z tekstem idźcie, idźcie, bo niedługo ma padać!. Padać nie padało, ale za to nie było ich calusieńki dzień. Nie spodziewałam się takiej siły po młodej, rok temu po półtorej godziny na łyżwach nie była w stanie dojść do przystanku, chociaż owszem, z lodowiska schodzić nie chciała.

Z młodym wybraliśmy się na spacer, mimo że było pochmurno i ponuro, ale potrzebowałam już wyjść do świata. Mam home office i tylko dwa razy w tygodniu jestem w biurze, plus puzzle, do których siadam i układam do oporu, ale już mi było w domu źle i musiałam się wyprowadzić na spacer.

W związku z omikronem wprowadzili nam home office gdzie tylko to możliwe, więc mam dwa przedpołudnia w biurze, a resztę zdalnie. Bardzo mi miło, zwłaszcza że dostałam do napisania kolejny przewodnik, tym razem po Zugu. Co ciekawego można napisać o Zugu? Że najniższe podatki, że w Baar mieszka Tina Turner (bo najniższe podatki) oraz w Rotkreuz jest Roche, bo – najniższe podatki. No, jezioro jest. I starówka, jakich pińcet dookoła, acz oczywiście wyjątkowa na pewno. No ale coś się kreatywnego wymyśli, wiadomo.

Oraz mało brakowało, a bym zawaliła zadanie roczne, zaraz w pierwszym tygodniu. Mam w ramach zadań publikować raz w tygodniu coś mądrego na LinkedIn firmy, no i tak bardzo mi się nie chciało…;) Ale głupio by było tak na dzień dobry zawalić, więc się zmusiłam, i zrobiłam. Szkoda, że nie można na LinkedIn publikować z datą przyszłą, to by wiele ułatwiło! 🙂

Młoda po tygodniowym zdalnym wraca jutro do szkoły. I to nie było tak, że wszystkie podstawówki w całym kantonie miały tydzień zdalnego, źle napisałam, przecież by się laboratoria zarąbały. Podstawówki wracały krok po kroku, od wtorku, według schematu: testy przesiewowe – i następnego dnia negatywni do szkoły. Po prostu na Idy szkołę padło na piątek, co miało tę zaletę, że w czwartek, kiedy już wreszcie nie szłam do biura, a młoda do szkoły, spałam do 8:25! Tak, tak, zaczynam pracę o wpół do dziewiątej. Ale to tylko raz mi się tak trafiło, bo od poniedziałku do środy musiałam być w biurze, no a w piątek Ida miała spucktest (spucken – pluć) na 8 rano, a na 8 rano jest jeszcze ciemnawo, więc poszłam z nią. Przy okazji – testy przeprowadzane były na zewnątrz, żeby ewentualnie chore dzieci nie weszły do środka i w zamkniętym pomieszczeniu nie poczęstowały kolegów. Na szczęście klasa Idy negatywna, z całych piątkowych testów 20 poszło do indywidualnych badań i pewnie dalej, na kwarantannę.

Młody niepocieszony, ale trzyma kciuki za rozwój wydarzeń, bo też by posiedział na kwarantannie i wstawał 7:55 zamiast 6:10. Póki co we wtorek ma pierwszą w życiu rozmowę o pracę, bo już czas najwyższy przyszłoroczne praktyki dopinać. Jako, że w środę miał wolne (nauczyciele mieli radę półroczną o 10:30, a on na 10:25 zaczynał zajęcia, chociaż raz miał farta z planem!), podzwonił po tych, do których wysłał CV, i tak przy okazji dowiedział się, że:
w jednym mu dziękują
w drugim zmienił się człowiek prowadzący praktyki i żeby przysłał jeszcze raz, skontaktujemy się z panem
w trzecim nikt nie odbierał
o czwartym zapomniał.
Osiwieć można.

W styczniu czeka mnie jeszcze audyt w pracy, który przez Omikrona odbędzie się pewnie zdalnie. Nie lubię robić czegoś pierwszy raz, i mimo, że od poprzedniego certyfikatu nie zmienił się podręcznik, denerwuję się. A nie lubię.

Oraz, zupełnie nie w związku z Nowym Rokiem, bo noworoczne postanowienia, jak historia pokazuje, nigdy nie robiły na mnie większego wrażenia, zatem, jak już wyjadłam kontrabandę przywiezioną z ojczyzny, podjęłam sobie malutkie postanowionka. Akurat dobry moment, bo mało w biurze, dużo w domu, mało możliwości pt. to na lunch sobie kupię wege konia z kopytami i poprawię czekoladą. Ustawiłam sobie w telefonowej apce cel: – 3 kg. Przecież jak wpiszę -30, to raz, że tego celu nie dożyję, dwa, że ten suwaczek będzie się tak deprymująco powoooli, ale to powoooli przesuwał, że moja wątła wytrwałość zniknie precz. A takie -3 kg jakoś lepiej brzmią, bardziej osiągalnie. Małymi kroczkami.

Cisza w domu, mąż padnięty po łyżwach, młoda podobnie, młody jutro zaczyna później, więc na luziku ogląda Grę o Tron (bo jak oglądał pierwszy raz, to jeszcze w Warszawie, dawno temu, i w słabej rozdzielczości, a w ogóle to jest taki super serial, mamo.) Nie wiem, może kiedyś włączę testowo jeden odcinek.

To ja też pójdę. Usnąć wcześniej mi się nie uda, więc sprawdzę twittery i instagrama, na IG zostanę oglądać rolki i tak mnie zastanie 1:30. Zazwyczaj mam przy łóżku na podłodze małego jaśka, bo jak zasypiam – a sypiam na boku – to wypada mi telefon z ręki, więc żeby nie wymieniać co chwilę panzerglassa, telefon ląduje mięciutko na podusi.

To dobranoc, kochani.

Poświątecznie

To był genialny pomysł, lecieć samej z młodą, zaprawdę powiadam wam. Wróciłam niemal tydzień temu, ale dalej mi się podoba 😀

Po powrocie dzień prania i przepakowania i pojechaliśmy, tym razem już w pełnym składzie, do Liechtensteinu. Nie żeby było tam co robić przez niecałe cztery dni, ale zależało mi na tym, żeby pobyć gdzieś razem poza domem. I co wam powiem, kolejny nieskromnie mówiąc genialny pomysł. Nie było komputerów, telewizor tylko jeden, jak żyć, i nawet jeśli chwilami wszystkie trzy telefony były w ruchu, to tylko przez krótki czas, a potem wracaliśmy do Szybkich, Wściekłych Jasiów Fasoli, czy co tam nadawali akurat w niemieckiej telewizji. Spacerów było dużo, wspinaczek też (zaciągnęłam rodzinę na wzgórze zamkowe do księcia, popatrzcie sobie w internetach, jak tam jest stromo), jeszcze dzisiaj czułam lekkie wspomnienie po zakwasach w łydkach. Mąż z dobroci serca rozplanował mi treningi, bieganie i rower, nie, żebym go prosiła, ale przecież on chciał dobrze.

Zauważyłam, że panowie świetnie ze sobą funkcjonują, o ile cytując covidowych specjalistów, zachowują odstęp od siebie, tak co najmniej dwa metry. Bo jeśli są bliżej, dochodzi do kolizji, fizycznych i tych w przenośni, a stad już tylko krok do jatki. Bardzo tym jestem zmęczona, zwłaszcza, że tak sobie ślubnego obserwuję i nie wiem, co myśleć, bo oprócz normalnego charakteru widzę też jakieś dziwne zachowania, jakby mu czaszka szwankowała.

Poza tym śpiąca jestem niemożebnie i zaraz się udam do wanny (jak tylko Ida, zwana po indiańsku Siostrą Swojego Brata Okupującą Łazienkę) opuści stosowne pomieszczenie. Oczywiście po kąpieli odżyję i nawet jeśli się położę przed 22, usnę pewnie tradycyjnie po północy najwcześniej, ale co tam. Gazet sobie naprzywoziłam cały stosik, książki też czekają, to akurat zrobię sobie wieczór czytelnika.

A, obejrzałam wczoraj Don’t look up, ależ mi się podobał. Niby komedia, a jakoś nie było mi do śmiechu. Bardziej straszno. Obejrzyjcie koniecznie – i po końcowych napisach jest jeszcze jedna scena!

Ida ma od dzisiaj odgórnie tydzień zdalnej nauki. Kanton rozkłada poświąteczne powroty do szkoły na dwie tury, tak aby jeśli młodzi coś złapali, wyszło w domu, a nie na całą klasę. W sumie słusznie, młoda ma dodatkowe parę dni na powrót do prawidłowego rytmu spania.
Wychowawczyni przekazała dzieciom przed świętami po 50 kartek z zadaniami do wykonania, przeczytania, wycięcia i sklejenia i co tam jeszcze. Oraz przysłała rodzicom na whatsappową grupę filmiki wspomagające, na przykład dwa filmy łącznie ponad 8 minut z instrukcją, a właściwie pokazem, jak należy wyciąć szablon kostki, jak pozginać i skleić, żeby mieć kostkę. Ja rozumiem, że dziecko trzeba naprowadzić, ale sfilmować cały proces klejenia kostki? Osiem minut? Osiem?? (a w ogóle to kostka była potrzebna, bo na jej ściankach były narysowane ćwiczenia i to było na wf, jakie ćwiczenie wyrzucisz, takie robisz).

Jeszcze na tygodniu młoda musi podejść do szkoły, bo mają cotygodniowe testy przesiewowe. I nie ma, że się nie chce, jak rodzic nie wyraża zgody na przesiewowe w szkole, dziecko natychmiast jest zgłoszone na kwarantannę oraz przy każdym pozytywnym przypadku w klasie ląduje na kwarantannie (normalnie klasa idzie na kwarantannę przy trzech chorych na klasę). Jeśli dziecka akurat planowo z jakichś powodów ma nie być w szkole na dzień testu, ma go wykonać we własnym zakresie w weekend i dosłać wynik na specjalny covidowy adres. Krótko i na temat. I tu nie ma wylewania pomyj, że jak to, certyfikat, żeby wejść do restauracji. Odnoszę wrażenie, że na zachód od Odry jest to po prostu oczywiste dla wszystkich i nie słyszałam, żeby ktoś się stawiał albo hejtował, jak tę knajpę w Zakopanem.

No dobrze, powymądrzałam się i urwał mi się wątek, to pójdę do wanny wygrzać cztery litery. Śpijcie dobrze!

I wylądował

Występu w szkole muzycznej nie było, odwołali z powodu covida. Chociaż starsze klasy miały jakieś swoje przedstawienia, widziałam zdjęcia. I naprawdę, rodzice i tak podzieleni na dwie grupy, a występ można było zrobić w dużej auli. Dzieci były bardzo rozczarowane.

W czwartek przed świętami młody przyszedł do domu już w południe, radośnie oznajmiając, że klasa poszła na kwarantannę, ale nic się mamo nie przejmuj, wy sobie normalnie lecicie, spoko luz.
Kurwa.
Na kwarantannę wysyłają, gdy są trzy pozytywne przypadki w klasie. Wcześniej były dwa, ale takie, gdzie chory dzieciak najpierw się rozchorował i przestał chodzić do szkoły, a potem wyszło, że covid. Trzecia natomiast miała siostrę dodatnią, ale codziennie rano się testowała, żeby z czystym sumieniem iść do szkoły. No i akurat tuż przed świętami się wytestowała dodatnio.

Całe szczęście, że młody akurat w czwartek miał w szkole testy przesiewowe, ja do wyników i tak już siwiałam i postarzałam się o dobre parę lat, na szczęście przysłali, negatywny. Uff.
W piątek jeszcze młoda miała przesiewowe testy w szkole, i gdy dostałam mejla, że negatywny i że życzą wesołych świąt, dopiero wtedy poszłam po walizki. Ale kurcze byłam już tak przemielona psychicznie, że nie miałam siły się cieszyć (na szczęście miałam siłę się pakować :D).

W Polsce było idealnie. To był w ogóle bardzo dobry pomysł, żeby polecieć na święta tylko z Idą. Małżonek wypowiedział się już wcześniej, że on woli zostać i odpocząć, więc proszbardzo, młodemu dałam wolną rękę, postanowił towarzyszyć tatusiowi w nicnierobieniu.

Nie żebyśmy jakoś odpoczęły, bo wiadomo, że w Polsce zawsze nadrabiamy kontakty rodzinne niejako na zapas. Ale psychiczny luz – bezcenny.

Miałyśmy jechać do Lublina na kilka dni, ale teściowa miała kontakt z covidową osobą, więc część planów wzięła w łeb. Eh.

Wczoraj wieczorem wróciłyśmy, wyczekawszy się na opóźniony ponad dwie godziny samolot. Na szczęście małżonek w błysku przytomności wypożyczył samochód, nie musiałyśmy się więc tłuc komunikacją miejską, bo byłyśmy wykończone podróżą.

Dzisiaj dzień lenistwa (prania, prasowania i przepakowywania), a jutro jedziemy w góry na sylwestra. Nie wiem, co prawda, co nam wyjdzie z zaplanowanych spacerów w śniegu i z sanek przy plus czternastu stopniach, ale co tam. Monopolowy tam jakiś chyba mają ;/

Herbata ze śliwką i cynamonem

O jaka dobra.

No to tak, gwoli trzymania się chronologii wydarzeń, to kilka dni po, małżonek przyszedł do mnie się poskarżyć, na mnie, że on kompletnie nie rozumie, dlaczego jest w rodzinie pałowany, dlaczego się do niego nie odzywamy, bo przecież ON miał na głowie wszystko, TA, zakupy, samochód, radio, które niechcący włączył, Idę, mnie i ciężki wózek, nie wiadomo, co gorsze, każdy coś od niego chciał, a ON był do tego tylko jeden. Powtórzyłam mu niczym zdarta płyta, że pretensje mamy tylko (aż!) i wyłącznie o to, że postawił kolegę na pierwszym miejscu, a rodzinę na drugim, gdy sytuacja kompletnie tego nie wymagała. I wciąż jest zdumiony, że młody się do niego nie odzywa, zacięty po męskiej linii rodu.

Poza tym zimno. -1/+5, śnieg padał dwa razy, pierwszy i ostatni, jak to u nas. Za ciepło jest i musi być naprawdę zimno zimno, żeby coś poleżało parę dni. Póki co tatuś (mając na zbyciu Tageskartę, bo mu spotkanie z kolegą nie wypaliło), zabrał młodą w góry, to przynajmniej tam sobie dziecko śnieg obejrzało.

Zrobiłam ruskich pierogów, ale jak zwykle chciałam za dobrze i za cienko rozwałkowałam ciasto. I się zaczęły rozlatywać cholery jedne. Cholery poszły na pierwszy ogień, a co się trzymało kupy, to zamroziłam i niech mają święta. Oraz młody poprosił, żeby mu na święta przygotować taką wyrafinowaną potrawę jak piersi w sosie curry (kroisz, podsmażasz, robisz sos śmietana curry koncentrat sól pieprz, gotujesz ryż i voila gotowe). Produkujemy z młodą pierniczki, choinka od piątku stoi już ubrana. W nosie mam, że dopiero w Wigilię, nigdy nie czekałam do Wigilii. Poza tym po świętach to już Nowy Rok i karnawał, a świąteczną atmosferę najmocniej czuć właśnie teraz. Kupiłam dwie bombki robione na szydełku (na malutkim baloniku i ukrochmalone) i tak mi się podobają, że napisałam do laski o więcej. Cudeńka.

Wieczory spędzam z The Good Doctor, najlepiej mi się ogląda seriale medyczne. A właściwie – słucha, bo przecież już nie umiem robić tylko jednej czynności na raz, więc jednocześnie gram w scrabble na telefonie, słuchając dialogów. Po angielsku, bo odkąd zaczęłam oglądać anglojęzyczne filmy w oryginale, polski dubbing kłuje mnie w uszy. Dzięki temu mogłabym sama triażować pacjentów na sor i zlecać im badania :D.

W pracy spokojny koniec roku, wykańczam (się) dokumenty do audytu do recertyfikacji (bardzo po polskiemu zdanie, brawo Kasia), wczoraj pokazałam część szefowej i nie wiem, czego ona oczekiwała, ale po spotkaniu gdy wracała do domu, zadzwoniła mi podziękować i tak z pięć minut mi wisiała na telefonie. Sama ma napisać budżet, bo do tych danych nie mam dostępu, strategię wstecznie za 2020 (napisałam jej tylko 2021, bo w 2020 jeszcze tu nie pracowałam), a pozostałe dokumenty dostanie do podpisu i tyle. Chyba jest zadowolona 😉

W przyszłym tygodniu w biurze jestem w poniedziałek, wtorek i środę i potem do końca tygodnia z domu, a w sobotę lecimy. Znowu mam rajzefibrę i świruję, żeby na ostatniej prostej nie dopadł nas wirus albo inne cholerstwo. Zachorowań dużo, wróciły maseczki do szkół od 5. klas wzwyż (dla młodszych są zalecane ale nie obowiązkowe). Nerwy nerwy nerwy. Bez przerwy.

Ale za to w środę idziemy na musical do szkoły muzycznej tutaj lokalnej. Musical świąteczny wystawiany przez pierwsze klasy lokalnej szkoły podstawowej. Nasza gwiazda będzie na scenie 🙂 Miała być śnieżynką, ale będzie jakąś inną nie-śnieżynką.

No dobra, idę pokazać lekarzowi uszy, bo znowu bolą. Pewnie znowu antybiotyk :/

Był sobie praprasłoń, przedziwny zwierz

Znacie? Miałam taką słuchankę na kasecie. Teraz by się powiedziało, że audiobooka, ale wtedy to było po prostu słuchowisko, z Piotrem Fronczewskim w roli głównej. (ale Tapatików i tak nic nie pobije, odsyłam do youtube, wyborny dobór aktorów, śpiewały Alibabki, szał ciał i w ogóle).

No to tak.
Na dziś zaplanowaliśmy sobie dzień zakupów. Z rodzicami Alana (tak ich będę nazywała, tych nowoprzyjezdnych). Wysłałam mojemu oraz TA zaproszenie do kalendarza na google: sobota, 9-17, zakupy spożywka oraz ikea. Z zapasem czasu, żeby na spokojnie. Samochód klepnięty, ale jedziemy na dwa, żeby też się nie wiązać zanadto. Spoko.

Wczoraj: małżonek mi mówi, że wysłał pinezkę na mapie TA, żeby wiedział, dokąd ma dojechać i że spotkamy się na miejscu.

Gdy wjeżdżaliśmy do centrum handlowego, mężowi rozdzwonił się telefon. No przecież ja teraz parkuję, oddzwonię! (nie widzi, że parkuję?) Gdy oddzwonił, uparcie usiłując łapać zasięg w windzie, okazało się, że TA czeka… pod swoim domem, bo mieliśmy jechać razem, żeby pierwszy raz było im łatwo ogarnąć trasę. A tu mój mąż po prostu wsiadł i pojechał, zapomniawszy. TA jeszcze nie zna dobrze mojego męża.

No to dojadą sami, rzekł mąż, nie pamiętając ile razy zjazd wyprowadził go prosto na autostradę na Karlsruhe.

Mąż był z młodą w Macu, a młody ze mną na zakupach spożywki, ale jako że nie pamiętam pinu do swojej visy, poprosiłam młodego, żeby zamienił się z tatusiem miejscami. Mąż przyjdzie zapłacić, młody z siostrą posiedzi w Macu. Spoko.

Kończyliśmy pakowanie, gdy mąż usłyszał, że są, są! i nie oglądając się za siebie, zostawił mnie z ważącym na oko 50 kilo wózkiem, i czym prędzej pobiegł odnaleźć TA, który przecież nie przejdzie główną aleją do wejścia spożywki, trzeba go eskortować, ja natomiast spokojnie sobie z wyładowanym wózkiem poradzę. Natychmiast wkurw nieziemski mnie ogarnął i tuż za kasą stanęłam, tak jak stałam, i postanowiłam czekać.

Po kilku minutach przyszedł młody i przejął wózek. Słów, które wtedy wypowiedziałam, nie będę powtarzać. Zresztą, jeszcze wiele różnych słów mam dzisiaj w kolekcji.

Okazało się bowiem, że mąż najpierw wystawił młodego do pilnowania centrum centrum handlowego, żeby przypadkiem nie przeoczyć TA & Company, a sam poleciał do mnie, no zapomniało mu się, że ma dwoje dzieci, a nie jedno, boże na chuj drążyć temat, nikomu z was się nie zapomniało jednego dziecka w centrum handlowym w przedświątecznym tłoku? No bez jaj.

I oto młody przyszedł po mnie z wózkiem, dojechaliśmy do zryczanej młodej, odnalezionej w międzyczasie przez tatusia (chociaż obstawiam, że to ona wypatrzyła jego, zanim on się zorientował, że ją zgubił) oraz TA&Co, po czym absolutnie nie patrząc, gdzie jestem i kto słucha, spytałam czy do ciężkiej cholery naprawdę Adrian dostałby sraczki czekając jeszcze minutę i koniecznie trzeba było zostawić mnie samą z ciężkimi zakupami? (nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zostawił młodą samą, bo moja tyrada wciąż by tam jeszcze trwała). Że skoro przyjechali dwie godziny później (bo do tego drobiazgu, że miał podjechać pod TA&Co, ale zapomniał, jeszcze mi się nie przyznał), to jeszcze chwilę mogą poczekać, a on rzucił wszystko, jakby się świat kończył i poleciał do TA.

Następnie, w sobotnim tłoku w centrum handlowym, na środku alejki, TA&Co miał jeszcze tylko parę pytań, bo przecież nie dostał ode mnie wcześniej żadnych informacji na ten temat, no skąd:
– jaki jest limit zakupów? ile mięsa? czy ubrania się w to wliczają?
– czy te 300 franków to na osobę? a jak będę miał paragon na 600, to co? (to zapłacisz cło, a jak nie zgłosisz, to cło i karę)
– a gdzie się podbija paragon, żeby dostać zwrot vatu? ale dokumenty? że w Szwajcarii mieszkamy? No ale po co? Paszporty? A bez zdjęcia nie można? Aaa, to sobie chyba dzisiaj darujemy jeszcze…
Oraz najlepsze: – a skąd wziąć wózek?
No kurwa.

Potem jeszcze minęliśmy go, jak wracał od bankomatu, bo jego cinkciarzowa karta nie dawała mu tu płacić, no a potem jeszcze jakimś cudem musiał rozmienić pieniądze, bo banknot euro trudno wchodzi w ten otworek na monety do wózka…
I wisienka na torcie, wszystkie sklepy oprócz spożywki były oklejone wielkimi wołami 3G: geimpft, genesen, getestet. Ha ha oraz ha. A oni bez szczepień, bo to ściema, na twarzy trzeba nosić szmaty i tak dalej, więc jeśli gdzieś weszli, to mogli nie zdążyć nic kupić. Już się ostatnio przespacerowali po mieście i chcieli zabrać młodego do maca, zaproponowano im na wynos :D:D:D. Dziko radują mnie takie sceny.

Czyli wracając do naszych nomen omen baranów, poranek wyglądał tak, że tatuś zostawił dziecko samo w centrum handlowym, żonę z zakupami porzucił gnając do kolegi, być może targany wyrzutami sumienia, że w sumie to się chyba z tamtymi jakoś umawiał, czy coś… Mieliśmy robić zakupy wózek w wózek (w sobotę rano, rozumiecie), żeby sobie MA zobaczyła, co gdzie leży, na której półce (a znajdę tam koszulki na wf? tak, na półce z koszulkami na wf, dziewczyno masz wielkie centrum handlowe, weź się ogarnij). Ostatnio pytali, jak jest masło po niemiecku. Nie wiem, jak się mam sprowadzać do obcojęzycznego kraju, to może bym jednak minirozmówki przekartkowała…?
No, to sobie nie pochodziliśmy razem po sklepie, bo jak oni przyjechali, to my już byliśmy na wylocie i nie zamierzałam spędzać z nimi ani sekundy. Z mężem nie miałam wyboru, bo jeszcze jechaliśmy do ikei. Tam się z młodym dowiedzieliśmy, że nie mamy za grosz wyrozumiałości i że cały świat się na męża uwziął, bo on ma tyle na głowie ( o terabajtach na głowie już się nasłuchałam, gdy nie zapisał Idy na basen. Priorytety, cóż). Usłyszał od młodego zwięzły komunikat, że sorry, ale niech się zastanowi, bo postawił na pierwszym miejscu kolegę a nie rodzinę i czy to jest OK dla niego. Oraz jeśli nie zamierza przepraszać, to niech się lepiej nie odzywa.

Wróciliśmy do domu, małżonek pojechał odstawić samochód na parking, a było to pod miastem, bo wymyślił sobie, że skoro jedziemy do ikei, i skoro TA też jedzie do ikei i będzie tam kupował jakieś meble, to i nam na pewno przyda się van, a najbliższy dostępny stał 20 km pod miastem, czego nie rozumiecie. Podróże kształcą.

Zatem jak wróciliśmy, rozpakowaliśmy zakupy (młody konsekwentnie zostawił ikeowe zakupy tatusia, skoro tatuś rozpakowywał tylko swoje, a nie że tam na przykład 8 toreb spożywki), i zawinęliśmy się na jarmark świąteczny. Dwa grzańce nieco ukoiły nerwy, z młodym sobie pogadaliśmy, o ile się to przy Idzie udało, nakupowaliśmy bombek u Polki, która tu stoi co roku, i wróciliśmy do domu.

Taka to była sobota.

A jeszcze tytułem uzupełnienia: panowie zaczęli razem pracować i mój ma wdrażać TA, wszystko mu pokazać itp. W środę byli w biurze (- Nie wziąłeś żadnej torby na laptopa? – A to mi nie dadzą?), poza tym mają pracować zdalnie, ale wdrażać jest po prostu łatwiej na żywo, więc TA będzie przychodził do nas. Powiedziałam, że OK, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ja jestem w biurze. Z dwoma chłopami siedzącymi w salonie, gadającymi non stop, dzwoniącymi i tak dalej, to ja ani nie popracuję, ani nie odpocznę. Napisałam więc mojemu grafik, kiedy ja jestem w biurze i że wtedy proszę bardzo, a środa i piątek, kiedy pracuję z domu, symetrycznie będzie, jak sobie pójdą pracować do TA. Na co MA rzekła: ale ja nie lubię, jak mi się obcy ludzie po domu plączą.
Aaaaaaaaaaaaa no to sorry.

Najlepsze jest to, że mój mąż ma takie wrażliwe serduszko i tak mu tego Alana żal, bo on by chciał z wujkiem porozmawiać, a pomachał mu przez okno, i taki samotny tu jest i w ogóle.
Córki zostawionej samej w centrum handlowej mu nie żal.
Córki, której zapomniał zapisać na basen, a gdy już obiecał, że będą razem chodzić, to poszli raptem raz, mu nie żal.
Córki, do której krzyczy UCISZ SIĘ, bo on akurat zamieszcza ogłoszenie na OLX i potrzebuje się skupić, mu nie żal.
Córki, której mówi, że już dosyć tego, teraz on chce w spokoju obejrzeć mecz, a przecież spędził z nią jakieś trzy minuty tego dnia, mu nie żal.
O synu nie wspomnę. Syn na szczęście wielu historii nie pamięta, i dobrze. Ale oczy ma, widzi, wnioski wysnuwa i nie hamuje się, by je wszem i wobec oznajmiać.
Ale nie, mąż się obcego dziecka żałuje.

Myszkę

Dostałam do laptopa, romantyzm informatyka na pełnej, plus młody kupił kwiatki. Luz. Do myszki się muszę przyzwyczaić, nie lubię nowych, za lekko chodzi, za ciężko chodzi, nie leży w ręce tak, jak poprzednia, nie lubię zmian na żadnym polu, bo jeśli coś się sprawdza, to po co zmieniać?

Tydzień upłynął nie wiadomo kiedy, teraz to już z górki, wszystkie dni i tygodnie tak mijają, jak twierdzą życzliwi.

Młodego przeciągnęła grypa, jeszcze nie doszedł do siebie, do tego wyskoczyła mu opryszczka na pół górnej wargi, a jak zaczęła przysychać, objawił się jęczmień na powiece. Ten jest póki co we wstępnej fazie i może uda się go przydusić. Bidny chodzi młody, najpierw nie jadł bo nie miał sił na nic, potem opryszczka i strup na parę centymetrów, pił tylko przez rurkę, jak się roześmiał, to rana pękała i od nowa zaleczać. Na szczęście już wychodzi na prostą.

W uszach mam Korteza, słuchanego na nowych, bezprzewodowych słuchawkach!, ha :-). Wczoraj je przetestowałam, ciągną niemal pięć godzin Netflixa :-). Oraz mają tę genialną funkcję wyciszenia męża i syna, dzięki której mogę sobie spokojnie oglądać, słuchać i surfować.

Małżonek szanowny po dobrych kilku miesiącach względnego spokoju znowu się mocno zapomina. Dzisiaj Ida poszła do niego o coś spytać, a ten ryknął na nią NIE PRZESZKADZAJ MI IDŹ MI STĄD, a powód był kluczowy dla istnienia wszechświata, mianowicie zamieszczał na olx ogłoszenie o wynajmie mieszkania w Lublinie, a tej procedury nie można wstrzymać, należy dziecko doprowadzić do łez. Wieczorem to samo, cieszyła się Ida, że Hamilton wygrał, dostała głupawki i się śmiała, a ten do niej UCISZ SIĘ! Powiedziałam, co myślę na temat takiego zachowania, młodemu się oberwało przy obiedzie, bo zaniósł do stołu trzy talerze, a nie cztery – i nie, nie dlatego, że tatuś był jeszcze w kuchni i pewnie zaniósłby sobie ten swój talerz sam, ale na pewno dlatego, że celowo chciał ojcu zrobić na złość. Na pewno. Muszę go zapytać, czy kartki świąteczne należy już adresować Jerzy i Katarzyna, a nie Katarzyna i Jerzy, tak jak to należało robić wysyłając pozdrowienia z wakacji do jego rodziców. Bo wiesz, bo tata będzie się gniewał, jeśli będzie najpierw mama, a potem on. No, czyli trochę wzorce (a trochę pierdolce), a trochę niedowartościowane ego, które piszczy z zazdrości. No słabe to jest.

Czekam na ebooka Marzeny Rogalskiej z trzecią częścią Sagi o Karli Linde. Premiera książki była przedwczoraj, a ebooka jeszcze nie ma! Skandal no.

Tymczasem w uszach Kortez, którego koncert latem już zawsze zostanie jednym z najlepszych przeżyć w moim życiu. Kortez koi, Dawid Podsiadło koi. I jeszcze kilku. Dobranoc.

Coś

zaczęłam pisać z tydzień temu, ale mnie rozłożyło i wróciłam pod ten kocyk na parę dni. Podrasowałam się antybiotykiem i we wtorek uciekłam z domu do biura. Ileż można w domu siedzieć! Wiem, wiem, sześć lat, i dalej mam traumę, jak widać.

Po mnie rozchorował się młody, ale to tak spektakularnie, jednego dnia, wstał z katarem, kaszlem i gorączką. Ja w biurze, ucieknięta na cały dzień, młody nie może gadać, bo gardło, więc pisze. Że się nie doczołga do lekarza, że nie ma siły i że w ogóle bida. Mówię mu, żeby pogadał z tatusiem, kiedy tatuś ma jakieś możliwości czasowe, żeby wziął samochód, zaklepał wizytę i młodego do tego lekarza zawiózł. Jest nawet parking dla pacjentów akurat naszego lekarza, więc nie trzeba będzie iść z buta dwa kilometry, bo akurat tam było miejsce do parkowania (nie pytajcie, młody zapytał mnie czy naprawdę nie mogłabym ja wyrobić sobie karty do wypożyczalni samochodów, bo jak tata zaparkuje kilometr dalej, albo próbuje zrobić kopertę przodem, to… No.)
Zatem wszystko wstępnie ustalone – tak by się mogło wydawać, bo tu na scenę wchodzi tatuś, który na prośbę młodego o zawiezienie go do lekarza, odparł, że ale z nim nikt nic nie ustalał, on tu jest tylko do wykonywania poleceń a wszystko jest ustalane za jego plecami. No tak, dobrze czytacie, dziecko leci z nóg, a ojciec ma pretensje, że nikt go nie poinformował z wyprzedzeniem, nie ustalił, nie wysłał podania i nie zapytał o zdanie.
Czułki mi opadły i kazałam wziąć młodemu taksówkę, ale zanim co, to wziął i zwymiotował i przestał się nadawać do transportu, zresztą w sumie co by mu ten lekarz dał (zwolnienie ze szkoły).
Tatuś po pierwszej reakcji poczuł się jednak tatusiem, bo dał dziecku aspirynę. Dobry tatuś.

Młoda się trzyma, nie kicha i nie prycha i chwilo trwaj, bo od czterech miesięcy usiłuję zrobić jej bilans sześciolatka, który to jest niezbędny do szkoły (cholera, chyba muszę poszukać jakichś papierów…?), a ostatnio, czyli we wrześniu akurat była chora. Miło byłoby wyrobić się przed siódmymi urodzinami.

Tymczasem w poniedziałek mam urodziny i jak powiedziałam mężowi, że w sumie mam wszystko i ucieszę się z jakiegoś fajnego kwiatka w doniczce (robię w domu dżunglę, mam już trzy duże kwiatki!), ten odparł, że no to chyba wiadomix, bo właśnie zamówił mi laptopa, TO CHYBA WYSTARCZY. Jaka to jest przykrość, że mam dobrą pamięć, spokojnie sięgającą do zakupu tableta, laptopa, kolejnych butów do biegania, bo w tych poszła nitka na szwie (szewc 8 franków, nie podarowałam ;/), zegarków, cygar, koszul, koszulek do biegania, „ale takiej kurtki jak jest mżawka to nie mam do biegania”, oraz tysiącznych dupereli do komputera, a to tylko ten rok. Dalej moja pamięć też sięga, ale jest litościwa (po dwóch latach kurzenia się czarnego kapelusza, którego nie chciało się schować wiosną 2020 do szafy, mąż spytał, czy mamy jakąś szczotkę żeby go odkurzyć… Taaa.) więc już przemilczę pozostałe zakupy. Agnieszka, Idy ukochana Ciocia chrzestna, na moje słowa, że kurcze, ja mam połowę ciuchów, gadżetów i ogólnie dużo mniej zakupów dla siebie robię, odrzekła, zostawiając pytanie bez odpowiedzi, że może ja po prostu nie potrzebuję się dowartościować zakupami…?
No, może 😉

Jutro mam rozmowę z szefową na temat przedłużenia umowy. Oraz oświadczyła, że jako że w poniedziałek mam urodziny, to firma daje na tę okoliczność dzień wolnego. Grzecznie podziękowałam i zasugerowałam, że w sumie to ja mam dziewięć dni urlopu, a wolnego dała mi na święta dziesięć i ja oczywiście już kupiłam bilety, ale może ja sobie ten dzień odbiorę właśnie jako dziesiąty legalny dzień urlopu? Ach nie, nie ma takiej potrzeby, ty tyle pracujesz, masz na pewno tyle nadgodzin, że spokojnie ten jeden dzień więcej ci się należy. (niniejszym pozdrawiam moją Przyjaciółeczkę, z którą czatuję na Whatsappie w godzinach porannych :-)).
No to co, to podziękowałam. Będę miała czas na upieczenie jakiegoś ciacha do pracy, bo oczywiście we wtorek mamy pracowy coffee break, a druga koleżanka ma urodziny w środę, więc będziemy świętować podwójnie.

Jutro fryzjer i jeszcze muszę ogarnąć kogoś, żeby mi brwi zrobił, bo wyglądam jak wypłukana ścierka, wybielona amoxycyliną. Jest jedna fajna babeczka, co mi zrobiła pudrową hennę, co to się miała trzymać nawet 8 tygodni, ale po pierwsze babeczka mieszka niedaleko ale z karkołomnym dojazdem, a po drugie henna zeszła po dwóch. To jak po dwóch, to ja sobie zrobię sama, nie pudrową, tylko normalną. Kiedyś essence miał takie formatki, szablony, żeby sobie namalować brwi, ale teraz nie mają, nie wiecie, gdzie to znajdę? Muszę poguglać. Co mi przypomniało, że kupiłam sobie jakąś pomadę do brwi i zaraz ją przetestuję, akurat przed snem spokojnie zmyję.

Za tydzień wychodzi ostatni tom sagi Marzeny Rogalskiej, już przebieram nóżkami, żeby wrzucić do koszyka, załadować na kundla i zniknąć na dwa wieczory.

To co, to idę te brwi testować. Dobranoc, kochani.

Budzik

zadzwonił dziś nad ranem, jakaś pomylona musiałam być, ustawiając go na niedzielę na 6:11, no naprawdę. Ale skoro już się obudziłam, zerknęłam na telefon – a ten się nie ładuje. Znaczy, podłączony pod ładowarkę, dobrą, wymienianą ostatnio na nową, wszystko dociśnięte, a ten leży i nic. Jak miał o północy 30%, tak dalej ma 30%.
Oczywiście spanie mi przeszło błyskawicznie, ale dlaczego się nie ładuje? o co chodzi? przepięłam na drugą ładowarkę, też nic, znaczek świeci, a baterii nie przybywa, jasna cholera, czy on jeszcze jest na gwarancji? bo bym oddała do serwisu, rany boskie co ja zrobię bez telefonu przez ten czas, jak żyć panie premierze, szlag by trafił, i tak dalej, i tak dalej, nakręcałam się coraz bardziej.
A przed dziewiątą przyszło mi do głowy, żeby zrestartować telefon – i od razu zaczął się ładować.
Nie ma za co, Kasia.

W domu gościmy gości. Męża znajomy zaczyna tu za miesiąc pracę i przyjechali znaleźć mieszkanie. We trójkę, mąż, żona i siedmiolatek. Na szczęście nocują w hotelu, na nieszczęście stołują się u nas, bo w hotelu covidowe obostrzenia, no a oni nie szczepieni, więc tym bardziej pewnie kłopot.
Laska fajna, normalna i prawie zdroworozsądkowa, tyle że foliarz, no i strasznie nadopiekuńcza i panikara. Trochę się nie dziwię, sama jeszcze pamiętam, jak to było te siedem lat temu, nowy kraj, nowe wszystko, do tego oni po niemiecku nic, on po angielsku się dogada, ona tylko na migi, więc rozumiem.
Ale z drugiej strony nie można się dać zwariować, bo, jak sama przyznaje, ona się bardziej boi niż syn, a ta tylko gdacze nad nim, synem-jedynakiem swoim. Wiecie, też miałam syna jedynaka, przez dwanaście lat, ale na Boga, nie mówiłam do siedmiolatka: oj, brzusio cie boli? to chodź, połozimy sie i mamusia psituli. Kasia, masz espumisan dla dzieci? Nie mam, po co mi. A co robisz, jak Idę boli brzuch? Każę jej iść do toalety, bo pewnie jej coś zaszkodziło. To co mu można dać? Szklankę ciepłej wody.
No to poleżała z siedmiolatkiem, pocieszyła go (musiał zostawić u nas na ten miesiąc przywiezione z Polski zabawki, a nie chciał, matka kazała zostawić, to go brzuch rozbolał, to matka zmiękła i już mu tam coś obiecała, a przy okazji jeszcze ma wyrzuty sumienia, nie ma głupich dzieci, panie).
Oraz co będzie jak on będzie chodził na basen? bo on się tak łatwo przeziębia (15 stopni, puchowa kurtka, czapka i szalik, też bym się w takim zestawie przeziębiła…), a jak nie dosuszy włosów? (basen w budynku szkoły), A słyszałaś o tych suchych utonięciach? To jest takie niebezpieczne i podstępne! Ale jak to, że skaczą do wody i łapią makaron? Nikt ich tam nie łapie? Jak to metr osiemdziesiąt w najpłytszym miejscu? I tak dalej, i tak dalej. Zamiast pokonywać swoje strachy, jeszcze się nakręca. Nie będzie jej łatwo, dopóki nie przestawi sobie w głowie podejścia.
Tłumaczę, doradzam, rozbrajam, wręcz spytała mnie, czy często jakieś dziecko tonie na basenach, skoro tak się uczy pływać. Odparłam, że 95% Szwajcarów umie pływać, właśnie dzięki nauce od pierwszej klasy, Piotrek w Sekundarschule musiał nurkować po dnie basenu na czas na zaliczenie i jak widać i zanurkował, i wypłynął, i nawet zaliczył. Rrrany.
Oraz leki, leki wszędzie. Syropki, tabletki, ale jak to z antybiotykiem do szkoły puszczają? U nas to siedzi się w domu i jeszcze potem trzy dni tak dla pewności… No nie będzie łatwo.

Trochę jej współczuję, no bo też wiem, jak to jest znaleźć się nagle w innym świecie (choć ja przynajmniej języki miałam ogarnięte), ale zamiast panikować, można dziecko zapisać na kilka lekcji pływania jeszcze w Polsce, niech ona instruktorowi wyjaśni swoje (bo nie dziecka) wątpliwości, instruktor niech je rozwieje (a następnie wyprosi z hali :D), a młody niech nabierze podstaw zachowania w wodzie i luz. Tyle, że kiedyś do tej wody trzeba jednak wejść (a w Polsce chlor i grzyba można dostać).

No dobra, bo narzekam, jak zawsze narzekam. Laska jest ogólnie fajna, będą mieszkać blisko, dzieci się od pierwszego kopa nie tyle polubiły, ile zaprzyjaźniły, panowie zaś mają ambitny plan razem pracować zdalnie. Chyba zaproponuję im owocowe wtorki, kiedy jestem cały dzień w biurze, bo sorry, ale dwóch chłopa gadających, dzwoniących, mających non stop calle albo muszących koniecznie coś tam omówić, to nie na moje nerwy. A nie mam innego miejsca do pracy, tylko salon. Poza tym coś mi się wydaje, że po Nowym Roku stracą okazję do wspólnej pracy, więc wszystko wróci do spokojnej normy ;-).

Tymczasem dzięki pobudce dzisiaj nad ranem oczęta mi się zamykają, więc się oddalę pod kocyk. Towarzystwo po obiedzie wybyło na Herbstmesse, jesienne karuzele i targi różności (na które goście, jako nie zaszczepieni, nie mogą wejść, teren jest ogrodzony, więc oni stoją jak te kołki za płotem, a małżonek mój prowadza dwójkę dzieci na samochodziki i strzelnice. Młody ma w swoim pokoju maraton meczowy, a ja – święty spokój. Chwilo, trwaj, jak najdłużej 😉

Sezon na wiśniówkę

uważam za otwarty. Niby słoneczko i przyjemne piętnaście stopni, ale wieczorem, jak już się mieszkanie wywietrzy, bo przecież tak ciepło, to nagle taki hyś!! (u Was też się mówi, że hyś, czyli zimno? U mnie w domu się tak mówiło). No, czyli jak już się wywietrzy, to trzeba czym prędzej odpalać wiśniówkę, bo człowiek zamarznie.

Laptop mi się kończy. Gdyż albowiem kupiłam sobie nowe fancy słuchawki, bo do czego to podobne, chłopaki mają bezprzewodowe, ja też chcę. No to sobie kupiłam, trafiłam w dobrej cenie, zrealizowałam jakieś bony rabatowe, przysłali i mam.
Tylko że mój laptop jest już staruszek świat i nie współpracuje ze słuchawkami… Ośmiolatek, panie, oprócz tego, że mu zalałam klawiaturę i wymienialiśmy chałupniczo i nie przykleiliśmy od spodu i mi spacja nie dobija, to nic mu nie jest. No, czasem trochę muli, ale kto teraz nie muli. Ale serio, jak na moje potrzeby, czyli internet, netflix i spotify, on w zupełności wystarcza. No, czasem jakąś tabelkę w Excelu machnę, i też daje radę. A tu takie fopa. Póki co zamówię nowego bluetootha, może się okaże, że to on skurczybyk już nie łapie moich słuchawek. No a jeśli nie bluetooth, to mąż zaraz dostanie wypłatę za nadgodziny, prawda. Niech więc i żona ma coś z tych nadgodzin.
I teraz zaczyna się myk kolejny, bo o ile z 17″ z płaczem zrezygnowałam (nie istnieją, nie ma, null, zero), no to klawiaturę polską jedynie słuszną, czyli qwerty mieć muszę. A szwajcarskie są qwertz. W domu piszę jednak głównie po polsku i muszę mieć normalnie. Umlauty i te inne mam w pracy (i jak pracuję zdalnie z domu, dostaję schizofrenii, zamieniając zet z igrekiem. Kończy się tak, że w domu piszę na polskich ustawieniach i jak potrzebuję umlaut, robię to skrótami, np. ä to jest lewy alt + 123 (wszyscy teraz sprawdzają, czy to prawda :D), natomiast jak muszę w pracy coś po polsku napisać, to albo piszę bez polskich liter, albo wrzucam jakieś słowo z ąę do google’a i kopiuję. Trzeba sobie radzić, c’nie.

Jako, że dzieci właśnie kończą jesienne ferie, wywieźliśmy je wczoraj do Konstanz. Starzy urlopu nie mają, ale pracując ciężko całymi dniami zebrałam dwa wolne popołudnia w jeden dzień cały, mąż wziął urlop oraz samochód i pojechaliśmy. Najpierw udaliśmy się do wodospadów, ale mgła kazała nam się głównie domyślać, gdzie one dokładnie są. No, słychać je było. Natomiast Konstanz! Miasto ze śliczną starówką, Jezioro Bodeńskie, w tle Alpy, jedno z najlepszych piw pszenicznych na świecie! Zawsze te, które mi smakują najbardziej, są lokalne. Tak było z Lemke, piwem pitym w Berlinie gdzieś pod którymś kolejnym zamkiem, które zwiedzaliśmy kilka lat temu w ponad czterdziestostopniowym upale, teściowa poleciała jeszcze zwiedzać ogrody, a my zgodnym chórem oświadczyliśmy, że my ***** ogrody, i zamówiliśmy sobie po dużym piwie, a młodemu lody gigant. Z dwojga złego wolałam, żeby dostał zapalenia krtani niż udaru. No i my też, oczywiście. To Lemke było do tej pory numerem jeden, teraz ex aequo doszło Constanzer Wirtshaus Bier. Nie wiem, czy lepsze, bo Lemke piłam ostatnio chyba osiem lat temu, ale obydwa wyborne.

Młoda w ferie pochodziła do lokalnej, dzielnicowej świetlicy, trochę było wolnych godzin, a czasami zajęcia zorganizowane pt. wiatr albo drewno. Przyszłam ją odebrać po tym drewnie, a tam deski, ręczne piły, gwoździe i młotki. To nie na moje nerwy! Chociaż przyznać trzeba, że nic sobie nie zrobiła, a zabawkę z gwoździkami i młoteczkiem miała już w przedszkolu, no to chyba ogarnia.

Dużo Wam miałam poopowiadać, ale wyleciało mi z głowy. Kurtkę na zimę sobie kupiłam. Biłam się z myślami, bo cena dwukrotnie przekraczała mój mentalny budżet, ale kurczę poprzednia mi już spłowiała, i trochę wstyd tak chodzić (ale jeszcze ją zostawię, może ufarbuję, a może tak awaryjnie niech poleży) (robię się jak własna matka) (albo już nią jestem). A w ogóle to poszłam po kurtkę na jesień, ale jeszcze takich nie wyprodukowali, zwłaszcza, że sama nie wiedziałam, czego szukam tak naprawdę, oprócz tego, że ma być cieplejsza niż zwykła przeciwdeszczówka. No nic, może kiedyś ktoś się domyśli i mi uszyje.

Póki co bierze mnie przeziębienie, kolejny raz na weekend, w sam raz, żebym się teraz podkurowała i wróciła w poniedziałek zdrowiutka do biura.

Plan na jutro obejmuje wyspać się, umalować paznokcie, zdrzemnąć się, coś poczytać, zjeść uczyniony przez męża obiad i tak doturlać się do poniedziałku. Zero oczekiwań, zero potrzeb. Tyram jak głupia, pracuję, dom ogarniam, nawet dzisiaj nie mogłam na dupie usiedzieć, tylko po czterogodzinnym spacerku po mieście (kurtka jesienna, prawda), zaczęłam sprzątać w szafie, przy okazji machnęłam prasowanie, a skoro prasowanie, to uprasowałam wszystkie za małe na Idę ubrania i wystawiłam je na sprzedaż, bo zebrała się już tego torba z Ikei, plus druga jest w piwnicy.

Teściowa w tym tygodniu obchodzi okrągłe urodziny, i mimo że już od dziesięciu lat nie obchodzi oficjalnie urodzin, tylko imieniny, które ma tego samego dnia, szczypnęłam małżonka, żeby się wykazał. Zamówił bukiet kwiatów i voucher do day spa w Nałęczowie. To spa to mój pomysł, teściowa całe życie spracowana i styrana, zawsze oszczędzała na sobie, typowa Matka Polka, to niech ma teraz odrobinę luksusu. Czyli pojedzie pewnie na wiosnę, jak wirus na Lubelszczyźnie przycichnie. W międzyczasie ma mieć zastrzyk na drugie oko i laser na pierwsze, bo usunęli jej zaćmę, ale się okazuje, że jakaś błonka została pod rogówką, czy może urosła, czy coś, no w każdym razie trzeba poprawić i idzie pod nóż. Znaczy, pod laser.

Młoda śpi, młody poszedł na osiemnastkę do kolegi. Stary zmobilizował się do sprzątnięcia własnej łazienki, wziąwszy sobie do serca słowa ukochanej małżonki, że rzeczona łazienka jest już radioaktywna.

Psa mieliśmy znów na tydzień. Gdy właścicielka przyjechała po odbiór, pies przed blokiem zaparł się łapami i nie chciał iść do swojego domu. Nie wiem, może to ta wołowina z rosołu…? 🙂 My też przez kilka dni łapaliśmy się na tym, że trzeba psa wyprowadzić, albo że nie ma pretekstu, żeby oderwać się od pracy na parę minut (bo żeby tak wyjść na 10 minut do spożywczego i kupić pieczywo i banany, to nie można, no skąd). Gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że a może by psa, ale żeby był taki fajny, cichy i spokojny, i stary jak Zoja, ale z drugiej strony prędzej czy później jedno z nas albo oboje zmienimy pracę, pójdziemy do biur, i co, pies będzie wył sąsiadom przez pół dnia? Bez sensu.

No to co, przestańmy się obrażać na stare, kabelkowe słuchawki, i odpalmy coś na netfliksie. Po czterech sezonach Chicago Med nie dość, że świetnie przyswoiłam medyczne słownictwo, to sama mogę zlecać badania, gdy na SOR wjeżdża nowy pacjent. Tak to jest, jak się człowiek przestawi na oryginalną ścieżkę dźwiękową.

Jesień

Przyszła. Nareszcie, taka, jak lubię. Po kilku tygodniach babiego lata, słońca, zbierania kasztanów i szurania w liściach, w tym tygodniu mamy piętnaście stopni i mżawkę. Listopadzie, tęskniłam! Lubię tę porę roku, trochę smętną i posępną. Całkiem jak ja w środku.
Na okoliczność jesieni mam trzy nowe pudełka puzzli, dwa zdobyczne, czytaj ktoś wystawił z karteczką gratis przed dom, trzecie dzisiaj kupiłam za piątaka – nawet nie otwarte. W sam raz na długie wieczory.

Znowu mamy psa u siebie na tydzień, znajomi pojechali na Rodos, ale wiecie, na Rodos, nie na RODOS. Chociaż w sumie zdjęć nie widziałam :-). Zoja niestety kontuzjowana, zerwała więzadła w łapce, więc spacery tym razem zakazane. Gdy ją przyprowadzali do nas przedwczoraj, pies gdy się zorientował, dokąd idzie, zaczął biec i ciągnąć, byle szybciej. Oraz gdy poprzednio odstawiliśmy ją do domu, przez dwa dni chodziła osowiała i tęskniła. No ale co wam powiem, dla nas to jest atrakcja, tym większa, że na krótko. Zoja była wybiegana, każdy poświęcał jej uwagę, dostawała kurczaka z ryżem, bo suchą karmą gardziła. A w domu jest nadaktywny kilkulatek, ponadroczna dziewczynka i zabiegani rodzice, to wiadomo. Nie ma się co dziwić.

W rodzinie kolejny pogrzeb. Zmarła siostra taty, ciotka Janka. 95 lat i z tego, co się orientuję, do końca (albo prawie) na chodzie i z przytomną głową. Życie miała ciężkie, w 1942 r. jako szesnastolatkę rodzice wydali ją za mąż, mając nadzieję, że uchronią ją tym przed wywozem na roboty. Od robót ją owszem, uchronili, ale za to na męża wybrali psychopatę, który jej życie zamienił w piekło. Odżyła dopiero, gdy owdowiała, przeżywając w spokoju ostatnie 20 lat życia i nie musząc nikogo pytać o to, czy może sobie kupić buty, bo stare się rozpadły. Nikt nie brał pod uwagę tego, co ona by chciała, a chciała iść do zakonu. Pamiętam, jak zmarł tata i mama była zbulwersowana, bo gdy się ciotka dowiedziała, stwierdziła: kto się urodził, musi umrzeć. No i jak to tak, zamiast rozpaczać, że brat nie żyje, to ciotka tak z wiarą i na spokojnie to przyjęła? (teraz jak ciotka zmarła to też był bulwers, bo jej córka wrzuciła zdjęcie ze spaceru po mieście. Przed pogrzebem. Jeszcze matki nie zdążyła pochować, a już spacerów jej się zachciewa!! I zdjęcia na fejsa!).

Szefowa pojechała na urlop, w ramach kryzysu, do Dubaju, więc spokój w biurze. Młoda się jednak rozłożyła trochę trwalej, słabsza taka, trochę pokasływała, ale zabrałam ją do lekarza, żeby osłuchał płucka i inne podroby, wszystko czyste, jedynie gardło zaczerwienione, ale to drobiazg. I tak mają ferie i siedzą w domu, niech się dziecko wygrzeje, wyśpi i wyleni.
Młody ma jazdy, instruktor go chwali, że wszystko dobrze, że świetnie sobie radzi, a na zajęcia z parkowania żałował, że nie zabrał tatusia. Well, do dzisiaj pamiętam, jak usiłował zrobić kopertę przodem…

Młoda zasypia, panowie szykują się do meczu, to ja herbatę i netfliksa :-).

Się dzieje się

Mama przez dobry tydzień nie dowierzała wynikom, które miała przed oczami, pokazującymi jak byk cukrzycę. Nie jakąś typu 600 na czczo, bo wtedy to zdaje się, się słodko, nomen omen, śpi, ale też nie pozostawiających wątpliwości. I teraz przypomnijcie sobie jakiegoś znajomego dwulatka, rzucającego się na ziemię w stokrotce, bo matka nie chce kupić lizaka. Tak właśnie zachowywała się mama przez pierwsze parę dni, jak rozhisteryzowany dzieciak. Spazmy, szlochy, szok i niedowierzanie – no bo ale jak to, skąd?? Bo przecież nie z tej diety, gdzie na drugie śniadanie wjeżdża kasza manna na mleku posypana łyżką cukru po wierzchu, prawda? Nie z tego siedzenia w domu, gdzie jedyny przewidziany ruch to ten nadgarstkiem, bo albo szydełko, albo pasjans, albo facebook, a spacer do sklepu 300 metrów od domu należy do kategorii wyprawa. Chleb, zakupy – najrzadziej jak się da; chleb się mrozi, bo wtedy jest zapasik i nie trzeba tak codziennie z domu wychodzić. Zdaje się, że mama ma trzy bochenki chleba na zbyciu…
I wiecie, oczywiście, że mi jej szkoda. Wiadomo. Ale kurczę tak bardzo po pierwsze sobie na to zapracowała (wiem, wiem, i tak mi jej żal), tak bardzo wyśmiewała nasze rady i prośby (co, sałatę mam jeść, a co to ja królik jestem? No jak to tak, bez czekolady? Gorzka to nie czekolada! Bez słodkiego żyć? To jak żyć i po co w ogóle żyć?), i jak doszłam do wniosku – ta cukrzyca, z całym ryzykiem, który za sobą niesie, to jej może zrobić wyłącznie dobrze.
Minął tydzień od wyników, mamusia przestała mi szlochać w słuchawkę (wciąż przed oczami mam płaczącą babcię i mamę komentującą, że artystka! aktorka! Proszę, jakie artystyczne geny mamy w rodzinie…). Okrzepła, nawet dzisiaj kupiła sobie roszponkę! (sałata… króliki…) oraz chleb dla diabetyków, już wie, że dowożą do niej dwa razy w tygodniu. Ugotowała cierpiętniczo leczo z cukinii i chyba powoli przywyka do nowej, bezcukrowej rzeczywistości.
I wiecie, mnie jest jej naprawdę bardzo szkoda, bo chciałabym, żeby nikt na nic nie chorował i jak to mawiają kandydatki na miss USA, chciałabym pokoju na świecie. Ale tak jak powiedział młody, szkoda mi babci, ale nareszcie zacznie się zdrowo odżywiać. Amen.
Gdybyście znali fajne, proste przepisy albo całe strony lub portale internetowe z przepisami dla diabetyków, uprasza się o pozostawienie namiarów w komentarzu.

W pracy czekamy niecierpliwie i trzymamy kciuki, albowiem szefowa w ramach kryzysu, leci na ferie jesienne do Dubaju, no i te kciuki, to żeby żadne z nich nie wyszło pozytywne na ostatniej prostej, bo jak powszechnie wiadomo, urlop dzieli się na własny i przełożonego. Uprzedziła, że podczas jej nieobecności mogę być w biurze tylko dwa razy, wtorek i czwartek rano, co ochoczo zaaprobowałam, zamierzam się konsekwentnie nie przemęczać.
Ale! wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że umowa na łosia roku zostanie mi przedłużona, oczywiście za stosowną dopłatą, bo jednak pensja praktykanta to przegięcie w zestawieniu z tym, co za te grosze otrzymują (cytuję: ja w ogóle nie wiem, jak ja pracowałam, zanim ciebie zatrudniłam). No. Dzisiaj przeprowadziłam koleżankom szkolenie z nowego softu, którego będziemy używały do obróbki klientów. Wymyślam sposoby pozyskania nowych klientów, marketingowo ogarniam od nowych ulotek po firmowego linkedina, kolejny projekt na horyzoncie to przedłużenie znaku jakości firm relokacyjnych (jeszcze nie wiem, czemu, ale wszystkie bardzo się cieszą, że ja mam na głowie ten projekt w całości. Taaa… Taaa…).
Natomiast dzisiaj zabłysłam swoimi zaawansowanymi skilami informatycznymi, gdyż albowiem skończyły się koperty z okienkiem po lewej stronie (Szwajcarzy nie są ekologiczni ni cholery, nie wierzcie w to. Szwajcarzy są mistrzami w segregowaniu śmieci, muszą być, bo produkują tego na tony, na przykład drukując dodatkową stronę tylko z adresem, żeby było widać przez okienko koperty). Noęc lewe koperty się skończyły i jak one teraz mają pisać pisma?? Skoro na firmowych szablonach adres odbiorcy jest po lewej stronie, a w kopertach okienko po prawej? I wiecie, wtedy wchodzę ja cała na biało, naciskam parę tabulatorów, zapisuję jako i jestem ich guru informatyczną. Nawiasem mówiąc, moja poprzedniczka asystentka nigdy nie robiła plik – zapisz jako, bo uważała, że w ten sposób plik pierwotny znika. Znika. No spoko, w różne rzeczy ludzie wierzą. To nawiasem mówiąc trochę nie dziwne, że na mnie patrzą jak na bóstwo, skoro mnie jednak nie znika.

Młoda trochę pokasłuje, w końcu się powoli ochłodziło i poranki są naprawdę rześkie (+9/+13). Oraz chodzi bestia sama, to znaczy jak ja jadę do pracy, to idziemy w tę samą stronę, więc razem, potem ja ją puszczam luzem już na ulicy, przy której stoi szkoła, ma do przejścia sama jakieś 80 metrów, a ja idę dalej do przystanku, odprowadzając wzrokiem uciekający mi tramwaj, no bo przecież musiała mi dać sto tysięcy buziaczków i uścisków na do widzenia. W dni, w które pracuję z domu, młoda idzie rano sama. Wraca zawsze sama i na popołudnie dwa razy w tygodniu chodzi sama. Czy się stresuję? Ależ. Dziecko ma 6,5 roku przecież. Natomiast na ósmą rano i w południe pół dzielnicy idzie do i ze szkoły. Lekcje zaczynają się i kończą o tej samej porze. Po południu bywa to już różnie, ale gdy młoda rano wychodzi, wiem, że po minucie dołączy do niej Aymen, gdy przejdą na drugą stronę ulicy (przez tory tramwajowe, spoko…), dołączy Hendrick, i tak dalej, po kolei. Pod szkołą jest ich chmara, pierwszoklasiści w odblaskowych żółtych czapeczkach (bądź widoczny na drodze), starsi grają na boisku w kosza albo w nogę. Biegają, przepychają się, krzyczą, tańczą i wariują. I tylko pierwszoklasiści stoją tuż przy drzwiach, żeby równo z dzwonkiem wejść do środka i broń boże się nie spóźnić. Albowiem szkoła otwierana jest o 7:55, pięć minut ma wystarczyć na dotarcie do klasy (szatni nie ma, są wieszaki przed klasą na worek z butami i kurtkę. Acz w Sekundarschule czyli polskim byłym gimnazjum Piotrek już butów nie zmieniał).
Czy się stresuję? Denerwuję? No ależ skądżeż, odliczam tylko do ósmej piętnaście, bo jeśli dzieci nie dotrą do szkoły w ciągu kwadransa, wychowawczyni dzwoni do domu. To są najdłuższe kwadranse w moim życiu, kochani. Ale ostatnio byłam taka dzielna, że machałam sześcioipółletniej córce z balkonu, będąc ubrana jeszcze w piżamę! A ona mi wysyłała całuski, przytulaski i buziaczki, idąc tyłem i machając mi zawzięcie, by po chwili zniknąć za rogiem.

Młody ma jazdy, tutejszym zwyczajem jedną w tygodniu. Po niemal dwumiesięcznej przerwie (jego wakacje, potem instruktora długi urlop) wsiadł za kółko i bez większych problemów ruszył do przodu.
Oraz ostatnio spytał, czy nie mogłabym JA prowadzić, gdy wracamy z zakupów do domu. Bo tata najpierw objeżdża okoliczne rondo, by nie musieć skręcać w lewo w nasze osiedle, następnie, gdy ma tylko jedno wolne miejsce parkingowe, zajęcie go zajmuje mu dobrych kilka minut, manewrując godzinami by na koniec zaparkować całkiem na końcu owego miejsca, przytulając się do samochodu za nami, co jakby uniemożliwia otwarcie bagażnika. Detale…! Tatuś, co sam przyznaje, cedząc przez zęby to ty zaparkuj, nigdy nie był mocny w manewry.
A jeździć ja nie mogę, bo nie mam karty do wypożyczalni samochodów, bo gdybym miała, to bym sama jeździła i dźwigała, a tatuś by jeszcze bardziej siedział przed telewizorem i miał wszystko w nosie.

No, to tyle na dzisiaj, dobranoc się z Państwem!

Nagle i niespodziewanie

zmarła moja chrzestna. Była fajną, ciepłą osobą. Miałyśmy rzadki kontakt ze sobą, głównie telefoniczny, i niekoniecznie regularny, ale zawsze dobrze było ją usłyszeć.
– Cześć ciociu, nie przeszkadzam?
– Kasia ty mi nigdy nie przeszkadzasz!
Te jej słowa wciąż dźwięczą mi w uszach.

Dzień po pogrzebie zadzwoniła tutejsza koleżanka, zryczana jak nieszczęście, że zmarła jej teściowa. Też nagle, chociaż też chorowała. Taka drobniutka kobietka, chudzinka, niziutka, przecinek taki, a serca w środku za całe tabuny miała. Ida bardzo ją lubiła, w czasie covidu przysposobiła ją sobie na babcię zastępczą. Może wystarczy już tych pogrzebów, co?

Koleżanka poprosiła o zaopiekowanie się psem, jako że oni samolotem, pies starszy, linie lotnicze różnie z psami, generalnie chciała psu stresu oszczędzić. Wzięliśmy. Rodzina ma atrakcję, tym fajniejszą, że tylko na tydzień. Pies spokojny, pogodny, starszy więc nie jest małym jazgotem, tylko wielorasową starszą panią. Mąż, który zawsze mieszkał z psami, od razu orzekł, że on będzie wychodził na spacery i że on będzie karmił – miód na moje serce! On odwala robotę, a koleżanka będzie wdzięczna mnie :-). Chodzą na spacery, suchą karmę pies bojkotował, więc kupujemy mu jakieś pasztety w foremkach, za smaczki od razu siada i daje łapę, dobrze, że nie dwie na raz. Leży pod nogami pana, wodzi wzrokiem za panem, leży pod drzwiami łazienki, gdy pan jest w środku. Poczciwa psina.

Młoda jest szczerbolem i wygląda szczerze mówiąc okropnie. U góry już widać lewą jedynkę, prawej nie ma, dwójki prawej nie ma. Na dole prawa dwójka się wychyla, jedynki stałe są, dwójkę sobie wczoraj wybiła. Wybiła. Potknęła się o dywanik przy łóżku i uderzyła buzią – a łóżko ma piękny, wywijany, ozdobny stelaż. Siniak na policzku, ząb w ręce, matko bosko. Szczęście w nieszczęściu, że to mleczak, chociaż nie ruszał się jeszcze, więc zanim wyjdzie, minie trochę czasu. Mam nadzieję, że trójka jej się nie zsunie za bardzo w to miejsce, chociaż za kilka lat i tak młodej pewnie aparat nie minie. Co za myślotok mnie dopadł.

Dzisiaj szefowa zaskoczyła mnie totalnie, napomykając, że po feriach jesiennych czas na spotkanie, aby omówić ten rok oraz moją przyszłość zawodową, bo ona by bardzo chciała mnie zatrzymać, w ogóle sobie nie wyobraża, jak kiedyś dawała sobie radę beze mnie, krótko mówiąc, piekło zamarzło, umowę na łosia roku chce mi przedłużyć. Oczywiście, będę negocjować łosiowe warunki umowy, ale szczerze mówiąc sama nie wierzę w to, co usłyszałam. Do tej pory każda asystentka dostawała w październiku laurkę, że dobrze było, ale się skończyło. A tu taki niespodziewany zwrot akcji. Proszę proszę.

Z okazji

Imienin Sister (najlepszego!!), Ida zaczęła warrrkotać. Oczywiście, że się cały ubiegły rok stresowałam, że jeszcze nie wymawia wyraźnie ani r, ani s. Dziecko cały rok chodziło do logopedy, gdzie głoskę s ogarnęło w 45 minut na pierwszej lekcji, by po roku zapomnieć i znowu zacząć seplenić. Oszaleć można. Na zajęciach logopedycznych pani kazała olać seplenienie (i rację miała kobieta!) i skupić się na nauce języka niemieckiego. Tu się toczyły delikatne spory, albowiem widząc, w jakim tempie u Piotrka zanika słownictwo w języku ojczystym, oraz jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że język niemiecki jest priorytetem, bo zaczyna się szkoła, co prawda też byłam zdania, że naukę niemieckiego należy wspierać, ale – poza domem. Koniec końców robiłyśmy jakieś ćwiczenia, Idka niemiecki ogarnęła w stopniu zadowalających panie nauczycielki w przedszkolu oraz panią logopedę zdaje się również, natomiast s zniknęło, r trwało w niebycie.

Wszystko zmieniło się w wakacje, kiedy to Idzie wypadły hurtowo górne jedynki i dwójka, i moi drodzy, to dopiero nazywa się seplenienie. Co ja wiedziałam o seplenieniu rok temu…! Natomiast wraz z pójściem do szkoły magicznym sposobem, mimo braków w uzębieniu, Ida potrafi prawidłowe s wydobyć. Magia normalnie. No a dzisiaj ze szkoły przyniosła piękne, regularne r. I ależ oczywiście, że się denerwowała, gdy jej przestało wychodzić, ale zaraz sama zacytowała wychowawczynię, która ją pocieszała, że jej też czasem coś zupełnie nie wychodzi, ale gdy poćwiczy, to potem są efekty. Ale jak matka to mówi, to dziecko nie wierzy. Dziwne.

Jutro w pracuni bierzemy udział w targach, gdzie będziemy reklamować usługi naszej firmy oraz zachęcać do współpracy. Do południa pracowałam w biurze, po południu byłyśmy umówione z szefową na targach, żeby przygotować stoisko. Wszystko było gotowe przed szesnastą, drugi koniec miasta… Szefowa mówi, że mam już wolne na dzisiaj, nie muszę już w domu pracować! Dobra kobieta, acz naiwna, jeśli myślała, że mając w perspektywie jutrzejsze 14h pracy, miałam w planach siadać jeszcze do komputera… No naprawdę.

Miesiące nam się tymczasem pomieniały, w sierpniu był wrzesień, za to we wrześniu wróciło upalne lato. Mamy 29 stopni i lampę (a jutro obowiązkowo ubranie na czarno i apaszka w kolorze firmowej purpury. Czarownie po prostu. Chociaż, może czarne bikini by się nadało? Bo że klientów by przyciągnęło, to nie wątpię :D).

Weekend był bardzo przyjemny, w sobotę byłyśmy z Idą na kolejnym, lokalnym flohmarkcie, gdzie kupiłam młodej piżamkę na zaś, sukienkę na zimę do szkoły oraz zestaw klocków lego, jakąś koparkę czy inną maszynę. Oraz spędziłyśmy razem trochę czasu, młoda wciągnęła gofra i pobawiła się z Frankiem, mamo, jak tu byliśmy z przedszkolem, to ja się bałam tędy przejść (na drewnianym zamku, po belce zawieszonej na 2,5 metra, trzymając się jednej liny, te panie tutaj to mają stalowe nerwy. Albo nie patrzą), ale Nuria mi powiedziała, żebym nie patrzyła w dół, i przeszłam! A teraz to się wcale nie boję! Rany boskie.

Potem musiałam w zastępstwie koleżanki powitać nowych klientów w ich nowym domu, i podczas gdy oni z dwójką małych dzieci, sześcioma walizami oraz spożywką na weekend usiłowali wydobyć się z chaosu (gdzie tu jest najbliższy sklep spożywczy czynny w niedzielę?), musiałam wyrecytować służbową formułkę o zasadach segregowania śmieci, zostawianiu otwartych rolet na wypadek gradu, niewyprowadzaniu psów na pseudotrawnik pod domem i tak dalej, i tak dalej. Na koniec pokazałam pani domu, gdzie mają śmietnik, a gdzie piwnicę, że do spożywczego to w lewo, i z obopólną ulgą stwierdziłyśmy, że gdyby czegoś nie wiedziała, to zadzwoni dopytać. Koleżankę, nie mnie ;p.

A potem to już była niedziela, spanie wyjątkowo nie do siódmej, a do całej ósmej z minutami!, lenistwo, obijactwo, wyścigi F1 w Holandii i ta niesamowita plaża w Zandvoort.
A propos Holandii, to nasi byli sąsiedzi, Holendrzy, którzy dwa lata temu wrócili do domu (tymczasowo, bo on robi karierę w HR), właśnie przeprowadzili się do Montrealu. Mieli wracać do Basel, ale widać albo go jeszcze tam doszkolą na tego prezesa, albo już tam nim zostanie. Fajni ludzie i brakuje mi ich tutaj.

A propos szkoły jeszcze, to po dwóch tygodniach szukania, pytania i płakała, odnalazł się bidon, który Ida dostała od ukochanej cioci chrzestnej. Szkoda mi go było, bo fajny, i od kompletu ze śniadaniówką, a tu zaraz w pierwszym tygodniu – zniknął z pola widzenia i śladu nie było. Przy okazji zebrania, obeszliśmy szkolne skrytki, kamień w wodę. Eh.
…aż w ubiegły czwartek Ida po szkole dostała gorączki i wyjątkowo zajrzałam do jej plecaka w poszukiwaniu śniadaniówki. Na dnie plecaka, schowany w przegródce, leżał sobie spokojnie bidon. Niby drobiazg, ale szkoda mi go było, poza tym tak od razu w pierwszym tygodniu go zgubić…? 🙂

Cały tydzień naćkany jak u cyganki w tobołku, jak to mawia brat. Jutro cały dzień na targach, w środę do biura, w piątek do biura, i tylko czwartek wytargowałam z domu, na dodatek pół dnia tylko. Ale już mnie młody chce wyciągnąć na zakupy po południu, no i Idka na kung fu, atose posiedziałam. Dobranoc.

Pracowo

Zawiesił mi się zdalny dostęp, i w domu, i w pracy. Trzeba mówiąc wprost, zabić sesję, do czego ja dostępu nie mam. Poprosiłam o pomoc szefową (w domyśle: nie dam rady sama, potrzebuję informatyka do pomocy), odpisała mi że:
– Dziwne, u niej działa (bo to tylko mój profil zwisł! Rasowy informatyk normalnie)
– Może bym zrestartowała komputer?

A gdy sobie sama poradziłam, dostałam radosne:
– No worries! Always here to help 🙂

Taka szefowa to skarb.

Co u Was,

spytała Sister. A no trochę nowego. Szkoła się zaczęła.

Rok szkolny mamy mniej więcej ogarnięty. Ida już dwa razy sama wracała ze szkoły, raz zupełnie samiuśka, a matka ogryzała paznokcie w biurze, dopóki ojciec nie zameldował, że właśnie weszła, drugi raz zupełnym przypadkiem wracałam z pracy o tej samej porze, co młoda ze szkoły i tak sobie szłam kilkadziesiąt metrów za nią, patrząc, co robi. A nic nie robi, po prostu idzie do domu. Oraz upiera się, żebym rano wychodziła wcześniej do pracy, bo czy ona naprawdę nie może iść tak całkiem sama do szkoły? Pech chce, że idziemy w jedną stronę o tej samej porze, no co poradzę. Młoda zostawia mnie na przystanku i sama idzie dalej, czyli zaraz za przystankiem skręca w szkolną uliczkę, gdzie już jest jak w ulu, bo setki jej podobnych czekają na dzwonek o ósmej, żeby wejść do szkoły. Albo do 7:57, muszę przyuważyć.

Poniedziałki i wtorki popołudniami ma również zajęte przez szkołę i tu się ostatnio wydarzył dramat o zupełnie innej skali, albowiem dziecko wróciło samodzielnie ze szkoły w południe, powinno dostać obiad oraz o stosownej porze polecenie wymarszu na ciąg dalszy. Brzmi prosto, ale zderzyłam się z potokiem wyrzutów, że ale jak to, tatuś chciał iść pobiegać, a nie może! A ja we wtorki od nowego roku szkolnego jestem cały dzień w biurze, i nie mogę młodej przejąć. Tragedia, rozpacz, dramat fryzjerski. Uprzejmie przypomniałam, że wybierając pomiędzy jego pracą, moją pracą, młodej szkołą a jego bieganiem, to ostatnie jest na samym dole w mojej hierarchii ważności, zwyczajnie dlatego, że jest nieobowiązkowe. Biegać można o dowolnej porze dnia, chodzić do pracy już nie bardzo. Foch jeb o ścianę.

Młody też rozpoczął rok szkolny, żeby nie było. Plan ma zawalony, a że dojazdy to pół godziny autobusem, a autobus w szczycie co kwadrans, pobudka jest o nieludzkiej 6:20. Poprosił mnie, żebym przez pierwsze dni sprawdzała, czy wstał, bo wakacyjne (i weekendowe, nie oszukujmy się) rozregulowanie znacząco wpływa na poranną przytomność. A ja i tak się budzę od piątej, szóstej, więc mi żadna różnica. Od czasu do czasu miewam nawet ambitne przebłyski, żeby tak o tej piątej wstać, ale przeczekuję ten atak głupich myśli 🙂
Raz młody ma na szczęście na 11 i poprosił tatusia, żeby kontrolnie sprawdził o 9, czy się podniósł. Tatuś prośbę spełnił z ciężkim sercem, bo akurat wtedy też właśnie chciał iść biegać, to nie, musiał być w domu i zobaczyć, czy młody wstał. Czaicie te dramy, nie? 😀
(dzwonek telefonu młodego nie obudzi, od razu mówię).

Wczoraj przeczołgałyśmy się z młodą przez Flohmarkt w sąsiedniej dzielnicy. To taka garażowa lub osiedlowa wyprzedaż. Uwielbiam ten klimat: każdy przed domem wystawia, co ma do sprzedania, często perełki za grosze. Rok temu kupiłam patchworkową narzutę na łóżko, wielkości 2,5 x 3 m, za jedyne 40 franków. Cudo! Wczoraj upolowałyśmy t-shirt desiguala dla młodej, puzzle dla młodej, książeczkę dla młodej i cztery szklanki z ikei, te małe, zwykłe, i tak miałam dokupić, a tu były po franku, to kogoś uwolniłam.

Nawiasem mówiąc, IKEA od tego roku zaprzestała rozsyłania katalogów do domu; ekologia i te sprawy. Może i skrócili sobie trochę ślad węglowy czy oszczędzili trochę papieru, ale ciekawa jestem, czym mnie teraz chcą ściągnąć do sklepu. Do tej pory było tak, że przychodzi katalog, oglądam, i maks po dwóch – trzech tygodniach jadę na zakupy. Teraz jak się w listopadzie zbiorę, to będzie dobrze, na urodzinowe od nich ciasteczko.

No, to wczoraj najpierw pchli targ, a potem prosto udałyśmy się do mini zoo, na drugim końcu miasta, 29 stopni i słoneczko, prawda. Czarownie było. Albowiem były 150. urodziny tegoż zoo. Nastawiona byłam na jakieś atrakcje dla dzieci, opowieści o zwierzętach, festyn i watę cukrową, a była kupa. Dwadzieścia stoisk z ulotkami od lokalnych obrońców żyraf itp, ale już WWF nie było, a moja córka od czasu wiosennych przedszkolnych akcji z WWF, jest ich wielką fanką (- mamo, ja chcę wspierać WWF, daj mi worek, to pójdę zbierać śmieci dookoła domu. (gdzie dziecko, w Szwajcarii? Puknij się w czaszkę)). Jedyną atrakcją była przejażdżka na kucyku, a później kiełbaska z grilla z frytkami zjedzone na schodkach gdzieś w cieniu, bo stoliki wszystkie zajęte. Ale za to frytki pycha, z ziemniaków, a nie z zamrażarki. I piwo do tego, po upalnym dniu i wydeptanych 20 000 kroków, sami rozumiecie, że mi się ono po prostu należało. Jeszcze się u sprzedawczyni upewniałam, czy aby nie bezalkoholowe.

Po intensywnej sobocie przyszło ochłodzenie i deszcz. Mają być 22 stopnie przez cały tydzień, co bardzo mnie cieszy, jako że jak wiadomo, fanką upałów nie jestem. Postanowiłam się dziś wyspać i wyleżeć, następnie wykonałam przeróżne spa-podobne czynności w łazience i zrelaksowana wyszłam do ludzi. Za miło oczywiście być nie mogło, Ida grała na PS move czy jak się to nazywa, cały czas obaj tatuś z młodym krzyczeli na nią, żeby nie stała tak blisko telewizora (a można po prostu położyć puf pomiędzy; najprostsze rozwiązania przychodzą z dużym trudem, jak widać), młoda w ryk, że przecież nie stoi za blisko, oni dalej swoje, mój dobry nastrój szlag trafił, wkroczyłam cała na wkurwie, rzuciłam puf pod telewizor i kazałam na dziecko nie krzyczeć. Doleciało mnie jeszcze, że pewnie, nie można zwrócić jej uwagi, najlepiej się w ogóle nie wtrącać w wychowywanie, na co zacytowałam definicję biernej agresji z zaznaczeniem, że sobie jej nie życzę, i od tej pory niedziela minęła nam na zajmowaniu osobnych pomieszczeń.

Czyli jak zawsze.

Wakacyjnie

Męża znajomi do nas przyjechali, na urlop, pozwiedzać, przy okazji zabierając z domu Idę z tatusiem, który też miał urlop. Spoko, goście są u nas zawsze mile widziani. Tym razem jednakże miałam okazję przetestować swoją cierpliwość oraz oblać egzamin z tolerancji. Chociaż w sumie nie jest mi z tym źle.
Znajomi przyjechali z pięciolatkiem wychowywanym, a pardą, nie wychowywanym. Chłopaczek jest trochę opóźniony, nie mówi, ja to rozumiem, ale on naprawdę rozumie, co się do niego mówi i potrafi być posłuszny. Jeśli się tylko tego od niego wymaga.
Dość powiedzieć, że do Piotrka do pokoju wszedł tylko raz i wystarczyło, więcej nie próbował. Mąż spytał mnie któregoś dnia: „ja nie wiem, co ty mu zrobiłaś, że on tu w ogóle nie wchodził, do naszej sypialni” – ale ja mu nic nie zrobiłam. Kucnęłam, żeby być na jego wysokości i przytrzymałam za ramię, żeby mi nie zwiał i powiedziałam, że tu nie wchodzimy. Magia jakaś normalnie.
Mamusia go natomiast karmiła jogurcikiem. W łóżku. Na leżąco. Albowiem on niejadkiem jest. Z podróży przywieźli przekąski: flipsy w czekoladzie, kukurydzę w solonym karmelu, wafelki i różne takie. I soczki, on musi pić soczki, bo nie je. No jasna sprawa.
Zaprawdę powiadam wam, wiele cierpliwości mnie kosztowało patrzeć na tę sytuację. Sam ojciec przyznał, że ma w domu dwoje dzieci, żona lelija i spokój grabarza, zero energii w sobie. W spokoju przeprowadzała poranne ablucje w łazience i w chwili, gdy wszyscy byli gotowi do wyjścia, ona właśnie szła suszyć włosy. A to trwa. Potem makijaż. To też trwa. Efekt był taki, że wcześniej jak o dziesiątej nie udało im się ruszyć na żadną wycieczkę, rekord padł o wpół do dwunastej. A plany mieli ambitne i w sumie wszystkie je, w miarę jak pogoda pozwalała, zrealizowali. A że wracali po północy i wnosili śpiące dzieci na rękach? Ojtam. Przyoszczędziłam na kolacjach :D:D:D
My z młodym mieliśmy tylko ubaw, kiedy meldowali z trasy oczekiwaną godzinę powrotu ;-). Mieliśmy też spokój w domu i ciszę, ja pracowałam, młody się wysypiał i obijał, trochę oglądaliśmy seriale, zamawialiśmy pizzę, takie wiecie, wakacje, tyle że w domu. I nikt nie trajkocze non stop.

Ta, co trajkocze, jeździ teraz na wycieczki z tatusiem. Goście pożegnali nas w sobotę, a tatuś ma jeszcze tydzień urlopu, który chciał spędzić w górach, tak, jak lubi. Kiedyś, dawno, planował, że może zrobi ze dwie proste trasy z Idą, a parę razy przejdzie się sam, ale jakoś mu to nie wyszło. Nasza córka ma dużą siłę przebicia :-).
Pierwsza trasa miała niecałe 10 km i 400 m przewyższenia. Druga, dzień później, krótsza, no bo tak dzień po dniu to Ida na pewno będzie zmęczona. Aha, jasne. Ida zapytała, gdzie są góry i dlaczego tak ciągle po płaskim. No to jutro, po dwóch dniach przerwy na baseny (mamy 31 stopni!), idą na trasę, którą jak młoda przejdzie bez jęków, to zyska mój dozgonny szacunek: chyba 8 czy 10 km trasy, z czego przewyższenia 800 metrów… No ja dziękuję za takie atrakcje. Ale oni lubią, to niech idą :-). Pobudka wcześnie rano i wymarsz na 8:30 na pociąg, w pociągu drzemka, a potem to już tylko masakra. To ja już wolę do biura.

Za kilka dni Ida pójdzie do szkoły. Dzisiaj robiłam porządki w papierach i wpadła mi w ręce jej książeczka zdrowia wraz z kartą szpitalną, otóż w dniu narodzin miała temperaturę 38 stopni, co jest normalne dla noworodków, a tu, że do szkoły. I na kung fu już nie będzie w grupie Pandy 4-6 lat, tylko Tygrysy, 7 i więcej. Oraz wyjęła sobie dzisiaj zęba, sama, własnoręcznie. Trochę go wczoraj naruszyłam, ale nie dała go całkiem wyjąć. Rano usłyszałam okrzyk radości i szybkie tuptuptuptuptup do sypialni rodziców, do której wpadło dziecko ze szczęśliwą, pełną krwi buzią oraz zębem w garści, na dowód.

Wczoraj miałyśmy kolację pożegnalną dla jednej z koleżanek z pracy, która z powodów finansowych tylko i wyłącznie, została zwolniona. Covid wykańcza małe firmy, odpływa od nas największy zleceniodawca, a ona po prostu zarabiała najwięcej. Czysta kalkulacja, chociaż łamiąca serca. W tej ośmioosobowej firmie człowiek czuje się jak w domu. Są aktualnie same babki, chociaż widziałam w historii jakiegoś asystenta. Jest miło, jest ciepło i przyjaźnie. Możesz się pomylić, dopytać, poprawić. Dzisiaj na przykład cztery razy wysyłałam fakturę w euro i upierałam się, że ona jest w euro, ale nagłówki pt. kwota, wartość, podatek były opisane CHF. A ja jeszcze kazałam szefowej ciasteczka wyczyścić, bo na pewno otwiera jej się poprzednia wersja, omyłkowo. Sama sobie potem narysowałam kółko na ścianie i starałam się trafiać w sam środek. Głową.

A, no to miałyśmy to pożegnanie, w restauracji takiej, że ta kolacja kosztowała całą moją mizerną bo mizerną, ale jednak pensję. Albo pół. Ale za to jadłam mus z białych pomidorów, nie był za dobry, coś jak ubite białko o smaku pomidora. Nie no dobra, pycha było wszystko, miałam sajgonki i wariacje na temat kalafiora, tak to się nazywało: były różyczki w panierce, ravioli z kalafiorem, mus z kalafiora. Całkiem jak robaczek w kubraczku. Oraz wino i szampan.

Jako, że one wszystkie znają się jak łyse konie, a ja tu jestem tylko na rok, oznajmiłam szefowej, że ja będę robiła zdjęcia. Zawsze lubiłam robić zdjęcia, one niech sobie gadają, ja mam przyzwoity aparat w telefonie. Zrobiłam im cały reportaż, który wrzucając na whatsappa okrasiłam komentarzami i anegdotkami z pożegnalnego wieczora, no a dzisiaj to nawet nóg nie muszę myć, bo mnie za to, co zobaczyły, cały dzień na rękach noszą. Bardzo miło, moja próżność +15.

Wieczór był bardzo miły, zaczął się od przyjemnego apero, po godzinie przeszłyśmy do stołu, gdzie szefowa zainaugurowała część artystyczną. Jest otóż w Niemczech taka zabawa, doskonała na dzieci nudzące się w trasie: do swojego plecaka zabieram… i każdy dodaje jedną rzecz, ale musi najpierw powtórzyć po kolei wszystkie poprzednie przedmioty włożone do tego plecaka. Franzi dostała plecak, a do niego każda z nas dawała jej coś od siebie. Leciało to mniej więcej tak: do mojego plecaka wkładam kabel USB, szampana, którego otworzę i wypiję wraz z wami, gdy dostanę nową pracę, Kirsz jajeczny (miks wiśniówki z adwokatem, mam nadzieję, że zima będzie mroźna!), kartkę od Cati (szefowej) z osobistymi życzeniami, którą przeczytam później i drugą od Lesley, której nie było z nami, pomarańczę, cytrynę, limonkę, gałkę muszkatołową imbir oraz tarkę do nich, zaproszenie od na weekend z Kathy i Danielą pod Zurychem, zaproszenie od Natalie do Davos na weekend na nartach wraz ze skipasem oraz dwa kieliszki (ze szklanymi kozłami w środku, czad!!) oraz zeszyt do notowania w nowej pracy, do którego spontanicznie wpisałyśmy wszystkie po kolei swoje życzenia dla Franzi. Zeszyt, jak nietrudno się domyślić, był ode mnie, jako że póki co nie dysponuję tym domkiem w Davos. Ale jak kiedyś będę, to na pewno ją zaproszę, i Was oczywiście też! Na narty.
Impreza się rozkręcała, wino lało się strumieniami, jednym z wypełniaczy do prezentu były pojedynczo pakowane czekoladki nescafe, co od razu zostało podchwycone jako gra memory 60+, wszystkie obrazki jednakowe. Przedział wiekowy moich pracowych koleżanek to 46-61, szacun za dystans! Sikałyśmy po nogach. Wieczór tak nam się rozkręcił, że w pewnej chwili podchwyciłam fragment rozmowy szefowej z drugą kundzią i okrzyknęłam: jak to nie znacie kubeczków menstruacyjnych! To ja wam zaraz wszystko opowiem! – i dostały wykład, a raczej odpowiedzi na pytania, którymi mnie zasypywały, wraz z demonstracją modeli na podstawie wujka google. Dla porządku dodam, że w gronie tym nie było żadnej rodowitej Szwajcarki, wszystkie to Amerykanki, Włoszki, Niemka itp. Zero kija w dupie, a wino lało się obficie, temat wypłynął i odpłynął swobodnie i spontanicznie. Co za wieczór, eh.

A propos pomidorków, to mam, co mam nie mieć, własne swoje osobiste, tymi ręcami wyhodowane! Całe pięć ich chyba będzie, bo dwie gałęzie mi się ułamały, być może pod własnym ciężarem, uratowała się tylko jedna, na którą chucham i dmucham, bo tam to już będzie można jutro robić przeciery na zimę i keczupy. Z pięciu koktajlowych pomidorków ;-).

Cudne te wakacje miałam, tak ogólnie, w Polsce wrażeń na rok, wypoczęłam, zmęczyłam się, nacieszyłam. Dobrze było.
I tylko anialip miała przyjechać, ale powodzie w Niemczech pokrzyżowały jej wakacyjne plany. Ania, co się odwlecze, to nie uciecze!! 🙂

No dobrze, kochani, wpół do duchów, idę spać. Zmywarka się właśnie odmeldowuje, suszarka chyba też, to teraz moja kolej. Pa!

Boże jak mi było dobrze

Byłam, poleciałam, doleciałam, wróciłam. Teraz siedzę i tęsknię, i wspominam.

U Sister na działce. Hamak, trawka, drzewa, czego chcieć więcej? Wszyscy razem. Prawie, bo brat czekał na nas u siebie, nareszcie. Pan na włościach, wędził kiełbasy i gospodarzył. Zakochani w sobie z Justyną, zapatrzeni, szczęśliwi. To u nich odpoczęłam najbardziej, na warmińskiej wsi, nie poganiana listą do zrobienia, zakupami, załatwić aneks w banku, tu zadzwonić, tu dopytać, tam podpisać. U brata była po prostu wieś, podwórko, basen, w którym młoda wylegiwała się całymi dniami. A Sister mnie zabrała na Korteza!! Mało zawału ze szczęścia nie dostałam, chyba jednak dobrze, że wygadała kilka dni wcześniej niespodziankę, to mogłam przetrawić, rany jak było cudnie!! Magiczny wieczór, już nie wspomnę, że o 15 wróciłam od brata, po 5h w pociągu wysiadłam, zjadłam obiad, odświeżyłam się i dawaj z powrotem na Warszawę, bo tam był koncert. Chciałam sobie wyjść gdzieś tak dla siebie, nie wiem, do kina może (no to poszłam, Raya i ostatni smok, na Luca wysłałam już młodą z siostrzeńcem i jego dziewczyną (spytałam, czy mogę siedzieć między nimi, mamo, bo bardzo lubię Marka i Gosię, i się zgodzili!!)), to przynajmniej ten Kortez był, i to specjalnie dla mnie, dziękuję!!

Wcześniej był Lublin i moje najważniejsze trzy Agnieszki w życiu: najlepsza z kadrowych z jej terapeutycznym fotelem i rozmowy do późna w noc, potem chrzestna Idy, dziewczyny nawiązały między sobą więź, która mnie jest niedostępna, zdjęcia z lubelskiego skansenu mówią same za siebie, one rozumieją się bez słów. Ja to umiem wybrać chrzestną! 🙂 Trzecia Agnieszka, moja – zazdrośnie kiedyś nazwana – przyjaciółeczką!, jeszcze z akademika, przyjechała specjalnie dla mnie, bo wykończona upałem nie byłam w stanie ani rączką, ani nóżką. I przegadałyśmy na placu zabaw cały wieczór, na podwójnej prędkości i wpadając sobie w słowo, bo nie wiadomo, kiedy następnym razem nadarzy się taka okazja.

A rekordy pobiła Betty, która przyjechała do nas ze Stalowej, żebyśmy nie musiały się z młodą tarabanić w kolejnej podróży. I dzielnie zniosła wieczorne towarzystwo teściowej, jako że w Lublinie nocowała, żebyśmy mogły się na spokojnie nagadać. Co zresztą i tak się nie udało, pokażcie mi kogoś, kto się kiedyś nagadał. No.

Dobrze mi było. Bardzo dobrze. Najlepiej. Czasem szybko i na wariackich papierach, czasem na spokojnie i długim wydechu.
A teraz co. Pozostaje tęsknić. Dziękuję :*