Młody

Kontynuując rodzinną tradycję, pierwsze podejście do egzaminu na prawo jazdy uwalił. Pojechał ulicą, której nie znał, pod wieżami Roche’a, tam są takie dziwne te uliczki, trochę slalomem, trochę trzeba uważać, żeby nie zjechać w szlaban albo w zjazd do podziemi, obstawiam, że gdzieś próbował się przedostać pod prąd. Egzamin w ogóle zaczyna się od losowych pięciu pytań teoretycznych (egzamin z teorii miał jesienią, zdał, teraz też bez problemu), potem trzeba pod maską pokazać, co gdzie jest, no a potem się jedzie. Nie ma placu, na trasie trzeba zaparkować. Pierwsze parkowanie poprawiał dwa razy, drugie poszło dobrze, ale się już zestresował, zaraz potem wjechał na obcy teren, zgłupiał i poszło. W sumie prawo jazdy na tym polega, żeby znać przepisy, znaki i poradzić sobie też na obcym terenie, no ale wiadomo, jazda to praktyka, a nie kurs, do tego potrzeba wielu kilometrów, a nie niespełna 30 godzin.

Jeszcze jedna rzecz, tu nie ma kursu jako takiego. Zaczyna się od kursu pierwszej pomocy. Trwa trzy wieczory. Po zaliczeniu, ściągasz z internetu pytania, całkiem jak w Polsce, i się ich uczysz. Jeżeli czegoś nie wiesz, możesz się zgłosić do dowolnej szkoły nauki jazdy po darmowe wyjaśnienia. Dla mnie to niepojęte, nie ma żadnego tłumaczenia przepisów, dlaczego pojazd A musi w tej sytuacji ustąpić pierwszeństwa pojazdowi B i tak dalej. To wszystko ogarnia się samemu. Teorię zdaje się tak samo, jak u nas, i zaczyna się jazdy. Nie ma limitu godzin, po prostu wykupujesz i jeździsz, aż instruktor stwierdzi, że umiesz już wszystko i wtedy zapisujesz się na egzamin.

Teraz młody pojeździ znowu pewnie parę godzin i znów podejdzie. Trzymamy kciuki za podtrzymanie rodzinnej tradycji, czyli zdanie za drugim razem 🙂

Ja ze swoim egzaminem miałam taką historię, że uwaliłam oczywiście na czymś, co umiałam najlepiej, czyli parkowanie prostopadłe tyłem. Boże, jak ja to uwielbiałam! Zresztą, nawet mąż niechętnie półgębkiem przyznawał, że ty zaparkuj, bo ty to umiesz. Gdy nie zdałam, teść od niechcenia spytał, ile by kosztował taki nowy dysk do komputera. Dysk wtedy kosztował z pięć stów, czyli połowę pensji, którą za niedługo zaczęłam zarabiać. Chodziło teściowi o to, że mógłby mi załatwić egzamin w zamian za łapówkę w postaci dysku. Ja się nie odezwałam, nie spodziewałam się w ogóle takiej rozmowy, byłam młoda i kompletnie niewyszczekana, a już na pewno nie do teścia, który w owym czasie potrafił się do mnie zwracać w trzeciej osobie (zje zupy?). No i potem podeszłam ponownie do egzaminu, zdałam… i przez następne dobre dziesięć lat zastanawiałam się, czy to ja sama zdałam, czy też teść mi załatwił. Jak budowało to moją samoocenę jako kierowcy, możecie się domyślić. Dopiero po latach teść, gdy już ja byłam tą dobrą synową, a druga synowa stała się tą złą, sam się przyznał, że no, myślałem, że trzeba będzie pomagać, ale Kasia tak ładnie zdała za drugim razem, że nie było potrzeby!
A ja się tyle lat gryzłam…

Tatuś zaproponował młodemu, że może wypożyczyć samochód, nakleić elkę i może z młodym pojeździć, żeby młody poznał miasto z każdej strony i się jeszcze lepiej przygotował do egzaminu. Młody do mnie stwierdził, że on się od taty niczego nie nauczy i że tata mu na pewno będzie wszystko narzucał, i że on chce z instruktorem, chociaż tatuś zapewniał, że to tylko jeśli młody chce i tak jak młody chce, bo to jemu ma pomóc, i może młody wie, jakie są standardowe trasy na egzaminie (typu rondo z wiecznym korkiem pod górkę przy makro w Lublinie :)). Młody stanął okoniem i nie. No spoko. Bez sensu, ale jak se chcesz.

Dzisiaj, ósmego dnia wojny na Ukrainie, młody przypomniał sobie, że za trzy miesiące lecimy na koncert Quebo do Gdańska, więc już teraz koniecznie trzeba kupować bilety. Teraz, rozumiecie. Za ścianą wojna, Gdańsk blisko obwodu kaliningradzkiego, a ten chce już bilety kupować. Tatuś oznajmił, że zabrania, pożarli się, no bo przecież ojciec nic nie rozumie, nie zna się i w ogóle. Mąż na pełnej kurwie zadzwonił do mnie, ja się tu z nim oczywiście w 100% zgodziłam, młody obraził się na cały świat.

Ja nie wiem, skąd u niego to oderwanie od rzeczywistości, zakup biletów mieliśmy wstępnie i tak ustalony na koniec marca, jak wejdzie rozkład wizzaira, co tydzień temu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, ale do niego chyba powaga sytuacji nie dociera. Fajnie nam się śmiać z czołgu zajumanego przez Cyganów, ale umówmy się, to jest takie chwilowe złapanie oddechu przed kolejnymi ciężkimi tematami. Poza tym młody lada moment dostanie zaproszenie do WKU w Warszawie, więc w razie gdyby sytuacja była napięta, zostałby zgarnięty w kamasze. Niech sobie pofoszy, jak zmądrzeje, może przyzna kiedyś rację.

A teraz wdech, wydech kochani, i spać. Też macie wyrzuty sumienia, że tu ciepłe łóżko, kąpiel i pełna lodówka, a tam ludzie kolejny dzień w schronach siedzą?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s