Ufff

Podobno dzisiaj 6847. dzień stycznia dobiega wreszcie końca. U nas jeszcze chwila i będzie pachniało wiosną (no chyba, że w marcu sypnie śnieg i poleży przez miesiąc, raz tak już było).

Dzieci przyniosły tydzień temu pozytywne wyniki z testów przesiewowych. Trochę struchlałam, bo pod koniec tygodnia miałam audyt w pracy, i mimo że on online, to wypadałoby mieć dostęp do niektórych papierowych dokumentów na wyciągnięcie ręki, a nie parę kilometrów dalej. A w biurze akurat nikogo nie było, poza tym znowu zrobili ze mnie tę niezastąpioną, co to bez niej się wszystko zawali. No, ale wracając do naszych baranów, dzieci i siebie przetestowaliśmy i całe szczęście wszyscy negatywni, więc ufff.

Potem miałam cały tydzień szczękościsk i ataki paniki, ale zupełnie niepotrzebnie, bo było miło i przyjemnie, ale skąd miałam o tym wcześniej wiedzieć. Dwa przedpołudnia stresu i tak oto na koniec stycznia zadanie roczne pt. przedłużenie certyfikatu jakości mam zaliczone. Mogę się przez rok obijać 😀 (tu Kasia parsknęła śmiechem, wiedząc, co też sobie sama zaplanowała na ten rok, żeby się w pracy przypadkiem nie nudzić).

Póki co wróciłam w piątek po tym zaliczonym audycie, położyłam się dosłownie na chwilunię na power nap i odpłynęłam na dobre dwie godziny. I gdyby nie fakt, że przez szpary kanapy ciągnęło mi na nóżkę zimno i się budziłam (!!!), to już ten wiek, kochani, spałabym pewnie dłużej. Zaczynam rozumieć mamusię, która nie mogła położyć się spać na wersalce, o ile nie było na niej koca. Robię się do niej niebezpiecznie podobna pod pewnymi względami.

Weekend upłynął spokojnie, w sobotę wreszcie dotarłam do fryzjera, bo już czas był najwyższy wyrównać i uformować coś sensownego. W niedzielę wybraliśmy się na pizzę, świętować ostatnie nastoletnie urodziny młodego. Prezent dotarł już wcześniej i niezwłocznie został wręczony (koszulka CR7), Ida była rozczarowana, że jak to, żadnego rozpakowywania prezentu nie będzie? Dałam więc dzisiaj młodej do wręczenia (a młodemu do rozpakowania :)) kartonik z eklerkami, żeby nie było :):).

Wyciągnął ze mnie ten audyt wszystkie siły chwilowo. W piątek nawet nie próbowałam udawać, że pracuję, nawet się po południu nie logowałam (bo spałam :D). Dzisiaj też jakoś tak niemrawo, trochę internety, trochę młodej szukałam miejscówki na urodziny, trochę robiłam nic. Parę mejli i telefonów, ale tak po minimum. Nie da się długo jechać na 120% mocy. Teraz tylko skończyć przewodnik o Zugu i Lucernie, potem zebrać do kupy i ładnie zrobić w jednym segregatorze i folderze wszystkie zadania asystentki, żeby nie było w siedemnastu miejscach, formatach i językach, tylko raz a dobrze, dla przyszłych pokoleń. A potem też się coś wymyśli, żeby nudy nie było.

Na młodego się wczoraj bardzo pedagogicznie wydarłam, ale już naprawdę mi macki opadają. Piją panowie obaj szejki, nie arabskie, proteinowe, po siłowni, na mięśnie i w ogóle, z naciskiem na w ogóle. I jako że wczoraj ta pizza wypadła w porze wczesnej kolacji, młody przez cały dzień nic nie jadł – żeby się pizza zmieściła – tylko… no właśnie, szejki popijał. Trzy, na zmianę z jogurtami, proteinowymi, a jakże. Gdy po powrocie z kolacji zabrał się za przygotowanie kolejnego, już nie zdzierżyłam. No, ale ja się nie znam przecież, zbilansowana dieta to przeżytek i prehistoria, nastały czasy jak z seksmisji, jedna tabletka załatwia wszystko. Tłukę głową w ścianę, póki co swoją, ale zaraz zacznę tłuc jego łepetyną. Póki co napuściłam na niego chrzestnego, który być może ma jakikolwiek wpływ, żeby przemówić młodemu do rozsądku, z drugiej strony tatuś na siłowni napuszcza na młodego jego trenera, a z trzeciej, chyba zastosuję ten sam chwyt, co z młodą: młoda od niedawna dostaje kieszonkowe tylko wtedy (był taki znaczek na matematyce, wtedy i tylko wtedy :D), gdy ma porządek w pokoju. Młodemu przydałaby się tablica do zbierania naklejek za zjedzone normalne posiłki, ale takiego dużego konia trudniej przełożyć przez kolano i przemówić do rozsądku. Nie mam sił.

Rodzice Alanka się objawili, zrobili zakupy w polskim sklepie online i się zdziwili, jak im przyszły opakowania zbiorcze. Nic ich nie zastanowiło przy składaniu zamówienia, ani przy płaceniu, albo po prostu tak bardzo tęsknili za musztardą sarepską z Kamisa, że pomyśleli spoko, damy radę – i przyjechało osiem. Razy dwa, bo jeszcze stołowa. Oraz po 30 saszetek barszczu, żurku, gorących kubków i tak dalej. No co kto lubi, kochani, parę rzeczy przytuliłam, ale jeśli macie pomysły na potrawy z musztardą, chętnie poznam. I podeślę mamie Alanka :).

Kto nie ma w głowie,

…to ma w nogach, razem z robota kocha głupiego.

Młoda dzisiaj na 9 miała pierwszą dawkę pfizera, w związku z czym budziłam się już od piątej, żeby nie zaspać. Nie zaspałam, brawo, Zombie, które chodzi po domu w moim charakterze.

Szczepienie w tym samym miejscu, w którym nas szczepili (i doszczepią we wtorek), wielka hala pod miastem. Formularz, rejestracja, bramka numer osiem, dziecku dali malowankę i kredki, znajdź rybkę na tym plakacie, jak znalazła, to już było po grzybkach i pani naklejała plasterek. Niepotrzebnie pani tak dokładnie opisywała, co zrobi oraz że to na pewno nie będzie bolało, tylko mały piks, gdyby było dzień dobry – ramię – rybka – plaster, obyłoby się bez płaczu.

Po szczepieniu wyrejestrowanie, kwadrans dla pewności do odsiedzenia na dupie i pojechaliśmy na zakupy. U Niemca szybko i sprawnie, odczuwalnie mniej ludzi jeździ na zakupy, wolne miejsca parkingowe na drugim poziomie, a nie na piątym – szóstym, to cud w sobotę rano.

Odbiliśmy się od McDonalda, bo okazało się, że Niemcy skrócili ważność certyfikatów do 3 miesięcy i po tym terminie, żeby wejść do restauracji, trzeba okazać negatywny test (już rozumiem tego blaszaka przed centrum handlowym, z napisem darmowe testy na covid). Nie wiedzieliśmy, młoda obyła się smakiem, co jej tylko na zdrowie wyszło.

Po powrocie do domu trzeba rozpakować 6 toreb zakupów i tak sobie pomyślałam, że zaraz zrobię sobie herbaty, siądę i chwilę odpocznę. Ale w sklepie rozmawialiśmy z J., że pieczarki, pieczarkowa, dawno nie było pieczarkowej, wrzuć pieczarki do wózka, no to myślę sobie, machnę szybko tę pieczarkową i potem, jak siądę, jak odpocznę..!

Pieczarkowa.
Szuflada ta z przyprawami, tam się zawsze coś rozsypie.
A to machnę wszystkie szuflady.
No to i szafki dolne.
To i tę półkę z herbatami.
A to przetrę blaty.
Odsunę mikrofalówkę.
W waszturmie (Waschturm, metr na metr pomieszczenie z pralką, suszarką, odkurzaczem, mopem i tysiącem płynów do mycia i sprzątania)
chemiczne zakupy rzucone na hura, poukładam tam.
To puszczę odkurzacz, przetrę go, bo zakurzony.
Szczotkę do odkurzacza umyję (odkurzanie i mycie 2w1, efekt super, efekt uboczny: brudno w środku. Trzeba myć szczotką do butelek).
Pranie przełożyć z pralki do suszarki.
Choinkę trzeba rozebrać, już czas najwyższy.
Pudełka z piwnicy przynieść.
Rozebrać choinkę (sześć! sześć mikołajów czekoladowych jeszcze wisi, co ja ślepa jestem czy co!)
Znieść do piwnicy.
Piwnica, hmmmm. Mąż szukał plecaka. A wcześniej butów i kasków. Czytaj: nie ma jak postawić nogi.
Ogarnęłam. Wystawiłam do wywalenia niepotrzebne pudełka, na przykład po odkurzaczu, który sprzedaliśmy półtora roku temu. Ale pudełko – świętość! Stało, wypełnione powietrzem, i zajmowało miejsce. Podobnie zachowane, oczywiście na wypadek reklamacji, plastikowe pudełko po etui na kindla, ratunku, co się może popsuć w etui na kindlu, jeśli już to etui założysz??
Szkoda tylko, że papier i kartony wywożone są raz w miesiącu i że było to właśnie dziś rano, bo od razu by wszystko pojechało, a tak to będzie czekać miesiąc na następny termin. Trudno, ale zrobiłam taki porządek, że i z tymi kartonami można śmiało do piwnicy wstawić łóżko 90×200. Śmieci jeszcze wyniosłam, styropiany i inne bardzo ważne nie wyrzucaj rzeczy.

Prosto z piwnicy poszłam do łazienki i wzięłam kąpiel, po czym wskoczyłam w piżamę i ukochany szlafrok. Następnie zrobiłam sobie tę herbatę, prawda, zaraz po niej kolację i jak siadłam, tak już siedzę, ho ho, ze dwie godziny (dochodzi 22:00), przerwami na dostawę wina z lodówki, bo lubię zimne. Teraz wpadłam na to, dlaczego aż tak upadłam na głowę i się zatyrałam (ledwo się ruszam) – otóż na telefonie puściłam sobie Przyjaciół na netfliksie, słuchawki w uszach i nie muszę oglądać, wystarczy, że słucham i już mi miło i przyjemnie. No, to mi tak było, miło i przyjemnie przez parę godzin gimnastyki…

Znajomy, który tu mieszkał z rodziną (młode się kumplowały, my, matki też, no ale po trzech latach wrócili do Polski), chciał przylecieć do nas z młodą na Fasnacht (zakończenie karnawału, pochody przez miasto, konfetti, jedna wielka balanga). Niestetyż wizzair anulował loty BSL – WAW od połowy stycznia do końca lutego, a że easyjet już do nas nie lata, nad czym ubolewamy, bo miał cywilizowane godziny i zero opóźnień, jedyną opcją jest Zurych, no a Swissem to już nie to samo, co tanimi liniami, no i z Zurychu trzeba jeszcze dojechać, robi się już nietanio (jedno zdanie sześć linijek, brawo Kasia!). Natomiast zawiesiłam się na jednym zdaniu wypowiedzianym przez znajomego, a mianowicie, że małżonka stwierdziła, że ona nie chce, żeby córce (tej, która miała przylecieć i która miała pierwotnie bilet kupiony) wyrabiać nowy paszport. Stary stracił ważność, no to kurcze, nigdy nie wiadomo, co się trafi, lepiej, żeby dziecko miało, niż nie miało. No, ale matka nie chce. No spoooko.

Na koniec pracowitego dnia jeszcze wkopałam niewinną jak lelija młodzież. Gdyż albowiem pośrednio biorę udział w polsko-francuskim projekcie przyjaciółki, robiąc za tłumacza w obie strony. No i młodzież szkolna miała przyjaciółce przygotować historię miasta, i co prawda, weekend później, ale jest! Przysłali, dostałam do przetłumaczenia.

Trochę jęknęłam, jak otworzyłam Worda, przywileje lokacyjne? Cholera, jak to będzie po francusku, ratunku! Muszę pogooglać. Skopiowałam sobie te przywileje, myszka mi zahaczyła o parę wyrazów więcej, a ja z rozpędu wkleiłam i dałam enter. Ja szybko piszę na klawiaturze. Wyszła jak w pysk strzelił strona z Wikipedii, która sama w sobie jest co prawda otwartym źródłem, ale założeniem było, że młodzież napisze coś sama z siebie, na podstawie przeczytanych o mieście książek, a nie tak kopiuj – wklej. Czym prędzej wkopałam młodzież, donosząc, pardą, upewniając się, czy aby na pewno dajemy do projektu tekst żywcem wzięty z Wikipedii. Efekt jest taki, że ja chwilowo nie mam nic do przetłumaczenia, młodzież w poniedziałek dostanie w dziąsło, a ja mam tylko nadzieję, że nie wiedzą, jak się nazywam.

Oraz odkąd siadłam, wreszcie siadłam, sączę sobie winko, co jest najlepszym lekarstwem na moje obolałe po dzisiejszym zrywie sprzątania gnaty.

Pogooglam jeszcze trochę i spać.

Powrót Idy

– Przepraszam, mamo, że tak później wróciłam ze szkoły, ale spotkałam Melvina, który płakał, bo zawsze mama na niego czeka tu koło Spitexu, a dzisiaj jej nie było, i płakał, to go pocieszyłam, że mnie kiedyś tata też zostawił samą w McDonaldzie, no a potem poszłam z dziewczynami tam przez przejście dla pieszych ze światłami, tam za przedszkolem, spotkałam Frau Geiger (z przedszkola), ukłoniłam jej się, ale nie pogadałyśmy, bo akurat z kimś rozmawiała, no i wróciłam do domu…


Dzień jak co dzień.

Basen

Kupiłam młodej zajęcia na basenie, te dofinansowywane z gemeinde, na drugi semestr. Mąż dowcipnie zapytał, czy on ma kupić i czy on ma zapłacić, było za daleko, żebym dorzuciła trzymaną właśnie w ręce książką, poza tym co książka winna.

Bardzo przyjemny weekend, wczoraj ogarnęłam mieszkanie, bo tak naprawdę od przed świętami było tak tylko po wierzchu. Nie, żebym okna myła, chociaż te akurat czekają na litość i wyższą temperaturę, bo na jesień jakoś tak nie było okazji. Dziś natomiast lenistwo i poranne czytanie w łóżku, wygonienie tatusia z córunią na obiecane łyżwy, z tekstem idźcie, idźcie, bo niedługo ma padać!. Padać nie padało, ale za to nie było ich calusieńki dzień. Nie spodziewałam się takiej siły po młodej, rok temu po półtorej godziny na łyżwach nie była w stanie dojść do przystanku, chociaż owszem, z lodowiska schodzić nie chciała.

Z młodym wybraliśmy się na spacer, mimo że było pochmurno i ponuro, ale potrzebowałam już wyjść do świata. Mam home office i tylko dwa razy w tygodniu jestem w biurze, plus puzzle, do których siadam i układam do oporu, ale już mi było w domu źle i musiałam się wyprowadzić na spacer.

W związku z omikronem wprowadzili nam home office gdzie tylko to możliwe, więc mam dwa przedpołudnia w biurze, a resztę zdalnie. Bardzo mi miło, zwłaszcza że dostałam do napisania kolejny przewodnik, tym razem po Zugu. Co ciekawego można napisać o Zugu? Że najniższe podatki, że w Baar mieszka Tina Turner (bo najniższe podatki) oraz w Rotkreuz jest Roche, bo – najniższe podatki. No, jezioro jest. I starówka, jakich pińcet dookoła, acz oczywiście wyjątkowa na pewno. No ale coś się kreatywnego wymyśli, wiadomo.

Oraz mało brakowało, a bym zawaliła zadanie roczne, zaraz w pierwszym tygodniu. Mam w ramach zadań publikować raz w tygodniu coś mądrego na LinkedIn firmy, no i tak bardzo mi się nie chciało…;) Ale głupio by było tak na dzień dobry zawalić, więc się zmusiłam, i zrobiłam. Szkoda, że nie można na LinkedIn publikować z datą przyszłą, to by wiele ułatwiło! 🙂

Młoda po tygodniowym zdalnym wraca jutro do szkoły. I to nie było tak, że wszystkie podstawówki w całym kantonie miały tydzień zdalnego, źle napisałam, przecież by się laboratoria zarąbały. Podstawówki wracały krok po kroku, od wtorku, według schematu: testy przesiewowe – i następnego dnia negatywni do szkoły. Po prostu na Idy szkołę padło na piątek, co miało tę zaletę, że w czwartek, kiedy już wreszcie nie szłam do biura, a młoda do szkoły, spałam do 8:25! Tak, tak, zaczynam pracę o wpół do dziewiątej. Ale to tylko raz mi się tak trafiło, bo od poniedziałku do środy musiałam być w biurze, no a w piątek Ida miała spucktest (spucken – pluć) na 8 rano, a na 8 rano jest jeszcze ciemnawo, więc poszłam z nią. Przy okazji – testy przeprowadzane były na zewnątrz, żeby ewentualnie chore dzieci nie weszły do środka i w zamkniętym pomieszczeniu nie poczęstowały kolegów. Na szczęście klasa Idy negatywna, z całych piątkowych testów 20 poszło do indywidualnych badań i pewnie dalej, na kwarantannę.

Młody niepocieszony, ale trzyma kciuki za rozwój wydarzeń, bo też by posiedział na kwarantannie i wstawał 7:55 zamiast 6:10. Póki co we wtorek ma pierwszą w życiu rozmowę o pracę, bo już czas najwyższy przyszłoroczne praktyki dopinać. Jako, że w środę miał wolne (nauczyciele mieli radę półroczną o 10:30, a on na 10:25 zaczynał zajęcia, chociaż raz miał farta z planem!), podzwonił po tych, do których wysłał CV, i tak przy okazji dowiedział się, że:
w jednym mu dziękują
w drugim zmienił się człowiek prowadzący praktyki i żeby przysłał jeszcze raz, skontaktujemy się z panem
w trzecim nikt nie odbierał
o czwartym zapomniał.
Osiwieć można.

W styczniu czeka mnie jeszcze audyt w pracy, który przez Omikrona odbędzie się pewnie zdalnie. Nie lubię robić czegoś pierwszy raz, i mimo, że od poprzedniego certyfikatu nie zmienił się podręcznik, denerwuję się. A nie lubię.

Oraz, zupełnie nie w związku z Nowym Rokiem, bo noworoczne postanowienia, jak historia pokazuje, nigdy nie robiły na mnie większego wrażenia, zatem, jak już wyjadłam kontrabandę przywiezioną z ojczyzny, podjęłam sobie malutkie postanowionka. Akurat dobry moment, bo mało w biurze, dużo w domu, mało możliwości pt. to na lunch sobie kupię wege konia z kopytami i poprawię czekoladą. Ustawiłam sobie w telefonowej apce cel: – 3 kg. Przecież jak wpiszę -30, to raz, że tego celu nie dożyję, dwa, że ten suwaczek będzie się tak deprymująco powoooli, ale to powoooli przesuwał, że moja wątła wytrwałość zniknie precz. A takie -3 kg jakoś lepiej brzmią, bardziej osiągalnie. Małymi kroczkami.

Cisza w domu, mąż padnięty po łyżwach, młoda podobnie, młody jutro zaczyna później, więc na luziku ogląda Grę o Tron (bo jak oglądał pierwszy raz, to jeszcze w Warszawie, dawno temu, i w słabej rozdzielczości, a w ogóle to jest taki super serial, mamo.) Nie wiem, może kiedyś włączę testowo jeden odcinek.

To ja też pójdę. Usnąć wcześniej mi się nie uda, więc sprawdzę twittery i instagrama, na IG zostanę oglądać rolki i tak mnie zastanie 1:30. Zazwyczaj mam przy łóżku na podłodze małego jaśka, bo jak zasypiam – a sypiam na boku – to wypada mi telefon z ręki, więc żeby nie wymieniać co chwilę panzerglassa, telefon ląduje mięciutko na podusi.

To dobranoc, kochani.

Poświątecznie

To był genialny pomysł, lecieć samej z młodą, zaprawdę powiadam wam. Wróciłam niemal tydzień temu, ale dalej mi się podoba 😀

Po powrocie dzień prania i przepakowania i pojechaliśmy, tym razem już w pełnym składzie, do Liechtensteinu. Nie żeby było tam co robić przez niecałe cztery dni, ale zależało mi na tym, żeby pobyć gdzieś razem poza domem. I co wam powiem, kolejny nieskromnie mówiąc genialny pomysł. Nie było komputerów, telewizor tylko jeden, jak żyć, i nawet jeśli chwilami wszystkie trzy telefony były w ruchu, to tylko przez krótki czas, a potem wracaliśmy do Szybkich, Wściekłych Jasiów Fasoli, czy co tam nadawali akurat w niemieckiej telewizji. Spacerów było dużo, wspinaczek też (zaciągnęłam rodzinę na wzgórze zamkowe do księcia, popatrzcie sobie w internetach, jak tam jest stromo), jeszcze dzisiaj czułam lekkie wspomnienie po zakwasach w łydkach. Mąż z dobroci serca rozplanował mi treningi, bieganie i rower, nie, żebym go prosiła, ale przecież on chciał dobrze.

Zauważyłam, że panowie świetnie ze sobą funkcjonują, o ile cytując covidowych specjalistów, zachowują odstęp od siebie, tak co najmniej dwa metry. Bo jeśli są bliżej, dochodzi do kolizji, fizycznych i tych w przenośni, a stad już tylko krok do jatki. Bardzo tym jestem zmęczona, zwłaszcza, że tak sobie ślubnego obserwuję i nie wiem, co myśleć, bo oprócz normalnego charakteru widzę też jakieś dziwne zachowania, jakby mu czaszka szwankowała.

Poza tym śpiąca jestem niemożebnie i zaraz się udam do wanny (jak tylko Ida, zwana po indiańsku Siostrą Swojego Brata Okupującą Łazienkę) opuści stosowne pomieszczenie. Oczywiście po kąpieli odżyję i nawet jeśli się położę przed 22, usnę pewnie tradycyjnie po północy najwcześniej, ale co tam. Gazet sobie naprzywoziłam cały stosik, książki też czekają, to akurat zrobię sobie wieczór czytelnika.

A, obejrzałam wczoraj Don’t look up, ależ mi się podobał. Niby komedia, a jakoś nie było mi do śmiechu. Bardziej straszno. Obejrzyjcie koniecznie – i po końcowych napisach jest jeszcze jedna scena!

Ida ma od dzisiaj odgórnie tydzień zdalnej nauki. Kanton rozkłada poświąteczne powroty do szkoły na dwie tury, tak aby jeśli młodzi coś złapali, wyszło w domu, a nie na całą klasę. W sumie słusznie, młoda ma dodatkowe parę dni na powrót do prawidłowego rytmu spania.
Wychowawczyni przekazała dzieciom przed świętami po 50 kartek z zadaniami do wykonania, przeczytania, wycięcia i sklejenia i co tam jeszcze. Oraz przysłała rodzicom na whatsappową grupę filmiki wspomagające, na przykład dwa filmy łącznie ponad 8 minut z instrukcją, a właściwie pokazem, jak należy wyciąć szablon kostki, jak pozginać i skleić, żeby mieć kostkę. Ja rozumiem, że dziecko trzeba naprowadzić, ale sfilmować cały proces klejenia kostki? Osiem minut? Osiem?? (a w ogóle to kostka była potrzebna, bo na jej ściankach były narysowane ćwiczenia i to było na wf, jakie ćwiczenie wyrzucisz, takie robisz).

Jeszcze na tygodniu młoda musi podejść do szkoły, bo mają cotygodniowe testy przesiewowe. I nie ma, że się nie chce, jak rodzic nie wyraża zgody na przesiewowe w szkole, dziecko natychmiast jest zgłoszone na kwarantannę oraz przy każdym pozytywnym przypadku w klasie ląduje na kwarantannie (normalnie klasa idzie na kwarantannę przy trzech chorych na klasę). Jeśli dziecka akurat planowo z jakichś powodów ma nie być w szkole na dzień testu, ma go wykonać we własnym zakresie w weekend i dosłać wynik na specjalny covidowy adres. Krótko i na temat. I tu nie ma wylewania pomyj, że jak to, certyfikat, żeby wejść do restauracji. Odnoszę wrażenie, że na zachód od Odry jest to po prostu oczywiste dla wszystkich i nie słyszałam, żeby ktoś się stawiał albo hejtował, jak tę knajpę w Zakopanem.

No dobrze, powymądrzałam się i urwał mi się wątek, to pójdę do wanny wygrzać cztery litery. Śpijcie dobrze!

I wylądował

Występu w szkole muzycznej nie było, odwołali z powodu covida. Chociaż starsze klasy miały jakieś swoje przedstawienia, widziałam zdjęcia. I naprawdę, rodzice i tak podzieleni na dwie grupy, a występ można było zrobić w dużej auli. Dzieci były bardzo rozczarowane.

W czwartek przed świętami młody przyszedł do domu już w południe, radośnie oznajmiając, że klasa poszła na kwarantannę, ale nic się mamo nie przejmuj, wy sobie normalnie lecicie, spoko luz.
Kurwa.
Na kwarantannę wysyłają, gdy są trzy pozytywne przypadki w klasie. Wcześniej były dwa, ale takie, gdzie chory dzieciak najpierw się rozchorował i przestał chodzić do szkoły, a potem wyszło, że covid. Trzecia natomiast miała siostrę dodatnią, ale codziennie rano się testowała, żeby z czystym sumieniem iść do szkoły. No i akurat tuż przed świętami się wytestowała dodatnio.

Całe szczęście, że młody akurat w czwartek miał w szkole testy przesiewowe, ja do wyników i tak już siwiałam i postarzałam się o dobre parę lat, na szczęście przysłali, negatywny. Uff.
W piątek jeszcze młoda miała przesiewowe testy w szkole, i gdy dostałam mejla, że negatywny i że życzą wesołych świąt, dopiero wtedy poszłam po walizki. Ale kurcze byłam już tak przemielona psychicznie, że nie miałam siły się cieszyć (na szczęście miałam siłę się pakować :D).

W Polsce było idealnie. To był w ogóle bardzo dobry pomysł, żeby polecieć na święta tylko z Idą. Małżonek wypowiedział się już wcześniej, że on woli zostać i odpocząć, więc proszbardzo, młodemu dałam wolną rękę, postanowił towarzyszyć tatusiowi w nicnierobieniu.

Nie żebyśmy jakoś odpoczęły, bo wiadomo, że w Polsce zawsze nadrabiamy kontakty rodzinne niejako na zapas. Ale psychiczny luz – bezcenny.

Miałyśmy jechać do Lublina na kilka dni, ale teściowa miała kontakt z covidową osobą, więc część planów wzięła w łeb. Eh.

Wczoraj wieczorem wróciłyśmy, wyczekawszy się na opóźniony ponad dwie godziny samolot. Na szczęście małżonek w błysku przytomności wypożyczył samochód, nie musiałyśmy się więc tłuc komunikacją miejską, bo byłyśmy wykończone podróżą.

Dzisiaj dzień lenistwa (prania, prasowania i przepakowywania), a jutro jedziemy w góry na sylwestra. Nie wiem, co prawda, co nam wyjdzie z zaplanowanych spacerów w śniegu i z sanek przy plus czternastu stopniach, ale co tam. Monopolowy tam jakiś chyba mają ;/

Herbata ze śliwką i cynamonem

O jaka dobra.

No to tak, gwoli trzymania się chronologii wydarzeń, to kilka dni po, małżonek przyszedł do mnie się poskarżyć, na mnie, że on kompletnie nie rozumie, dlaczego jest w rodzinie pałowany, dlaczego się do niego nie odzywamy, bo przecież ON miał na głowie wszystko, TA, zakupy, samochód, radio, które niechcący włączył, Idę, mnie i ciężki wózek, nie wiadomo, co gorsze, każdy coś od niego chciał, a ON był do tego tylko jeden. Powtórzyłam mu niczym zdarta płyta, że pretensje mamy tylko (aż!) i wyłącznie o to, że postawił kolegę na pierwszym miejscu, a rodzinę na drugim, gdy sytuacja kompletnie tego nie wymagała. I wciąż jest zdumiony, że młody się do niego nie odzywa, zacięty po męskiej linii rodu.

Poza tym zimno. -1/+5, śnieg padał dwa razy, pierwszy i ostatni, jak to u nas. Za ciepło jest i musi być naprawdę zimno zimno, żeby coś poleżało parę dni. Póki co tatuś (mając na zbyciu Tageskartę, bo mu spotkanie z kolegą nie wypaliło), zabrał młodą w góry, to przynajmniej tam sobie dziecko śnieg obejrzało.

Zrobiłam ruskich pierogów, ale jak zwykle chciałam za dobrze i za cienko rozwałkowałam ciasto. I się zaczęły rozlatywać cholery jedne. Cholery poszły na pierwszy ogień, a co się trzymało kupy, to zamroziłam i niech mają święta. Oraz młody poprosił, żeby mu na święta przygotować taką wyrafinowaną potrawę jak piersi w sosie curry (kroisz, podsmażasz, robisz sos śmietana curry koncentrat sól pieprz, gotujesz ryż i voila gotowe). Produkujemy z młodą pierniczki, choinka od piątku stoi już ubrana. W nosie mam, że dopiero w Wigilię, nigdy nie czekałam do Wigilii. Poza tym po świętach to już Nowy Rok i karnawał, a świąteczną atmosferę najmocniej czuć właśnie teraz. Kupiłam dwie bombki robione na szydełku (na malutkim baloniku i ukrochmalone) i tak mi się podobają, że napisałam do laski o więcej. Cudeńka.

Wieczory spędzam z The Good Doctor, najlepiej mi się ogląda seriale medyczne. A właściwie – słucha, bo przecież już nie umiem robić tylko jednej czynności na raz, więc jednocześnie gram w scrabble na telefonie, słuchając dialogów. Po angielsku, bo odkąd zaczęłam oglądać anglojęzyczne filmy w oryginale, polski dubbing kłuje mnie w uszy. Dzięki temu mogłabym sama triażować pacjentów na sor i zlecać im badania :D.

W pracy spokojny koniec roku, wykańczam (się) dokumenty do audytu do recertyfikacji (bardzo po polskiemu zdanie, brawo Kasia), wczoraj pokazałam część szefowej i nie wiem, czego ona oczekiwała, ale po spotkaniu gdy wracała do domu, zadzwoniła mi podziękować i tak z pięć minut mi wisiała na telefonie. Sama ma napisać budżet, bo do tych danych nie mam dostępu, strategię wstecznie za 2020 (napisałam jej tylko 2021, bo w 2020 jeszcze tu nie pracowałam), a pozostałe dokumenty dostanie do podpisu i tyle. Chyba jest zadowolona 😉

W przyszłym tygodniu w biurze jestem w poniedziałek, wtorek i środę i potem do końca tygodnia z domu, a w sobotę lecimy. Znowu mam rajzefibrę i świruję, żeby na ostatniej prostej nie dopadł nas wirus albo inne cholerstwo. Zachorowań dużo, wróciły maseczki do szkół od 5. klas wzwyż (dla młodszych są zalecane ale nie obowiązkowe). Nerwy nerwy nerwy. Bez przerwy.

Ale za to w środę idziemy na musical do szkoły muzycznej tutaj lokalnej. Musical świąteczny wystawiany przez pierwsze klasy lokalnej szkoły podstawowej. Nasza gwiazda będzie na scenie 🙂 Miała być śnieżynką, ale będzie jakąś inną nie-śnieżynką.

No dobra, idę pokazać lekarzowi uszy, bo znowu bolą. Pewnie znowu antybiotyk :/

Był sobie praprasłoń, przedziwny zwierz

Znacie? Miałam taką słuchankę na kasecie. Teraz by się powiedziało, że audiobooka, ale wtedy to było po prostu słuchowisko, z Piotrem Fronczewskim w roli głównej. (ale Tapatików i tak nic nie pobije, odsyłam do youtube, wyborny dobór aktorów, śpiewały Alibabki, szał ciał i w ogóle).

No to tak.
Na dziś zaplanowaliśmy sobie dzień zakupów. Z rodzicami Alana (tak ich będę nazywała, tych nowoprzyjezdnych). Wysłałam mojemu oraz TA zaproszenie do kalendarza na google: sobota, 9-17, zakupy spożywka oraz ikea. Z zapasem czasu, żeby na spokojnie. Samochód klepnięty, ale jedziemy na dwa, żeby też się nie wiązać zanadto. Spoko.

Wczoraj: małżonek mi mówi, że wysłał pinezkę na mapie TA, żeby wiedział, dokąd ma dojechać i że spotkamy się na miejscu.

Gdy wjeżdżaliśmy do centrum handlowego, mężowi rozdzwonił się telefon. No przecież ja teraz parkuję, oddzwonię! (nie widzi, że parkuję?) Gdy oddzwonił, uparcie usiłując łapać zasięg w windzie, okazało się, że TA czeka… pod swoim domem, bo mieliśmy jechać razem, żeby pierwszy raz było im łatwo ogarnąć trasę. A tu mój mąż po prostu wsiadł i pojechał, zapomniawszy. TA jeszcze nie zna dobrze mojego męża.

No to dojadą sami, rzekł mąż, nie pamiętając ile razy zjazd wyprowadził go prosto na autostradę na Karlsruhe.

Mąż był z młodą w Macu, a młody ze mną na zakupach spożywki, ale jako że nie pamiętam pinu do swojej visy, poprosiłam młodego, żeby zamienił się z tatusiem miejscami. Mąż przyjdzie zapłacić, młody z siostrą posiedzi w Macu. Spoko.

Kończyliśmy pakowanie, gdy mąż usłyszał, że są, są! i nie oglądając się za siebie, zostawił mnie z ważącym na oko 50 kilo wózkiem, i czym prędzej pobiegł odnaleźć TA, który przecież nie przejdzie główną aleją do wejścia spożywki, trzeba go eskortować, ja natomiast spokojnie sobie z wyładowanym wózkiem poradzę. Natychmiast wkurw nieziemski mnie ogarnął i tuż za kasą stanęłam, tak jak stałam, i postanowiłam czekać.

Po kilku minutach przyszedł młody i przejął wózek. Słów, które wtedy wypowiedziałam, nie będę powtarzać. Zresztą, jeszcze wiele różnych słów mam dzisiaj w kolekcji.

Okazało się bowiem, że mąż najpierw wystawił młodego do pilnowania centrum centrum handlowego, żeby przypadkiem nie przeoczyć TA & Company, a sam poleciał do mnie, no zapomniało mu się, że ma dwoje dzieci, a nie jedno, boże na chuj drążyć temat, nikomu z was się nie zapomniało jednego dziecka w centrum handlowym w przedświątecznym tłoku? No bez jaj.

I oto młody przyszedł po mnie z wózkiem, dojechaliśmy do zryczanej młodej, odnalezionej w międzyczasie przez tatusia (chociaż obstawiam, że to ona wypatrzyła jego, zanim on się zorientował, że ją zgubił) oraz TA&Co, po czym absolutnie nie patrząc, gdzie jestem i kto słucha, spytałam czy do ciężkiej cholery naprawdę Adrian dostałby sraczki czekając jeszcze minutę i koniecznie trzeba było zostawić mnie samą z ciężkimi zakupami? (nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zostawił młodą samą, bo moja tyrada wciąż by tam jeszcze trwała). Że skoro przyjechali dwie godziny później (bo do tego drobiazgu, że miał podjechać pod TA&Co, ale zapomniał, jeszcze mi się nie przyznał), to jeszcze chwilę mogą poczekać, a on rzucił wszystko, jakby się świat kończył i poleciał do TA.

Następnie, w sobotnim tłoku w centrum handlowym, na środku alejki, TA&Co miał jeszcze tylko parę pytań, bo przecież nie dostał ode mnie wcześniej żadnych informacji na ten temat, no skąd:
– jaki jest limit zakupów? ile mięsa? czy ubrania się w to wliczają?
– czy te 300 franków to na osobę? a jak będę miał paragon na 600, to co? (to zapłacisz cło, a jak nie zgłosisz, to cło i karę)
– a gdzie się podbija paragon, żeby dostać zwrot vatu? ale dokumenty? że w Szwajcarii mieszkamy? No ale po co? Paszporty? A bez zdjęcia nie można? Aaa, to sobie chyba dzisiaj darujemy jeszcze…
Oraz najlepsze: – a skąd wziąć wózek?
No kurwa.

Potem jeszcze minęliśmy go, jak wracał od bankomatu, bo jego cinkciarzowa karta nie dawała mu tu płacić, no a potem jeszcze jakimś cudem musiał rozmienić pieniądze, bo banknot euro trudno wchodzi w ten otworek na monety do wózka…
I wisienka na torcie, wszystkie sklepy oprócz spożywki były oklejone wielkimi wołami 3G: geimpft, genesen, getestet. Ha ha oraz ha. A oni bez szczepień, bo to ściema, na twarzy trzeba nosić szmaty i tak dalej, więc jeśli gdzieś weszli, to mogli nie zdążyć nic kupić. Już się ostatnio przespacerowali po mieście i chcieli zabrać młodego do maca, zaproponowano im na wynos :D:D:D. Dziko radują mnie takie sceny.

Czyli wracając do naszych nomen omen baranów, poranek wyglądał tak, że tatuś zostawił dziecko samo w centrum handlowym, żonę z zakupami porzucił gnając do kolegi, być może targany wyrzutami sumienia, że w sumie to się chyba z tamtymi jakoś umawiał, czy coś… Mieliśmy robić zakupy wózek w wózek (w sobotę rano, rozumiecie), żeby sobie MA zobaczyła, co gdzie leży, na której półce (a znajdę tam koszulki na wf? tak, na półce z koszulkami na wf, dziewczyno masz wielkie centrum handlowe, weź się ogarnij). Ostatnio pytali, jak jest masło po niemiecku. Nie wiem, jak się mam sprowadzać do obcojęzycznego kraju, to może bym jednak minirozmówki przekartkowała…?
No, to sobie nie pochodziliśmy razem po sklepie, bo jak oni przyjechali, to my już byliśmy na wylocie i nie zamierzałam spędzać z nimi ani sekundy. Z mężem nie miałam wyboru, bo jeszcze jechaliśmy do ikei. Tam się z młodym dowiedzieliśmy, że nie mamy za grosz wyrozumiałości i że cały świat się na męża uwziął, bo on ma tyle na głowie ( o terabajtach na głowie już się nasłuchałam, gdy nie zapisał Idy na basen. Priorytety, cóż). Usłyszał od młodego zwięzły komunikat, że sorry, ale niech się zastanowi, bo postawił na pierwszym miejscu kolegę a nie rodzinę i czy to jest OK dla niego. Oraz jeśli nie zamierza przepraszać, to niech się lepiej nie odzywa.

Wróciliśmy do domu, małżonek pojechał odstawić samochód na parking, a było to pod miastem, bo wymyślił sobie, że skoro jedziemy do ikei, i skoro TA też jedzie do ikei i będzie tam kupował jakieś meble, to i nam na pewno przyda się van, a najbliższy dostępny stał 20 km pod miastem, czego nie rozumiecie. Podróże kształcą.

Zatem jak wróciliśmy, rozpakowaliśmy zakupy (młody konsekwentnie zostawił ikeowe zakupy tatusia, skoro tatuś rozpakowywał tylko swoje, a nie że tam na przykład 8 toreb spożywki), i zawinęliśmy się na jarmark świąteczny. Dwa grzańce nieco ukoiły nerwy, z młodym sobie pogadaliśmy, o ile się to przy Idzie udało, nakupowaliśmy bombek u Polki, która tu stoi co roku, i wróciliśmy do domu.

Taka to była sobota.

A jeszcze tytułem uzupełnienia: panowie zaczęli razem pracować i mój ma wdrażać TA, wszystko mu pokazać itp. W środę byli w biurze (- Nie wziąłeś żadnej torby na laptopa? – A to mi nie dadzą?), poza tym mają pracować zdalnie, ale wdrażać jest po prostu łatwiej na żywo, więc TA będzie przychodził do nas. Powiedziałam, że OK, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ja jestem w biurze. Z dwoma chłopami siedzącymi w salonie, gadającymi non stop, dzwoniącymi i tak dalej, to ja ani nie popracuję, ani nie odpocznę. Napisałam więc mojemu grafik, kiedy ja jestem w biurze i że wtedy proszę bardzo, a środa i piątek, kiedy pracuję z domu, symetrycznie będzie, jak sobie pójdą pracować do TA. Na co MA rzekła: ale ja nie lubię, jak mi się obcy ludzie po domu plączą.
Aaaaaaaaaaaaa no to sorry.

Najlepsze jest to, że mój mąż ma takie wrażliwe serduszko i tak mu tego Alana żal, bo on by chciał z wujkiem porozmawiać, a pomachał mu przez okno, i taki samotny tu jest i w ogóle.
Córki zostawionej samej w centrum handlowej mu nie żal.
Córki, której zapomniał zapisać na basen, a gdy już obiecał, że będą razem chodzić, to poszli raptem raz, mu nie żal.
Córki, do której krzyczy UCISZ SIĘ, bo on akurat zamieszcza ogłoszenie na OLX i potrzebuje się skupić, mu nie żal.
Córki, której mówi, że już dosyć tego, teraz on chce w spokoju obejrzeć mecz, a przecież spędził z nią jakieś trzy minuty tego dnia, mu nie żal.
O synu nie wspomnę. Syn na szczęście wielu historii nie pamięta, i dobrze. Ale oczy ma, widzi, wnioski wysnuwa i nie hamuje się, by je wszem i wobec oznajmiać.
Ale nie, mąż się obcego dziecka żałuje.

Myszkę

Dostałam do laptopa, romantyzm informatyka na pełnej, plus młody kupił kwiatki. Luz. Do myszki się muszę przyzwyczaić, nie lubię nowych, za lekko chodzi, za ciężko chodzi, nie leży w ręce tak, jak poprzednia, nie lubię zmian na żadnym polu, bo jeśli coś się sprawdza, to po co zmieniać?

Tydzień upłynął nie wiadomo kiedy, teraz to już z górki, wszystkie dni i tygodnie tak mijają, jak twierdzą życzliwi.

Młodego przeciągnęła grypa, jeszcze nie doszedł do siebie, do tego wyskoczyła mu opryszczka na pół górnej wargi, a jak zaczęła przysychać, objawił się jęczmień na powiece. Ten jest póki co we wstępnej fazie i może uda się go przydusić. Bidny chodzi młody, najpierw nie jadł bo nie miał sił na nic, potem opryszczka i strup na parę centymetrów, pił tylko przez rurkę, jak się roześmiał, to rana pękała i od nowa zaleczać. Na szczęście już wychodzi na prostą.

W uszach mam Korteza, słuchanego na nowych, bezprzewodowych słuchawkach!, ha :-). Wczoraj je przetestowałam, ciągną niemal pięć godzin Netflixa :-). Oraz mają tę genialną funkcję wyciszenia męża i syna, dzięki której mogę sobie spokojnie oglądać, słuchać i surfować.

Małżonek szanowny po dobrych kilku miesiącach względnego spokoju znowu się mocno zapomina. Dzisiaj Ida poszła do niego o coś spytać, a ten ryknął na nią NIE PRZESZKADZAJ MI IDŹ MI STĄD, a powód był kluczowy dla istnienia wszechświata, mianowicie zamieszczał na olx ogłoszenie o wynajmie mieszkania w Lublinie, a tej procedury nie można wstrzymać, należy dziecko doprowadzić do łez. Wieczorem to samo, cieszyła się Ida, że Hamilton wygrał, dostała głupawki i się śmiała, a ten do niej UCISZ SIĘ! Powiedziałam, co myślę na temat takiego zachowania, młodemu się oberwało przy obiedzie, bo zaniósł do stołu trzy talerze, a nie cztery – i nie, nie dlatego, że tatuś był jeszcze w kuchni i pewnie zaniósłby sobie ten swój talerz sam, ale na pewno dlatego, że celowo chciał ojcu zrobić na złość. Na pewno. Muszę go zapytać, czy kartki świąteczne należy już adresować Jerzy i Katarzyna, a nie Katarzyna i Jerzy, tak jak to należało robić wysyłając pozdrowienia z wakacji do jego rodziców. Bo wiesz, bo tata będzie się gniewał, jeśli będzie najpierw mama, a potem on. No, czyli trochę wzorce (a trochę pierdolce), a trochę niedowartościowane ego, które piszczy z zazdrości. No słabe to jest.

Czekam na ebooka Marzeny Rogalskiej z trzecią częścią Sagi o Karli Linde. Premiera książki była przedwczoraj, a ebooka jeszcze nie ma! Skandal no.

Tymczasem w uszach Kortez, którego koncert latem już zawsze zostanie jednym z najlepszych przeżyć w moim życiu. Kortez koi, Dawid Podsiadło koi. I jeszcze kilku. Dobranoc.

Coś

zaczęłam pisać z tydzień temu, ale mnie rozłożyło i wróciłam pod ten kocyk na parę dni. Podrasowałam się antybiotykiem i we wtorek uciekłam z domu do biura. Ileż można w domu siedzieć! Wiem, wiem, sześć lat, i dalej mam traumę, jak widać.

Po mnie rozchorował się młody, ale to tak spektakularnie, jednego dnia, wstał z katarem, kaszlem i gorączką. Ja w biurze, ucieknięta na cały dzień, młody nie może gadać, bo gardło, więc pisze. Że się nie doczołga do lekarza, że nie ma siły i że w ogóle bida. Mówię mu, żeby pogadał z tatusiem, kiedy tatuś ma jakieś możliwości czasowe, żeby wziął samochód, zaklepał wizytę i młodego do tego lekarza zawiózł. Jest nawet parking dla pacjentów akurat naszego lekarza, więc nie trzeba będzie iść z buta dwa kilometry, bo akurat tam było miejsce do parkowania (nie pytajcie, młody zapytał mnie czy naprawdę nie mogłabym ja wyrobić sobie karty do wypożyczalni samochodów, bo jak tata zaparkuje kilometr dalej, albo próbuje zrobić kopertę przodem, to… No.)
Zatem wszystko wstępnie ustalone – tak by się mogło wydawać, bo tu na scenę wchodzi tatuś, który na prośbę młodego o zawiezienie go do lekarza, odparł, że ale z nim nikt nic nie ustalał, on tu jest tylko do wykonywania poleceń a wszystko jest ustalane za jego plecami. No tak, dobrze czytacie, dziecko leci z nóg, a ojciec ma pretensje, że nikt go nie poinformował z wyprzedzeniem, nie ustalił, nie wysłał podania i nie zapytał o zdanie.
Czułki mi opadły i kazałam wziąć młodemu taksówkę, ale zanim co, to wziął i zwymiotował i przestał się nadawać do transportu, zresztą w sumie co by mu ten lekarz dał (zwolnienie ze szkoły).
Tatuś po pierwszej reakcji poczuł się jednak tatusiem, bo dał dziecku aspirynę. Dobry tatuś.

Młoda się trzyma, nie kicha i nie prycha i chwilo trwaj, bo od czterech miesięcy usiłuję zrobić jej bilans sześciolatka, który to jest niezbędny do szkoły (cholera, chyba muszę poszukać jakichś papierów…?), a ostatnio, czyli we wrześniu akurat była chora. Miło byłoby wyrobić się przed siódmymi urodzinami.

Tymczasem w poniedziałek mam urodziny i jak powiedziałam mężowi, że w sumie mam wszystko i ucieszę się z jakiegoś fajnego kwiatka w doniczce (robię w domu dżunglę, mam już trzy duże kwiatki!), ten odparł, że no to chyba wiadomix, bo właśnie zamówił mi laptopa, TO CHYBA WYSTARCZY. Jaka to jest przykrość, że mam dobrą pamięć, spokojnie sięgającą do zakupu tableta, laptopa, kolejnych butów do biegania, bo w tych poszła nitka na szwie (szewc 8 franków, nie podarowałam ;/), zegarków, cygar, koszul, koszulek do biegania, „ale takiej kurtki jak jest mżawka to nie mam do biegania”, oraz tysiącznych dupereli do komputera, a to tylko ten rok. Dalej moja pamięć też sięga, ale jest litościwa (po dwóch latach kurzenia się czarnego kapelusza, którego nie chciało się schować wiosną 2020 do szafy, mąż spytał, czy mamy jakąś szczotkę żeby go odkurzyć… Taaa.) więc już przemilczę pozostałe zakupy. Agnieszka, Idy ukochana Ciocia chrzestna, na moje słowa, że kurcze, ja mam połowę ciuchów, gadżetów i ogólnie dużo mniej zakupów dla siebie robię, odrzekła, zostawiając pytanie bez odpowiedzi, że może ja po prostu nie potrzebuję się dowartościować zakupami…?
No, może 😉

Jutro mam rozmowę z szefową na temat przedłużenia umowy. Oraz oświadczyła, że jako że w poniedziałek mam urodziny, to firma daje na tę okoliczność dzień wolnego. Grzecznie podziękowałam i zasugerowałam, że w sumie to ja mam dziewięć dni urlopu, a wolnego dała mi na święta dziesięć i ja oczywiście już kupiłam bilety, ale może ja sobie ten dzień odbiorę właśnie jako dziesiąty legalny dzień urlopu? Ach nie, nie ma takiej potrzeby, ty tyle pracujesz, masz na pewno tyle nadgodzin, że spokojnie ten jeden dzień więcej ci się należy. (niniejszym pozdrawiam moją Przyjaciółeczkę, z którą czatuję na Whatsappie w godzinach porannych :-)).
No to co, to podziękowałam. Będę miała czas na upieczenie jakiegoś ciacha do pracy, bo oczywiście we wtorek mamy pracowy coffee break, a druga koleżanka ma urodziny w środę, więc będziemy świętować podwójnie.

Jutro fryzjer i jeszcze muszę ogarnąć kogoś, żeby mi brwi zrobił, bo wyglądam jak wypłukana ścierka, wybielona amoxycyliną. Jest jedna fajna babeczka, co mi zrobiła pudrową hennę, co to się miała trzymać nawet 8 tygodni, ale po pierwsze babeczka mieszka niedaleko ale z karkołomnym dojazdem, a po drugie henna zeszła po dwóch. To jak po dwóch, to ja sobie zrobię sama, nie pudrową, tylko normalną. Kiedyś essence miał takie formatki, szablony, żeby sobie namalować brwi, ale teraz nie mają, nie wiecie, gdzie to znajdę? Muszę poguglać. Co mi przypomniało, że kupiłam sobie jakąś pomadę do brwi i zaraz ją przetestuję, akurat przed snem spokojnie zmyję.

Za tydzień wychodzi ostatni tom sagi Marzeny Rogalskiej, już przebieram nóżkami, żeby wrzucić do koszyka, załadować na kundla i zniknąć na dwa wieczory.

To co, to idę te brwi testować. Dobranoc, kochani.

Budzik

zadzwonił dziś nad ranem, jakaś pomylona musiałam być, ustawiając go na niedzielę na 6:11, no naprawdę. Ale skoro już się obudziłam, zerknęłam na telefon – a ten się nie ładuje. Znaczy, podłączony pod ładowarkę, dobrą, wymienianą ostatnio na nową, wszystko dociśnięte, a ten leży i nic. Jak miał o północy 30%, tak dalej ma 30%.
Oczywiście spanie mi przeszło błyskawicznie, ale dlaczego się nie ładuje? o co chodzi? przepięłam na drugą ładowarkę, też nic, znaczek świeci, a baterii nie przybywa, jasna cholera, czy on jeszcze jest na gwarancji? bo bym oddała do serwisu, rany boskie co ja zrobię bez telefonu przez ten czas, jak żyć panie premierze, szlag by trafił, i tak dalej, i tak dalej, nakręcałam się coraz bardziej.
A przed dziewiątą przyszło mi do głowy, żeby zrestartować telefon – i od razu zaczął się ładować.
Nie ma za co, Kasia.

W domu gościmy gości. Męża znajomy zaczyna tu za miesiąc pracę i przyjechali znaleźć mieszkanie. We trójkę, mąż, żona i siedmiolatek. Na szczęście nocują w hotelu, na nieszczęście stołują się u nas, bo w hotelu covidowe obostrzenia, no a oni nie szczepieni, więc tym bardziej pewnie kłopot.
Laska fajna, normalna i prawie zdroworozsądkowa, tyle że foliarz, no i strasznie nadopiekuńcza i panikara. Trochę się nie dziwię, sama jeszcze pamiętam, jak to było te siedem lat temu, nowy kraj, nowe wszystko, do tego oni po niemiecku nic, on po angielsku się dogada, ona tylko na migi, więc rozumiem.
Ale z drugiej strony nie można się dać zwariować, bo, jak sama przyznaje, ona się bardziej boi niż syn, a ta tylko gdacze nad nim, synem-jedynakiem swoim. Wiecie, też miałam syna jedynaka, przez dwanaście lat, ale na Boga, nie mówiłam do siedmiolatka: oj, brzusio cie boli? to chodź, połozimy sie i mamusia psituli. Kasia, masz espumisan dla dzieci? Nie mam, po co mi. A co robisz, jak Idę boli brzuch? Każę jej iść do toalety, bo pewnie jej coś zaszkodziło. To co mu można dać? Szklankę ciepłej wody.
No to poleżała z siedmiolatkiem, pocieszyła go (musiał zostawić u nas na ten miesiąc przywiezione z Polski zabawki, a nie chciał, matka kazała zostawić, to go brzuch rozbolał, to matka zmiękła i już mu tam coś obiecała, a przy okazji jeszcze ma wyrzuty sumienia, nie ma głupich dzieci, panie).
Oraz co będzie jak on będzie chodził na basen? bo on się tak łatwo przeziębia (15 stopni, puchowa kurtka, czapka i szalik, też bym się w takim zestawie przeziębiła…), a jak nie dosuszy włosów? (basen w budynku szkoły), A słyszałaś o tych suchych utonięciach? To jest takie niebezpieczne i podstępne! Ale jak to, że skaczą do wody i łapią makaron? Nikt ich tam nie łapie? Jak to metr osiemdziesiąt w najpłytszym miejscu? I tak dalej, i tak dalej. Zamiast pokonywać swoje strachy, jeszcze się nakręca. Nie będzie jej łatwo, dopóki nie przestawi sobie w głowie podejścia.
Tłumaczę, doradzam, rozbrajam, wręcz spytała mnie, czy często jakieś dziecko tonie na basenach, skoro tak się uczy pływać. Odparłam, że 95% Szwajcarów umie pływać, właśnie dzięki nauce od pierwszej klasy, Piotrek w Sekundarschule musiał nurkować po dnie basenu na czas na zaliczenie i jak widać i zanurkował, i wypłynął, i nawet zaliczył. Rrrany.
Oraz leki, leki wszędzie. Syropki, tabletki, ale jak to z antybiotykiem do szkoły puszczają? U nas to siedzi się w domu i jeszcze potem trzy dni tak dla pewności… No nie będzie łatwo.

Trochę jej współczuję, no bo też wiem, jak to jest znaleźć się nagle w innym świecie (choć ja przynajmniej języki miałam ogarnięte), ale zamiast panikować, można dziecko zapisać na kilka lekcji pływania jeszcze w Polsce, niech ona instruktorowi wyjaśni swoje (bo nie dziecka) wątpliwości, instruktor niech je rozwieje (a następnie wyprosi z hali :D), a młody niech nabierze podstaw zachowania w wodzie i luz. Tyle, że kiedyś do tej wody trzeba jednak wejść (a w Polsce chlor i grzyba można dostać).

No dobra, bo narzekam, jak zawsze narzekam. Laska jest ogólnie fajna, będą mieszkać blisko, dzieci się od pierwszego kopa nie tyle polubiły, ile zaprzyjaźniły, panowie zaś mają ambitny plan razem pracować zdalnie. Chyba zaproponuję im owocowe wtorki, kiedy jestem cały dzień w biurze, bo sorry, ale dwóch chłopa gadających, dzwoniących, mających non stop calle albo muszących koniecznie coś tam omówić, to nie na moje nerwy. A nie mam innego miejsca do pracy, tylko salon. Poza tym coś mi się wydaje, że po Nowym Roku stracą okazję do wspólnej pracy, więc wszystko wróci do spokojnej normy ;-).

Tymczasem dzięki pobudce dzisiaj nad ranem oczęta mi się zamykają, więc się oddalę pod kocyk. Towarzystwo po obiedzie wybyło na Herbstmesse, jesienne karuzele i targi różności (na które goście, jako nie zaszczepieni, nie mogą wejść, teren jest ogrodzony, więc oni stoją jak te kołki za płotem, a małżonek mój prowadza dwójkę dzieci na samochodziki i strzelnice. Młody ma w swoim pokoju maraton meczowy, a ja – święty spokój. Chwilo, trwaj, jak najdłużej 😉

Sezon na wiśniówkę

uważam za otwarty. Niby słoneczko i przyjemne piętnaście stopni, ale wieczorem, jak już się mieszkanie wywietrzy, bo przecież tak ciepło, to nagle taki hyś!! (u Was też się mówi, że hyś, czyli zimno? U mnie w domu się tak mówiło). No, czyli jak już się wywietrzy, to trzeba czym prędzej odpalać wiśniówkę, bo człowiek zamarznie.

Laptop mi się kończy. Gdyż albowiem kupiłam sobie nowe fancy słuchawki, bo do czego to podobne, chłopaki mają bezprzewodowe, ja też chcę. No to sobie kupiłam, trafiłam w dobrej cenie, zrealizowałam jakieś bony rabatowe, przysłali i mam.
Tylko że mój laptop jest już staruszek świat i nie współpracuje ze słuchawkami… Ośmiolatek, panie, oprócz tego, że mu zalałam klawiaturę i wymienialiśmy chałupniczo i nie przykleiliśmy od spodu i mi spacja nie dobija, to nic mu nie jest. No, czasem trochę muli, ale kto teraz nie muli. Ale serio, jak na moje potrzeby, czyli internet, netflix i spotify, on w zupełności wystarcza. No, czasem jakąś tabelkę w Excelu machnę, i też daje radę. A tu takie fopa. Póki co zamówię nowego bluetootha, może się okaże, że to on skurczybyk już nie łapie moich słuchawek. No a jeśli nie bluetooth, to mąż zaraz dostanie wypłatę za nadgodziny, prawda. Niech więc i żona ma coś z tych nadgodzin.
I teraz zaczyna się myk kolejny, bo o ile z 17″ z płaczem zrezygnowałam (nie istnieją, nie ma, null, zero), no to klawiaturę polską jedynie słuszną, czyli qwerty mieć muszę. A szwajcarskie są qwertz. W domu piszę jednak głównie po polsku i muszę mieć normalnie. Umlauty i te inne mam w pracy (i jak pracuję zdalnie z domu, dostaję schizofrenii, zamieniając zet z igrekiem. Kończy się tak, że w domu piszę na polskich ustawieniach i jak potrzebuję umlaut, robię to skrótami, np. ä to jest lewy alt + 123 (wszyscy teraz sprawdzają, czy to prawda :D), natomiast jak muszę w pracy coś po polsku napisać, to albo piszę bez polskich liter, albo wrzucam jakieś słowo z ąę do google’a i kopiuję. Trzeba sobie radzić, c’nie.

Jako, że dzieci właśnie kończą jesienne ferie, wywieźliśmy je wczoraj do Konstanz. Starzy urlopu nie mają, ale pracując ciężko całymi dniami zebrałam dwa wolne popołudnia w jeden dzień cały, mąż wziął urlop oraz samochód i pojechaliśmy. Najpierw udaliśmy się do wodospadów, ale mgła kazała nam się głównie domyślać, gdzie one dokładnie są. No, słychać je było. Natomiast Konstanz! Miasto ze śliczną starówką, Jezioro Bodeńskie, w tle Alpy, jedno z najlepszych piw pszenicznych na świecie! Zawsze te, które mi smakują najbardziej, są lokalne. Tak było z Lemke, piwem pitym w Berlinie gdzieś pod którymś kolejnym zamkiem, które zwiedzaliśmy kilka lat temu w ponad czterdziestostopniowym upale, teściowa poleciała jeszcze zwiedzać ogrody, a my zgodnym chórem oświadczyliśmy, że my ***** ogrody, i zamówiliśmy sobie po dużym piwie, a młodemu lody gigant. Z dwojga złego wolałam, żeby dostał zapalenia krtani niż udaru. No i my też, oczywiście. To Lemke było do tej pory numerem jeden, teraz ex aequo doszło Constanzer Wirtshaus Bier. Nie wiem, czy lepsze, bo Lemke piłam ostatnio chyba osiem lat temu, ale obydwa wyborne.

Młoda w ferie pochodziła do lokalnej, dzielnicowej świetlicy, trochę było wolnych godzin, a czasami zajęcia zorganizowane pt. wiatr albo drewno. Przyszłam ją odebrać po tym drewnie, a tam deski, ręczne piły, gwoździe i młotki. To nie na moje nerwy! Chociaż przyznać trzeba, że nic sobie nie zrobiła, a zabawkę z gwoździkami i młoteczkiem miała już w przedszkolu, no to chyba ogarnia.

Dużo Wam miałam poopowiadać, ale wyleciało mi z głowy. Kurtkę na zimę sobie kupiłam. Biłam się z myślami, bo cena dwukrotnie przekraczała mój mentalny budżet, ale kurczę poprzednia mi już spłowiała, i trochę wstyd tak chodzić (ale jeszcze ją zostawię, może ufarbuję, a może tak awaryjnie niech poleży) (robię się jak własna matka) (albo już nią jestem). A w ogóle to poszłam po kurtkę na jesień, ale jeszcze takich nie wyprodukowali, zwłaszcza, że sama nie wiedziałam, czego szukam tak naprawdę, oprócz tego, że ma być cieplejsza niż zwykła przeciwdeszczówka. No nic, może kiedyś ktoś się domyśli i mi uszyje.

Póki co bierze mnie przeziębienie, kolejny raz na weekend, w sam raz, żebym się teraz podkurowała i wróciła w poniedziałek zdrowiutka do biura.

Plan na jutro obejmuje wyspać się, umalować paznokcie, zdrzemnąć się, coś poczytać, zjeść uczyniony przez męża obiad i tak doturlać się do poniedziałku. Zero oczekiwań, zero potrzeb. Tyram jak głupia, pracuję, dom ogarniam, nawet dzisiaj nie mogłam na dupie usiedzieć, tylko po czterogodzinnym spacerku po mieście (kurtka jesienna, prawda), zaczęłam sprzątać w szafie, przy okazji machnęłam prasowanie, a skoro prasowanie, to uprasowałam wszystkie za małe na Idę ubrania i wystawiłam je na sprzedaż, bo zebrała się już tego torba z Ikei, plus druga jest w piwnicy.

Teściowa w tym tygodniu obchodzi okrągłe urodziny, i mimo że już od dziesięciu lat nie obchodzi oficjalnie urodzin, tylko imieniny, które ma tego samego dnia, szczypnęłam małżonka, żeby się wykazał. Zamówił bukiet kwiatów i voucher do day spa w Nałęczowie. To spa to mój pomysł, teściowa całe życie spracowana i styrana, zawsze oszczędzała na sobie, typowa Matka Polka, to niech ma teraz odrobinę luksusu. Czyli pojedzie pewnie na wiosnę, jak wirus na Lubelszczyźnie przycichnie. W międzyczasie ma mieć zastrzyk na drugie oko i laser na pierwsze, bo usunęli jej zaćmę, ale się okazuje, że jakaś błonka została pod rogówką, czy może urosła, czy coś, no w każdym razie trzeba poprawić i idzie pod nóż. Znaczy, pod laser.

Młoda śpi, młody poszedł na osiemnastkę do kolegi. Stary zmobilizował się do sprzątnięcia własnej łazienki, wziąwszy sobie do serca słowa ukochanej małżonki, że rzeczona łazienka jest już radioaktywna.

Psa mieliśmy znów na tydzień. Gdy właścicielka przyjechała po odbiór, pies przed blokiem zaparł się łapami i nie chciał iść do swojego domu. Nie wiem, może to ta wołowina z rosołu…? 🙂 My też przez kilka dni łapaliśmy się na tym, że trzeba psa wyprowadzić, albo że nie ma pretekstu, żeby oderwać się od pracy na parę minut (bo żeby tak wyjść na 10 minut do spożywczego i kupić pieczywo i banany, to nie można, no skąd). Gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że a może by psa, ale żeby był taki fajny, cichy i spokojny, i stary jak Zoja, ale z drugiej strony prędzej czy później jedno z nas albo oboje zmienimy pracę, pójdziemy do biur, i co, pies będzie wył sąsiadom przez pół dnia? Bez sensu.

No to co, przestańmy się obrażać na stare, kabelkowe słuchawki, i odpalmy coś na netfliksie. Po czterech sezonach Chicago Med nie dość, że świetnie przyswoiłam medyczne słownictwo, to sama mogę zlecać badania, gdy na SOR wjeżdża nowy pacjent. Tak to jest, jak się człowiek przestawi na oryginalną ścieżkę dźwiękową.

Jesień

Przyszła. Nareszcie, taka, jak lubię. Po kilku tygodniach babiego lata, słońca, zbierania kasztanów i szurania w liściach, w tym tygodniu mamy piętnaście stopni i mżawkę. Listopadzie, tęskniłam! Lubię tę porę roku, trochę smętną i posępną. Całkiem jak ja w środku.
Na okoliczność jesieni mam trzy nowe pudełka puzzli, dwa zdobyczne, czytaj ktoś wystawił z karteczką gratis przed dom, trzecie dzisiaj kupiłam za piątaka – nawet nie otwarte. W sam raz na długie wieczory.

Znowu mamy psa u siebie na tydzień, znajomi pojechali na Rodos, ale wiecie, na Rodos, nie na RODOS. Chociaż w sumie zdjęć nie widziałam :-). Zoja niestety kontuzjowana, zerwała więzadła w łapce, więc spacery tym razem zakazane. Gdy ją przyprowadzali do nas przedwczoraj, pies gdy się zorientował, dokąd idzie, zaczął biec i ciągnąć, byle szybciej. Oraz gdy poprzednio odstawiliśmy ją do domu, przez dwa dni chodziła osowiała i tęskniła. No ale co wam powiem, dla nas to jest atrakcja, tym większa, że na krótko. Zoja była wybiegana, każdy poświęcał jej uwagę, dostawała kurczaka z ryżem, bo suchą karmą gardziła. A w domu jest nadaktywny kilkulatek, ponadroczna dziewczynka i zabiegani rodzice, to wiadomo. Nie ma się co dziwić.

W rodzinie kolejny pogrzeb. Zmarła siostra taty, ciotka Janka. 95 lat i z tego, co się orientuję, do końca (albo prawie) na chodzie i z przytomną głową. Życie miała ciężkie, w 1942 r. jako szesnastolatkę rodzice wydali ją za mąż, mając nadzieję, że uchronią ją tym przed wywozem na roboty. Od robót ją owszem, uchronili, ale za to na męża wybrali psychopatę, który jej życie zamienił w piekło. Odżyła dopiero, gdy owdowiała, przeżywając w spokoju ostatnie 20 lat życia i nie musząc nikogo pytać o to, czy może sobie kupić buty, bo stare się rozpadły. Nikt nie brał pod uwagę tego, co ona by chciała, a chciała iść do zakonu. Pamiętam, jak zmarł tata i mama była zbulwersowana, bo gdy się ciotka dowiedziała, stwierdziła: kto się urodził, musi umrzeć. No i jak to tak, zamiast rozpaczać, że brat nie żyje, to ciotka tak z wiarą i na spokojnie to przyjęła? (teraz jak ciotka zmarła to też był bulwers, bo jej córka wrzuciła zdjęcie ze spaceru po mieście. Przed pogrzebem. Jeszcze matki nie zdążyła pochować, a już spacerów jej się zachciewa!! I zdjęcia na fejsa!).

Szefowa pojechała na urlop, w ramach kryzysu, do Dubaju, więc spokój w biurze. Młoda się jednak rozłożyła trochę trwalej, słabsza taka, trochę pokasływała, ale zabrałam ją do lekarza, żeby osłuchał płucka i inne podroby, wszystko czyste, jedynie gardło zaczerwienione, ale to drobiazg. I tak mają ferie i siedzą w domu, niech się dziecko wygrzeje, wyśpi i wyleni.
Młody ma jazdy, instruktor go chwali, że wszystko dobrze, że świetnie sobie radzi, a na zajęcia z parkowania żałował, że nie zabrał tatusia. Well, do dzisiaj pamiętam, jak usiłował zrobić kopertę przodem…

Młoda zasypia, panowie szykują się do meczu, to ja herbatę i netfliksa :-).

Się dzieje się

Mama przez dobry tydzień nie dowierzała wynikom, które miała przed oczami, pokazującymi jak byk cukrzycę. Nie jakąś typu 600 na czczo, bo wtedy to zdaje się, się słodko, nomen omen, śpi, ale też nie pozostawiających wątpliwości. I teraz przypomnijcie sobie jakiegoś znajomego dwulatka, rzucającego się na ziemię w stokrotce, bo matka nie chce kupić lizaka. Tak właśnie zachowywała się mama przez pierwsze parę dni, jak rozhisteryzowany dzieciak. Spazmy, szlochy, szok i niedowierzanie – no bo ale jak to, skąd?? Bo przecież nie z tej diety, gdzie na drugie śniadanie wjeżdża kasza manna na mleku posypana łyżką cukru po wierzchu, prawda? Nie z tego siedzenia w domu, gdzie jedyny przewidziany ruch to ten nadgarstkiem, bo albo szydełko, albo pasjans, albo facebook, a spacer do sklepu 300 metrów od domu należy do kategorii wyprawa. Chleb, zakupy – najrzadziej jak się da; chleb się mrozi, bo wtedy jest zapasik i nie trzeba tak codziennie z domu wychodzić. Zdaje się, że mama ma trzy bochenki chleba na zbyciu…
I wiecie, oczywiście, że mi jej szkoda. Wiadomo. Ale kurczę tak bardzo po pierwsze sobie na to zapracowała (wiem, wiem, i tak mi jej żal), tak bardzo wyśmiewała nasze rady i prośby (co, sałatę mam jeść, a co to ja królik jestem? No jak to tak, bez czekolady? Gorzka to nie czekolada! Bez słodkiego żyć? To jak żyć i po co w ogóle żyć?), i jak doszłam do wniosku – ta cukrzyca, z całym ryzykiem, który za sobą niesie, to jej może zrobić wyłącznie dobrze.
Minął tydzień od wyników, mamusia przestała mi szlochać w słuchawkę (wciąż przed oczami mam płaczącą babcię i mamę komentującą, że artystka! aktorka! Proszę, jakie artystyczne geny mamy w rodzinie…). Okrzepła, nawet dzisiaj kupiła sobie roszponkę! (sałata… króliki…) oraz chleb dla diabetyków, już wie, że dowożą do niej dwa razy w tygodniu. Ugotowała cierpiętniczo leczo z cukinii i chyba powoli przywyka do nowej, bezcukrowej rzeczywistości.
I wiecie, mnie jest jej naprawdę bardzo szkoda, bo chciałabym, żeby nikt na nic nie chorował i jak to mawiają kandydatki na miss USA, chciałabym pokoju na świecie. Ale tak jak powiedział młody, szkoda mi babci, ale nareszcie zacznie się zdrowo odżywiać. Amen.
Gdybyście znali fajne, proste przepisy albo całe strony lub portale internetowe z przepisami dla diabetyków, uprasza się o pozostawienie namiarów w komentarzu.

W pracy czekamy niecierpliwie i trzymamy kciuki, albowiem szefowa w ramach kryzysu, leci na ferie jesienne do Dubaju, no i te kciuki, to żeby żadne z nich nie wyszło pozytywne na ostatniej prostej, bo jak powszechnie wiadomo, urlop dzieli się na własny i przełożonego. Uprzedziła, że podczas jej nieobecności mogę być w biurze tylko dwa razy, wtorek i czwartek rano, co ochoczo zaaprobowałam, zamierzam się konsekwentnie nie przemęczać.
Ale! wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że umowa na łosia roku zostanie mi przedłużona, oczywiście za stosowną dopłatą, bo jednak pensja praktykanta to przegięcie w zestawieniu z tym, co za te grosze otrzymują (cytuję: ja w ogóle nie wiem, jak ja pracowałam, zanim ciebie zatrudniłam). No. Dzisiaj przeprowadziłam koleżankom szkolenie z nowego softu, którego będziemy używały do obróbki klientów. Wymyślam sposoby pozyskania nowych klientów, marketingowo ogarniam od nowych ulotek po firmowego linkedina, kolejny projekt na horyzoncie to przedłużenie znaku jakości firm relokacyjnych (jeszcze nie wiem, czemu, ale wszystkie bardzo się cieszą, że ja mam na głowie ten projekt w całości. Taaa… Taaa…).
Natomiast dzisiaj zabłysłam swoimi zaawansowanymi skilami informatycznymi, gdyż albowiem skończyły się koperty z okienkiem po lewej stronie (Szwajcarzy nie są ekologiczni ni cholery, nie wierzcie w to. Szwajcarzy są mistrzami w segregowaniu śmieci, muszą być, bo produkują tego na tony, na przykład drukując dodatkową stronę tylko z adresem, żeby było widać przez okienko koperty). Noęc lewe koperty się skończyły i jak one teraz mają pisać pisma?? Skoro na firmowych szablonach adres odbiorcy jest po lewej stronie, a w kopertach okienko po prawej? I wiecie, wtedy wchodzę ja cała na biało, naciskam parę tabulatorów, zapisuję jako i jestem ich guru informatyczną. Nawiasem mówiąc, moja poprzedniczka asystentka nigdy nie robiła plik – zapisz jako, bo uważała, że w ten sposób plik pierwotny znika. Znika. No spoko, w różne rzeczy ludzie wierzą. To nawiasem mówiąc trochę nie dziwne, że na mnie patrzą jak na bóstwo, skoro mnie jednak nie znika.

Młoda trochę pokasłuje, w końcu się powoli ochłodziło i poranki są naprawdę rześkie (+9/+13). Oraz chodzi bestia sama, to znaczy jak ja jadę do pracy, to idziemy w tę samą stronę, więc razem, potem ja ją puszczam luzem już na ulicy, przy której stoi szkoła, ma do przejścia sama jakieś 80 metrów, a ja idę dalej do przystanku, odprowadzając wzrokiem uciekający mi tramwaj, no bo przecież musiała mi dać sto tysięcy buziaczków i uścisków na do widzenia. W dni, w które pracuję z domu, młoda idzie rano sama. Wraca zawsze sama i na popołudnie dwa razy w tygodniu chodzi sama. Czy się stresuję? Ależ. Dziecko ma 6,5 roku przecież. Natomiast na ósmą rano i w południe pół dzielnicy idzie do i ze szkoły. Lekcje zaczynają się i kończą o tej samej porze. Po południu bywa to już różnie, ale gdy młoda rano wychodzi, wiem, że po minucie dołączy do niej Aymen, gdy przejdą na drugą stronę ulicy (przez tory tramwajowe, spoko…), dołączy Hendrick, i tak dalej, po kolei. Pod szkołą jest ich chmara, pierwszoklasiści w odblaskowych żółtych czapeczkach (bądź widoczny na drodze), starsi grają na boisku w kosza albo w nogę. Biegają, przepychają się, krzyczą, tańczą i wariują. I tylko pierwszoklasiści stoją tuż przy drzwiach, żeby równo z dzwonkiem wejść do środka i broń boże się nie spóźnić. Albowiem szkoła otwierana jest o 7:55, pięć minut ma wystarczyć na dotarcie do klasy (szatni nie ma, są wieszaki przed klasą na worek z butami i kurtkę. Acz w Sekundarschule czyli polskim byłym gimnazjum Piotrek już butów nie zmieniał).
Czy się stresuję? Denerwuję? No ależ skądżeż, odliczam tylko do ósmej piętnaście, bo jeśli dzieci nie dotrą do szkoły w ciągu kwadransa, wychowawczyni dzwoni do domu. To są najdłuższe kwadranse w moim życiu, kochani. Ale ostatnio byłam taka dzielna, że machałam sześcioipółletniej córce z balkonu, będąc ubrana jeszcze w piżamę! A ona mi wysyłała całuski, przytulaski i buziaczki, idąc tyłem i machając mi zawzięcie, by po chwili zniknąć za rogiem.

Młody ma jazdy, tutejszym zwyczajem jedną w tygodniu. Po niemal dwumiesięcznej przerwie (jego wakacje, potem instruktora długi urlop) wsiadł za kółko i bez większych problemów ruszył do przodu.
Oraz ostatnio spytał, czy nie mogłabym JA prowadzić, gdy wracamy z zakupów do domu. Bo tata najpierw objeżdża okoliczne rondo, by nie musieć skręcać w lewo w nasze osiedle, następnie, gdy ma tylko jedno wolne miejsce parkingowe, zajęcie go zajmuje mu dobrych kilka minut, manewrując godzinami by na koniec zaparkować całkiem na końcu owego miejsca, przytulając się do samochodu za nami, co jakby uniemożliwia otwarcie bagażnika. Detale…! Tatuś, co sam przyznaje, cedząc przez zęby to ty zaparkuj, nigdy nie był mocny w manewry.
A jeździć ja nie mogę, bo nie mam karty do wypożyczalni samochodów, bo gdybym miała, to bym sama jeździła i dźwigała, a tatuś by jeszcze bardziej siedział przed telewizorem i miał wszystko w nosie.

No, to tyle na dzisiaj, dobranoc się z Państwem!

Nagle i niespodziewanie

zmarła moja chrzestna. Była fajną, ciepłą osobą. Miałyśmy rzadki kontakt ze sobą, głównie telefoniczny, i niekoniecznie regularny, ale zawsze dobrze było ją usłyszeć.
– Cześć ciociu, nie przeszkadzam?
– Kasia ty mi nigdy nie przeszkadzasz!
Te jej słowa wciąż dźwięczą mi w uszach.

Dzień po pogrzebie zadzwoniła tutejsza koleżanka, zryczana jak nieszczęście, że zmarła jej teściowa. Też nagle, chociaż też chorowała. Taka drobniutka kobietka, chudzinka, niziutka, przecinek taki, a serca w środku za całe tabuny miała. Ida bardzo ją lubiła, w czasie covidu przysposobiła ją sobie na babcię zastępczą. Może wystarczy już tych pogrzebów, co?

Koleżanka poprosiła o zaopiekowanie się psem, jako że oni samolotem, pies starszy, linie lotnicze różnie z psami, generalnie chciała psu stresu oszczędzić. Wzięliśmy. Rodzina ma atrakcję, tym fajniejszą, że tylko na tydzień. Pies spokojny, pogodny, starszy więc nie jest małym jazgotem, tylko wielorasową starszą panią. Mąż, który zawsze mieszkał z psami, od razu orzekł, że on będzie wychodził na spacery i że on będzie karmił – miód na moje serce! On odwala robotę, a koleżanka będzie wdzięczna mnie :-). Chodzą na spacery, suchą karmę pies bojkotował, więc kupujemy mu jakieś pasztety w foremkach, za smaczki od razu siada i daje łapę, dobrze, że nie dwie na raz. Leży pod nogami pana, wodzi wzrokiem za panem, leży pod drzwiami łazienki, gdy pan jest w środku. Poczciwa psina.

Młoda jest szczerbolem i wygląda szczerze mówiąc okropnie. U góry już widać lewą jedynkę, prawej nie ma, dwójki prawej nie ma. Na dole prawa dwójka się wychyla, jedynki stałe są, dwójkę sobie wczoraj wybiła. Wybiła. Potknęła się o dywanik przy łóżku i uderzyła buzią – a łóżko ma piękny, wywijany, ozdobny stelaż. Siniak na policzku, ząb w ręce, matko bosko. Szczęście w nieszczęściu, że to mleczak, chociaż nie ruszał się jeszcze, więc zanim wyjdzie, minie trochę czasu. Mam nadzieję, że trójka jej się nie zsunie za bardzo w to miejsce, chociaż za kilka lat i tak młodej pewnie aparat nie minie. Co za myślotok mnie dopadł.

Dzisiaj szefowa zaskoczyła mnie totalnie, napomykając, że po feriach jesiennych czas na spotkanie, aby omówić ten rok oraz moją przyszłość zawodową, bo ona by bardzo chciała mnie zatrzymać, w ogóle sobie nie wyobraża, jak kiedyś dawała sobie radę beze mnie, krótko mówiąc, piekło zamarzło, umowę na łosia roku chce mi przedłużyć. Oczywiście, będę negocjować łosiowe warunki umowy, ale szczerze mówiąc sama nie wierzę w to, co usłyszałam. Do tej pory każda asystentka dostawała w październiku laurkę, że dobrze było, ale się skończyło. A tu taki niespodziewany zwrot akcji. Proszę proszę.

Z okazji

Imienin Sister (najlepszego!!), Ida zaczęła warrrkotać. Oczywiście, że się cały ubiegły rok stresowałam, że jeszcze nie wymawia wyraźnie ani r, ani s. Dziecko cały rok chodziło do logopedy, gdzie głoskę s ogarnęło w 45 minut na pierwszej lekcji, by po roku zapomnieć i znowu zacząć seplenić. Oszaleć można. Na zajęciach logopedycznych pani kazała olać seplenienie (i rację miała kobieta!) i skupić się na nauce języka niemieckiego. Tu się toczyły delikatne spory, albowiem widząc, w jakim tempie u Piotrka zanika słownictwo w języku ojczystym, oraz jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że język niemiecki jest priorytetem, bo zaczyna się szkoła, co prawda też byłam zdania, że naukę niemieckiego należy wspierać, ale – poza domem. Koniec końców robiłyśmy jakieś ćwiczenia, Idka niemiecki ogarnęła w stopniu zadowalających panie nauczycielki w przedszkolu oraz panią logopedę zdaje się również, natomiast s zniknęło, r trwało w niebycie.

Wszystko zmieniło się w wakacje, kiedy to Idzie wypadły hurtowo górne jedynki i dwójka, i moi drodzy, to dopiero nazywa się seplenienie. Co ja wiedziałam o seplenieniu rok temu…! Natomiast wraz z pójściem do szkoły magicznym sposobem, mimo braków w uzębieniu, Ida potrafi prawidłowe s wydobyć. Magia normalnie. No a dzisiaj ze szkoły przyniosła piękne, regularne r. I ależ oczywiście, że się denerwowała, gdy jej przestało wychodzić, ale zaraz sama zacytowała wychowawczynię, która ją pocieszała, że jej też czasem coś zupełnie nie wychodzi, ale gdy poćwiczy, to potem są efekty. Ale jak matka to mówi, to dziecko nie wierzy. Dziwne.

Jutro w pracuni bierzemy udział w targach, gdzie będziemy reklamować usługi naszej firmy oraz zachęcać do współpracy. Do południa pracowałam w biurze, po południu byłyśmy umówione z szefową na targach, żeby przygotować stoisko. Wszystko było gotowe przed szesnastą, drugi koniec miasta… Szefowa mówi, że mam już wolne na dzisiaj, nie muszę już w domu pracować! Dobra kobieta, acz naiwna, jeśli myślała, że mając w perspektywie jutrzejsze 14h pracy, miałam w planach siadać jeszcze do komputera… No naprawdę.

Miesiące nam się tymczasem pomieniały, w sierpniu był wrzesień, za to we wrześniu wróciło upalne lato. Mamy 29 stopni i lampę (a jutro obowiązkowo ubranie na czarno i apaszka w kolorze firmowej purpury. Czarownie po prostu. Chociaż, może czarne bikini by się nadało? Bo że klientów by przyciągnęło, to nie wątpię :D).

Weekend był bardzo przyjemny, w sobotę byłyśmy z Idą na kolejnym, lokalnym flohmarkcie, gdzie kupiłam młodej piżamkę na zaś, sukienkę na zimę do szkoły oraz zestaw klocków lego, jakąś koparkę czy inną maszynę. Oraz spędziłyśmy razem trochę czasu, młoda wciągnęła gofra i pobawiła się z Frankiem, mamo, jak tu byliśmy z przedszkolem, to ja się bałam tędy przejść (na drewnianym zamku, po belce zawieszonej na 2,5 metra, trzymając się jednej liny, te panie tutaj to mają stalowe nerwy. Albo nie patrzą), ale Nuria mi powiedziała, żebym nie patrzyła w dół, i przeszłam! A teraz to się wcale nie boję! Rany boskie.

Potem musiałam w zastępstwie koleżanki powitać nowych klientów w ich nowym domu, i podczas gdy oni z dwójką małych dzieci, sześcioma walizami oraz spożywką na weekend usiłowali wydobyć się z chaosu (gdzie tu jest najbliższy sklep spożywczy czynny w niedzielę?), musiałam wyrecytować służbową formułkę o zasadach segregowania śmieci, zostawianiu otwartych rolet na wypadek gradu, niewyprowadzaniu psów na pseudotrawnik pod domem i tak dalej, i tak dalej. Na koniec pokazałam pani domu, gdzie mają śmietnik, a gdzie piwnicę, że do spożywczego to w lewo, i z obopólną ulgą stwierdziłyśmy, że gdyby czegoś nie wiedziała, to zadzwoni dopytać. Koleżankę, nie mnie ;p.

A potem to już była niedziela, spanie wyjątkowo nie do siódmej, a do całej ósmej z minutami!, lenistwo, obijactwo, wyścigi F1 w Holandii i ta niesamowita plaża w Zandvoort.
A propos Holandii, to nasi byli sąsiedzi, Holendrzy, którzy dwa lata temu wrócili do domu (tymczasowo, bo on robi karierę w HR), właśnie przeprowadzili się do Montrealu. Mieli wracać do Basel, ale widać albo go jeszcze tam doszkolą na tego prezesa, albo już tam nim zostanie. Fajni ludzie i brakuje mi ich tutaj.

A propos szkoły jeszcze, to po dwóch tygodniach szukania, pytania i płakała, odnalazł się bidon, który Ida dostała od ukochanej cioci chrzestnej. Szkoda mi go było, bo fajny, i od kompletu ze śniadaniówką, a tu zaraz w pierwszym tygodniu – zniknął z pola widzenia i śladu nie było. Przy okazji zebrania, obeszliśmy szkolne skrytki, kamień w wodę. Eh.
…aż w ubiegły czwartek Ida po szkole dostała gorączki i wyjątkowo zajrzałam do jej plecaka w poszukiwaniu śniadaniówki. Na dnie plecaka, schowany w przegródce, leżał sobie spokojnie bidon. Niby drobiazg, ale szkoda mi go było, poza tym tak od razu w pierwszym tygodniu go zgubić…? 🙂

Cały tydzień naćkany jak u cyganki w tobołku, jak to mawia brat. Jutro cały dzień na targach, w środę do biura, w piątek do biura, i tylko czwartek wytargowałam z domu, na dodatek pół dnia tylko. Ale już mnie młody chce wyciągnąć na zakupy po południu, no i Idka na kung fu, atose posiedziałam. Dobranoc.

Pracowo

Zawiesił mi się zdalny dostęp, i w domu, i w pracy. Trzeba mówiąc wprost, zabić sesję, do czego ja dostępu nie mam. Poprosiłam o pomoc szefową (w domyśle: nie dam rady sama, potrzebuję informatyka do pomocy), odpisała mi że:
– Dziwne, u niej działa (bo to tylko mój profil zwisł! Rasowy informatyk normalnie)
– Może bym zrestartowała komputer?

A gdy sobie sama poradziłam, dostałam radosne:
– No worries! Always here to help 🙂

Taka szefowa to skarb.

Co u Was,

spytała Sister. A no trochę nowego. Szkoła się zaczęła.

Rok szkolny mamy mniej więcej ogarnięty. Ida już dwa razy sama wracała ze szkoły, raz zupełnie samiuśka, a matka ogryzała paznokcie w biurze, dopóki ojciec nie zameldował, że właśnie weszła, drugi raz zupełnym przypadkiem wracałam z pracy o tej samej porze, co młoda ze szkoły i tak sobie szłam kilkadziesiąt metrów za nią, patrząc, co robi. A nic nie robi, po prostu idzie do domu. Oraz upiera się, żebym rano wychodziła wcześniej do pracy, bo czy ona naprawdę nie może iść tak całkiem sama do szkoły? Pech chce, że idziemy w jedną stronę o tej samej porze, no co poradzę. Młoda zostawia mnie na przystanku i sama idzie dalej, czyli zaraz za przystankiem skręca w szkolną uliczkę, gdzie już jest jak w ulu, bo setki jej podobnych czekają na dzwonek o ósmej, żeby wejść do szkoły. Albo do 7:57, muszę przyuważyć.

Poniedziałki i wtorki popołudniami ma również zajęte przez szkołę i tu się ostatnio wydarzył dramat o zupełnie innej skali, albowiem dziecko wróciło samodzielnie ze szkoły w południe, powinno dostać obiad oraz o stosownej porze polecenie wymarszu na ciąg dalszy. Brzmi prosto, ale zderzyłam się z potokiem wyrzutów, że ale jak to, tatuś chciał iść pobiegać, a nie może! A ja we wtorki od nowego roku szkolnego jestem cały dzień w biurze, i nie mogę młodej przejąć. Tragedia, rozpacz, dramat fryzjerski. Uprzejmie przypomniałam, że wybierając pomiędzy jego pracą, moją pracą, młodej szkołą a jego bieganiem, to ostatnie jest na samym dole w mojej hierarchii ważności, zwyczajnie dlatego, że jest nieobowiązkowe. Biegać można o dowolnej porze dnia, chodzić do pracy już nie bardzo. Foch jeb o ścianę.

Młody też rozpoczął rok szkolny, żeby nie było. Plan ma zawalony, a że dojazdy to pół godziny autobusem, a autobus w szczycie co kwadrans, pobudka jest o nieludzkiej 6:20. Poprosił mnie, żebym przez pierwsze dni sprawdzała, czy wstał, bo wakacyjne (i weekendowe, nie oszukujmy się) rozregulowanie znacząco wpływa na poranną przytomność. A ja i tak się budzę od piątej, szóstej, więc mi żadna różnica. Od czasu do czasu miewam nawet ambitne przebłyski, żeby tak o tej piątej wstać, ale przeczekuję ten atak głupich myśli 🙂
Raz młody ma na szczęście na 11 i poprosił tatusia, żeby kontrolnie sprawdził o 9, czy się podniósł. Tatuś prośbę spełnił z ciężkim sercem, bo akurat wtedy też właśnie chciał iść biegać, to nie, musiał być w domu i zobaczyć, czy młody wstał. Czaicie te dramy, nie? 😀
(dzwonek telefonu młodego nie obudzi, od razu mówię).

Wczoraj przeczołgałyśmy się z młodą przez Flohmarkt w sąsiedniej dzielnicy. To taka garażowa lub osiedlowa wyprzedaż. Uwielbiam ten klimat: każdy przed domem wystawia, co ma do sprzedania, często perełki za grosze. Rok temu kupiłam patchworkową narzutę na łóżko, wielkości 2,5 x 3 m, za jedyne 40 franków. Cudo! Wczoraj upolowałyśmy t-shirt desiguala dla młodej, puzzle dla młodej, książeczkę dla młodej i cztery szklanki z ikei, te małe, zwykłe, i tak miałam dokupić, a tu były po franku, to kogoś uwolniłam.

Nawiasem mówiąc, IKEA od tego roku zaprzestała rozsyłania katalogów do domu; ekologia i te sprawy. Może i skrócili sobie trochę ślad węglowy czy oszczędzili trochę papieru, ale ciekawa jestem, czym mnie teraz chcą ściągnąć do sklepu. Do tej pory było tak, że przychodzi katalog, oglądam, i maks po dwóch – trzech tygodniach jadę na zakupy. Teraz jak się w listopadzie zbiorę, to będzie dobrze, na urodzinowe od nich ciasteczko.

No, to wczoraj najpierw pchli targ, a potem prosto udałyśmy się do mini zoo, na drugim końcu miasta, 29 stopni i słoneczko, prawda. Czarownie było. Albowiem były 150. urodziny tegoż zoo. Nastawiona byłam na jakieś atrakcje dla dzieci, opowieści o zwierzętach, festyn i watę cukrową, a była kupa. Dwadzieścia stoisk z ulotkami od lokalnych obrońców żyraf itp, ale już WWF nie było, a moja córka od czasu wiosennych przedszkolnych akcji z WWF, jest ich wielką fanką (- mamo, ja chcę wspierać WWF, daj mi worek, to pójdę zbierać śmieci dookoła domu. (gdzie dziecko, w Szwajcarii? Puknij się w czaszkę)). Jedyną atrakcją była przejażdżka na kucyku, a później kiełbaska z grilla z frytkami zjedzone na schodkach gdzieś w cieniu, bo stoliki wszystkie zajęte. Ale za to frytki pycha, z ziemniaków, a nie z zamrażarki. I piwo do tego, po upalnym dniu i wydeptanych 20 000 kroków, sami rozumiecie, że mi się ono po prostu należało. Jeszcze się u sprzedawczyni upewniałam, czy aby nie bezalkoholowe.

Po intensywnej sobocie przyszło ochłodzenie i deszcz. Mają być 22 stopnie przez cały tydzień, co bardzo mnie cieszy, jako że jak wiadomo, fanką upałów nie jestem. Postanowiłam się dziś wyspać i wyleżeć, następnie wykonałam przeróżne spa-podobne czynności w łazience i zrelaksowana wyszłam do ludzi. Za miło oczywiście być nie mogło, Ida grała na PS move czy jak się to nazywa, cały czas obaj tatuś z młodym krzyczeli na nią, żeby nie stała tak blisko telewizora (a można po prostu położyć puf pomiędzy; najprostsze rozwiązania przychodzą z dużym trudem, jak widać), młoda w ryk, że przecież nie stoi za blisko, oni dalej swoje, mój dobry nastrój szlag trafił, wkroczyłam cała na wkurwie, rzuciłam puf pod telewizor i kazałam na dziecko nie krzyczeć. Doleciało mnie jeszcze, że pewnie, nie można zwrócić jej uwagi, najlepiej się w ogóle nie wtrącać w wychowywanie, na co zacytowałam definicję biernej agresji z zaznaczeniem, że sobie jej nie życzę, i od tej pory niedziela minęła nam na zajmowaniu osobnych pomieszczeń.

Czyli jak zawsze.

Wakacyjnie

Męża znajomi do nas przyjechali, na urlop, pozwiedzać, przy okazji zabierając z domu Idę z tatusiem, który też miał urlop. Spoko, goście są u nas zawsze mile widziani. Tym razem jednakże miałam okazję przetestować swoją cierpliwość oraz oblać egzamin z tolerancji. Chociaż w sumie nie jest mi z tym źle.
Znajomi przyjechali z pięciolatkiem wychowywanym, a pardą, nie wychowywanym. Chłopaczek jest trochę opóźniony, nie mówi, ja to rozumiem, ale on naprawdę rozumie, co się do niego mówi i potrafi być posłuszny. Jeśli się tylko tego od niego wymaga.
Dość powiedzieć, że do Piotrka do pokoju wszedł tylko raz i wystarczyło, więcej nie próbował. Mąż spytał mnie któregoś dnia: „ja nie wiem, co ty mu zrobiłaś, że on tu w ogóle nie wchodził, do naszej sypialni” – ale ja mu nic nie zrobiłam. Kucnęłam, żeby być na jego wysokości i przytrzymałam za ramię, żeby mi nie zwiał i powiedziałam, że tu nie wchodzimy. Magia jakaś normalnie.
Mamusia go natomiast karmiła jogurcikiem. W łóżku. Na leżąco. Albowiem on niejadkiem jest. Z podróży przywieźli przekąski: flipsy w czekoladzie, kukurydzę w solonym karmelu, wafelki i różne takie. I soczki, on musi pić soczki, bo nie je. No jasna sprawa.
Zaprawdę powiadam wam, wiele cierpliwości mnie kosztowało patrzeć na tę sytuację. Sam ojciec przyznał, że ma w domu dwoje dzieci, żona lelija i spokój grabarza, zero energii w sobie. W spokoju przeprowadzała poranne ablucje w łazience i w chwili, gdy wszyscy byli gotowi do wyjścia, ona właśnie szła suszyć włosy. A to trwa. Potem makijaż. To też trwa. Efekt był taki, że wcześniej jak o dziesiątej nie udało im się ruszyć na żadną wycieczkę, rekord padł o wpół do dwunastej. A plany mieli ambitne i w sumie wszystkie je, w miarę jak pogoda pozwalała, zrealizowali. A że wracali po północy i wnosili śpiące dzieci na rękach? Ojtam. Przyoszczędziłam na kolacjach :D:D:D
My z młodym mieliśmy tylko ubaw, kiedy meldowali z trasy oczekiwaną godzinę powrotu ;-). Mieliśmy też spokój w domu i ciszę, ja pracowałam, młody się wysypiał i obijał, trochę oglądaliśmy seriale, zamawialiśmy pizzę, takie wiecie, wakacje, tyle że w domu. I nikt nie trajkocze non stop.

Ta, co trajkocze, jeździ teraz na wycieczki z tatusiem. Goście pożegnali nas w sobotę, a tatuś ma jeszcze tydzień urlopu, który chciał spędzić w górach, tak, jak lubi. Kiedyś, dawno, planował, że może zrobi ze dwie proste trasy z Idą, a parę razy przejdzie się sam, ale jakoś mu to nie wyszło. Nasza córka ma dużą siłę przebicia :-).
Pierwsza trasa miała niecałe 10 km i 400 m przewyższenia. Druga, dzień później, krótsza, no bo tak dzień po dniu to Ida na pewno będzie zmęczona. Aha, jasne. Ida zapytała, gdzie są góry i dlaczego tak ciągle po płaskim. No to jutro, po dwóch dniach przerwy na baseny (mamy 31 stopni!), idą na trasę, którą jak młoda przejdzie bez jęków, to zyska mój dozgonny szacunek: chyba 8 czy 10 km trasy, z czego przewyższenia 800 metrów… No ja dziękuję za takie atrakcje. Ale oni lubią, to niech idą :-). Pobudka wcześnie rano i wymarsz na 8:30 na pociąg, w pociągu drzemka, a potem to już tylko masakra. To ja już wolę do biura.

Za kilka dni Ida pójdzie do szkoły. Dzisiaj robiłam porządki w papierach i wpadła mi w ręce jej książeczka zdrowia wraz z kartą szpitalną, otóż w dniu narodzin miała temperaturę 38 stopni, co jest normalne dla noworodków, a tu, że do szkoły. I na kung fu już nie będzie w grupie Pandy 4-6 lat, tylko Tygrysy, 7 i więcej. Oraz wyjęła sobie dzisiaj zęba, sama, własnoręcznie. Trochę go wczoraj naruszyłam, ale nie dała go całkiem wyjąć. Rano usłyszałam okrzyk radości i szybkie tuptuptuptuptup do sypialni rodziców, do której wpadło dziecko ze szczęśliwą, pełną krwi buzią oraz zębem w garści, na dowód.

Wczoraj miałyśmy kolację pożegnalną dla jednej z koleżanek z pracy, która z powodów finansowych tylko i wyłącznie, została zwolniona. Covid wykańcza małe firmy, odpływa od nas największy zleceniodawca, a ona po prostu zarabiała najwięcej. Czysta kalkulacja, chociaż łamiąca serca. W tej ośmioosobowej firmie człowiek czuje się jak w domu. Są aktualnie same babki, chociaż widziałam w historii jakiegoś asystenta. Jest miło, jest ciepło i przyjaźnie. Możesz się pomylić, dopytać, poprawić. Dzisiaj na przykład cztery razy wysyłałam fakturę w euro i upierałam się, że ona jest w euro, ale nagłówki pt. kwota, wartość, podatek były opisane CHF. A ja jeszcze kazałam szefowej ciasteczka wyczyścić, bo na pewno otwiera jej się poprzednia wersja, omyłkowo. Sama sobie potem narysowałam kółko na ścianie i starałam się trafiać w sam środek. Głową.

A, no to miałyśmy to pożegnanie, w restauracji takiej, że ta kolacja kosztowała całą moją mizerną bo mizerną, ale jednak pensję. Albo pół. Ale za to jadłam mus z białych pomidorów, nie był za dobry, coś jak ubite białko o smaku pomidora. Nie no dobra, pycha było wszystko, miałam sajgonki i wariacje na temat kalafiora, tak to się nazywało: były różyczki w panierce, ravioli z kalafiorem, mus z kalafiora. Całkiem jak robaczek w kubraczku. Oraz wino i szampan.

Jako, że one wszystkie znają się jak łyse konie, a ja tu jestem tylko na rok, oznajmiłam szefowej, że ja będę robiła zdjęcia. Zawsze lubiłam robić zdjęcia, one niech sobie gadają, ja mam przyzwoity aparat w telefonie. Zrobiłam im cały reportaż, który wrzucając na whatsappa okrasiłam komentarzami i anegdotkami z pożegnalnego wieczora, no a dzisiaj to nawet nóg nie muszę myć, bo mnie za to, co zobaczyły, cały dzień na rękach noszą. Bardzo miło, moja próżność +15.

Wieczór był bardzo miły, zaczął się od przyjemnego apero, po godzinie przeszłyśmy do stołu, gdzie szefowa zainaugurowała część artystyczną. Jest otóż w Niemczech taka zabawa, doskonała na dzieci nudzące się w trasie: do swojego plecaka zabieram… i każdy dodaje jedną rzecz, ale musi najpierw powtórzyć po kolei wszystkie poprzednie przedmioty włożone do tego plecaka. Franzi dostała plecak, a do niego każda z nas dawała jej coś od siebie. Leciało to mniej więcej tak: do mojego plecaka wkładam kabel USB, szampana, którego otworzę i wypiję wraz z wami, gdy dostanę nową pracę, Kirsz jajeczny (miks wiśniówki z adwokatem, mam nadzieję, że zima będzie mroźna!), kartkę od Cati (szefowej) z osobistymi życzeniami, którą przeczytam później i drugą od Lesley, której nie było z nami, pomarańczę, cytrynę, limonkę, gałkę muszkatołową imbir oraz tarkę do nich, zaproszenie od na weekend z Kathy i Danielą pod Zurychem, zaproszenie od Natalie do Davos na weekend na nartach wraz ze skipasem oraz dwa kieliszki (ze szklanymi kozłami w środku, czad!!) oraz zeszyt do notowania w nowej pracy, do którego spontanicznie wpisałyśmy wszystkie po kolei swoje życzenia dla Franzi. Zeszyt, jak nietrudno się domyślić, był ode mnie, jako że póki co nie dysponuję tym domkiem w Davos. Ale jak kiedyś będę, to na pewno ją zaproszę, i Was oczywiście też! Na narty.
Impreza się rozkręcała, wino lało się strumieniami, jednym z wypełniaczy do prezentu były pojedynczo pakowane czekoladki nescafe, co od razu zostało podchwycone jako gra memory 60+, wszystkie obrazki jednakowe. Przedział wiekowy moich pracowych koleżanek to 46-61, szacun za dystans! Sikałyśmy po nogach. Wieczór tak nam się rozkręcił, że w pewnej chwili podchwyciłam fragment rozmowy szefowej z drugą kundzią i okrzyknęłam: jak to nie znacie kubeczków menstruacyjnych! To ja wam zaraz wszystko opowiem! – i dostały wykład, a raczej odpowiedzi na pytania, którymi mnie zasypywały, wraz z demonstracją modeli na podstawie wujka google. Dla porządku dodam, że w gronie tym nie było żadnej rodowitej Szwajcarki, wszystkie to Amerykanki, Włoszki, Niemka itp. Zero kija w dupie, a wino lało się obficie, temat wypłynął i odpłynął swobodnie i spontanicznie. Co za wieczór, eh.

A propos pomidorków, to mam, co mam nie mieć, własne swoje osobiste, tymi ręcami wyhodowane! Całe pięć ich chyba będzie, bo dwie gałęzie mi się ułamały, być może pod własnym ciężarem, uratowała się tylko jedna, na którą chucham i dmucham, bo tam to już będzie można jutro robić przeciery na zimę i keczupy. Z pięciu koktajlowych pomidorków ;-).

Cudne te wakacje miałam, tak ogólnie, w Polsce wrażeń na rok, wypoczęłam, zmęczyłam się, nacieszyłam. Dobrze było.
I tylko anialip miała przyjechać, ale powodzie w Niemczech pokrzyżowały jej wakacyjne plany. Ania, co się odwlecze, to nie uciecze!! 🙂

No dobrze, kochani, wpół do duchów, idę spać. Zmywarka się właśnie odmeldowuje, suszarka chyba też, to teraz moja kolej. Pa!

Boże jak mi było dobrze

Byłam, poleciałam, doleciałam, wróciłam. Teraz siedzę i tęsknię, i wspominam.

U Sister na działce. Hamak, trawka, drzewa, czego chcieć więcej? Wszyscy razem. Prawie, bo brat czekał na nas u siebie, nareszcie. Pan na włościach, wędził kiełbasy i gospodarzył. Zakochani w sobie z Justyną, zapatrzeni, szczęśliwi. To u nich odpoczęłam najbardziej, na warmińskiej wsi, nie poganiana listą do zrobienia, zakupami, załatwić aneks w banku, tu zadzwonić, tu dopytać, tam podpisać. U brata była po prostu wieś, podwórko, basen, w którym młoda wylegiwała się całymi dniami. A Sister mnie zabrała na Korteza!! Mało zawału ze szczęścia nie dostałam, chyba jednak dobrze, że wygadała kilka dni wcześniej niespodziankę, to mogłam przetrawić, rany jak było cudnie!! Magiczny wieczór, już nie wspomnę, że o 15 wróciłam od brata, po 5h w pociągu wysiadłam, zjadłam obiad, odświeżyłam się i dawaj z powrotem na Warszawę, bo tam był koncert. Chciałam sobie wyjść gdzieś tak dla siebie, nie wiem, do kina może (no to poszłam, Raya i ostatni smok, na Luca wysłałam już młodą z siostrzeńcem i jego dziewczyną (spytałam, czy mogę siedzieć między nimi, mamo, bo bardzo lubię Marka i Gosię, i się zgodzili!!)), to przynajmniej ten Kortez był, i to specjalnie dla mnie, dziękuję!!

Wcześniej był Lublin i moje najważniejsze trzy Agnieszki w życiu: najlepsza z kadrowych z jej terapeutycznym fotelem i rozmowy do późna w noc, potem chrzestna Idy, dziewczyny nawiązały między sobą więź, która mnie jest niedostępna, zdjęcia z lubelskiego skansenu mówią same za siebie, one rozumieją się bez słów. Ja to umiem wybrać chrzestną! 🙂 Trzecia Agnieszka, moja – zazdrośnie kiedyś nazwana – przyjaciółeczką!, jeszcze z akademika, przyjechała specjalnie dla mnie, bo wykończona upałem nie byłam w stanie ani rączką, ani nóżką. I przegadałyśmy na placu zabaw cały wieczór, na podwójnej prędkości i wpadając sobie w słowo, bo nie wiadomo, kiedy następnym razem nadarzy się taka okazja.

A rekordy pobiła Betty, która przyjechała do nas ze Stalowej, żebyśmy nie musiały się z młodą tarabanić w kolejnej podróży. I dzielnie zniosła wieczorne towarzystwo teściowej, jako że w Lublinie nocowała, żebyśmy mogły się na spokojnie nagadać. Co zresztą i tak się nie udało, pokażcie mi kogoś, kto się kiedyś nagadał. No.

Dobrze mi było. Bardzo dobrze. Najlepiej. Czasem szybko i na wariackich papierach, czasem na spokojnie i długim wydechu.
A teraz co. Pozostaje tęsknić. Dziękuję :*

M jak mecz

Oglądamy, wszystkie jak leci. Aktualnie Szwecja – Ukraina. W dzieciństwie wydawało mi się, że te mistrzostwa trwają i trwają… A teraz myk i po fazie grupowej, moment i finał. Starzeję się.

Co to ja chciałam. A, opowiem Wam coś. Mam tu koleżankę. Na emigracji koleżanek nie wybieramy, tak? Bo jest nas garstka, Polaków i Polek (przez ostatnie osiem lat…). Lokalsi nie chcą się integrować, a człowiek też chciałby po polsku powiedzieć coś innego niż odrób lekcje albo wynieś śmieci. Zatem spotykamy się czasem z innymi Polkami i między nimi jest Iza. Iza jest tu rok dłużej niż ja, czyli osiem lat. Jest głęboko nieszczęśliwa, jeszcze bardziej niż ja tu bez pracy. Do tego negatywna, nigdy nic jej się nie podoba, zawsze musi mieć bardziej, gorzej, trudniej, jej dzieci natomiast – lepiej, ładniej, zdolniej i prościej. Generalnie typ zrzędliwy i nieznośny, bardzo was przepraszam, że tak ją tu oto odmalowuję, ale jest to ważne dla dalszej opowieści.
Otóż zaczepiłam koleżankę na Whatsappie, pogadałyśmy, a zaszczepieni, a jadą do Polski, no bo trzeba, testów nie robią, bo może nie będą sprawdzać i może się uda. A w ogóle to nie ma co tak jeździć do tej Polski, bo po tylu latach nikt tak tam już nie czeka.
– Bardzo mi przykro, że nikt tam na was nie czeka – odparłam ze współczuciem.

W ten sposób zdaje się straciłam koleżankę.

Jeszcze trzy dni i zaczynam urlop. Bardzo mi w tym roku urlop potrzebny, bo czuję się wyjątkowo zmęczona ostatnio. Po prostu siadam na dupie, bo nie mam siły, jak nie ja. Oraz ręce mnie bolą, spełniła się przepowiednia mamusi, że ja tylko wszystko dźwigam i tak dalej i tak dalej. Już zdelegowałam na małżonka zakupy owoców (w związku z czym w domu owoce są w domu przez dwa dni w tygodniu, bo znikają błyskawicznie, no ale on pracuje i jest zarobiony, 2h na bieganie znajdzie, ale kwadransa na spacer do sklepu już nie), ja i tak kupuję resztę, pieczywo, wędlina, mięso, śmietana, jogurty, pierożki, a to puszeczki z tuńczykiem bo w promocji, wiadomo. Na sobotnie zakupy zabieram młodego, ale te zakupy na tygodniu, takie 15 deko wędliny i teletydzień ważą wystarczająco dużo.

Dygresja numer jeden.
Młody mi niedawno oświadczył, że on nie przyniesie zgrzewki mleka (sklep 300 metrów od domu, zgrzewka 12 litrów, młody na siłowni dźwiga ciężary). Kazałam przed zakupami iść na siłkę, założyć dwa razy sześć kilo i potrenować, jak to będzie, a potem zahaczyć o spożywczy.

Dygresja numer dwa.
15 deko wędliny i teletydzień to tekst mojej mamy, która tylko po takie zakupy wychodziła co poniedziałek rano, a potem okazywało się, że ta wędlina i gazeta ważyły osiem kilo i wysypywało się to z toreb, bo a to jeszcze dwa banany, a to mleko i zsiadłe mleko, tu jakieś mięso ładne, to weźmie, no i się uzbierało. Wtedy też mama dojrzała do chodzenia na zakupy z wózeczkiem.

Koniec dygresji.

Rajzefibrę mam na pełnej. Jesteśmy odprawieni, formularze covidowe, o które przekopałam trzy internety, przyszły mejlem po odprawieniu nas, a ja zapomniałam o takim drobiazgu, jak odprawa i się denerwowałam, bo wciąż mam (co prawda coraz mniejszy) stres, że w ostatniej chwili coś się wyłoży, co pokrzyżuje nasze plany. ALE NIE. Oświadczam, że jesteśmy zdrowi i testy będą negatywne, nie zaśpimy na samolot (kto ustawił wylot 8:20…?), wylecimy i dolecimy, będziemy odpoczywać, spotykać się i dobrze się bawić w towarzystwie tych, którzy, mam cichą nadzieję, na nas jednak czekają ;-).

Lato

Weekendowe obiady na balkonie, sałata, kiełbaski, lody własnej roboty, mamo, tylko żeby było dużo oreo!!, opuszczanie rolet, bo słońce świeci i oślepia siedzących na kanapie i basenik dla chętnych do chlapania się w wodzie. Pomalowane paznokcie, każdy na inny kolor, mamo, jestem w spa!

Wczoraj młoda zdobyła pierwszą odznakę na kung fu! Dumni jesteśmy wszyscy, ja w ogóle nie wiedziałam, że tam są jakieś odznaki, a trener wyskakuje, że egzamin.

Po egzaminie, z dyplomem i odznaką pojechałyśmy do miasta, najpierw po sandałki, bo już czas najwyższy, potem na lody. W międzyczasie wsiadając do tramwaju wyglebałam się, używając słownictwa młodego, jak długa, zdobywając siniaki na kolanie, kostce i ramieniu.

Jako że jutro muszę być o siódmej rano w biurze, już dzisiaj od trzeciej się przebudzałam, żeby przypadkiem nie zaspać. Jak otworzyłam oczy o ósmej, pomyślałam, że po ptokach, ale na szczęście przytuliłam się i miłe kimonko trwało do wpół do jedenastej. Rekompensata za sobotę na kółkach cały dzień.

Ostatniej nocy niechcący wykręciłam numer Piotrkowi, nie żeby mu się nie należało oczywiście. Wstałam do toalety, po drodze zahaczając na piekarniku 00:55, patrzę – łazienka zajęta. O piątej rano!! Zaczęłam się dobijać, że kto to widział, że o piątej rano kąpiel to już naprawdę przesada!! Młody akurat już wychodził z kąpieli, coś usiłował protestować, ale szybko się zorientował, że nie bardzo jest z kim gadać, więc odpuścił. W końcu była piąta rano, prawda.

…dwa tygodnie później…

Tak mi nie szło to pisanie, i nie szło, to zapisałam i zostawiłam, i minęło nie wiadomo kiedy.

Tymczasem Ida pięknie przeczytała dzisiaj wyraz schody, po niemiecku: szody. Rekin po angielsku napisała schark, przez ch, i tylko małą literą, bo jeszcze nie zna tej zasady, że niemieckie rzeczowniki piszemy wielką. Tak naprawdę przyswaja w różnym stopniu jednocześnie trzy języki. Pewnie od jesieni, gdy zacznie już pisać i czytać w szkole po niemiecku, trochę jej się to unormuje, ale póki co jest misz masz.

Upały chwilowo odpuściły, jutro rano 15 stopni i deszczyk, w dzień 23. Nie przepadam za upałami, jak dla mnie takie 28 to maksimum szczęścia, a i to tylko na urlopie w tropikach, czyli w moim wypadku nigdy. Niemniej kupiłam sobie dwie sukienki na lato i nawet je naszam, ha! I dwie pary sandałków na lato, w jednych się od razu wyglebałam w tramwaju, bo czemu nie, ale drugie trzymają poziom.

W poniedziałek w pracy znów szykuje mi się pobudka na siódmą rano, bo muszę klientce wysłać wentylator do naprawy. Poczta odbierze ode mnie i dostarczy na koszt oprawcy, pardą, naprawcy, no ale bądź gotowy na odbiór sprzętu od godziny siódmej. A my przyjdziemy jak nam będzie po drodze. Eh.

Tymczasem jeszcze tydzień i urlop, ale wiecie, że wcale się nie cieszę? Zacznę za tydzień, jak odbiorę nasze negatywne testy. Póki co googlam, czy powinnam mieć na wjeździe jakiś formularz wypełniony, czy też nie. Ja będę dzień po drugiej dawce, więc się nie będę jeszcze liczyła jako zaszczepiona, więc pcr. Młody leci pomiędzy dawkami, więc też pcr. Młodej niby nie trzeba, ale cholera ich wie, ja im nie ufam, a jak jej mają nie wpuścić to już wolę jej w nosie podłubać i mieć pewność, zwłaszcza, że pediatra twierdzi, że testy nawet turystyczne cichaczem pokrywa Bund i nie przyjdzie mi rachunek do krankenkasy na sześć stów.
No a z powrotem to ja już będę powyżej 14 dni po szczepieniu, czyli działająca, młoda ze mną, i tylko młody, wracający tydzień po nas, będzie musiał zrobić test i na wjeździe do Szwajcarii zdać formularz. Znaczy, elektroniczny.

I o ile za polskimi danymi guglam jak oszalała, bo nie ma takiej strony, która by mi podała komplet informacji, to na stronie szwajcarskiego ministerstwa zdrowia po prostu mam tabelkę ze strzałkami, zajmuje to jedną stronę A4 i na dole wypluwa odpowiedź. Proste? Proste. Dla ciekawskich link.

Co to ja jeszcze. A, euro się zaczęło, oglądamy, kibicujemy, krzyczymy, denerwujemy się i trzymamy kciuki. Ja Chorwatom (bo przystojni) i Włochom (jak wyżej oraz świetnie grają). Chorwaci też świetnie grają i strasznie mi się wrył w pamięć Luca Modrić, bo kiedyś oglądałam z nim wywiad, w którym opowiadał, jak jako kilkulatek uciekał z rodziną przed wojną, poza tym on jest taki chudy i biedny i aż się prosi, żeby przytulić i zaopiekować.

No to co, to idę spać, a tak się miałam rozpisać…! zieeef…

Chciałam

wczoraj coś napisać, ale mnie ręka bolała. Dostaliśmy z małżonkiem Modernę, za cztery tygodnie druga dawka. Póki co jedynie mocny ból przedramienia i tyle, tfu odpukać.

Ale jaka tam organizacja…! Przyjechaliśmy wcześniej, w zasadzie godzinę przed terminem (piątek po południu, potencjalne korki plus kierowca ignorujący wskazówki gps, sami rozumiecie, że wolałam mieć zapas). Kazali poczekać, wpuszczali już pół godziny przed wyznaczoną godziną szczepienia.

Wchodzisz do hali magazynowej, wielkości może boiska sportowego. Przed wejściem punkt przyjęć, kolejka na pięć osób. Zdejmij swoją maseczkę, zdezynfekuj ręce, załóż nową maseczkę, wejdź do środka. W środku zapraszamy do check-inu, były cztery, siedzisz na krzesełku i czekasz, jak się zwolni, steward wskazuje ręką, do którego możesz podejść. W check-inie podajesz wydrukowaną i wypełnioną w domu ankietę wraz z dokumentem tożsamości (w mejlu kazali przynieść też kartę ubezpieczenia zdrowotnego, ale nikt nas o nią nie pytał). Człowiek w okienku wpisuje dane do komputera, oddaje ankietę i odsyła z powrotem na krzesełko. Czekasz, aż się zwolni boks (są światła czerwone/zielone), wielkości przebieralni na basenie, i jak jest zielone, steward zaprasza. W środku czeka piguła, sprawdza ankietę, wbija jednym fachowym ruchem trzy centymetry igły prostopadle w ramię, nakleja plasterek i odsyła do check-outu. Tam zabierają ankiety i proszą, żeby na drugie szczepienie przynieść książeczkę szczepień. Ja swoją mam, piękną czterdziestoletnią ponad, brązową ze starości, więc sobie daruję. Na szczęście w aptece można za dwa franki kupić nową ogólną książeczkę szczepień, więc luz. Jeszcze kazali odsiedzieć kwadrans na krzesełkach i można było wracać.

Cała hala zastawiona krzesełkami ustawionymi w odległości 1,5 metra, barierkami zrobione trasy, którędy iść, przed każdym punktem steward sterujący ruchem. Hala zapełniona może w połowie, wszystko płynnie, żadnych kolejek i stłoczenia ludzi. Nawet kwiatki wstawili, jakieś palmy i fikusy, muszę następnym razem sprawdzić, czy prawdziwe :-). Jednym słowem miło, szybko i bez problemu. I tylko ręka boli, jakby ktoś mi przyłożył. Oby nic innego się nie pojawiło.

Poza tym nadeszły upały, nie tęskniłam. Aktualnie mamy ulewny weekend i nieco się ochłodziło, Ida zażyczyła sobie rosołek na obiad, więc niech ma.

W mijającym tygodniu świętowaliśmy dzień dziecka. Akurat otworzyli restauracje (również w środku), poszliśmy więc do daaawno nie odwiedzanej restauracji, którą poznaliśmy, jak jeszcze Jurek 12 lat temu przyjechał tu pierwszy raz, na pięć miesięcy. W środku karuzela z konikami i pełno luster, może się zakręcić w głowie po paru głębszych.

Dzieci z okazji ich święta dostały w zasadzie to, co sobie zamówiły. Pełnoletni („zawsze będę waszym dzieckiem!”) dostał powerbank i wodę toaletową, młoda wrotki, bransoletkę ze swoim imieniem oraz, co było niespodzianką i jest największym hitem, t-shirt z Rey z Gwiezdnych Wojen. Żebyście widzieli to szczęście na Idy twarzy, gdy rozwinęła koszulkę! Rey z mieczem! Co za radocha ;-).

W tej chwili Ida przebrała się z falbanek w strój do gimnastyki i ćwiczy, bo dowiedziała się, że niedługo ma egzamin na kung-fu. Co prawda próbny zdała bez problemu, ale gdy tylko usłyszała, że będzie prawdziwy, poleciała ćwiczyć. Ot, na przykład elementy samoobrony, na bracie: wykręcasz przeciwnikowi rękę, szarpiesz nią w dół i z półobrotu kopiesz go w tyłek :D. Do tego pompki, ciężarki, wymachy, medytacja, po kim to ona ma, bo na pewno nie po mamusi :D. Ale fajny to widok, jak dziecko samo rwie się do ruchu i sportu. Wrotki opanowała w pół godziny i czym prędzej zaczęła mnie wyganiać do domu, bo po co ja jej tam jestem potrzebna niby. Co prawda, przekonała się niedługo potem, jak seryjnie zaczęła zaliczać upadki i musiała nauczyć się, jak upadać i jak się podnosić. Twarda dziewczyna.

Weekend zaplanowany jest leniwie, dzisiaj czekamy na ewentualne jeszcze objawy uboczne po szczepieniu, jutro oglądamy F1 i mąż robi pizzę, poza tym odpoczynek i lenistwo. A, planszówki oczywiście, z młodą. A z tatusiem Star Warsy.

Co to się działo!

(sanatorium pół ze śmiechu się turlało!)

No. To tak sobie myślałam o pracy, w ubiegły długi weekend, że w sumie mogę spać spokojnie, że mam nierozwiązywalną umowę więc luzik, aż w niedzielę wieczorem dostałam do kalendarza zaproszenie od szefowej na rozmowę, na piątek. I wtedy potrząsnęłam kalejdoskopem i wyszedł mi zupełnie inny obrazek: że w sumie pracy mam na godzinę – dwie dziennie, z czego część mogą konsultantki zrobić same, a kartki urodzinowe do klientów wypisze pięknie szefowa, da radę. I że w sumie moja pensja to połowa czynszu za biuro. No i tak sobie dodawałam dwa do dwóch i mi wyszło, że niechybnie mnie zwolni. Znaczy, rozwiąże umowę przez likwidację stanowiska czy co tam wymyśli.

W poniedziałek szorowałam fugi w łazience mopem parowym. Wysprzątałam balkon na błysk, łazienkę, kuchnię i co mi jeszcze tam wpadło po drodze. Nagotowałam na zapas, chociaż samej jeść mi się akurat nie chciało. W końcu pragmatycznie stwierdziłam, że trudno, zwolni to zwolni. Może weźmie mnie na wolontariat, bo przecież w domu znowu to oszaleję. Bo mniej zarabiać nie mogę – w tej chwili zarabiam na zaliczkę na podatek. Lubię pracować, ale dokładać do interesu to może jednak nie. Nie do nieswojego.

No i tak mi się kotłowały w głowie myśli przeróżne przez cały tydzień. W międzyczasie szefowa porozmawiała z dwiema konsultantkami, ale za mało się znamy, żeby podpytywać, co i jak.

Tymczasem nadszedł piątek, szefowa na wstępie stwierdziła, że mam umowę na rok i to jest nienaruszalne, że mam jej pomóc ratować firmę, jak się da, jak mam pomysły, to mówić, wykorzystywać swoje sprzedażowe zaplecze z Polski i tak dalej, i tak dalej. Stres mnie na początku rozmowy dopadł taki, że zaschło mi w gardle i ledwo mówiłam. Dobrze, że w maseczkach, to nie było widać, jak mi się język plącze. Generalnie nie jest różowo, ale się nie poddajemy, ja jestem świetna, zmotywowana i zaangażowana, więc medal z kartofla mi pewnie dadzą w styczniu na pamiątkę, gdy ze łzami w oczach będziemy się rozstawać, no i tyle.

A, szefowa powiedziała, że zdejmują obowiązek home office (o ile firma testuje pracowników co tydzień albo o ile są wszyscy zaszczepieni) i zanim zaczęłam zawzięcie bronić idei pracy z domu (tyle wolności! zupa na gazie i dopilnowane dziecko!), na tym samym wydechu szefowa oznajmiła, że biorąc pod uwagę moją domową sytuację ona by nic nie zmieniała. Pracy do wykonania tylko i wyłącznie w biurze to jest może na godzinę w tygodniu, a i to tylko zeskanować dokumenty, albo ogarnąć pocztę. Całą resztę mogę robić z domu. Oczywiście jeśli sytuacja się zmieni i będzie potrzebna moja większa obecność w biurze, wtedy zmieniamy układ, ale osobiście mam przeczucie, że w listopadzie czwarta fala skutecznie wybije takie trendy z głowy. Bardzo podziękowałam szefowej za ten home office, bo to naprawdę jest ogromna wygoda dla mnie. W biurze jestem trzy poranki w tygodniu. Dwa popołudnia mam wolne (80% etatu), pozostałe trzy popołudnia teoretycznie pracuję, praktycznie – jak mam co robić, to robię. Zimą pisałam przewodnik po Zurychu dla ekspatów, co lepiej mi szło w domu z prostego powodu – szybciej mi się pracuje na moim laptopie, na mojej przeglądarce i na polskiej klawiaturze. I niby mogę sobie w pracy zainstalować mozillę, przestawić język klawiatury na polski, ale co w domu, to w domu :-). W biurze robię niezbędne rzeczy i spadam.

Momentalnie po rozmowie zeszło ze mnie napięcie z całego tygodnia. Do tego rano dostałam smsa z terminem szczepienia, wreszcie! Polecę do Polski po dwóch dawkach, co mnie niewyobrażalnie cieszy. Może rodzina nie będzie się mnie tak bała 🙂

Jako że walnął kamień z serducha, zachorowania u nas spadają, a pogodę zapowiedzieli piękną, zarządziłam wymarsz z domu. Półtora roku siedzenia w domu, bez jakichkolwiek wyjazdów, a ostatnie pół roku to już nawet bez shoppingu u Niemca, smuteczek. O właśnie, muszę jechać; wszyscy chętni pojechali trzy tygodnie temu, jak tylko Badenia zaczęła wpuszczać mieszkańców Szwajcarii na 24h bez kwarantanny. Tęsknię za twarogiem, ogórkami kiszonymi i wózkiem pełnym zakupów za 150 euro, a nie 400 franków.

No, to wymaszerowaliśmy wczoraj, do Gruyères, do fabryki czekolady, sera i na zamek, a na koniec jeszcze do Fryburga na obiadokolację. Spędziliśmy bardzo przyjemny dzień, było ciepło i słonecznie, nareszcie!, młody tylko dwa razy złapał focha, bo się tatuś na niego wydarł (wart pac pałaca), czyli wyjazd można uznać za całkiem udany. Co więcej, śmiało planuję raz w miesiącu ruszać rodzinę z miasta, plus wycieczki spacerowe tu lokalnie. Mamy niedaleko ruiny rzymskie na ten przykład, chętnie zobaczę. Ciekawe, jakie temperatury będą latem, bo oczywiście powyżej 30 stopni zamierzam udawać się na odkryte baseny i to będzie cały mój udział w letniej rozrywce. Zobaczymy.

Póki co wylot do Polski nabiera realnych kształtów, dentysta klepnięty, fryzjer klepnięty, szczepienia będą (młody jeszcze czeka w kolejce na termin, niestety, ale może na pierwszą dawkę się załapie przed wylotem).

Za oknem słońce, balkony otwarte, znaczy jeden, ale ma dwoje drzwi, na bogato! :), młoda bawi się za balkonem, a ja nasłuchuję i co jakiś czas sprawdzam obecność. Muszę wykupić dostęp do HBO GO na miesiąc, nie przepuszczę odcinka specjalnego Friendsów przecież, a i młody się ucieszy, bo obejrzy sobie Grę o Tron jeszcze raz.

A propos młody, to stwierdził, że w sumie czemu nie i za tydzień idzie z matką oddać honorowo krew. Twierdzi, że nie fiknie ;-). Dziś wypełnił formularz i śmiał się, bo pytania dotyczące choroby szalonych krów itp odnosiły się do końca lat 90., kiedy nie było go jeszcze na świecie.

To co, miłego wieczoru Państwu, a ja odpalam HBO GO.

Długi piątek przed długim weekendem

(nie mam wpływu na łamanie tekstu w nagłówku, choć aż palce świerzbią)

Znowu. Szwajcaria niby taka laicka, a proszę, poniedziałek po Zielonych Świątkach daje wolne.

Za to dzisiaj wybuchło w pracy.

Zaczęło się niewinnie, zebranie w piątek o szesnastej raczej nic dobrego nie wróży, rano pracowałam z domu. Pracowałam, a jakże!, intensywnie, chociaż nie, żeby zawodowo. Puściłam różne opłaty i przelewy, poodbijałam się od drzwi urzędów w Warszawie, ja im chcę dać pieniądze za podatek od nieruchomości, a oni: zadzwoń tu. Dzwonię tu, a sekretarka mówi: to nie u nas, dzwoń dalej. Dzwonię – wyślij mejla. Kurde jak nie chcecie moich pieniędzy, to po prostu powiedzcie, tak? Waciki se kupię. Wysłałam, szanowni państwo, bla bla bla, chcę zapłacić podatek, podajcie kwotę i konto. ZOSTAŁO WYSŁANE POCZTĄ. No super, domyślam się, że jak zwykle poleconym i lokatorka przyśle mi zdjęcie awizo, bardzo dziękuję, nijak nie odbiorę. Najwyraźniej są to jednak bardzo tajne dane, bo pani po drugiej stronie mejla postanowiła mnie zweryfikować do siódmego pokolenia wstecz niemalże i dopiero potem wypluła z siebie informację: 80 zeta. Łaaaaaał.

Potem, robiąc porządki w portfelu, zorientowałam się, że mi się dowód osobisty kończy w listopadzie i mogę go wcześniej przerobić na e-dowód, który nie wiem, do czego mi może być potrzebny, ale lepiej mieć jak nie mieć, jak przypuszczam. I nawet, pochwalę się Wam, mam e-PUAP! Będąc dawno temu w Polsce złożyłam wniosek, i mam. Żeby nie było nudno, w październiku kończy mi się ważność e-PUAPu, albowiem co trzy lata trzeba odnawiać. A w listopadzie dowód. Wykonałam w tym miejscu skomplikowaną pracę myślową oraz nieco riserczu i dowiedziałam się, że gdybym miała profil zaufany przez bank, to bym nie musiała osobiście go przedłużać, profilu, nie banku, tylko jednym klikiem. No dobrze, plan się ułożył sam, jutro wypada matki boskiej fryzjerskiej, będę wyglądać jakoś miejmy nadzieję jakoś bardziej do ludzi, to się cyknie fotę do dowodu, się przeniesie profil do banku i złoży wniosek online. A odbierze się dowód osobiście w dowolnej placówce w Polsce, czyli w mieście rodzinnym w czasie wakacji.

Jeszcze tylko bank mnie zeźlił na chwilę wczoraj, bo najpierw, a w zasadzie to dawno, dawno temu, u progu kryzysu 2008, nie dali nam kredytu hipotecznego na 100% inwestycji, tylko chyba na 80%, a resztę wam damy w kredycie odnawialnym. Czyli w debecie, mówiąc po polsku. Bardzo byliśmy wtedy szczęśliwi, bardzo. Ale braliśmy, co jest, byliśmy wtedy ostatnimi klientami w tym banku, którzy dostali kredyt w obcej walucie i w sumie na 100% wartości, i to tak naprawdę rzutem na taśmę. No i tak mieliśmy ten kredyt odnawialny vel debet, oczywiście w miarę sprawnie spłacony, ale wisiał. Tymczasem wyprowadziliśmy się do Szwajcarii i nasze pensje przestały wpływać na polskie konto i już po niemal ośmiu latach bank się dopatrzył, że według umowy powinno wpływać co miesiąc 15% wysokości debetu, ot dla zabezpieczenia, a nie wpływa, i żebyśmy może coś zrobili. Na to my, że w takim razie na co nam ponad 30k debetu, zmniejszamy, robimy aneks i wszystko będzie git majonez. Nic tam, że na koncie mamy górkę plus co miesiąc wpływy wyższe niż rata kredytu, no dobra, człowiek podpisywał, człowiek robi jak mu bank każe.

Pan na czacie (o 22 czynny czat z bankiem, z żywymi ludźmi, wyobrażacie sobie? Czad, taki czat. I zawsze mili i pomocni są), zatem pan na czacie mówi, robimy online, nie trzeba osobiście, to się bardzo rzadko zdarza, żeby odsyłali wniosek do oddziału, żeby podpisać osobiście. Ale mam tu jakiś błąd, pani musi przez infolinię. Dooobra. Dzwonię na infolinię (dwudziesta druga, spoko, oni pracują), tak, jasne, robimy wniosek, klikamy, wszystko jest, będzie informacja mejlem i na koncie. Informacja przyszła… że zostaliśmy szczęśliwcami wylosowanymi do odwiedzenia oddziału osobiście kurważeżmać. Anulowałam wniosek, ponowię go za miesiąc tuż przed wylotem, żeby go podpisać w Radomiu. Chociaż założę się, że wtedy akurat przejdzie online’owo. Argh.

Rany, piszę i piszę a nawet jeszcze nie zaczęłam.

No to pozałatwiałam dzisiaj rano te wszystkie przelewowo-urzędowe sprawy i spokojnym krokiem udałam się na popołudnie do pracy. Pora ni w ciućki, ni w pieski, jak to mawia moja teściowa, bo wyjść z domu musiałam przed pierwszą, dokładnie w porze obiadu. Zjadłam wcześniej, poprawiłam preclem z masłem, boże, czego ja wam piszę takie głupoty, przecież to nie ma żadnego znaczenia dla eksplozji, która wydarzyła się w pracuni o tej szesnastej. Trzydzieści.

Otóż: nasz główny klient (pracuję w firmie relokacyjnej czyli pomagamy imigrantom (ładnie to się nazywa: ekspatom) zatrudnionym w tutejszych firmach ogarnąć mieszkanie, meldunek, szkołę, życie jednym słowem), zatem nasz główny klient przysłał zapytanie ofertowe, żebyśmy stanęli do przetargu na usługi, za nudno nam było widocznie w czasach covidu i wstrzymanych migracji. Do przetargu stanęliśmy, daliśmy z siebie 500%, drugi etap, ładnie pięknie, prezentacja, promocja, wszystko super – i cisza. Na delikatne zapytania co z decyzją, która według ich terminarza miała być podjęta i zakomunikowana dwa tygodnie temu, szefowa dostała zwrotnie wiadro pomyj, i to tak po całości. Od firmy, z którą współpracowała osiem lat. Niestety zmienili się (albo zostali zmienieni…) ludzie z nami współpracujący, przestaliśmy dostawać zamówienia, dostaliśmy niezłe próbki chamskiego zachowania, naprawdę żenującego, żaden właściciel firmy na coś takiego by sobie nie pozwolił, ale tu mówimy o korporacji, największym pracodawcy w regionie, występującym z pozycji siły. Do którego wkroczyły młode wilczki i pokazują, co potrafią.

A u nas firma może nie rodzinna, chociaż atmosfera w niej owszem, większość dziewczyn pracuje od czasu założenia firmy, razem ją budowały. I nie są to dwudziestoparolatki, a raczej 40 plus, albo 50 minus, i dwie przedemerytalne. Pracują świetnie i na pełnych obrotach, żadne tam babcie w papuciach i z szydełkiem. Bez urazy.

Szefowa połączyła wszystkie klocki, opryskliwe mejle, przekroczone terminy, propozycje nowej umowy z absurdalnymi zapisami. Dodała dwa do dwóch i dzisiaj był ten dzień, kiedy nam wyłożyła kawę na ławę.

Że najprawdopodobniej nie będziemy już z nimi współpracować. Że mamy mało, bardzo mało zamówień. Nie jesteśmy w stanie utrzymywać firmy z obecnymi kosztami. Mówiąc krótko, na dzień dobry zwolniła dziewczynę, z którą budowała tę firmę od zera. Bo była najdroższa.

Wszystkie ryczałyśmy.

W przyszłym tygodniu będzie rozmawiać z pozostałymi dwiema konsultantkami, obstawiam, że albo zejdą z podstawy, albo z części etatu, choć i tak są na 50%.

Ja się nie czuję zagrożona i tu mam ogromny komfort w postaci pracującego męża. Poza tym moje waciki idą idealnie psu pod ogon, parrrdą, na zaliczkę na podatek, więc pracuję niejako charytatywnie. Poza tym umowę mam bez możliwości wypowiedzenia z żadnej strony, ale nawet gdyby trzeba było zwijać firmę, asystentka i tak gasi światło tuż przed szefową. Do czego mam nadzieję jednak nie dojdzie.

Przy okazji wychwalania teamu jako najlepszego składu, jaki do tej pory pracował, szefowa mnie pochwaliła, że jestem zaangażowana, zmotywowana i mam dużo pomysłów. Czego to człowiek z nudów nie zrobi, ale miło, że doceniła. Szkoda, że taka to była chwila niestety.

Póki co robię burzę mózgu, jednego, ale jeszcze na chodzie, co by tu mogło pomóc, dać nadzieję czy choćby cień szansy na przeżycie. Kurczę, szefowa dała mnie szansę pół roku temu, zaufała jakiejś dziewczynie, przez którą trzeba było zrobić nowego służbowego mejla office@, bo imię i nazwisko jest nie do powtórzenia, a tym bardziej zanotowania przez Szwajcara (hahaaaa dobrze wam tak, użytkownicy charczącego dialektu). Zaufała mi, a wiecie, jak ktoś ze mną dobrze, to ja z nim jeszcze lepiej, typowy Skorpion. Wszystkie horoskopy mi zawsze piszą, że najlepszy przyjaciel, najgorszy wróg i coś w tym jest, kto zna, ten wie, a niejeden się przekonał.

Wróciłam o jakiejś strasznie późnej porze, odbiór too good to go przepadł, bo dawno było pozamykane, dobrze, że zdążyłam złapać chleb koło pracy. Jeszcze tylko objazd przez pół miasta, bo demonstracje dla klimatu, które generalnie pochwalam i jestem całym sercem za, natomiast lało niemiłosiernie, na przesiadkowym przystanku mój tramwaj za 10 minut. Trudno, siadam, chowam się przed deszczem, wyciągam telefon. Po dziesięciu minutach czas oczekiwania zwiększył się do jedenastu, wstałam więc, zapięłam kurtkę pod szyję, wyciągnęłam parasolkę, super hiper, co się miała nie łamać, ale ma od niedawna jeden drucik bardziej, i ruszyłam z buta. Wybór miałam między stać i marznąć a iść i przemoknąć. Przeszłam dwa przystanki, pozostałe cztery przejechałam tramwajem, który łaskaw był mnie dogonić.

Szybka kąpiel na rozgrzewkę, przytulaski z młodą, kolacja i tak oto zaczynamy długi weekend. Ma być 30 stopni (dzielone na trzy dni) i nie będziemy musieli podlewać ogródków (chyba przez miesiąc). Czarownie.