M jak mecz

Oglądamy, wszystkie jak leci. Aktualnie Szwecja – Ukraina. W dzieciństwie wydawało mi się, że te mistrzostwa trwają i trwają… A teraz myk i po fazie grupowej, moment i finał. Starzeję się.

Co to ja chciałam. A, opowiem Wam coś. Mam tu koleżankę. Na emigracji koleżanek nie wybieramy, tak? Bo jest nas garstka, Polaków i Polek (przez ostatnie osiem lat…). Lokalsi nie chcą się integrować, a człowiek też chciałby po polsku powiedzieć coś innego niż odrób lekcje albo wynieś śmieci. Zatem spotykamy się czasem z innymi Polkami i między nimi jest Iza. Iza jest tu rok dłużej niż ja, czyli osiem lat. Jest głęboko nieszczęśliwa, jeszcze bardziej niż ja tu bez pracy. Do tego negatywna, nigdy nic jej się nie podoba, zawsze musi mieć bardziej, gorzej, trudniej, jej dzieci natomiast – lepiej, ładniej, zdolniej i prościej. Generalnie typ zrzędliwy i nieznośny, bardzo was przepraszam, że tak ją tu oto odmalowuję, ale jest to ważne dla dalszej opowieści.
Otóż zaczepiłam koleżankę na Whatsappie, pogadałyśmy, a zaszczepieni, a jadą do Polski, no bo trzeba, testów nie robią, bo może nie będą sprawdzać i może się uda. A w ogóle to nie ma co tak jeździć do tej Polski, bo po tylu latach nikt tak tam już nie czeka.
– Bardzo mi przykro, że nikt tam na was nie czeka – odparłam ze współczuciem.

W ten sposób zdaje się straciłam koleżankę.

Jeszcze trzy dni i zaczynam urlop. Bardzo mi w tym roku urlop potrzebny, bo czuję się wyjątkowo zmęczona ostatnio. Po prostu siadam na dupie, bo nie mam siły, jak nie ja. Oraz ręce mnie bolą, spełniła się przepowiednia mamusi, że ja tylko wszystko dźwigam i tak dalej i tak dalej. Już zdelegowałam na małżonka zakupy owoców (w związku z czym w domu owoce są w domu przez dwa dni w tygodniu, bo znikają błyskawicznie, no ale on pracuje i jest zarobiony, 2h na bieganie znajdzie, ale kwadransa na spacer do sklepu już nie), ja i tak kupuję resztę, pieczywo, wędlina, mięso, śmietana, jogurty, pierożki, a to puszeczki z tuńczykiem bo w promocji, wiadomo. Na sobotnie zakupy zabieram młodego, ale te zakupy na tygodniu, takie 15 deko wędliny i teletydzień ważą wystarczająco dużo.

Dygresja numer jeden.
Młody mi niedawno oświadczył, że on nie przyniesie zgrzewki mleka (sklep 300 metrów od domu, zgrzewka 12 litrów, młody na siłowni dźwiga ciężary). Kazałam przed zakupami iść na siłkę, założyć dwa razy sześć kilo i potrenować, jak to będzie, a potem zahaczyć o spożywczy.

Dygresja numer dwa.
15 deko wędliny i teletydzień to tekst mojej mamy, która tylko po takie zakupy wychodziła co poniedziałek rano, a potem okazywało się, że ta wędlina i gazeta ważyły osiem kilo i wysypywało się to z toreb, bo a to jeszcze dwa banany, a to mleko i zsiadłe mleko, tu jakieś mięso ładne, to weźmie, no i się uzbierało. Wtedy też mama dojrzała do chodzenia na zakupy z wózeczkiem.

Koniec dygresji.

Rajzefibrę mam na pełnej. Jesteśmy odprawieni, formularze covidowe, o które przekopałam trzy internety, przyszły mejlem po odprawieniu nas, a ja zapomniałam o takim drobiazgu, jak odprawa i się denerwowałam, bo wciąż mam (co prawda coraz mniejszy) stres, że w ostatniej chwili coś się wyłoży, co pokrzyżuje nasze plany. ALE NIE. Oświadczam, że jesteśmy zdrowi i testy będą negatywne, nie zaśpimy na samolot (kto ustawił wylot 8:20…?), wylecimy i dolecimy, będziemy odpoczywać, spotykać się i dobrze się bawić w towarzystwie tych, którzy, mam cichą nadzieję, na nas jednak czekają ;-).

Lato

Weekendowe obiady na balkonie, sałata, kiełbaski, lody własnej roboty, mamo, tylko żeby było dużo oreo!!, opuszczanie rolet, bo słońce świeci i oślepia siedzących na kanapie i basenik dla chętnych do chlapania się w wodzie. Pomalowane paznokcie, każdy na inny kolor, mamo, jestem w spa!

Wczoraj młoda zdobyła pierwszą odznakę na kung fu! Dumni jesteśmy wszyscy, ja w ogóle nie wiedziałam, że tam są jakieś odznaki, a trener wyskakuje, że egzamin.

Po egzaminie, z dyplomem i odznaką pojechałyśmy do miasta, najpierw po sandałki, bo już czas najwyższy, potem na lody. W międzyczasie wsiadając do tramwaju wyglebałam się, używając słownictwa młodego, jak długa, zdobywając siniaki na kolanie, kostce i ramieniu.

Jako że jutro muszę być o siódmej rano w biurze, już dzisiaj od trzeciej się przebudzałam, żeby przypadkiem nie zaspać. Jak otworzyłam oczy o ósmej, pomyślałam, że po ptokach, ale na szczęście przytuliłam się i miłe kimonko trwało do wpół do jedenastej. Rekompensata za sobotę na kółkach cały dzień.

Ostatniej nocy niechcący wykręciłam numer Piotrkowi, nie żeby mu się nie należało oczywiście. Wstałam do toalety, po drodze zahaczając na piekarniku 00:55, patrzę – łazienka zajęta. O piątej rano!! Zaczęłam się dobijać, że kto to widział, że o piątej rano kąpiel to już naprawdę przesada!! Młody akurat już wychodził z kąpieli, coś usiłował protestować, ale szybko się zorientował, że nie bardzo jest z kim gadać, więc odpuścił. W końcu była piąta rano, prawda.

…dwa tygodnie później…

Tak mi nie szło to pisanie, i nie szło, to zapisałam i zostawiłam, i minęło nie wiadomo kiedy.

Tymczasem Ida pięknie przeczytała dzisiaj wyraz schody, po niemiecku: szody. Rekin po angielsku napisała schark, przez ch, i tylko małą literą, bo jeszcze nie zna tej zasady, że niemieckie rzeczowniki piszemy wielką. Tak naprawdę przyswaja w różnym stopniu jednocześnie trzy języki. Pewnie od jesieni, gdy zacznie już pisać i czytać w szkole po niemiecku, trochę jej się to unormuje, ale póki co jest misz masz.

Upały chwilowo odpuściły, jutro rano 15 stopni i deszczyk, w dzień 23. Nie przepadam za upałami, jak dla mnie takie 28 to maksimum szczęścia, a i to tylko na urlopie w tropikach, czyli w moim wypadku nigdy. Niemniej kupiłam sobie dwie sukienki na lato i nawet je naszam, ha! I dwie pary sandałków na lato, w jednych się od razu wyglebałam w tramwaju, bo czemu nie, ale drugie trzymają poziom.

W poniedziałek w pracy znów szykuje mi się pobudka na siódmą rano, bo muszę klientce wysłać wentylator do naprawy. Poczta odbierze ode mnie i dostarczy na koszt oprawcy, pardą, naprawcy, no ale bądź gotowy na odbiór sprzętu od godziny siódmej. A my przyjdziemy jak nam będzie po drodze. Eh.

Tymczasem jeszcze tydzień i urlop, ale wiecie, że wcale się nie cieszę? Zacznę za tydzień, jak odbiorę nasze negatywne testy. Póki co googlam, czy powinnam mieć na wjeździe jakiś formularz wypełniony, czy też nie. Ja będę dzień po drugiej dawce, więc się nie będę jeszcze liczyła jako zaszczepiona, więc pcr. Młody leci pomiędzy dawkami, więc też pcr. Młodej niby nie trzeba, ale cholera ich wie, ja im nie ufam, a jak jej mają nie wpuścić to już wolę jej w nosie podłubać i mieć pewność, zwłaszcza, że pediatra twierdzi, że testy nawet turystyczne cichaczem pokrywa Bund i nie przyjdzie mi rachunek do krankenkasy na sześć stów.
No a z powrotem to ja już będę powyżej 14 dni po szczepieniu, czyli działająca, młoda ze mną, i tylko młody, wracający tydzień po nas, będzie musiał zrobić test i na wjeździe do Szwajcarii zdać formularz. Znaczy, elektroniczny.

I o ile za polskimi danymi guglam jak oszalała, bo nie ma takiej strony, która by mi podała komplet informacji, to na stronie szwajcarskiego ministerstwa zdrowia po prostu mam tabelkę ze strzałkami, zajmuje to jedną stronę A4 i na dole wypluwa odpowiedź. Proste? Proste. Dla ciekawskich link.

Co to ja jeszcze. A, euro się zaczęło, oglądamy, kibicujemy, krzyczymy, denerwujemy się i trzymamy kciuki. Ja Chorwatom (bo przystojni) i Włochom (jak wyżej oraz świetnie grają). Chorwaci też świetnie grają i strasznie mi się wrył w pamięć Luca Modrić, bo kiedyś oglądałam z nim wywiad, w którym opowiadał, jak jako kilkulatek uciekał z rodziną przed wojną, poza tym on jest taki chudy i biedny i aż się prosi, żeby przytulić i zaopiekować.

No to co, to idę spać, a tak się miałam rozpisać…! zieeef…

Chciałam

wczoraj coś napisać, ale mnie ręka bolała. Dostaliśmy z małżonkiem Modernę, za cztery tygodnie druga dawka. Póki co jedynie mocny ból przedramienia i tyle, tfu odpukać.

Ale jaka tam organizacja…! Przyjechaliśmy wcześniej, w zasadzie godzinę przed terminem (piątek po południu, potencjalne korki plus kierowca ignorujący wskazówki gps, sami rozumiecie, że wolałam mieć zapas). Kazali poczekać, wpuszczali już pół godziny przed wyznaczoną godziną szczepienia.

Wchodzisz do hali magazynowej, wielkości może boiska sportowego. Przed wejściem punkt przyjęć, kolejka na pięć osób. Zdejmij swoją maseczkę, zdezynfekuj ręce, załóż nową maseczkę, wejdź do środka. W środku zapraszamy do check-inu, były cztery, siedzisz na krzesełku i czekasz, jak się zwolni, steward wskazuje ręką, do którego możesz podejść. W check-inie podajesz wydrukowaną i wypełnioną w domu ankietę wraz z dokumentem tożsamości (w mejlu kazali przynieść też kartę ubezpieczenia zdrowotnego, ale nikt nas o nią nie pytał). Człowiek w okienku wpisuje dane do komputera, oddaje ankietę i odsyła z powrotem na krzesełko. Czekasz, aż się zwolni boks (są światła czerwone/zielone), wielkości przebieralni na basenie, i jak jest zielone, steward zaprasza. W środku czeka piguła, sprawdza ankietę, wbija jednym fachowym ruchem trzy centymetry igły prostopadle w ramię, nakleja plasterek i odsyła do check-outu. Tam zabierają ankiety i proszą, żeby na drugie szczepienie przynieść książeczkę szczepień. Ja swoją mam, piękną czterdziestoletnią ponad, brązową ze starości, więc sobie daruję. Na szczęście w aptece można za dwa franki kupić nową ogólną książeczkę szczepień, więc luz. Jeszcze kazali odsiedzieć kwadrans na krzesełkach i można było wracać.

Cała hala zastawiona krzesełkami ustawionymi w odległości 1,5 metra, barierkami zrobione trasy, którędy iść, przed każdym punktem steward sterujący ruchem. Hala zapełniona może w połowie, wszystko płynnie, żadnych kolejek i stłoczenia ludzi. Nawet kwiatki wstawili, jakieś palmy i fikusy, muszę następnym razem sprawdzić, czy prawdziwe :-). Jednym słowem miło, szybko i bez problemu. I tylko ręka boli, jakby ktoś mi przyłożył. Oby nic innego się nie pojawiło.

Poza tym nadeszły upały, nie tęskniłam. Aktualnie mamy ulewny weekend i nieco się ochłodziło, Ida zażyczyła sobie rosołek na obiad, więc niech ma.

W mijającym tygodniu świętowaliśmy dzień dziecka. Akurat otworzyli restauracje (również w środku), poszliśmy więc do daaawno nie odwiedzanej restauracji, którą poznaliśmy, jak jeszcze Jurek 12 lat temu przyjechał tu pierwszy raz, na pięć miesięcy. W środku karuzela z konikami i pełno luster, może się zakręcić w głowie po paru głębszych.

Dzieci z okazji ich święta dostały w zasadzie to, co sobie zamówiły. Pełnoletni („zawsze będę waszym dzieckiem!”) dostał powerbank i wodę toaletową, młoda wrotki, bransoletkę ze swoim imieniem oraz, co było niespodzianką i jest największym hitem, t-shirt z Rey z Gwiezdnych Wojen. Żebyście widzieli to szczęście na Idy twarzy, gdy rozwinęła koszulkę! Rey z mieczem! Co za radocha ;-).

W tej chwili Ida przebrała się z falbanek w strój do gimnastyki i ćwiczy, bo dowiedziała się, że niedługo ma egzamin na kung-fu. Co prawda próbny zdała bez problemu, ale gdy tylko usłyszała, że będzie prawdziwy, poleciała ćwiczyć. Ot, na przykład elementy samoobrony, na bracie: wykręcasz przeciwnikowi rękę, szarpiesz nią w dół i z półobrotu kopiesz go w tyłek :D. Do tego pompki, ciężarki, wymachy, medytacja, po kim to ona ma, bo na pewno nie po mamusi :D. Ale fajny to widok, jak dziecko samo rwie się do ruchu i sportu. Wrotki opanowała w pół godziny i czym prędzej zaczęła mnie wyganiać do domu, bo po co ja jej tam jestem potrzebna niby. Co prawda, przekonała się niedługo potem, jak seryjnie zaczęła zaliczać upadki i musiała nauczyć się, jak upadać i jak się podnosić. Twarda dziewczyna.

Weekend zaplanowany jest leniwie, dzisiaj czekamy na ewentualne jeszcze objawy uboczne po szczepieniu, jutro oglądamy F1 i mąż robi pizzę, poza tym odpoczynek i lenistwo. A, planszówki oczywiście, z młodą. A z tatusiem Star Warsy.

Co to się działo!

(sanatorium pół ze śmiechu się turlało!)

No. To tak sobie myślałam o pracy, w ubiegły długi weekend, że w sumie mogę spać spokojnie, że mam nierozwiązywalną umowę więc luzik, aż w niedzielę wieczorem dostałam do kalendarza zaproszenie od szefowej na rozmowę, na piątek. I wtedy potrząsnęłam kalejdoskopem i wyszedł mi zupełnie inny obrazek: że w sumie pracy mam na godzinę – dwie dziennie, z czego część mogą konsultantki zrobić same, a kartki urodzinowe do klientów wypisze pięknie szefowa, da radę. I że w sumie moja pensja to połowa czynszu za biuro. No i tak sobie dodawałam dwa do dwóch i mi wyszło, że niechybnie mnie zwolni. Znaczy, rozwiąże umowę przez likwidację stanowiska czy co tam wymyśli.

W poniedziałek szorowałam fugi w łazience mopem parowym. Wysprzątałam balkon na błysk, łazienkę, kuchnię i co mi jeszcze tam wpadło po drodze. Nagotowałam na zapas, chociaż samej jeść mi się akurat nie chciało. W końcu pragmatycznie stwierdziłam, że trudno, zwolni to zwolni. Może weźmie mnie na wolontariat, bo przecież w domu znowu to oszaleję. Bo mniej zarabiać nie mogę – w tej chwili zarabiam na zaliczkę na podatek. Lubię pracować, ale dokładać do interesu to może jednak nie. Nie do nieswojego.

No i tak mi się kotłowały w głowie myśli przeróżne przez cały tydzień. W międzyczasie szefowa porozmawiała z dwiema konsultantkami, ale za mało się znamy, żeby podpytywać, co i jak.

Tymczasem nadszedł piątek, szefowa na wstępie stwierdziła, że mam umowę na rok i to jest nienaruszalne, że mam jej pomóc ratować firmę, jak się da, jak mam pomysły, to mówić, wykorzystywać swoje sprzedażowe zaplecze z Polski i tak dalej, i tak dalej. Stres mnie na początku rozmowy dopadł taki, że zaschło mi w gardle i ledwo mówiłam. Dobrze, że w maseczkach, to nie było widać, jak mi się język plącze. Generalnie nie jest różowo, ale się nie poddajemy, ja jestem świetna, zmotywowana i zaangażowana, więc medal z kartofla mi pewnie dadzą w styczniu na pamiątkę, gdy ze łzami w oczach będziemy się rozstawać, no i tyle.

A, szefowa powiedziała, że zdejmują obowiązek home office (o ile firma testuje pracowników co tydzień albo o ile są wszyscy zaszczepieni) i zanim zaczęłam zawzięcie bronić idei pracy z domu (tyle wolności! zupa na gazie i dopilnowane dziecko!), na tym samym wydechu szefowa oznajmiła, że biorąc pod uwagę moją domową sytuację ona by nic nie zmieniała. Pracy do wykonania tylko i wyłącznie w biurze to jest może na godzinę w tygodniu, a i to tylko zeskanować dokumenty, albo ogarnąć pocztę. Całą resztę mogę robić z domu. Oczywiście jeśli sytuacja się zmieni i będzie potrzebna moja większa obecność w biurze, wtedy zmieniamy układ, ale osobiście mam przeczucie, że w listopadzie czwarta fala skutecznie wybije takie trendy z głowy. Bardzo podziękowałam szefowej za ten home office, bo to naprawdę jest ogromna wygoda dla mnie. W biurze jestem trzy poranki w tygodniu. Dwa popołudnia mam wolne (80% etatu), pozostałe trzy popołudnia teoretycznie pracuję, praktycznie – jak mam co robić, to robię. Zimą pisałam przewodnik po Zurychu dla ekspatów, co lepiej mi szło w domu z prostego powodu – szybciej mi się pracuje na moim laptopie, na mojej przeglądarce i na polskiej klawiaturze. I niby mogę sobie w pracy zainstalować mozillę, przestawić język klawiatury na polski, ale co w domu, to w domu :-). W biurze robię niezbędne rzeczy i spadam.

Momentalnie po rozmowie zeszło ze mnie napięcie z całego tygodnia. Do tego rano dostałam smsa z terminem szczepienia, wreszcie! Polecę do Polski po dwóch dawkach, co mnie niewyobrażalnie cieszy. Może rodzina nie będzie się mnie tak bała 🙂

Jako że walnął kamień z serducha, zachorowania u nas spadają, a pogodę zapowiedzieli piękną, zarządziłam wymarsz z domu. Półtora roku siedzenia w domu, bez jakichkolwiek wyjazdów, a ostatnie pół roku to już nawet bez shoppingu u Niemca, smuteczek. O właśnie, muszę jechać; wszyscy chętni pojechali trzy tygodnie temu, jak tylko Badenia zaczęła wpuszczać mieszkańców Szwajcarii na 24h bez kwarantanny. Tęsknię za twarogiem, ogórkami kiszonymi i wózkiem pełnym zakupów za 150 euro, a nie 400 franków.

No, to wymaszerowaliśmy wczoraj, do Gruyères, do fabryki czekolady, sera i na zamek, a na koniec jeszcze do Fryburga na obiadokolację. Spędziliśmy bardzo przyjemny dzień, było ciepło i słonecznie, nareszcie!, młody tylko dwa razy złapał focha, bo się tatuś na niego wydarł (wart pac pałaca), czyli wyjazd można uznać za całkiem udany. Co więcej, śmiało planuję raz w miesiącu ruszać rodzinę z miasta, plus wycieczki spacerowe tu lokalnie. Mamy niedaleko ruiny rzymskie na ten przykład, chętnie zobaczę. Ciekawe, jakie temperatury będą latem, bo oczywiście powyżej 30 stopni zamierzam udawać się na odkryte baseny i to będzie cały mój udział w letniej rozrywce. Zobaczymy.

Póki co wylot do Polski nabiera realnych kształtów, dentysta klepnięty, fryzjer klepnięty, szczepienia będą (młody jeszcze czeka w kolejce na termin, niestety, ale może na pierwszą dawkę się załapie przed wylotem).

Za oknem słońce, balkony otwarte, znaczy jeden, ale ma dwoje drzwi, na bogato! :), młoda bawi się za balkonem, a ja nasłuchuję i co jakiś czas sprawdzam obecność. Muszę wykupić dostęp do HBO GO na miesiąc, nie przepuszczę odcinka specjalnego Friendsów przecież, a i młody się ucieszy, bo obejrzy sobie Grę o Tron jeszcze raz.

A propos młody, to stwierdził, że w sumie czemu nie i za tydzień idzie z matką oddać honorowo krew. Twierdzi, że nie fiknie ;-). Dziś wypełnił formularz i śmiał się, bo pytania dotyczące choroby szalonych krów itp odnosiły się do końca lat 90., kiedy nie było go jeszcze na świecie.

To co, miłego wieczoru Państwu, a ja odpalam HBO GO.

Długi piątek przed długim weekendem

(nie mam wpływu na łamanie tekstu w nagłówku, choć aż palce świerzbią)

Znowu. Szwajcaria niby taka laicka, a proszę, poniedziałek po Zielonych Świątkach daje wolne.

Za to dzisiaj wybuchło w pracy.

Zaczęło się niewinnie, zebranie w piątek o szesnastej raczej nic dobrego nie wróży, rano pracowałam z domu. Pracowałam, a jakże!, intensywnie, chociaż nie, żeby zawodowo. Puściłam różne opłaty i przelewy, poodbijałam się od drzwi urzędów w Warszawie, ja im chcę dać pieniądze za podatek od nieruchomości, a oni: zadzwoń tu. Dzwonię tu, a sekretarka mówi: to nie u nas, dzwoń dalej. Dzwonię – wyślij mejla. Kurde jak nie chcecie moich pieniędzy, to po prostu powiedzcie, tak? Waciki se kupię. Wysłałam, szanowni państwo, bla bla bla, chcę zapłacić podatek, podajcie kwotę i konto. ZOSTAŁO WYSŁANE POCZTĄ. No super, domyślam się, że jak zwykle poleconym i lokatorka przyśle mi zdjęcie awizo, bardzo dziękuję, nijak nie odbiorę. Najwyraźniej są to jednak bardzo tajne dane, bo pani po drugiej stronie mejla postanowiła mnie zweryfikować do siódmego pokolenia wstecz niemalże i dopiero potem wypluła z siebie informację: 80 zeta. Łaaaaaał.

Potem, robiąc porządki w portfelu, zorientowałam się, że mi się dowód osobisty kończy w listopadzie i mogę go wcześniej przerobić na e-dowód, który nie wiem, do czego mi może być potrzebny, ale lepiej mieć jak nie mieć, jak przypuszczam. I nawet, pochwalę się Wam, mam e-PUAP! Będąc dawno temu w Polsce złożyłam wniosek, i mam. Żeby nie było nudno, w październiku kończy mi się ważność e-PUAPu, albowiem co trzy lata trzeba odnawiać. A w listopadzie dowód. Wykonałam w tym miejscu skomplikowaną pracę myślową oraz nieco riserczu i dowiedziałam się, że gdybym miała profil zaufany przez bank, to bym nie musiała osobiście go przedłużać, profilu, nie banku, tylko jednym klikiem. No dobrze, plan się ułożył sam, jutro wypada matki boskiej fryzjerskiej, będę wyglądać jakoś miejmy nadzieję jakoś bardziej do ludzi, to się cyknie fotę do dowodu, się przeniesie profil do banku i złoży wniosek online. A odbierze się dowód osobiście w dowolnej placówce w Polsce, czyli w mieście rodzinnym w czasie wakacji.

Jeszcze tylko bank mnie zeźlił na chwilę wczoraj, bo najpierw, a w zasadzie to dawno, dawno temu, u progu kryzysu 2008, nie dali nam kredytu hipotecznego na 100% inwestycji, tylko chyba na 80%, a resztę wam damy w kredycie odnawialnym. Czyli w debecie, mówiąc po polsku. Bardzo byliśmy wtedy szczęśliwi, bardzo. Ale braliśmy, co jest, byliśmy wtedy ostatnimi klientami w tym banku, którzy dostali kredyt w obcej walucie i w sumie na 100% wartości, i to tak naprawdę rzutem na taśmę. No i tak mieliśmy ten kredyt odnawialny vel debet, oczywiście w miarę sprawnie spłacony, ale wisiał. Tymczasem wyprowadziliśmy się do Szwajcarii i nasze pensje przestały wpływać na polskie konto i już po niemal ośmiu latach bank się dopatrzył, że według umowy powinno wpływać co miesiąc 15% wysokości debetu, ot dla zabezpieczenia, a nie wpływa, i żebyśmy może coś zrobili. Na to my, że w takim razie na co nam ponad 30k debetu, zmniejszamy, robimy aneks i wszystko będzie git majonez. Nic tam, że na koncie mamy górkę plus co miesiąc wpływy wyższe niż rata kredytu, no dobra, człowiek podpisywał, człowiek robi jak mu bank każe.

Pan na czacie (o 22 czynny czat z bankiem, z żywymi ludźmi, wyobrażacie sobie? Czad, taki czat. I zawsze mili i pomocni są), zatem pan na czacie mówi, robimy online, nie trzeba osobiście, to się bardzo rzadko zdarza, żeby odsyłali wniosek do oddziału, żeby podpisać osobiście. Ale mam tu jakiś błąd, pani musi przez infolinię. Dooobra. Dzwonię na infolinię (dwudziesta druga, spoko, oni pracują), tak, jasne, robimy wniosek, klikamy, wszystko jest, będzie informacja mejlem i na koncie. Informacja przyszła… że zostaliśmy szczęśliwcami wylosowanymi do odwiedzenia oddziału osobiście kurważeżmać. Anulowałam wniosek, ponowię go za miesiąc tuż przed wylotem, żeby go podpisać w Radomiu. Chociaż założę się, że wtedy akurat przejdzie online’owo. Argh.

Rany, piszę i piszę a nawet jeszcze nie zaczęłam.

No to pozałatwiałam dzisiaj rano te wszystkie przelewowo-urzędowe sprawy i spokojnym krokiem udałam się na popołudnie do pracy. Pora ni w ciućki, ni w pieski, jak to mawia moja teściowa, bo wyjść z domu musiałam przed pierwszą, dokładnie w porze obiadu. Zjadłam wcześniej, poprawiłam preclem z masłem, boże, czego ja wam piszę takie głupoty, przecież to nie ma żadnego znaczenia dla eksplozji, która wydarzyła się w pracuni o tej szesnastej. Trzydzieści.

Otóż: nasz główny klient (pracuję w firmie relokacyjnej czyli pomagamy imigrantom (ładnie to się nazywa: ekspatom) zatrudnionym w tutejszych firmach ogarnąć mieszkanie, meldunek, szkołę, życie jednym słowem), zatem nasz główny klient przysłał zapytanie ofertowe, żebyśmy stanęli do przetargu na usługi, za nudno nam było widocznie w czasach covidu i wstrzymanych migracji. Do przetargu stanęliśmy, daliśmy z siebie 500%, drugi etap, ładnie pięknie, prezentacja, promocja, wszystko super – i cisza. Na delikatne zapytania co z decyzją, która według ich terminarza miała być podjęta i zakomunikowana dwa tygodnie temu, szefowa dostała zwrotnie wiadro pomyj, i to tak po całości. Od firmy, z którą współpracowała osiem lat. Niestety zmienili się (albo zostali zmienieni…) ludzie z nami współpracujący, przestaliśmy dostawać zamówienia, dostaliśmy niezłe próbki chamskiego zachowania, naprawdę żenującego, żaden właściciel firmy na coś takiego by sobie nie pozwolił, ale tu mówimy o korporacji, największym pracodawcy w regionie, występującym z pozycji siły. Do którego wkroczyły młode wilczki i pokazują, co potrafią.

A u nas firma może nie rodzinna, chociaż atmosfera w niej owszem, większość dziewczyn pracuje od czasu założenia firmy, razem ją budowały. I nie są to dwudziestoparolatki, a raczej 40 plus, albo 50 minus, i dwie przedemerytalne. Pracują świetnie i na pełnych obrotach, żadne tam babcie w papuciach i z szydełkiem. Bez urazy.

Szefowa połączyła wszystkie klocki, opryskliwe mejle, przekroczone terminy, propozycje nowej umowy z absurdalnymi zapisami. Dodała dwa do dwóch i dzisiaj był ten dzień, kiedy nam wyłożyła kawę na ławę.

Że najprawdopodobniej nie będziemy już z nimi współpracować. Że mamy mało, bardzo mało zamówień. Nie jesteśmy w stanie utrzymywać firmy z obecnymi kosztami. Mówiąc krótko, na dzień dobry zwolniła dziewczynę, z którą budowała tę firmę od zera. Bo była najdroższa.

Wszystkie ryczałyśmy.

W przyszłym tygodniu będzie rozmawiać z pozostałymi dwiema konsultantkami, obstawiam, że albo zejdą z podstawy, albo z części etatu, choć i tak są na 50%.

Ja się nie czuję zagrożona i tu mam ogromny komfort w postaci pracującego męża. Poza tym moje waciki idą idealnie psu pod ogon, parrrdą, na zaliczkę na podatek, więc pracuję niejako charytatywnie. Poza tym umowę mam bez możliwości wypowiedzenia z żadnej strony, ale nawet gdyby trzeba było zwijać firmę, asystentka i tak gasi światło tuż przed szefową. Do czego mam nadzieję jednak nie dojdzie.

Przy okazji wychwalania teamu jako najlepszego składu, jaki do tej pory pracował, szefowa mnie pochwaliła, że jestem zaangażowana, zmotywowana i mam dużo pomysłów. Czego to człowiek z nudów nie zrobi, ale miło, że doceniła. Szkoda, że taka to była chwila niestety.

Póki co robię burzę mózgu, jednego, ale jeszcze na chodzie, co by tu mogło pomóc, dać nadzieję czy choćby cień szansy na przeżycie. Kurczę, szefowa dała mnie szansę pół roku temu, zaufała jakiejś dziewczynie, przez którą trzeba było zrobić nowego służbowego mejla office@, bo imię i nazwisko jest nie do powtórzenia, a tym bardziej zanotowania przez Szwajcara (hahaaaa dobrze wam tak, użytkownicy charczącego dialektu). Zaufała mi, a wiecie, jak ktoś ze mną dobrze, to ja z nim jeszcze lepiej, typowy Skorpion. Wszystkie horoskopy mi zawsze piszą, że najlepszy przyjaciel, najgorszy wróg i coś w tym jest, kto zna, ten wie, a niejeden się przekonał.

Wróciłam o jakiejś strasznie późnej porze, odbiór too good to go przepadł, bo dawno było pozamykane, dobrze, że zdążyłam złapać chleb koło pracy. Jeszcze tylko objazd przez pół miasta, bo demonstracje dla klimatu, które generalnie pochwalam i jestem całym sercem za, natomiast lało niemiłosiernie, na przesiadkowym przystanku mój tramwaj za 10 minut. Trudno, siadam, chowam się przed deszczem, wyciągam telefon. Po dziesięciu minutach czas oczekiwania zwiększył się do jedenastu, wstałam więc, zapięłam kurtkę pod szyję, wyciągnęłam parasolkę, super hiper, co się miała nie łamać, ale ma od niedawna jeden drucik bardziej, i ruszyłam z buta. Wybór miałam między stać i marznąć a iść i przemoknąć. Przeszłam dwa przystanki, pozostałe cztery przejechałam tramwajem, który łaskaw był mnie dogonić.

Szybka kąpiel na rozgrzewkę, przytulaski z młodą, kolacja i tak oto zaczynamy długi weekend. Ma być 30 stopni (dzielone na trzy dni) i nie będziemy musieli podlewać ogródków (chyba przez miesiąc). Czarownie.

Długi weekend

Zawitał i do nas. Wczoraj Wniebowstąpienie, dzisiaj połowa lokalsów ma wolne. Ja akurat wybrałam się do biura, może dlatego, że nie czuję się lokalsem, a może dlatego, że mąż ma wolne, to po co mamy sobie siedzieć na głowach. Już wystarczy tej bliskości.

Do biura natomiast zabrałam młodą i było to bardzo silne przeżycie. Wstała sama, jeszcze przed czasem, przejęta. Wszyscy pozostali z szefową na czele mieli dzisiaj wolne, tylko na chwilę wpadła jedna koleżanka zostawić dokumenty. I zadzwonił jeden telefon, akurat ważny, z potwierdzeniem dostawy przewodników na poniedziałek. Poza tym plaża. Młoda dostała długopis, notes i pieczątkę, kolorowanki wydrukowane przez pomyłkę na firmowym papierze i przejęta pracowała cały ranek. Zrobiłyśmy sobie przerwę na lunch, potem trochę popisała różne rozczulające karteczki dla matki (zafrze bende s toboł), przyjechali po nas panowie, korzystając z okazji, żeby zobaczyć, gdzie pracuję. Poszlajaliśmy się po mieście przymierzając się do lunchu w którymś z otwartych niedawno ogródków restauracyjnych, ale albo tłok, albo kuchnia od 17, w końcu decyzję podjął za nas grzmot, który trzasnął znienacka i zarządziłam w tył zwrot naprzód marsz do tramwaju. Posiłek na zewnątrz w czasie burzy to jednak nie to, o co nam chodziło.

Nierozważnie i nieroztropnie kupiliśmy bilety na lato, a teraz się cykam, bo mam niewielkie szanse na szczepienie przynajmniej pierwszą dawką przed wylotem, internety już coś piszą o paszportach covidowych, cholera wie, czy po powrocie nie będę musiała odbyć kwarantanny (w sumie to by była przykrość głównie dla dzieci, ja bym po prostu pracowała z domu i tyle), ale generalnie najpierw wydałam parę stów, a teraz siedzę i myślę niczym Beata Kozidrak. Ale tak bardzo chcę lecieć…!

Najlepszy jest oczywiście mąż, który boi się, że z samolotu przywleczemy wirusa i on się zarazi i mu padnie na mózg (jako powikłanie), i nie będzie mógł pracować, bo covid powoduje przymulone myślenie. Natomiast jego znajomi, którzy mają przyjechać w sierpniu, nie są już żadnym zagrożeniem, bo będą samochodem. Tankować po drodze nie będą, za to na każdym przystanku zrobią sobie profilaktycznie wymaz z nosa, jasne.
No nic, zobaczymy. Kto mi zabroni się stresować, chociaż wiem, że to bez sensu.

Wiosna u nas. Jeszcze nie lato, póki co mamy jeden gorący dzień w miesiącu, począwszy od końca lutego, kiedy to było ponad 20 stopni i Ida biegała po dworze w krótkim rękawku. I tak raz na miesiąc, ostatnio w ubiegłą niedzielę. Zobaczyłam w internetach prognozę upałów 35-45 stopni w całej Europie pod koniec maja, ale wydała mi się tak absurdalna, że nie przyjęłam jej do aprobującej wiadomości.

…w tle ballady Roxette, aktualnie So far away

Co jeszcze. Niewiele, w sumie. Czytam Rogalską, jak coś wypuści (aktualnie czekam na trzeci tom o Karli Linde, bardzo polecam). W tym celu przeprosiłam się z kundlem, chociaż wkurza mnie niemożebnie i za każdym razem, jak go klnę soczyście, przypomina mi się powiedzenie małżonka, który niezmiennie zachodzi w głowę, jakim cudem ten naród poleciał w kosmos. Coś w tym jest. Problem mam natomiast z doborem lektur, bo nie może to być zbyt uczone, bo czytane do poduszki to raczej nie są rozprawy filozoficzne, ale i nie harlekiny. Coś w okolicy Chmielewskiej, Grocholi, Szwai. Inteligentna akcja, żeby było wciągające i przyjemna fabuła. Marzena Rogalska spełnia te kryteria, problem w tym, że ona wydała póki co pięć książek, a to jest max 10 wieczorów z fragmentami nocy. Co dalej czytać? Podrzućcie coś. Podobno naród nie czyta, no to niech czyta!

Rozmawiałam dzisiaj z teściową. Dzwonię jak najlepsza synowa, nie narzucawszy się, raz w tygodniu mniej więcej, pomiędzy podrzucając jakiegoś mema czy link z ciekawym artykułem. Nawet ostatnio do mnie powiedziała per kochanie i Kasieńko! No co to szczepienie robi z człowiekiem…!

Otóż. Moja teściowa pośród licznych chorób swych chronicznych (wybaczcie, musiałam zarymować!), ma również problem z oczami. Zwyrodnienie plamki żółtej w obu oczach, w jednym zaawansowane, w drugim właśnie się zaczyna. No i mówi mi dzisiaj, że była u okulisty, bo jej się ten wzrok niepokojąco pogorszył, a tu okazało się, że zaćma ruszyła z miejsca i tak pogorszyła widzenie. A że teraz limitów na zaćmę nie ma, można w dość krótkim terminie zrobić zabieg. Ale! Moja teściowa nie z tych, bo przecież po zabiegu przez jakiś czas nie można dźwigać, a ona sobie działki nie odmówi! Zrobiła lekarce tę uprzejmość i uzgodniła wrzesień, ostatecznie. Na działce wiadomo, przekopać, wyplewić, ogórki podlać ustaną letnią wodą, nie po to cały rok się dzielnie izolowała, żeby teraz, po dwóch dawkach szczepionki, uziemić się z powodu jakiegoś tam głupiego wzroku. Z jednej strony ją rozumiem, bo przez ten ponad rok latała jedynie do sklepu o szóstej rano piechotą z 7. piętra, unikając windy, i do rady osiedla, gdzie się intensywnie udziela. Ale z drugiej strony utrata wzroku stoi na mojej liście wyżej niż własna śmierć, bo ta mnie nie obchodzi (po nas choćby potop), a spróbuj żyć bez oczu. Na moje pytanie, co jej przyjdzie z działki, jak nie będzie grządek widziała, zręcznie zmieniła temat na młodszego syna z antyszczepionkową żoną, że ten się nie chce szczepić, bo bez szczepionki pracuje na home office, po szczepieniu musiałby wrócić do biura, a wzięli od animalsów dwa psy i ktoś się nimi musi zajmować, a one do bycia same w domu nie są przyzwyczajone. Oraz dodała, że co to za argument w ogóle, bo foliowa synowa lata wszędzie bez maseczki, jeździ autobusami i ma wirusa w nosie, a on taki narażony na przywlekane przez nią covidki tym bardziej nie chce się szczepić i jaka to szkoda, że nad dorosłymi dziećmi nie ma się już żadnej władzy. Wpadłam jej w słowo twierdząc, że całkiem podobny problem mają dzieci z rodzicami, ci też nas nie chcą słuchać i ryzykują wzrok dla kopania w ziemi, i tak sobie pożartowałyśmy bez sensu i żadnego efektu.

Tymczasem nie wiem kiedy, jedenasta. To ja się może pożegnam. Jeszcze chwila w internetach, pyknie pierwsza i wreszcie usnę. To pa.

W kategorii the best of

to zemściło się na mnie wielotorowe myślenie. Znacie to może, że kobiecy umysł jest jak przeglądarka internetowa z otwartymi kilkudziesięcioma zakładkami, tu przepis, tu piosenka, tam wiadomości albo jak usunąć plamy z pudru. Zatem pewnego wieczoru jednym kawałkiem mózgu myślałam o moich beznadziejnych paznokciach oraz że muszę je pociągnąć odżywką, drugim, że trzeba zmyć makijaż, no i co, i spotkały się dwie myśli i ręka sięgnęła na najwyższą półkę w łazience, tam, gdzie stoi zmywacz. Ale wiecie, nie jest ze mną tak źle, covidu nie mam, zapach wyczułam od razu, a w momencie przyłożenia wacika do powieki, nawet i szczypanie. Jeszcze mi tylko mignęło przez myśl cholera, mocniejsze oko!, i już zaczęłam płakać i smarować powieki mleczkiem. Od tamtej pory nieufnie przyglądam się każdej buteleczce, którą biorę w łazience do ręki. Lada chwila zacznę czytać etykiety i ulotki.

Drugim wyczynem było odpalenie palnika pod garnkiem z ciastem na naleśniki, zamiast pod patelnią, ale to przecież każdemu się może zdarzyć. Ledwo zdążył się zagrzać i na szczęście nie bulgotał.

Jeszcze coś wykonałam, ale już nie pamiętam co.

A, może to, że tak czekałam na wiosnę, że ciepło, warzywka i się będę odchudzać, ale co ja poradzę, że ta wiosna taka zimna, tak? Nie tak się umawialiśmy.

Weekend majowy miał standardowo 30 stopni, po 10 każdego dnia. Chociaż – w sumie w niedzielę było już cieplej, najgorsze przewaliło się w piątek i sobotę, ściana wody i zimno. Może dlatego, że u nas nie było długiego weekendu, tylko jak zwykle, za krótki. Na szczęście miałam zapasy wszelakie, nie było więc potrzeby wystawiać nosa z domu.

Najbliższy weekend ma być za to niemal letni, 23 stopnie i słoneczko. Może wybierzemy się na spacer po lesie, zakończony lodami u Gabrieli 8 km stąd.

Chciałam zabrać z nami jednego klienta, młodego chłopaka, o opiekę nad którym poprosiła mnie szefowa (bo sam, bo Polak, bo nikogo nie zna, bo może mu się praca nie podoba, wybadaj go). Pomyślałam więc, że zaproszę go na taką wycieczkową sobotę, obiad zjemy w domu, potem 8 km spaceru, lody i do widzenia. A pracował w Warszawie w tej samej firmie, co małżonek, zajmuje się też częściowo podobną działką, mieliby może jakieś wspólne tematy, cóż, kiedy mąż powiedział ALE JA GO PRZECIEŻ NIE ZNAM. Koniec, kurtyna, już gościowi nic nie powiem, umówię się z nim na mieście na kawę i tyle. Jak ma go obrazić albo traktować jak powietrze (tak tak, historia zna takie przypadki), to ja nie zaryzykuję.
Nie mogę się doczekać sierpnia, kiedy to podobno ma przyjechać męża kolega z Warszawy, żeby wyjść bez słowa z domu w połowie kolacji, albo oznajmić wszem i wobec, że to strata czasu. Już się tego uczę.

Co tam jeszcze. Do Idy przyszły papiery zapraszające do szkoły. ALE ŻE JUŻ?? Nie wierzę. Póki co trenuje chodzenie samej do przedszkola od połowy drogi. Mamusia trenuje, córka potrafi. Co prawda dopóki mnie widzi, idzie tyłem i macha, a jak jej znikam z pola widzenia, puszcza się biegiem do przedszkola. Jeszcze ostatnio tłumaczyła mi, że ona może iść sama całą drogę do przedszkola, ale tak od połowy to nie, bo to jest zupełnie co innego i musi mi dać buziaczka na pożegnanie pod przedszkolem i że to się w ogóle tak nie da, ale widzę, że coś się zmienia w tej kwestii. Dzisiaj kierowca autobusu sikał po nogach, jak zobaczył Idę najpierw stojącą na chodniku, nóżki równo, tak jak pan policjant kazał!*, potem się rozejrzała, weszła na ulicę (jednokierunkową), na przejściu popatrzyła na kierowcę (kontakt wzrokowy), skinęła mu głową w podziękowaniu i pomachała ręką, po czym dumna z siebie po drugiej stronie ulicy pokazała matce kciuk w górę.

To co, chyba sobie odpalę jakiś przyjemny serial. Ostatnio odkrywam Grace i Frankie, przez którego początek nie mogłam przebrnąć, ale po dwóch odcinkach wsiąkłam i tak zostałam. Do tego apka ze scrabblami, bo nie umiem już robić tylko jednej rzeczy jednocześnie. To miłego Państwu.

*Pan policjant przychodzi raz w roku opowiadać dzieciom, jak poruszać się na drodze, a raz przychodzi z drugim policjantem i dzieci mają przechodzić przez ulicę, pojedynczo lub w parach. Właśnie wtedy pan policjant kazał stać z nóżkami złączonymi przed przejściem.

Ojojoj, ojojoj

Miejsca ojojane bolą mniej. Napisałam „mnie”, co też się w sumie zgadza. Jako że biodro boli, zapisałam się na rehabilitację. Znaczy, leki nie pomogły i skazali mnie na tortury. Pierwsza wizja rehabilitacji jest taka, że leżysz, a pani cię mizia i masuje, nie? Nie. Pani owszem rozmasuje, żeby rozgrzać, ale jednocześnie szuka, gdzie by ci tu paluszek przez żebra przepchnąć na wylot. Wydaje ci się, że ona wbija swoje długie szpony specjalnie, ale nie, paznokcie ma bardzo krótkie, po prostu wie, gdzie nacisnąć, żeby bolało. I jeszcze twierdzi, że to dla mojego dobra, no no.

Albowiem poszłam do pani z bioderkiem, ale w międzyczasie zaczął mnie boleć biust. Nerwem od pachy do środka piersi. Napisałam testament, pożegnałam się ze wszystkimi, cóż, nie każdy dożyje późnej starości, a ja się na to nigdy nie pisałam, bo nie będzie mnie stać na emeryturę, wybrałam więc ubranie do trumny (skremować!!), po czym poszłam do lekarza. Lekarz kazał jeszcze nie umierać, tylko podkablować bóle do fizjo. No a fizjo się dorwała jak hiena do padliny i stwierdziła, że to idzie od żebra przyczepionego do kręgosłupa i dawaj wsadzać palce między żebra. Dzisiaj dorzuciła jeszcze masażyk barku z przodu oraz okolice pachy, to tam właśnie najlepiej się wbija palce na wylot. I jeszcze mi wmawia, że to pomoże. Póki co ledwo piszę prawą ręką, tak mi ją zmaltretowała.

Tutaj wiosna, kwitną bzy i jest przyjemne ciepełko. Ida dopytuje, kiedy jej zrobimy basenik na balkonie, ale przy +18 to chyba jeszcze ciut za wcześnie. Na pocieszenie wczoraj zrobiła sobie spa w łazience, kąpiąc się w kostiumie kąpielowym, płetwach i okularach do nurkowania. W weekend odpaliliśmy balkonowy sezon grillowy. Było ciepło i leniwie, słońce grzało w plecki, wino chłodziło gardła i nigdzie nam się nie spieszyło.

Ida zaczęła wychodzić sama na dwór. Początki właściwie były już pod koniec lutego, kiedy na kilka dni wyskoczyło +20. Mieszkamy na wysokim parterze, młoda bawi się przed domem albo tuż obok, na placu zabaw. Ja, pracując popołudniami z domu, wypuszczam ją po obiedzie i tylko co kilka minut wyglądam kontrolnie przez balkon sprawdzać, czy jest i czy wszystko w porządku. W Polsce, mówcie sobie co chcecie, ogrodzone osiedla mają tę niewątpliwą zaletę, że człowiek był spokojniejszy, jak wypuszczał dziecko na dwór, bo była jako taka pewność, że samo za bramę nie wyjdzie. Do tego dziecko miało pomarańczowy polarek, który sprawiał, że widać go było od pierwszego kopa, na co po nastu latach poskarżył mi się syn, bo jak się bawili w chowanego, to on od razu odpadał.

Wracając do Idy, Gemeinde przysłała kopertę z informacjami do szkoły. Już? Do szkoły? Moje malutkie dziecko? Rany, jak ten czas pędzi (młody robi prawo jazdy, no spoko, i tak nie wierzę). Będzie chodziła do klasy 1a, grupa jeżyki (podzieleni na muzykę, ciekawostka) tuż obok przedszkola (do przejścia jedna ulica) oraz mają obowiązkowo do szkoły chodzić sami. Ida już teraz trenuje samodzielne chodzenie do przedszkola, i tylko szpieg z krainy dreszczowców chowa się za zaparkowanymi samochodami, żeby go dziecko nie widziało. Ale jak idzie ze mną i chcę ją w połowie drogi puścić samą, to nie chce, „bo to co innego mamo samej wyjść z domu, a co innego teraz tak od połowy drogi, i muszę dać ci przy przedszkolu buziaczka!”.

W pracuni niezmiennie dobrze, miło i przyjemnie, zaangażowanie wymagane proporcjonalne do zarobków, chwalą mnie i są zadowoleni, ja z nudów im wymyślam jakieś usprawnienia i się kręci. Szczerze mówiąc już mi szkoda, że stamtąd odejdę, oczywiście nie ze względów finansowych, natomiast to jest takie mięciutkie, puchate wejście w szwajcarski rynek pracy, sama branża ciekawa, atmosfera koleżeńska, hierarchia w zasadzie płaska, znaczy ja oczywiście mam respekt wobec szefowej, wiadomo, ale nie ma takiej piramidy, jak w leroy, że o ile bezpośredni nad tobą kupiec, to jeszcze miał jakieś ludzkie cechy (jego robota w jakiejś części zależała od ciebie), o tyle dyrektor nad wami to już bóstwo niedoścignione i jeśli takiego poprosić, żeby zamykał drzwi do siebie, bo wrzeszczy, a ty pracujesz w cyferkach, to oczywiście, zamknie drzwi, zjadliwie pytając przez następne dwa tygodnie, czy aby nie za głośno się zachowuje. Koniec dygresji.

Metka mi wpadła do herbaty, no świetnie.

A propos herbaty (już miałam kończyć, ta jasne), to w Polsce muszę sobie zrobić zapasik Dilmah. Tutaj nie ma Dilmah! Znaczy, jest online, ale ja sobie lubię sama powybierać. Są w ruskim sklepie, ale ruski sklep jest w Niemczech, a oni do siebie nie wpuszczają, bo zaraza. Ale nic to, poczekam. Chyba muszę zacząć robić listę zakupów w obie strony.

Póki co pójdę jednak pozarabiać na swój zus, czyli przełączę ekrany i dla odmiany napiszę coś służbowo. Dobrego dnia kochani i pysznej kawusi.

Piąteczek, piątunio

Przyszedł. Powitałam go martini i lodem, jak tradycja nakazuje.

Całkiem niehumanitarnie pracowałam dzisiaj do 18:30, z krótką co prawda, dwugodzinną przerwą w południe na shopping. Skoro już byłam służbowo w centrum, a skończyły mi się perfumy…!

O, właśnie.
Piłowaliśmy młodemu głowę, żeby zdecydował, co z rowerem. Stoi nie używany, szkoda, żeby się marnował. Żeby inny model, to może bym sobie zostawiła, ale to cienkie takie, miejskie, to nie.
Młody po dwóch miesiącach zdecydował, że on go jednak nie chce. Sprzeda.
Kiedyś sprzeda.
Nie teraz, zarobiony jest.
Jak będą ferie.
W ferie to chce odpocząć.
Ale sprzeda, dajcie mu spokój.
Mam taki zwyczaj, że co sobotę na whatsappie młodego ląduje tudulista, czyli co ma danego dnia zrobić, żeby się matka nie czepiała. Przez kilka weekendów na listę trafiała również pozycja „wystawić rower do sprzedania”, ale sami zdajecie sobie sprawę, jakie to jest trudne, zejść jedno piętro i zrobić kilka zdjęć, do tego jeszcze wyguglać opis! Będzie tego z osiem minut w sumie. Wiem, bo w końcu straciłam cierpliwość, zrobiłam zdjęcia, wrzuciłam ogłoszenie do internetu i oznajmiłam, że kasa jest moja. Trzy minuty po wrzuceniu ogłoszenia pierwszy człowiek dopytywał, jaki adres, bo on by już teraz natychmiast podjechał.
Tym oto sposobem młody nie ma ani kasy, ani roweru, za to ja dzisiaj przez 40 minut wąchałam różne pachnidła, pardą, załatwiałam ważne sprawy służbowe w mieście.

Przed świętami jeszcze wpadło mi w oko ogłoszenie dziewczyny, Polki, mieszkającej pod miastem. Polka ta jest kosmetyczką i oferowała hennę pudrową. Jako, że się uczy, w niezłych cenach. Moje brwi stanowią obraz nędzy i rozpaczy, cienkie, jasne i wyliniałe, jak nie umaluję, to nie widać, że mam. A tu laska pisze, że ta pudrowa potrafi się utrzymać nawet do sześciu tygodni! Wow, to by było cudo, w desperacji swojej jestem coraz bliżej decyzji o permanentnej, czyli tak naprawdę tatuażu, bo kurde ileż można. Póki co umówiłam się z laską i tydzień przed świętami pojechałam.
Położyła mi tę hennę, pogadałyśmy (latem bierze ślub, wesele „tylko najbliższa rodzina” na 220 osób i naprawdę nie ma kogo odmówić, więc ma nadzieję, że pozdejmują obostrzenia do tego czasu. Zapewne.)
Henna wyszła ślicznie, kolor spoko, nareszcie mnie widać i to nie przez mój wkurwiony wyraz twarzy, ale przez oczy. Nagle dostały ramkę i twarz wygląda zupełnie inaczej. Nawet się uśmiechnęłam ze dwa razy na tę okoliczność. Było super.
Przez dwa tygodnie, góra dwa i pół. Po tygodniu wiadomo, henna zmyła się ze skóry, została na brwiach. Jeszcze się łudziłam, że widać, ależ na pewno widać, ale dwa tygodnie po świętach stwierdziłam, że to bez sensu i zaczęłam znowu brwi malować. Eh.
Tymczasem laska pyta, jak tam henna, jak brwi wyglądają i czy jestem zadowolona?
Jestem zadowolona, tylko po dwóch tygodniach efekt wziął i się zmył.
O, odpisuje mi laska, dwa tygodnie to i tak długo!
.
.
.
A niech ci laska sanepid na wesele wjedzie. Z policją.

Co tam jeszcze. W pracy mnie chwalą, ostatnio jedna napisała, że świetnie się ze mną pracuje (a ja sobie takie zbieram i się napawam). No ja myślę, skoro obie jesteśmy razem najczęściej w biurze, to zrzuca na mnie, co się da. Też bym chciała mieć osobistą sekretarkę.

W Szwajcarii zdejmują parę obostrzeń. Niby mieli czekać, aż spełnionych będzie pięć warunków, na razie jest jeden, ale i tak się ugięli. Od poniedziałku otwierają tarasy w restauracjach (restauracje już proszą o udostępnienie większej powierzchni na zewnątrz, przy deptakach itp) oraz ku ogromnej radości mojego męża, po pięciu miesiącach otwierają ponownie siłownie. Home office na razie zostaje i niech zostanie jak najdłużej. Co mam zrobić, to i tak zrobię, a w domu przynajmniej mogę młodą odspawać od telewizora i puścić na dwór (tatuś puścił raz, po czym miał calla, założył słuchawki i tyle go widzieli), mogę puścić w międzyczasie odkurzacz, niech zarabia na swój zus. A propos, muszę go zareklamować, bo jak wyjmuję mu pojemnik z wodą, to on tą wodą chlusta, pół szklanki wylewa się na podłogę. A to chyba nie jest normalne.

Jeszcze wracając do home office, to nawet jak zdejmą, poproszę o jakiś dzień czy ze dwa popołudnia z domu. Przy obecnym braku zadań, lepiej obijać się w domu niż w pracy. Tydzień temu z tej bezbrzeżnej nudy umyłam w firmie okna (spokojnie, sześć plastikowych, pół godziny roboty), a w tym tygodniu odpaliłam ćwiczenia z angielskiego, bo nagle, posługując się tym językiem intensywnie dostrzegłam u siebie sporo braków. Może dlatego, że moje główne źródło wiedzy to kursy językowe organizowane przez Lingwistę, skądinąd świetne one były, te kursy, tyle że dawno temu, jeszcze w podstawówce. Potem weszła kablówka i MTV, w tym MTV’s Most Wanted, kto oglądał, ten wie, do dzisiaj mam zdjęcie z autografem od prowadzącego, Ray’a Cokes’a! Czaicie, rok 1992, w Polsce inflacja szaleje, za oknem szaro i buro, a ja po trzech miesiącach od napisania listu (ręcznie!), dostaję kopertę z Londynu. Do dzisiaj pamiętam te emocje.

Wracając do angielskiego, tak naprawdę wraz z końcem podstawówki skończyła się moja nauka angielskiego. W liceum miałam francuski. Co prawda zdawałam jeszcze ten język na maturze (maturę zdawałam z samych języków: polski + francuski, ustnie angielski, i to by było na tyle), a przed maturą miałam całe 10 godzin korków, no bo w końcu coś do tej głowy trzebaby włożyć, sprawdzić, czy coś tam jest, ale korepetytorka, siostry koleżanka z liceum, stwierdziła że gdyby ona tak znała angielski, jak ja, to by nie oblała egzaminów wstępnych na anglistykę. No to sobie dałam spokój. A na naszych maturach zmarł nagle geograf, uwielbiany przez wszystkich (jeździł rowerem z chłopakami na koło podbiegunowe), więc nawet gdybym zaczęła nagle po angielsku mówić jak Adaś Miauczyński, to też bym zdała. Eh, kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów.

Tymczasem z youtube’a sączy się Annie Lennox i jej Why, przed chwilą INXS. Podobno człowiek przez całe życie najbardziej identyfikuje się z muzyką, której słuchał w wieku mniej więcej 14 lat. U mnie się zgadza, początek lat ’90, to była muzyka! (teraz to nie ma muzyki). Bon Jovi, Genesis, Bryan Adams, Roxette, Nirvana, Toni Braxton, Celine Dion, na której ćwiczyłam swój francuski, Dr. Alban, Alanah Myles i jej Black Velvet (a znacie jej Song instead of a kiss? To było…! (teraz to nie ma)). Rany, mogłabym tak długo wymieniać. Ale co ciekawe, nigdy nie byłam fanką boys bandów, oni jacyś śmieszni dla mnie zawsze byli, takie lalusie.

No. W uszach Black Velvet, ale pod ręką nie whisky, a zwykłe martini. Z cytrynką.

Miłego weekendu Wam.

Parostatkiem w piękny rejs…

Krawczyk dziś odpłynął, poinformowali. Są takie postaci, które pamiętamy jeszcze z dzieciństwa, które zawsze były i halo, dlaczego nagle mówią, że ich nie ma?

Święta się kończą. Dzięki home office miałam wszystko rozplanowane w czasie, z młodym zakupy, gotowanie w sumie bez presji i napinki. W piątek spędziłam popołudnie grając z młodą w planszówki. W sobotę poszłyśmy do kościoła poświęcić koszyczek. Młoda przeżywa intensywną fazę religijną, taka trochę bajka, trochę magii, więc bardzo przeżywała wizytę w kościele, nawet taką krótką i nietypową z powodu covidu. Wczoraj skorzystałyśmy z ostatniego dnia ciepłej i słonecznej pogody i wybrałyśmy się do zoo. Budynki są zamknięte, ale obniżyli ceny biletów o 30% i można spacerować na zewnątrz. Trafiłyśmy na karmienie słoni, obejrzałyśmy żyrafiątko urodzone w styczniu, kormorany, czaple siwe, flamingi, a i tak największą atrakcją było mamo, patrz! bociany!, których są dziesiątki. Natomiast trzy godziny w maseczce na wolnym powietrzu już nie były takie fajne, ale co poradzić.

Dziś już pochmurno i wietrznie. Postanowiłam sobie zrobić święta, co natychmiast zostało mi wytknięte, bo jak to tak, leżeć i czytać, a dziecko wysyłać z tatusiem na rowery?, podczas gdy w telewizji na pewno był jakiś kolejny najważniejszy na świecie mecz sezonu, którego po prostu nie wolno było przegapić. Zaprawdę powiadam wam, niektórzy nie powinni zakładać rodziny.

Mazurek od Gesslerowej pycha, makowiec też pycha, sucha była tylko dupka, w środku mak i bakalie, o jakie dobro, i lukier na wierzchu. Serniczek też na wykończeniu. W świętach najbardziej lubię niespieszne przemieszczanie się z pełnym talerzykiem to na fotel, to na kanapę.

Dziwne uczucie, jutro do pracy, a przecież dopiero co to długie, czterodniowe wolne się zaczynało, i wydawało się, że łooo panie, dwa weekendy pod rząd, ale będzie tego wypoczynku! Aha, jasne. Na szczęście teraz tydzień krótszy, dwa dni z domu i znowu weekend. W sumie bez sensu, że tak odliczam, bo niby do czego mi się tak spieszy.

A! Zmartwiłam dzisiaj teściową.
– Ale jak to??
– Nooo… normalnie. Już trzeci rok idzie.
– No ale mnie zmartwiłaś, ojej, ojej…
– Ale to nie jest powód do zmartwienia, mnóstwo ludzi tak żyje! Jestem nawet honorowym krwiodawcą tutaj, to chyba nie najgorzej się mam, mimo wszystko.
A ta swoje. Wzdycha i cmoka, i przeżywa. No nie po jej myśli, no tak się nie da…
Myślicie, że w wolnym czasie topię bezpańskie koty? Napadam staruszki w parku? Gorzej!
Mięsa nie jem.

Święta

Naszła mnie właśnie refleksja, że gdyby nie Ida, to już w ogóle byśmy świąt nie obchodzili. Na szczęście jest ta mała księżniczka, dla której święta to magia i tajemnica, a przede wszystkim polowanie na czekoladowe jajka, czego nie może się doczekać :).

Upiekłam sernik, mazurek z przepisu Magdy Gessler, od znajomej cukierniczki kupiłam makowiec, ale już widzę, że twardy jej wyszedł, ale nic to, się zje, się zamrozi w kawałeczkach i do herbaty będzie potem jak znalazł. Zwłaszcza, że ten makowiec to bynajmniej nie chudzina, tylko kawał bagiety.

Dygresja.
Wysłałam wczoraj młodego po makowiec, bo raz, że to drugi koniec Bazylei, dwa, że on ma wolne, a trzy, w sumie czemuż bym ja nie miała tak na przykład siąść i odpocząć. Nieszczęśliwy, bo to 40 minut w jedną stronę, wziął do towarzystwa tatusia, pojechali.
Chleba miałam wczoraj resztkę, no ale Wielki Piątek, nie ma się co objadać, a dzisiaj rano kupiłam świeży.
Tymczasem wczoraj wieczór, młody spytał, czy mógłby sobie zrobić kanapkę z tej bagietki, co to ją przyniósł. Biedne dziecko, makowca w życiu nie widziało.
Koniec dygresji.

Zatem mazurek, sernik i makowiec są. Miałam wolne białka, więc ususzyłam bezę, ale ona może poleżeć i właśnie testuję, jak długo, bo szykować czwarte ciasto na dwa dni świąt i na trzy odchudzające się osoby, to może jednak trochę dużo. Królowa sałatek jest, śledziki pycha, ryba po grecku obowiązkowo. Rano zrobię jajka faszerowane i twarożek zawijany w szynkę, i tyle. A, młody zrobi sałatkę gyros, a na specjalne życzenie Idy kupiłam też kabanosy. Można świętować.

I tak, święta to dla mnie głównie odświętne jedzenie, no bo niby co innego. Siedzimy na miejscu, z nikim się nie spotkamy, no to czym mogą być takie święta. Pogram z młodą w planszówki, małżonek ma plan odpocząć i przeczytać książkę, zabiegany na co dzień, no niech odpocznie biedactwo, młody w swoim świecie. I zleci. Przestałam się bawić w animatorkę i na siłę ciągnąć wszystkich za sobą. Kto chce, ten pójdzie. Jeśli pogoda jutro pozwoli, przejdziemy się z Idą na spacer. Poniedziałek będzie dyngusowy i chłodny, więc pewnie zostaniemy w domu. Na wieczory kupiłam sobie książkę Marzeny Rogalskiej na kindla, będzie pod serniczek.

Nie jesteśmy pobożni, nie przeżywamy świąt w wymiarze religijnym. Dla nas to po prostu weekend z odświętnym żarciem. No, i podłoga czysta, małżonek umył na tę okoliczność.

A następnych świąt życzę sobie w Polsce, o.

Home office

Przyjemny jest. Wysłałam mejle, wysłałam korektę przewodnika, zrobiłam z siebie idiotkę i oto mam chwilę, żeby napić się z Wami herbaty.

Za oknem piękne słońce i czyste niebo, ale niech Was ten opis nie zwiedzie, jest plus cztery i mrozi człowieka na samą myśl o wyjściu. Rano gdy odprowadzałam Idę do przedszkola, było jeszcze koło zera. Niemniej z każdym dniem obiecują więcej ciepła, a w poniedziałek ma nawet pęknąć 20 stopni. Zobaczymy.

Posłuszne młodsze dziecko, gdy tylko matka dostała pracę, przestało chorować. Katarki i gorączki zakończyły się uroczystym rzygankiem w Sylwestra i odtąd – nic! Aż dotąd. Na szczęście póki co nie rzyganko, ale z nosa jej cieknie i kaszel się pojawił. Tyle dobrego, że co tydzień mają w przedszkolu badania przesiewowe, więc jakby coś było, to byśmy wiedzieli.

…dwa tygodnie później…

Nie było weny ostatnio, przepraszam. Przesilenie mnie dopadło wiosenne, do tego puls mi skacze ponad setkę, co nie jest przyjemne, acz lekarka jakże rodzinna twierdzi, że serce zdrowe. Jutro ma dzwonić z wynikami tarczycy jeszcze, ale pewnie wyjdzie na to, że symuluję. Ostatnio tak symulowałam, że przez dobę byłam nie do życia.

Oprócz pulsu ciśnienie mi podniósł ojczysty komornik, który przysłał pismo. Najpierw przez dobę siedzisz i panikujesz, co to za pismo, a potem się okazuje, że to tylko co prawda wezwanie, ale do udzielenia odpowiedzi. Tak tak, historia sprzed dwóch lat zdaje się nie mieć końca, tym razem żądają informacji, czy zmarły nie miał przypadkiem jakiegoś majątku, o którym nie poinformowano wcześniej. No, moja córka, urodzona trzy lata po śmierci zmarłego, ma na ten temat najwięcej do powiedzenia, że też tu nie ma pola do logiki tylko przepisy. Jest na liście spadkobierców? Jest. No to wysyłamy. Młoda już zaczyna pisać, może niech im sama odpowie.

Poza tym co. Kolejne święta idą, już trzecie tutaj. Co to za święta, sami we czworo. I tak siedzimy razem wszyscy na kupie. W ramach atrakcji zapisałam siebie i Idę na listę chętnych do poświęcenia pokarmów. Albowiem w naszej misyjnej katolickiej parafii w kościele może być max. 50 osób, w tym max 2 z rodziny, no to akurat, młoda się ucieszy i zawsze to jakiś świąteczny akcent będzie.

Apdejcik pogodowy: w tym tygodniu nawet +24, a ja dalej nie schudłam i mi w jeansach gorąco. Ale i nie przytyłam, używajmy języka korzyści, czy jak to się tam nazywa. Na święta już tylko 14 i w Dyngusa tradycyjnie poleje. Ale to nie szkodzi, i tak będziemy siedzieć w domu i robić nic, może jakiś spacer tylko.

A propos korzyści, to dzieci mają ferie, a ja mam tę korzyść, że młody właśnie jest z siostrą na kung fu, umył wszystkie okna na święta, jeszcze ogarnie szafki w kuchni. Żeby nie było, ja umyłam kuchnię, łazienkę i regał z książkami, oraz na mojej głowie jest gotowanie i wspólnie z młodym zakupy. Tatuś ogarnie swoją łazienkę i podłogi, jako że wymieniliśmy ostatnio odkurzacz na bezprzewodowy, wisi sobie w schowku i mamo, patrz! on ma światełka i dobrze widać, gdzie jeszcze trzeba odkurzyć! Odkurzacz sobie wisi, żeby nie było, że czekam, aż mąż skruszeje czy coś.

No dobrze, wrócili z kung fu, hałasują, gadają i przeszkadzają. W takich warunkach się nie da pracować!

Uroczyście

rozpoczynam weekend. Wodą z cytrynką. Lekarka kazała mi pić, bo chrapię, bo mam wąskie te takie kanały w nosie i sucho mam w nosie (i w ogóle mam w nosie), więc mam pić. Nie sprecyzowała, co, więc tak na zmianę urozmaicam dietę, raz wino, raz woda z cytryną. A czasem i naraz.

Wiosna idzie, więc posiałam różnych rzeczy. Omiotłam wzrokiem jakiś nagłówek na wyborczej, że już można wysiewać sałaty i pomidorki, i dwa razy nie trzeba mi było powtarzać, grzeją się u młodej na parapecie (bo tylko ona i młody mają parapet, ale jakoś nie widzę u tego drugiego miejsca na parapecie na cokolwiek. Notatki leżą). Zatem wysiałam i czekam, co mi wyrośnie, może bób, tak jak rok temu, z dwóch długich skrzynek balkonowych ledwie miseczka bobu. Zadatki na plantatorkę mam, hm, niewielkie.

Jako że poszłam do pracy i zaczęłam zarabiać wstrząsające pieniądze, zaczęłam również inwestować w siebie. A co! Kupiłam sobie otóż tusz, nie taki, jak zawsze, ale dwa razy droższy, ale nic to, że dwa razy droższy, bo wciąż nie jest to połowa mojej mizernej pensji, ale on ma być taki och i ach. Jutro wam powiem, bo na noc nie będę się przecież malować. Ale a propos dworca, jak to mawiają starożytni Indianie, jako że poszłam do pracy, mąż zgłosił w swojej pracy, że małżonka pracuje, więc podpadamy pod inne widełki podatkowe, więc należy nam odrąbać większą zaliczkę na poczet podatku. Ot, zaliczkę w wysokości mojej miesięcznej pensji :):):). Dowcip roku ta moja pensja, ale cóż. Ze stoickim spokojem traktujemy ją jako inwestycję w moje CV i tyle. A w ogóle to nieprawda, że cała moja pensja idzie na zaliczkę, nie cała. Zostaje nam na dwa rodzinne wyjścia do maca, a to już jest coś.

Młody skończył osiemnaście lat, młoda skończyła sześć. Jak ten czas leci. On składa wniosek o egzamin teoretyczny na prawo jazdy, ona też składa, litery i coraz sprawniej jej to idzie.

Mamy nową rodzinną tradycję, otóż codziennie przed kolacją oglądamy Kuchenne Rewolucje. Wyrywkowo, odcinki jaki się trafi. Gdy młody był bardzo młody, na fali była Superniania (ale ten chłopiec jest niegrzeczny! a ja jestem grzeczny, prawda mamo?), teraz rządzi Magda Gessler. Na fali rewolucji młoda sieka sałatki i wydaje przyjęcia, na których obecność obowiązkowa i tak samo obowiązkowo należy wypijać podejrzane w składzie lemoniady. Ale ma frajdę i to się liczy, ma również frajdę, gdy następnego dnia myje fronty szafek, zapaćkane składnikami jej potraw. Win win.

Męża ostatnio rozczarowałam. Otóż on sportowiec (czytaj: mający dużo sportowych ubrań i akcesoriów, no dobra, jestem niesprawiedliwa, biega, niech mu tam będzie), zatem sportowiec mój rodzinny siadł któregoś wieczora na dywanie, żeby się porozciągać. Siadł i tak został, zmartwiony. Ożywił się, gdy weszłam do pokoju, i spytał, czy potrafię siedząc z wyprostowanymi nogami dotknąć stóp dłońmi. Siadłam, złapałam się za stopy, wzruszyłam ramionami, wstałam. Mąż tylko wydał z siebie jedną sylabę, tę, którą ludzie z Podlasia wydają z siebie, gdy widzą samolot (łooooo) (sorry za żart, bez urazy) i zaczął snuć domysły.
A bo ty chodziłaś na jogę (w 2011) i na pilates (ostatnio w listopadzie), to jesteś rozciągnięta.
Młody słusznie zauważył, że tatuś nawet jak buty zakłada, to na siedząco i z metrową łyżką do butów, jak starszy pan, to jak ma być rozciągnięty. A ja aktualnie jedyne rozciąganie, jakie trenuję, to mycie włosów nad wanną, nad którą pochylam się tak, że głową dotykam dna :-). To jedyne, co mi przychodzi na myśl, może jeszcze te wszystkie domowe czynności, które robią się same, a które wymagają jakiegoś ruchu, schylania się, sięgania na najwyższą półkę itp.
Natomiast młody zagadnięty, czy potrafi się złapać za stopy na siedząco, siadł, pochylił się do przodu, położył sobie dłonie na podeszwach, wstał, otrzepał się i poszedł. No i tutaj i mamusia powiedziała to, co mieszkańcy Podlasia na widok samolotu. Szacuneczek.

I tak to leci, proszę Państwa. W pracuni mnie chwalą niezmiennie, aż sobie policzyłam, jak szybko mija mi czas i że szkoda będzie się rozstawać, bo towarzystwo naprawdę jest fajne, i gdyby tylko nie te dwa zestawy maca (dla całej rodziny, żeby nie było!!) w miesiącu, to niczego bym nie zmieniała. I nie, nie mam ambicji być kierowniczką menadżerką szefową i ho ho, co jeszcze moja Kasia pokaże. Otóż nie, mamusiu. Uwielbiam chodzić do pracy i tak samo uwielbiam z niej wychodzić, mając świadomość, że nie przeprowadzam operacji na otwartym sercu i że zawalenie przeze mnie roboty spowoduje co najwyżej, że ktoś dostanie dokumenty dzień później. Kasia niczego nikomu nie zamierza udowadniać, jedynie zarabiać przyzwoite pieniądze i spokojnie sobie za nie żyć.

A propos żyć, pierwszy raz kupiłam sobie trzewiki z wyprzedaży. Co ma piernik do trzewików, zapytacie. Otóż mam takie specyficzne podejście do siebie, że nie będę inwestowała w ubrania/buty na za pół roku, bo nie wiadomo, czy dożyję i się zmarnuje. Tadam, kto mnie przebije? 🙂 Zatem – dzięki pracuni śmiało patrzę w przyszłość i pokładam pewną nadzieję, że trzewiki się zamortyzują w kolejnych sezonach. Odważne!

A teraz Państwa zostawię z piątkowym wieczorem, odpalając na Netfliksie Giny i Georgia. Polecam, Magda Gessler.

Handpan

Znacie? No to posłuchajcie. Wrzućcie hasło na youtube i… odpocznijcie. Pierwszy raz spotkałam się z tym w Mediolanie, siedział gość na deptaku i tak lekko, od niechcenia uderzał dłońmi w odwróconą do góry nogami patelnię – a przynajmniej tak to na pierwszy rzut oka wyglądało. Stałam, stałam, gość skończył grać, więc zaczęliśmy rozmawiać, a on mówi: spróbuj! No nijak mi to nie wychodziło tak, jak jemu. Moje uderzenia wywoływały co najwyżej tępe dźwięki mało przyjemne dla ucha, zostawiłam więc człowiekowi jego instrument i poprzestaję na youtube albo spotify. Takie miłe plumkanie w tle, w sam raz przed snem.

Poszłam ja sobie ostatnio do lekarza. Podniosłam franszyzę, żeby porobić wszystkie mniej lub bardziej niezbędne badania, i ruszyłam do rodzinnej. Na pierwszy ogień poszło chrapanie. Nie, żeby mnie to przeszkadzało, ale mąż twierdzi, że go budzę (lata całe mnie budził swoim chrapaniem, i dobrze było!! A zemścić to się nie da!). Rodzinna wysłała do hno, hals-nase-ohren, pani laryngolog natomiast zbadała, obejrzała i stwierdziła ogólnie rzecz ujmując, że nic mi nie jest. Owszem, te wszystkie kanały w nosie mam (w nosie) wąskie i suche. Kazała pić dużo (nie mówiła, czego), do nosa dała steryd i wodę morską. Kazała zrobić rentgen głowy, bo nie widziała przez kości oraz oświadczyła, że mogłaby mi chirurgicznie poszerzyć te kanały, ale nie ma gwarancji, że to pomoże, bo tak naprawdę nie widać przyczyny. No, schudnąć bym mogła, to może pomóc, ale nie musi, ale może. Każdy lekarz na absolutnie każde schorzenie zaleca schudnięcie. Tak jakby chudzi nie chorowali. No ale dobrze, wzięłam sobie do serca i troszkę chudnę, zaraz po raz trzeci w ciągu roku zrzucę te same cztery kilogramy. A potem przyjdzie Wielkanoc i zacznę po raz czwarty…;)

Wiosna przyszła, aktualnie przechodzi halny, więc ciepło, pada i przestawia krzesła na balkonie. Po lutowych upałach wróciła wiosna z zimowymi porannymi przymrozkami.

…i tak mi to plumkanie weszło, do spółki z lampką wina, przepijaną wodą z cytrynką, że chyba się oddalę na z góry upatrzoną pozycję. Jutro dokończę 🙂

Happy end doktorkowi!

Obejrzał fafnaście mieszkań, dostał cztery akcepty (znaczy, cztery firmy go chcą jako potencjalnego najemcę). Jeeeeees! I już po dziesiątym mieszkaniu zmienił nastawienie, że ojej a tu jest balkon tuż obok i co jak mi sąsiad będzie palił na balkonie i ten dym będę miał w mieszkaniu? Albo no fajne, fajne to mieszkanie, ale na parterze, a pod spodem jest rowerownia, to ono będzie zimne bo żaden sąsiad nie będzie mnie dogrzewał. I tak dalej, i tak dalej… Ale, jak już wspomniano na wstępie, pomimo tych przeszkód niemalże nie do przeskoczenia, doktorek zamieszka. Gdy skomentowałam w biurze, że będzie bardzo cicho i nudno, jak on się już wprowadzi i zamieszka, to dziewczyny zaraz powiedziały aha, ty poczekaj, aż on spisze całą Mängellistę! (Mängellista to lista szkód w mieszkaniu, które należy zgłosić do 14 dni po wprowadzeniu się do nowego lokalu. Niektórzy piszą „rysy na podłodze”, a inni wymieniają kolejno każdą ryskę, opisując jej długość, głębokość i położenie względem równika, załączając oczywiście niezbędne zdjęcia. A potem ja wklejam te zdjęcia do Worda jako Bardzo Ważny Załącznik do Umowy). No, to już nam została tylko ta Mängellista i z głowy.

Ale co tam doktorek, do nas wiosna przyszła! Przygrzało nam ponad 20 stopni, słuchajcie, tydzień temu szliśmy z młodym na zakupy w krótkich rękawach! W lutym. Zima w Bazylei powiedziała swe ostatnie słowo kilka tygodni temu i mimo, że na horyzoncie nie widać, żeby znów pękło 20 stopni, to jednak ma się już ku wiośnie. Cieszę się, wiosny ostatnio są krótkie, błyskawicznie przeskakują w upalne lato, a ja bym chciała kwiatki na balkonie posadzić, herbatę wypić, książkę poczytać. I żeby to nie było o 22, jak wreszcie upał zelżeje. Bo nie łudzę się, że w tym roku będą padać kolejne rekordy temperatur. Niestety. Wykańczamy Matkę Ziemię, ale ona chyba wykończy nas pierwsza. A nawet na pewno. Od dawna twierdzę, że pandemia to reakcja Ziemi na przeludnienie.

Pamiętacie historię z zamienionymi licznikami na prąd, dzięki czemu my płaciliśmy rachunki sąsiadów, a oni nasze? Przez cztery lata? My, zużywając oczywiście dużo więcej prądu niż oni, prawda. Dostaliśmy fakturę, nakryliśmy się nogami, rozłożyli na raty, dajemy radę. Na koniec miesiąca zejdzie ostatnia. Tymczasem dostaliśmy ponaglenie do zapłaty. Za okres, który pokryła faktura niezależna od tamtego gigantycznego rachunku. Oczywiście oprócz tych ratalnych, płacimy też normalnie bieżące faktury, choć z bólem serca i z drżeniem rąk przed kliknięciem przelej.

Nooooi w ubiegłym tygodniu przynosi listonosz ponaglenie do zapłaty. Kwota nie pasuje mi do niczego, poza tym, dlaczego ponaglenie?
– A bo oni to przysłali już w styczniu, ale powiedziałem, że nie będę płacił! Już jedną fakturę im spłacam w ratach! Niech się ogarną! Sami nie wiedzą, za co im mamy zapłacić! Ja tam dzisiaj zadzwoniłem, to mi powiedziała, że jakaś zmiana taryfy! Oszaleli, jakiej taryfy? Powiedziałem, że już jedno spłacam i nie wyjmę tysiąca na kolejną fakturę! Żeby chociaż na raty rozłożyła!

Wspomnicie moje słowa, on padnie na zawał albo wylew. No albo ja go zatłukę, bo kto normalny nie reaguje w żaden sposób na fakturę do zapłaty? Przez dwa miesiące? BO NIE?

Wyciągnęłam wszystkie faktury, opisałam, napisałam, zapytałam. Zobaczymy, co odpowiedzą. Jak każą płacić, bo znowu czegoś nie doliczyli, to niech rozłożą na raty, do wakacji akurat się wyrobimy. A jak nie każą płacić, to tym milej, ale to jednak trzeba wyjaśnić, a nie się wściekać i chować głowę w piasek.

Straszny się pieniacz robi z wiekiem ten mój stary i jest jeszcze bardziej nie do wytrzymania, o ile to oczywiście możliwe. Wszystko jest złe i beznadziejne, każde spięcie w pracy momentalnie jest odnoszone do A BO JAK PRACOWAŁEM W RADIU, to tam to było! (i tu wstaw dowolne: prezes był katechetą i miał w szkole słabe stopnie i się wszyscy dziwili, jakim cudem on został prezesem, zarząd robił machlojki, zarząd składał się z idiotów itp).

Ahhhh, apdejcik, jak się waćpan zalogował do systemu tego od prądu, to się wszystko wyjaśniło, to znaczy prądownia w dalszym ciągu dała dupy, ale przynajmniej już wiem, dlaczego. Na tej pierwszej dużej fakturce zapomnieli doliczyć podwyżki prądu za półtora roku…

I tylko gdy powiedziałam, żeby mi mówił o takich drobiazgach, jak nie zapłacona faktura za prąd (o której się dowiedziałam po dwóch miesiącach, dopiero, gdy przyszło ponaglenie), to się oburzył, że wtedy nie miał głowy bo negocjował rozłożenie tej pierwszej na raty (nieprawda, rozłożenie było negocjowane w listopadzie, a nowa faktura przyszła w styczniu, daty na fakturach nie kłamią) i on myślał, że to to, tylko oni się pomylili, więc postanowił nie płacić, i jak jestem taka mądra to mogę przejąć wszystkie rozliczenia, skoro wiem lepiej (co poradzę, taka karma), na co ja mówię, że pretensje mam tylko o to, że mi nie powiedział, że przyszła faktura, a on jej po prostu postanowił nie płacić, na co on mi powiedział, że mogłam sobie w e-banku sama sprawdzić, że wstrzymał płatność faktury, na co ja odparłam, że ja pierdolę, z tobą się nie da wytrzymać.

Taki to wieczór.

O takich drobiazgach, jak fakt, że moje godziny pracy nie raczą się dopasować do planowanych godzin jego biegania, już nawet nie wspomnę. Będziesz na 13:15? A nie możesz być na 13:00? No to najwyżej się Idę zostawi na ten kwadrans na placu zabaw. Aha.

A tak w ogóle, to chciałam Was prosić o pomoc Dorocie, która potrzebuje podnośnika dla Agi. Inaczej kompletnie rozwali kręgosłup i to dopiero będzie problem, a nie jakaś tam faktura za prąd. Kliknijcie tutaj, proszę, i pomóżcie, jeśli możecie. Dzięki.

Wieczorową porą

A ten doktor to jeszcze na drugi dzień narzekał, że on musiał z punktu A jechać do punktu B, po to, żeby trzecie mieszkanie obejrzeć 50 metrów od punktu A, cóż za niedopatrzenie i błąd organizacyjny, doprawdy. Niewybaczalne.
Wybaczalne by było, gdyby przejechał te kilkaset kilometrów z Niemiec, żeby obejrzeć dwa mieszkania, a nie cztery, zapewne. Maruda marudny. Ja na jego miejscu bym się cieszyła z cudu ogarnięcia czterech w sumie adresów dzień przed przyjazdem, no ale ja nie mam dr przed nazwiskiem, on nawet jak dzwoni, to się przedstawia, że doktor Kowalski, widać czegoś mu brak.

Dni mijają mi szybko i jakoś niepostrzeżenie. Wpadłam w rytm praca – dom i tak sobie w nim trwam dość wygodnie. Home office mi ni chusteczki nie wychodzi, to znaczy wychodziłby on przypuszczalnie, gdyby nie to, że pracuję w salonie, otwartym na kuchnię. Małżonek wypełza z pieczary (szczęściarz, pierwszy zaczął home office i zajął najlepszą miejscówkę), zrobi sobie kawkę, zabrzęczy młynkiem, opowie, czymże go tym razem zdenerwował któryś Hindus i że dziesięciu ich takich to robi robotę może dwóch w Europie (i nie, że uprzedzenia rasowe, czy coś, jak mi z mordem w oczach wybiega z pokoju krzycząc kurwaaaaa znowu zamknął ticket, chociaż nic z nim nie zrobił!!, to ja go rozumiem, bo takie zachowanie nie ma pochodzenia ani koloru skóry, jedynie mentalność). Mimo, że gorąco współczuję małżonkowi współpracowników, rozwala mi on moją pracę, skupienie i zabiera chwilę bezcennej ciszy. I nie, nie pójdę do Idy do pokoju (niziutkie biurko) ani do Piotrka (ferie zaczął)i chyba serio będę przez najbliższe dwa tygodnie zostawać w biurze, a ten świeżo pełnoletni niech się nauczy ogarniać codzienność.

Już go unieszczęśliwiłam komunikatem pt. godzina z siostrą na dworze, co doprawdy dobrze zrobi obojgu, i na ciało, i na ducha, i na więzi, i w ogóle. Będę pilnie obserwować, ale założę się, że nie zauważę żadnych uszczerbków na zdrowiu młodego. No, może tylko będzie więcej warczał na matkę, ale z biura to nawet nie dosłyszę.

Kupiłam ostatnio chyba środek Jeżycjady (18-22) i czytam. Czytam to chwilami za dużo powiedziane, bardziej kartkuję, żeby poznać dalsze losy bohaterów. Bo nie ukrywajmy, najlepsze są te pierwsze historie, dokładnie tak jak u Chmielewskiej.

No dobrze my tu gadu gadu, a tu za 6,5 h bezlitośnie zadzwoni budzik. Pora spać.

Dobranoc, kochani.

O sukcesie

Najpierw wstałam rano i poszłam do pracy. Miałam w planach intensywną pracę, ale nie wyszło, więc się poobijałam. Wysłałam kartki urodzinowe do klientów, odkurzyłam biuro, odkamieniłam sitko w baterii kuchennej, bo woda chlapała na boki. Same strategiczne dla funkcjonowania firmy czynności. Natomiast po dwunastej, gdy moje myśli i nogi powoli szykowały się do fajrantu (czyli zmiany lokalu w celu symulacji home office), wybuchło czternaście pożarów, wszystkie na wczoraj i wszystkie super pilne. No dobrze, pojechałam gaśnicą, ugasiłam.

Następnie odniosłam zawodowy sukces. Nie było w tym zbyt wiele mojej zasługi, ale sukces w całości mój. Otóż jedna z konsultantek od przeprowadzek poprosiła o beznadziejną w sumie sprawę, a mianowicie o umówienie z dnia na dzień oględzin czterech (trupów) mieszkań do wynajęcia. Takie coś jest generalnie mało prawdopodobne, a już na pewno nie w trakcie covidu (do tej pory był jeden termin na obejrzenie mieszkania i wchodziło piętnaście par chętnych na wynajem hurtem, o tej samej porze. Teraz harmonogram, dystans i maseczki). Klient przyjeżdża z Niemiec na weekend specjalnie po to, żeby obejrzeć mieszkania, więc coś zrób. Na dodatek konsultantka od poniedziałku idzie na urlop, a piątki ma generalnie wolne, więc zrób tym bardziej.

Pierwszy kontakt – i najłatwiejszy – okazał się być Polką, od której jesienią kupowałam Idzie książkę o astronomii i sobie jakieś czytadła. Mieszka przecznicę od mojego biura i na odbiór książek umawiałam się z nią w dniu kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej, żeby nie jeździć dwa razy. To było proste, bo laska wykazała elastyczność i pomimo przeprowadzki w trakcie i nie posprzątanego mieszkania, zgodziła się je udostępnić, i to w sobotę.
Kolejne dwa mieszkania – agencje przekazały mi numery do mieszkających tam ludzi. Jedna od razu dała mi termin, druga najpierw mnie opieprzyła, że dzwonię, a ona tu pracuje, i żebym wysłała smsa (wysłałam, ale nie odpowiadała, więc zadzwoniłam… no co, zależało mi…), potem wysłała mnie na drzewo, ale dzień później dała cynk, że zwolnił się termin i czy chcę. Chcę!

Zostało ostatnie mieszkanie, też oczywiście przez agencję. Agent ma telefon przekierowany na skrzynkę i oddzwania, kiedy ma czas. No, fajnie. Oddzwonił na szczęście po godzinie, że jak będzie w biurze, to sprawdzi, bo teraz nie jest i nie może, ale żebym wysłała mejla, to on mi potem odpisze. O naiwności ludzka, która uwierzyłaś, że jak powiedział, że odpisze, to odpisze! Niemal palec złamałam (nie, żeby środkowy) od naciskania F5, odświeżam, i nic! Nic nie przysłał. Nagle dzisiaj po południu, gdy już pogodziłyśmy się z konsultantką z faktem, że gość przejedzie paręset kilometrów obejrzeć tylko dwa mieszkania, bo więcej nie dałyśmy rady (śmy, jasne) załatwić – oddzwania! Że pojawił się termin, i że jutro albo za tydzień… – Jutro – krzyczę! – między 11 a 13. No i pięknie, bo klient ma umówione dwa mieszkania, o 11 i o 13, dwunasta jest wolna, biorę! Zaklepałam. I trudno, że gość pojedzie z punktu A 20 minut tramwajem do punktu B, by potem wrócić niemal idealnie w punkt A. Podróże kształcą, niech się cieszy, że w ogóle ma co oglądać.
Tyle, że… nie zapisałam nazwiska lokatora tego ostatniego mieszkania. Rozmawiałam z agentem na ulicy, było głośno, Ida obok skakała potrząsając moją ręką, ja w euforii, że w ogóle się udało, ucieszona jak głupia, się rozłączyłam. A wiecie, jak już klient stanie przed blokiem na ten przykład czteropiętrowym, to co ma zrobić? dzwonić po kolei domofonem do każdego mieszkania? No nie bałdzo.
Agentowi znowu włączała się skrzynka.

Dobiłam się do niego już po godzinie, cud, piątek po południu, ufff. Zdobyłam nazwisko, przeliterowałam, poprawił mnie tylko dwa razy, spoko. A w razie czego niech do mnie dzwoni, ja tam cały czas będę, rzekł beztrosko. – Ale ja nie mam pana numeru telefonu…! – jęknęłam. – No, to już pani mówię, 079, coś tam coś tam, 51 52. Znów byłam na ulicy, hałas, deszcz i siatka z zakupami. Na dodatek ten idiotyczny niemiecki sposób pisania liczb (dwa i pięćdziesiąt; Ida kiedyś oznajmiła, że ona tak nie będzie mówiła. Ona będzie mówiła NORMALNIE). No, ale cieszmy się, że chociaż tyle wyłapałam. Potem mnie w ogóle olśniło, że on ma przekierowanie ze stacjonarnego na komórkę i zgłasza się sekretarka komórki i już mi parę razy mówiło to einundfünfzig, zweiundfünfzig, wystarczy środek wyłapać i będę miała numer. Jeszcze tylko nie wiem, jak się nazywa, ale to już doprawdy szczegół.

No, to sami widzicie, zasługa moja w sumie żadna, że jeden oddzwonił, a druga przysłała esemesa, ale sukces sobie mogę przypisać śmiało. Załatwione.

Popołudniowy home office, przetykany rozmowami z nieznajomym, spędziłam w sumie z Idą, na zakupach i w kuchni. Najpierw obiad, makaron z łososiem, który był trocią (mówiłam, że ma być Lachs. Zobaczył Lachsforelle, przeczytał początek i wrzucił do koszyka. No nie zgadniecie kto). Następnie zakupy tu blisko, pół godzinki. Chwilę popracowałam, ale potem rozdzwonił się ten stalker z agencji, może on i się przedstawia, ale cholera go wie, co on tam mówi. No i się zeszło, jak mawiała moja kumpela z liroja. Nic to, wstanę jutro rano i odrobię (ha ha ha). A tak po prawdzie to jestem w miarę do przodu z robotą, tfu odpukać. Piszę otóż przewodnik po Zurychu, taki dla ekspatów świeżych i zielonych, co to nie wiedzą, dokąd pójść i jak się ruszyć. Praca twórczo-odtwórczo-tłumaczeniowa, nieszczególnie wymagająca intelektualnie, można sobie przy niej podśpiewywać to domisie to domisie śmieszne stworki śmieszne pysie i w ogóle to człowiekowi nie odrywa głowy od pracy i wcale melodia nie leci w głowie, jak się próbuje zasnąć. Nie dziękujcie.

Wieczorem machnęłam jeszcze rosół na specjalne zamówienie jednej dziewczynki, pulpety, mielone na spaghetti (wszystko do zamrażalnika), kotlety na jutrzejsze burgery, sprzątnęłam lodówkę, wstawiłam zmywarkę, wstawiłam pralkę, wstawiłam dziewczynkę do kąpieli (mamo, a poczytasz mi o krzyżowaniu Jezusa?), oparzyłam sobie lewego fucka i prawego wskazującego, popatrzyłam, jak Lewy nie strzelił karnego i wieczór zleciał. Teraz oddalę się w celu opróżnienia suszarki i pójdę zobaczyć, czy mnie nie ma w łóżku.

I taki to był piątek, psze państwa.

Bez zmian

Bo wiecie, to nie jest tak, że skoro poszłam do pracy, to od razu nie wiadomo jak mi się tutaj podoba i życie stało się piękniejsze, wszystko rzyga tęczą, a mój mąż nagle zaczął współogarniać dom. Nie, to tak nie działa, moi drodzy. Emigracja dalej jest dla mnie beznadziejna, po prostu mam mniej czasu, żeby o tym myśleć.

Jako, że wzięłam sobie do serca te najważniejsze w życiu słowa męża, oraz jako, że to sobie obiecałam, jako pierwszy krok, gdy tylko pójdę do pracy, niniejszym wcielam w życie. Oglądam oferty trzeciego filaru emerytalnego i zaczynam płacić składki. Miło, że do pewnej kwoty można je sobie odliczyć od dochodu brutto, zawsze jakieś otarcie łez.

Mąż był bardzo zdziwiony i zaczął niby to nie protestować, ale sugerować, że w sumie to on rozumie, bo on pracuje, a ja mam te 6,5 roku przerwy, ALE (mózg pamięta wszystko PO ale, to, co PRZED – wycina. Amerykańscy naukowcy powiedzieli). Ale on nie odkładał tylko wkładał wszystko na życie (kapelusze, zegarki, markowe, drogie i nie zawsze potrzebne kolejne ubrania, buty, koniaczki, cygara…), znaczy, na jedzenie i spożywkę, chciałam powiedzieć.
Odparłam, że ja mam owszem 6,5 roku przerwy, a on przez ten czas ma składki z 1. i 2. filaru i to umówmy się, nie od najniższej krajowej. Po drugie, dostał od poprzedniego pracodawcy na odchodne okrągłą sumkę zamrożoną na emeryturę właśnie, a po trzecie, to jak ty sama o siebie nie zadbasz, to nikt o ciebie nie zadba. No, to zadbam. Coraz bardziej lubię to zdanie, wiecie? Taka broń obosieczna, pięknie naostrzona.

W pracy powolutku. Dzisiaj rano przecknęłam się po szóstej, jak młody kręcił się po kuchni. Przypomniałam sobie, że miałam wysłać szefowej faktury, nic się nie stanie, jeśli zrobię to nawet w poniedziałek, ale kto by tam usypiał jeszcze na godzinę, prawda. Lepiej poleżeć i się podenerwować. Albo wstać i o jakiejś chorej godzinie zacząć dzień. Przeszliśmy na home office i niespodziewanie podoba mi się to. Jako, że w przeciwieństwie do co poniektórych pracujących od ponad roku w domu, w pakiecie z podwójnym chromosomem X dostałam tryb wielozadaniowości, tak ceniony w dzisiejszych czasach na rynku pracy, zatem, do brzegu, zanim ta dygresja poniesie mnie wartkim nurtem do oceanu, ZATEM oprócz tego, że pracuję zdalnie, w salonie, w akompaniamencie piosenki to domisie to domisie śmieszne stworki śmieszne pysie, w międzyczasie puszczam odkurzacz, wstawiam rosół, a przechodząc do kuchni zgarniam brudne kubki ze stołu. Czarna magia podobnież.

Jako że młody ma w niedzielę 18. urodziny, zapytałam, co też wyjątkowego mu ugotować na obiad (bo świętowanie załatwił nam covid, prawda). Młody pomyślał, pomyślał, i orzekł, że zjadłby… ryżu z jajkiem sadzonym. Wypas, w sam raz na uroczysty obiad ku czci :D. Po chwili jednak dorzucił, że burgery na kolację byłyby super, całe szczęście. Tort zamówiony, jutro odbieram. Prezenty zapakowane. Ida zaaferowana chciała bratu zapakować w prezencie swoje memory, które brat przywiózł jej z Londynu, ale wybiłam z głowy ;). Pozostaje tylko – świętować.

A, co jeszcze? Uprałam dziecku czapeczkę, z merynosa, i teraz dziecko czeka na czapeczkę, która już zamówiona jedzie ze sklepu. A uprana czapeczka jest w sam raz na lalkę.
40 stopni, no kto by pomyślał!

Ale jazda!

Była. Posadzili mnie albowiem w pracy za kółkiem. Pokazali, co i jak, bo to automat, rany boskie, a teraz jedź w miasto. Zrób klientom na kwarantannie zakupy, odbierz klucze, zostaw zakupy, zawieź klucze do firmy, która odbierze klientów z lotniska, po drodze odbierz pocztę z trzech mieszkań klientów, ta, jasne. W kraju, gdzie miejsca parkingowe istnieją tylko teoretycznie. Na szczęście dałam radę, przy wsparciu odchodzącej asystentki, która robiła mi za pilota.

Nowa praca ma potencjał, bym powiedziała. Z powodu covidu jest niestety mało klientów, więc nuda i zief, a jedynym trudnym do opanowania programem jest Excel, gdzie nawet nie mają formuły wyliczenia podatku z kwoty netto, i tym bardziej zaokrąglenia do pięciu rappenów (w CH jedno- i dwurappenówki nie istnieją). No ale dobrze, ogarniemy to. Natomiast obieg dokumentów jest jakiś obłędny i muszę go sobie chyba rozrysować na ścianie, inaczej nie da rady go ogarnąć. O 12 plikach Excela na 12 miesięcy w roku nie wspomnę, zakładek tu jeszcze nie wynaleźli najwidoczniej, a żeby było łatwiej, kolejne miesiące są nazwane słownie, np. Dezember, Juli, August, no bardzo logicznie, gratulujemy głęboko ukrytej logiki. Żeby było śmieszniej, taki porządek ustaliła księgowa ;-).

Póki co do wtorku jestem w biurze razem z odchodzącą asystentką, przejmuję wszystkie tematy, papiery i odbieranie telefonów, bleh. Nie lubię odbierać obcych numerów, zwłaszcza w obcym języku. Bleh. To chyba gorsze niż stres przed prowadzeniem samochodu.

Poza tym co. Ida w tej całej sytuacji jest najbardziej poszkodowana. Do tej pory po przedszkolu obiad i jakiś spacer, plac zabaw czy park. W domu planszówki czy inne zabawy. Oczywiście nie że codziennie i przez cały czas, ale jednak od zawsze miała mnie dla siebie na wyłączność, a tu nagle zmiana. Wiadomo, że dziecko na swój sposób się cieszy z matki sukcesu, gratulowała mi i życzyła powodzenia w nowej pracy, dopytywała, co też właściwie matka w pracy robi oraz kiedy wróci do domu, to niestety nudzi się biedna. Jurek czasem nie ma kiedy się podrapać, poza tym on też nie z tych, co by dziecku rzucił: „zbuduj wieżę dla Roszpunki z klocków lego, a potem ją namaluj farbami na papierze z rolki”, czy coś. Dziecko puszczone samopas włącza sobie bajki i tak siedzi. Pocieszam się, że młody kiblował w świetlicy od siódmej rano, ona przynajmniej jest w domu. Oraz że od sierpnia pójdzie do szkoły, będzie sama wracała do domu, więc będzie łatwiej logistycznie. W poniedziałki popołudniu ma przedszkole, we wtorki kung fu. W środy miała dodatkową gimnastykę, ale zrezygnowaliśmy, bo ja mam tylko dwa popołudnia wolne (80% etatu to złoto!!), Jurek ją odbiera w południe i potem już nie ma jak odprowadzać i po godzinie przyprowadzać. Co prawda jeszcze w grudniu nalegał, żeby przedłużyć młodej te zajęcia, ale jak mu wczoraj przypomniałam (no dobra, wytknęłam, przecież było wiadomo, że nie będzie miał czasu na odprowadzanie młodej w tę i nazad), stwierdził, że nie ma się co obrzucać błotem. No, jasne.

Póki co ogłosili przymusowy home office, ratuj się kto może, ale mam nadzieję, że mi się upiecze i że chociaż na trochę pozwolą przychodzić do biura, i tak jestem tam sama w pokoju. Tak na dwa – trzy popołudnia bym mogła przyjeżdżać, dla zdrowotności ;).

Oraz doba mi się skurczyła, wiadomo. Pobudki 6:40 weszły mi szybciutko w krew, chyba jestem na jakimś wydłużonym haju czy coś, jaram się tą pracą jak wiewiórka orzechem, i dlatego na dźwięk budzika podrywam się na baczność. Na szczęście te dwa popołudnia wolne to wspaniały wynalazek, 12:30 zabieram torebusię i idę na tramwaj, a przede mną jeszcze tyyyle dnia!

Codzienność w domu się toczy w miarę sprawnie. Małżonek wyprowadza odkurzacz na spacer, ogarnia Idę z przedszkolem. Ja gotuję, najczęściej hurtem, żeby na tygodniu mogli tylko odgrzewać, dorobić jakiś sos czy ugotować ryż, i obiad gotowy. Bardzo wygodne. Muszę wprowadzić zasadę, że mąż gotuje w jeden weekendowy dzień, żebym mogła od garów odpocząć, ale to się wprowadzi tylnymi drzwiami, podpuszczając dzieci na pizzę albo carbonarę, oraz uświadomić mu, że jest odpowiedzialny za utrzymanie powierzchni płaskich, bo niedoczekanie, żebym ja jeszcze podłogi myła. Ja pracuję, ja jestem zmęczona.

Tak tak, jeszcze nie siadłam na kanapie po pracy oświadczając, że jestem zmęczona i teraz niech się samo wszystko zrobi, no kurde nie umiem, dajcie mi po łbie. Ale owszem, jak się wraca 18:15 do domu, ma się siłę jedynie na odgrzanie sobie jedzenia i rozmowy z dziećmi.

Wpadła dzisiaj koleżanka do mnie, opowiadamy, co u nas słychać, a mąż mówi: ty wiesz, jaki jest spokój, jak żony nie ma w domu, bo jest w pracy! Wiem, myślę sobie, ona też wie. Obie doskonale znamy to święto, kiedy mąż musi absolutnie koniecznie jechać do biura i nie plącze się bez sensu po chałupie. Zamiana miejsc nastąpiła 😉

Dawid Podsiadło wita nieznajomego, pralka zaraz zapiszczy, żeby przełożyć pranie do suszarki. Na półce czeka z dziesięć książek, które sobie kupiłam, ale nie mam czasu albo siły ich czytać – ale najnowszym nabytkiem jest fragment Jeżycjady, okazyjnie po dwa franki od sztuki, i to chyba będzie odpowiednia lektura do poduszki.

No to co. Podnoszę swe szanowne cztery litery, bo pralka woła. Branoc się z Państwem.

I znowu pełni złudzeń

Pardon, nadziei.

To tak:
– W 2020 nie rozwiodłam się z mężem, ale to tylko z lenistwa i strachu.
– Schudłam 4 kilo, nawet dwa razy! Niestety, były to te same 4 kilogramy… Niemniej wreszcie znalazłam sposób (jeszcze bardziej ścięłam kalorie, trzy posiłki dziennie, dużo warzyw, żeby nie powiedzieć inaczej). Działa. Coś działa nareszcie.
– Siłownię rzuciłam z płaczem połączonym z obrzydzeniem jakoś w październiku. Dopóki miałam serial na netfliksie, to jeszcze jakoś leciało, rozgrzewka, ciężary, a potem godzina cardio z serialem. Ale w pewnym momencie serial się skończył i już nic nie było w stanie uratować tego wrażenia, że siłownia jest tak bardzo bezsensownym miejscem i stratą czasu, że wyszłam i nie wróciłam.
– Garderoba właśnie zaczyna być uzupełniana albowiem
– Rzutem na taśmę dostałam pracę łosia roku i za trzy dni zaczynam. Odliczam, żeby nie zapomnieć.
– Staram się czytać i obserwować na IG mądre i wyciszające książki i profile, ale to jest najtrudniejsza robota na świecie, poukładać sobie w głowie.

Ten rok był ogólnie beznadziejny. Zaczął się z grubej rury, największym kryzysem małżeńskim ever, a potem było już tylko gorzej. Atmosfera przez całą zimę i wiosnę była jak z horroru, wroga cisza przerywana soczystymi wymianami zdań. W najgorętszym okresie była u nas moja mama, zatrzymana przez covid nadprogramowo na trzy miesiące, co już samo w sobie zaogniało sytuację, a do tego spędziła ten czas „na wygnaniu”, czego nie omieszkała powtarzać. Słowa bolą, pamiętajcie.

Młody w szkole bez problemów, leń paskudny mógłby mieć lepsze oceny, ale sam przyznaje, że nie uczy się tego, co mu w życiu nie będzie potrzebne i trudno mu tutaj odmówić racji. Sama byłam kujonem, który musiał mieć od góry do dołu piątki, i na cholerę mi to było. Było się zająć przyjemnościami a nie wkuwaniem historii. Ma wąskie grono kolegów, wychodzi z domu rzadko, jego życie towarzyskie, również z kumplami, toczy się w sieci.

Młoda chodzi do przedszkola, spragniona kontaktu z dziećmi właśnie skakała pod sufit, gdy się dowiedziała, że to jeszcze tylko trzy dni i koniec ferii. Przestała seplenić po pierwszej wizycie u logopedy. Teraz czas na R, które jest ostatnią pojawiającą się głoską, chociaż Ida potrafiła wydobyć ten dźwięk jako dwulatka. Potem znikło, ale już czas, żeby się pojawiło trwale. I owszem, z logopedką pięknie wyćwiczyła niemiecko-francuskie rhy, ale na Boga nie obchodzi mnie, jak ona będzie mówiła po niemiecku. Po Piotrku widzę, że w ciągu najbliższych lat niemiecki wejdzie jej błyskawicznie, za to polski dramatycznie ucieknie. I o ile młody miał za sobą przynajmniej te cztery lata polskiej podstawówki, Ida takiego zaplecza mieć nie będzie. Wspieram więc jej rozwój języka ojczystego, a niemieckim niech się zajmie szkoła. Co ciekawe – Ida sama z siebie stosuje feminatywy i jest dla niej oczywiste, że gdy dorośnie, dostanie weterynarką. Komputer mi to słowo jeszcze podkreśla, ale już niedługo!

Z pozytywów, to 2020 i covid nie uderzyły nas praktycznie wcale. Mąż pracował zdalnie przez cały rok (i obydwoje żyjemy, co sobie poczytuję za sukces), więc jemu się nic nie zmieniło, ja nie pracowałam, więc nie miałam czego tracić. Nie zachorowaliśmy na covid ani nikt z naszych bliskich i znajomych nie zachorował, choroba nikogo nam nie odebrała.

Plan na 2021 będzie skromny:
– Przepracować w nowej pracy rok i znaleźć coś za sensowne pieniądze.
– Wyjechać na dwa tygodnie do Polski. Rok to długo. Ida bardzo tęskni i ja bardzo tęsknię. Nic się w tej kwestii nie zmieniło, emigracja okazała się dla mnie beznadziejnym pomysłem. I nie, dla mnie Polska to nie tylko PiS i Kaczyński. Dla mnie to rodzina, przyjaciele, język polski, gazety po polsku, pójście do kina, zrozumienie wszystkiego, co mówi pani w urzędzie bez stresu, że cię opierdoli, że nie znasz dialektu, swobodne porozumiewanie się (kto z was w dowolnym obcym języku spontanicznie powie „no przegięli wczoraj z tymi obostrzeniami”, albo „Ten Kubacki to odpalił taką petardę, że szok!”, żeby nawiązać gadkę z matkami pod przedszkolem?), a przede wszystkim to unoszące się w powietrzu poczucie, że jestem u siebie. I nikt mnie stąd nie wygoni, nie wyprosi i nie da odczuć, że jestem persona non grata.
– Czy jeśli kolejny rok z rzędu wpiszę na listę „schudnąć” to będzie jeszcze plan, czy już tylko anegdota? 🙂 Ale w sumie z pracą się udało, to co mi tam. Wpisuję, w końcu plany zapisane człowiek częściej realizuje.
– Zrobić całościowy przegląd i całą możliwą diagnostykę wszystkiego; na ten rok obniżyłam sobie franszyzę (czyli już po 300 frankach rachunków opłaty przejmie ubezpieczyciel, oczywiście za wyższą miesięczną składkę zdrowotną, ale po wydatkach rzędu 1500 CHF rocznie to się i tak opłaci, a w planach mam chociażby okulistę (300) i gina (200), resztę się dorobi (tarczyca, biodro)) i zamierzam przejść się po wszystkich lekarzach i zbadać, co tylko się da.
– Zadbać o włosy, bo suche dramatycznie. Proces już rozpoczęłam, jakieś bioekovegańskie szampony i maski są w użyciu, za kartę podarunkową świąteczną od młodego. Fajne. A na paznokcie odżywka z biotyną. I tak, wiem, że biotyna w tabletkach jest najlepsza, ale łykanie 6 tabletek codziennie przez trzy miesiące jest ponad moje siły. Nienawidzę tabletek.

Z życioumilaczy, to odkryłam, że empik za jedyne cztery dychy dostarcza przesyłki do Niemiec. Mamy adres w grenzpaket (taki punkt odbioru przesyłek z UE dla Szwajcarów), złożyłam jedno zamówienie i na pewno od czasu do czasu będę składać kolejne. Gry, audiobooki i książki dla Idy, gazety, książki i inne przyjemności dla mnie. Pudry mineralne moje ulubione też mają wysyłkę do Niemiec, szkoda, że większość firm odzieżowych nie (zwłaszcza Quiosque i Carry, cierpię, bo mają ładne wzory i dobre składy, a na wyprzedażach ceny bardziej niż przystępne). Oraz dorobiłam się własnej osobistej karty visa i już nie muszę się prosić o zakupy w internecie. Tzn nigdy mi mąż nie odmówił, ale albo nie ma czasu, albo na ten przykład może przypadkiem chciałabym zrobić jemu prezent, i co? I nici z niespodzianki! (taaaak tylko teoretyzuję :D)

Rozpisałam się, ale tak to jest przy podsumowaniach. Poza tym za chwilę nie będę już miała tyle czasu, wiadomo, więc korzystam. Zielona herbata (życioumilacz!) w ulubionym kubku (życioumilacz!) wypita, idę spłukać maskę z włosów (dbanie o siebie) i może zorganizuję jakieś śniadanko. Mam ochotę na jajecznicę na masełku (leciuteńki noworoczny kacyk)!

Aha, na 2020 kupiłam sobie piękny planner, żeby planować i realizować. Jak się potoczył ten 2020, sami wiecie. Obiecuję, że nigdy więcej tego nie zrobię.

To co, kochani, obyśmy ten 2021 przetrwali w niezmienionym składzie i w jak najlepszej formie.

Stan na dziś

jest taki, że Ida wychodzi już na prostą, mnie wzięło raz a dobrze, Piotrek dogorywa i odsypia nockę.

Zaczęło się w poniedziałek. Pogoda piękna, wypuściliśmy się do miasta na spacer i wyprzedaże. Młoda poprosiła o precla z masłem. Może sprzedawca był zarażony? Albo ktoś w tramwaju? Nie wiem. Efekt był taki, że jak po pierwszej w nocy skończyłam układać puzzle i kładłam się spać, młoda zaczęła kwękać. Ostatnio takie kwękanie skończyło się zapaleniem ucha, więc moja czujność momentalnie wzrosła. Po kilku minutach sytuacja się wyjaśniła, Idę zaatakował malowniczo i obustronnie wirus grypy żołądkowej. Wymęczył ją do siódmej rano, biedacynę.

We wtorek odsypiałyśmy. W związku z tym młoda pobalowała do północka i rano była bardzo niepocieszona, że ją matka o dziesiątej budzi. Ale halo, za kilka dni powrót do przedszkola! Nie jadła prawie nic, piła, to najważniejsze.

Środa, młoda trochę lepiej, za to mnie z godziny na godzinę jakby nie bałdzo. Ehhhh. Zmasowany atak nastąpił wieczorem, ale żebym się nie czuła samotna, dołączył do mnie młody, którego przeczołgało dużo intensywniej, mniej więcej tak, jak młodą. Bo ja, to wiecie, chora matka + chore dziecko = matka błyskawicznie ozdrowiała, bo jakie wyjście. Co poradzić, jak dzieci półsieroty społeczne. („bo jak byłem dwa lata temu chory na grypę to też mi nikt nie pomógł!” „- bo jak my leżeliśmy chorzy, to poszedłeś do sklepu po artykuł pierwszej potrzeby, dwie paczki fajek!”, i tak dalej, i tak dalej). W międzyczasie jeszcze Idy żołądek dał znać, że tak całkiem zdrowy to on nie jest, więc dostała smectę.

Stan na Sylwestra jest taki, że młodej powolutku wraca apetyt i forma. Młody odsypia noc, lekko gorączkujący (Ida nazajutrz była taka sama). Bolą go mięśnie nóg, jakby to chodzenie do łazienki kosztowało go co najmniej wejście na Mount Everest. Masuję go moimi rolkami na cellulit, pomaga ;). Mnie jeszcze niedobrze, ale komu dzisiaj dobrze?, jest 15:30 i właśnie przyswoiłam śniadanko. Puściłam zmywarkę i trzy pralki prania. Pan domu jest ponad takie czynności, on tu jest od oglądania lotek aktualnie. Serdecznie mu życzę, żeby na łożu śmierci kiedyś wspominał tę fantastyczną wygraną Ratajskiego do ćwierćfinału, a nie tam, że jakieś dzieci, jakaś rodzina. Po co to komu.

No, to u nas Sylwester jak by nie patrzeć wystrzałowy! 😉

A na Nowy Rok życzcie mi dużo odwagi. Przyda się.

Leniwie

nam te święta minęły. Ale jak miały minąć, skoro pogoda do kitu, raz wyszliśmy tylko na spacer, poza tym ponuro i dobarowo. Wigilia bardzo przyjemna, a potem to już tylko maraton jedzenie – oglądanie telewizji. Ida zachwycona, że ale jak to, przecież nikogo nie było w pokoju, a Aniołek podrzucił prezenty pod choinkę, jak to się stało??

Wczoraj korzystając z pierwszego w miarę słonecznego dnia wybraliśmy się na spacer do miasta, korzystając z rozpoczętych już wyprzedaży. Na okoliczność pójścia do pracy oraz „ja nie mam co na siebie włożyć”, dostałam porządne jeansy na cztery litery oraz kaszmirowy sweterek. I tak co miesiąc trzeba będzie uzupełniać szafę, bo tam naprawdę hula wiatr.

Dzisiejszą noc uatrakcyjniła Idunia, ukazując pełen przekrój szaleństw przewodu pokarmowego. Zasnęłyśmy o siódmej rano, kiedy już ratowałam dziecko własnym ręcznikiem kąpielowym, bo wszystko inne czekało w pralce na start. Eh, biedacyna.

To co, spokojnego końca roku Państwu życzę :*.

Dziwnie tak

We czworo tylko. Nie jestem przyzwyczajona do takich skromnych osobowo wigilii, zawsze to było 9-15 osób, a tu tylko my. I mimo że wszyscy, albo większość, Polaków, zostali na miejscu na święta, to nikt z nikim się nie spotyka, bo strach. Dodatkowo nowa mutacja dotarła już do Szwajcarii oraz do Niemiec, do landu graniczącego z nami. I niby nic wielkiego, jest ona jedynie bardziej ekspansywna, to jednak ogólna psychoza jakoś tam się udziela.

Zadzwoniłam do rodziny z życzeniami i wcale nie chciałam długo gadać, bo jednak umalowałam oczy wcześniej, a po co ma wszystko spływać. Pierwszy dzień świąt to co innego, Wielkanoc to co innego, a Wigilia to Wigilia i kropka. Już wystarczy, że się mamie na skype oczy zaszkliły.
Może za rok już będzie normalnie. Niech.

Domowe Wigilie kojarzę też z chaosem i nerwami do ostatniej chwili. Tu karpia zatłuc, tu się coś nie udało, sernik z brzoskwiniami upieczony, a zamknięta puszka brzoskwiń stoi w kuchni, znowu coś nie tak, przeganianie, nerwy i stresy. U nas dzisiaj było dziwnie również dlatego, że pospałam do dziewiątej, albo jakoś po. W piżamie na luziku zjadłam jarzynową ze śledzikiem. Ogarnięcie ostatnich kuchennych czynności zabrało mi nie więcej niż godzinę i w sumie o 11 już bym mogła siadać do Wieczerzy, bo wszystko było gotowe. Z nudów umalowałam nawet paznokcie, co oznacza, że najwyższy świąteczny stopień przygotowań został osiągnięty. Obiadu nie przewidywałam, bo nagotowane było tyle, że naprawdę. O czternastej obejrzałyśmy z młodą Kevina; upewniała się, że u nas nie ma rabusiów (wierutnie skłamałam, wszak nie na darmo mówi się tutaj dyplomatycznie o turystach z Francji, czyli Rumunach przychodzących w ciągu dnia w odwiedziny). Oglądała z zaciekawieniem, ale i w napięciu, tłumaczyłam na bieżąco, bo nie zawsze łapała wątek. Rozluźniła się dopiero na ostatnie pół godziny, kiedy Kevin postanowił bronić swojej twierdzy, i tu już się śmiała. Ale widać było, że przeżywa. Witaj Święty Mikołaju, na którego czekałam od dwóch tygodni, umknął nam niestety, bo towarzystwo już było głodne i mi się plątało w okolicy lodówki, wstałam więc się przebrać i siedliśmy do Wieczerzy. Ale 25 000 włoskich żarówek zostało zaliczone! To najważniejsze 😉

Wieczorem wyturlaliśmy się zza stołu na krótki spacer, żeby choć trochę zmniejszyć wyrzuty sumienia, że przecież nie jedliśmy cały czas. Byliśmy jedynymi spacerowiczami, bo właśnie kończy się nad nami turlać halny, który z +17 wyczaruje nam +2 i nawet coś plotkuje o śniegu, niestety głównie z deszczem. Ale może uda się jutro wieczorem jakiegoś miniaturowego bałwana ulepić.

Świętować będziemy niespiesznie. Nic ani nikt nas nie goni, wstaniemy, zjemy, zalegniemy, pogramy w planszówki (farmer do spółki z twisterem rządzą!). Obejrzymy coś w telewizji, mąż będzie dopingował starych piwoszy grających w rzutki, i zleci. Też mają urok takie święta, bez krawata, w rytmie slow. Ale dla mnie święta są dużo-rodzinne, właśnie po to, żeby się ze wszystkimi spotkać, jak co roku powtórzyć te same rodzinne anegdotki, nacieszyć się, nałapać tych dobrych chwil.
Może za rok.

Nóżki

w dupkę trochę wchodzą, ale tylko trooochę. Jako że zostajemy na święta i te święta trzeba przygotować, odgórnie podzieliłam prace: panowie są odpowiedzialni za zaopatrzenie i sprzątanie, ja – gotowanie. Rozpisałam im, co i kiedy mają zrobić, plus młody będzie wydelegowany do sklepu na posyłki, żebym ja się nie musiała odrywać. Po dzisiejszych wspólnych zakupach jak stanęłam do obiadu w okolicach południa, tak właśnie siadłam, a minęła osiemnasta. Po wydaniu obiadu zrobiłam śledzie w oleju, zmieliłam mięso na paszteciki, zrobiłam paszteciki (z drożdżowego ciasta na rogaliki, pycha!), usmażyłam furę naleśników, bo jakby zostało mi farszu po setce pasztecików, zrobiłam łazanki z kapustą (chwilowo bez łazanek, ugotuję już w Wigilię).

W międzyczasie spróbowałam jednego pasztecika, czy aby dobry, no i wiecie, od dwóch lat jestem przerywaną wegetarianką, i teraz właśnie nastąpiła kolejna przerwa (jadam salami na pizzy, kabanosy i pasztet swój lub (z) teściowej). Ale jakie one pyszne, o mamo! Zjadłam dziesięć. Zjadłabym więcej, ale „nie rusz, to na święta”. Chociaż na święta są krokiety w razie czego ;-).

Młoda przejęta nadchodzącym Aniołkiem, opowiada, co też ona by chciała dostać, ale jeśli tego akurat nie dostanie, to nic się nie stanie, bo ucieszy się ze wszystkiego, i całkiem słusznie, bo list do Aniołka napisała (z pomocą brata) raptem w ostatnią niedzielę i nie ma takich cudów, żeby przesyłka dotarła do czwartku. W poniedziałek przypadkiem odkryjemy po prostu jeszcze jedną paczkę pod choinką.

Jako, że święta, pomyślałam sobie, że kupię gałązki i uplotę z nich wieniec. Za rok bardzo proszę, przypomnijcie mi, że te cztery franki mogę wydać na wiele innych sposobów. No nie mam talentu, no, nijak nie chcą mi się razem te gałązki trzymać. Oraz nie pachną, to na co mi one.

Pachnie mi za to Soplica czarna porzeczka, bardzo dobra, a nie tak lepka, jak wiśniowa.

Kiedyś przeczytałam, że wynalezienie pilota do TV dodaje nam 2 kg rocznie. Myślę, że podobnie należy liczyć posiadanie dzieci – właśnie Ida przyniosła mi z drugiego końca mieszkania ściereczki do okularów, a gdy już wypucowałam szkła, wyrzuciła do kosza. I jeszcze była zadowolona! Przed chwilą umyła fronty szafek w kuchni, wydatnie wspomagając starszego brata, a aktualnie pucuje kaloryfery w łazience. Chwilo trwaj.

Dzisiaj było szesnaście stopni na plusie, wyobrażacie sobie? Szesnaście, dwa dni przed Wigilią. Jest natomiast bardzo wietrznie i ewidentnie idzie front i zmiana pogody, bo na święta zapowiadają +3 i śnieg! Czeka nas zatem zjazd pogodowy i muszę przemyśleć, co mogę zostawić na balkonie, a co nie. To znaczy, i tak wszystko, co muszę, zostawię, ewentualnie przykryję na noc i tyle.

Póki co, sączę tę czarną porzeczkę, co by nie zaniemóc na same święta, prawda.

Idą święta, idą święta…

… jak to śpiewali w corocznej karpiowej piosence w ś.p. Trójce. Nie, żebym jej słuchała, nie licząc dawno temu LP3 oraz piosenek karpiowych właśnie. A tegoroczna taka sobie, moim zdaniem.

Ale co to ja chciałam. Idą święta, a karpia nie będzie. Ustaliliśmy, że ustanawiamy nową świecką tradycję, karp się nie załapał. Załapią się śledzie, sałatka jarzynowa, łazanki z kapustą oraz ruskie pierogi. Przy czym te ostatnie to będzie hit, bo jak matka robi pierogi, to naprawdę musi być święto. W dni świąteczne na obiad będzie kolejno fondue oraz pizza, czyli pałeczkę w kuchni przejmie Jurek, fondue wystarczy rozpuścić na małym ogniu i doprawić, pizzę zrobi już od podstaw, za to we współpracy z młodą, która uwielbia pomagać w kuchni. Dorobię sałatkę albo dwie, upiekę sernik i może piernik, albo tiramisu, może zrobię wafle z kajmakiem, jeśli będę u Niemca na zakupach (tu nie znają wafla takiego dużego suchego). Sernik miałam robić z domowego przepisu, Izaurę, ale ostatnio wpadł mi w ręce chałwowy, no i przepadłam. Będzie chałwowy, chyba że mąż dopadnie chałwy pierwszy ;).

Po dwóch tygodniach od mojego covidowego testu, odwiedziłam dzisiaj panią doktor ponownie, bo od suchego, nieproduktywnego kaszlu bolą mnie uszy. Doktor zaordynowała ibuprom na uszy oraz tabletki z kodeiną na kaszel, uprzedziła jedynie, że mogą powodować senność. Kiwnęłam głową, zgarnęłam tabletki w garść (lekarze mają zawsze podstawowo wyposażone apteczki i ze standardowymi diagnozami dostaje się do ręki od razu leki, żeby nie latać po aptekach). W domu kaszel mnie męczył i miałam już dość, więc wzięłam tę kodeinę od razu. Ta dwugodzinna drzemka w środku dnia była całkiem sympatyczna, wam powiem :):):). Pytanie, o której teraz usnę, bo może lepiej wziąć kolejną na noc i chociaż raz w tym roku zasnąć przed drugą.

Ostatnio obraziły się na mnie dwie znajome. Jedna o to, że dostałam pracę, a ona nie, chociaż ona nie szukała, a w ogóle profil zawodowy zgoła inny, otwartość na ludzi też, co jej nie poszukiwań nie ułatwiało, no ale podczas kolejnej fali narzekań na kraj i warunki na rynku pracy dla kobiet-matek-imigrantek, nagle na whatsappie wypaliła: no i wiesz Kasia, my tutaj nie mamy żadnej szansy znaleźć pracę w tym kraju. Kusiło, ale nic nie odpowiedziałam, bo nie chciałam się jej chwalić do czasu, gdy będę miała umowę w garści. Gdy się w końcu dowiedziała, zamilkła.

Druga osoba obraziła się na mnie w zasadzie nie wiem o co, bo dostałam jedynie wyrok, bez uzasadnienia, otóż jestem złośliwa (wiem) i nie da się ze mną wytrzymać (cóż). No dobrze, ja rozumiem, to znaczy nie rozumiem, ale nie szkodzi, wiem, że mam cięte riposty na zawołanie, niewyparzony język ale na boga, osoba zamilkła po tym, jak spytałam, dlaczego ma małą choinkę, a nie dużą. Ratunku. Na dodatek umówmy się, że mojej złośliwości to ona nie poznała nawet w kilku procentach. Szanujmy się, jak mawia pierworodny.

Miałam pisać, że czekają nas wiosenne święta, ale spojrzałam na prognozę – i niespodzianka, w Wigilię zjazd z 12 stopni do 5. Potem jeszcze niżej i nawet jest szansa na śnieg w kolejne dni! Śnieg na święta, kiedy ostatnio takie były, pamiętacie? Pytam oczywiście o Boże Narodzenie, nie o Wielkanoc. Według długoterminowej prognozy Interii, powinien się pojawiać nawet do połowy stycznia, jak miło. Właśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo odzwyczaiłam się od śniegu zimą. Pamiętam, jak jeszcze w Lublinie, czyli ze 13 lat temu, robiłam Piotrkowi zdjęcia ze śniegiem, żeby miał pamiątkę, i proszę, wykrakałam. A nie miałabym nic przeciwko śnieżnym zimom. Byle tylko ślisko nie było; od zawsze mam fobię, że się poślizgnę i złamię nogę. Co pewnie nie stanie się nigdy, albo stanie się w środku lata na ten przykład. Ale fobię mieć mogę ;-).

Przeglądam z nudów koncerty na 2021, bo przecież coś się musi dziać, do cholery. I o ile na Eltona Johna zostały tylko super hiper VIPowskie bilety, to taki Sting jest w sensownej cenie. W październiku. W Zurychu. Pojechałabym. Albo Simply Red, z debeściakiem, też fajne.
A jeśli ktoś kojarzy Rage Against The Machine, to w Basel będzie grać Reis against the Spülmaschine, czyli Ryż przeciwko Zmywarce. To z cyklu czego to ludzie nie wymyślą ;).

Tymczasem w uszach rozbrzmiała Norah Jones i przeniosła mnie w czasie i przestrzeni. Nagle jest naście lat temu, a ja siedzę z Agą w knajpce w podziemiach przy pl. Wolności w Lublinie. Sączymy napoje i rozmawiamy. Magia.