Piątunio

Tęskniłam.

Po feriach jesiennych – a może w ogóle przez całą jesień – strasznie opadłam z sił. Sflaczałam. Doszło do tego, że kładłam się zaraz po tym, jak położyłam młodą spać, i parę razy zdarzyło mi się usnąć przed 22. Myślałam, że to już starość, ale nie, na starość się nie śpi. Jak można i dzieci nie budzą, to się nie da.

A propos śpi, wczoraj Ida wstała późnym wieczorem na siku. Poszła jak koń dorożkarski prosto do naszej sypialni, ja wołam, że jestem tutaj, w salonie, a ona, że OK, ale że ona tylko siku i dalej wbija do sypialni. Na szczęście zdążyłam ją przekierować do właściwego pomieszczenia.

Z okazji piątku zabrałam młodą na przegląd dentystyczny i spieszę donieść, że wszystkie zęby ma zdrowe, bez śladu próchnicy. Nabudowało się natomiast trochę kamienia, więc Ida miała pierwszy kontakt z wiertłem, na szczęście na luziku, po kamieniach. Dostała przykazanie myć zęby pionowo, a nie poziomo. Poziomo odsłania się szyjki zębowe. Ogólnie bdb.

Teściowa dzwoniła przedwczoraj, że co u nas słychać, bo się dawno nie odzywałam. No, nie odzywałam się, musiałam odreagować (naprawdę? naprawdę lubisz zapach bukszpanu?? przecież to śmierdzi jak kocie siki, ty wiesz w ogóle, jak kocia kuweta pachnie? – i tak parę razy, żebym nie zapomniała, dlaczego mam w najbliższym czasie nie dzwonić). Jakoś się rozmowa nie kleiła, u nas wszyscy zdrowi, ona się przeleciała po cmentarzach i zupełnie nie wie, od czego ją noga boli, no to pa pa. Chyba jej na cmentarzu kiedyś bukszpan posadzę.

W pracuni atmosfera nieco siadła, koleżanka wypromowana latem usiłuje być największym kujonem w klasie i zachowuje się nieładnie. Niby mówi to samo, co szefowa, ale nie jest to tak samo, a różnica w odbiorze jest ogromna. Mejl od niej brzmiał mniej więcej tak: Właśnie się dowiedziałam, że jesteś chora i bardzo mnie to zmartwiło. Jako że to jest nasz nowy bardzo ważny klient, Kasia z radością (jasne… nawet mnie o zdanie nie zapytały) przejmie go do czasu jego przeprowadzki. Życzymy ci szybkiego powrotu do zdrowia. Natomiast e-mail od szefowej zabrzmiałby tak: Bardzo mi przykro, że się rozchorowałaś! Twoje zdrowie jest najważniejsze, zadbaj o siebie, wypocznij i wróć, jak tylko będziesz się czuła na siłach. Niczym się nie przejmuj, twojego klienta przekazałam chwilowo Kasi, ale gdy tylko wrócisz do zdrowia, będziesz kontynuowała jego relokację. Życzymy ci zdrowia i do zobaczenia wkrótce. Prawie to samo, a jak bardzo inaczej. Dokładając do tego fakt, że nowo promowana ułożyła cały scenariusz do spółki z szefową, i nie pytając mnie o zdanie, a chorą koleżankę informując takim dość oschłym mejlem, wyszedł niezły kwas. W poniedziałek team meeting, ciekawe, jak będzie.

Po pięknej złotej szwajcarskiej jesieni nastał listopad, co w połączeniu ze zmianą czasu dało ciemność za oknami już przed 18. Rano o 7 jest jeszcze widno (przypominam, jesteśmy niemal godzinę na zachód w stosunku do PL), ale po południu jest ciemnica.

W ubiegły weekend zaczęło się Herbstmesse, jedyne w Szwajcarii (od 550 lat) świętowanie niczego, czyli wesołe miasteczka, karuzele, stragany ze słodkościami, grzane wino itp. Spędziliśmy dużo czasu i pieniędzy, bawiliśmy się świetnie. Pierwszy raz w życiu zaliczyłam młyńskie koło – i okazało się, że nie jest aż tak strasznie wysoko, raptem w okolicach wieży katedry ;). Młoda poszła sama na swobodne spadanie! Na szczęście nie na takie czterdziestometrowe, ale i tak szacun. Idka w ogóle nie ma lęku wysokości, nie straszne jej żadne mosty ani wspinaczki (ostatnio spytała tatusia, kiedy zabierze ją na zimową wspinaczkę, bo ona by chciała raki, liny i takie tam atrakcje). Przy kasie stanęła tylko przy miarce, załapała się wzrostem, upewniłam się, że chce, i poszła. Wróciła zadowolona oraz było ekstra, mamo!

Na kolorowe jarmarki poszliśmy z Alankiem i jego rodzicami. Byliśmy bardzo dzielni i jakimś cudem udało nam się obejść wszystkie miejscówki w mieście. 10 h spaceru, rany boskie. Mąż sobie kupił kapelusz (no dobra, żona mu kupiła, i rękawiczki, kasując sobie z listy świąteczny prezent, no pięknie), Ida wygrała jakieś drobiazgi na atrakcjach. Nazajutrz wróciłyśmy na trampoliny, bo gdy do nich dotarliśmy – a wiadomo było, że młoda będzie chciała – kolejka była na godzinę; w niedzielę w południe jedynie kwadrans. Pod wieczór się ochłodziło i można było wypić grzane wino albo i zimne piwo, po całym dniu z Alankami było mi już w zasadzie wszystko jedno.

Alanek przed wyjściem z domu zrobił matce scenę o coś i z rozpaczy rzucił się na ziemię. Matka skomentowała, że no pewnie, jeszcze się w głowę uderz!, na co on wycelował w jakiś kant i draka dopiero zaczęła się rozkręcać. Natomiast uspokoił się na hasło, że zostanie w domu i ominą go wszystkie atrakcje, ogarnął się i jednak poszedł. Gdybyście więc szukali najstarszego dziecka rzucającego się na ziemię, to voila: ośmiolatek. Potem jeszcze tylko płakał, bo nie chcieli mu kupić pluszaka za 50 franków, płakał jak wyszedł z domu strachów (wiedział, gdzie wchodzi, poszedł z ojcem, ale i tak mu było za dużo), jeszcze parę razy po drodze. Na pocieszenie po ciężkim dniu dostali oboje od mamy Alanka po baloniku z helem, niestety mój protest po grzanym winie wypadł zdecydowanie zbyt grzecznie, ale może dlatego mama Alanka się jeszcze do mnie odzywa. No kurde, balonik, ośmioletnim dzieciom, to nawet nie zabawka, a rzecz, która robi dokładnie nic. Popukaliśmy się z małżonkiem w czoło, bo na hasło przy młodej to kupię i dla niej, ale dlaczego nie, to będzie prezent od nas, opadły mi już wszystkie czułki.

Alanek jako że ma złamaną rękę, co prawda bez gipsu, tylko przywiązaną do szyi, ale jednak unieruchomioną, nie ze wszystkich atrakcji mógł skorzystać. Jeśli gdzieś szedł, to z tatusiem, a jak raz usiedli z młodą na karuzeli takiej z kucykami, gdzie oprócz kucyków były np. ławki (jak ławki w parku, z oparciem) – huśtawki, to tatuś poszedł dziecko na takiej ławce posadzić, bo on sam, tak z jedną ręką to nie usiądzie. Yyyyyy… No ale oni go przez ten czas złamania ubierają, ciekawe, czy sam je…

Tymczasem początek kolejnego weekendu. Młody pojechał ze znajomymi do Zurychu na koncert, właśnie (22:00) zameldował, że wyszli. Całe szczęście, bo było przewidziane do max 22:45 (ale to chyba godzina zamknięcia klubu już) i już patrzyłam na powrotne pociągi. A tak to kulturalnie ma szansę wrócić w okolicach północy i nie będzie musiał nocować w poczekalniach. CHYBA :D.

A! Włosy mi się zaczęły kręcić na starość. Nigdy nie były proste jak druty, zawsze były podatne, nad czołem układają mi się w doprawdy uroczą falę Dunaju, a tu normalnie sprężynki na mokro. Na sucho po kilku godzinach zrobiło się po prostu dużo siana, w porównaniu do wcześniejszych stylizacji, gdzie miałam mało siana na głowie. Jedna znajoma uprzejmie donosi, że jej się tak zaczęło robić równolegle z Hashimoto i że to może być tarczyca (pierwsze skierowanie w internecie: sprawdź tarczycę :D). No nie wiem, to ta starość po prostu chyba. A szopa na głowie wyglądała przedziwnie ale fajnie :-).

W weekend ma być 12 stopni i deszczyk, jutro rano szybkie zakupy i barykada w domu na dwa dni. Nie ma głupich, nigdzie nie idę! A w niedzielę upiekę sernik, o. Do Wielkanocy jeszcze daleko, ale chodzi za mną taki z kratką i lukrem na wierzchu (kupić limonkę!). I zaniosę do pracy kawałek, niech zobaczą, jak smakuje porządny sernik, a nie to coś na quarkach, co oni jedzą.

Jest 23 (przestawiałam paragrafy :D), młody jeszcze nie melduje się z pociągu, ostatni sensowny i bezpośredni odjeżdża o pierwszej, to chyba zdążą.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s