Strach

Ukraino, broń się dzielnie. Sercem jesteśmy z Wami.

Internety, wiadomości, twitter, nawet instagram, na którego uciekłam, żeby pooglądać śmieszne filmiki – wszystko pełne wojny.

W domu nie rozmawiamy wprost, Ida gdy tylko usłyszała tydzień temu słowo wojna, powiedziała do starych: ja też tu jestem! Przywołując nas do porządku i przypominając o swojej wrażliwości i empatii. Pewnych słów więc nie używamy, wiele informacji przesyłamy sobie whatsappem.

Ktoś w internetach zarzucił mi, że przecież ja nie mam się czego bać, bo jestem daleko – więc dlaczego się boję. Poszerzyłam komuś perspektywę, że w Polsce mamy rodzinę, przyjaciół, sąsiadów, również we wschodniej Polsce przecież. I to, że sama jestem bezpieczna, bynajmniej nie pomaga, bo co u mnie, to ja wiem, ja chcę wiedzieć, że moi bliscy są i będą bezpieczni. Że Xyu-owi nie omsknie się ręka i nie rozwali jednym przyciskiem połowy Europy.

Zresztą, czy jest ktoś, kto nie przeżywa, nie myśli, nie boi się?

Tymczasem życie toczy się dalej, wiosna spuściła z tonu o parę stopni, nocne przymrozki wróciły, ale przynajmniej słońce w dzień pozwala się sobą nacieszyć.

Wczoraj córunia nasza kochana skończyła siedem lat! Kiedy to minęło? I dlaczego, zanim się obejrzę, skończy 18? 🙂 Jak to dobrze, że my wciąż piękne i młode!

Imprezę urodzinową dla kumpelek z klasy zaplanowaliśmy na połowę marca, po feriach zimowych (które właśnie się zaczynają), na wczoraj upiekłam natomiast tort, przyszli rodzice Alana, Monika z rodziną i Magda z Adamem (Adam lat 6,5, ale Adam, nie Adaś). Posiedzieliśmy, zjedliśmy tort i tosty z łososiem (zawsze na takie imprezy robię tosty z łososiem, znikają błyskawicznie), wypiliśmy kontener piwa i przynajmniej na trochę zapomnieliśmy i się odstresowaliśmy. Mama Alanka za mocno się nie udzielała w towarzystwie, dopiero gdy zostali jako ostatni, zaczęła mnie pytać, czy mam coś na biegunkę dla Idy (mam smectę. – A to nie bo Alan nie wypije), czy mam wapno i czy chcę, to mi przywiezie z Polski, i czy tu można kupić jakieśtam leki, ale w płynie, bo Alanek nie połknie tabletek, bo ma odruch wymiotny, nawet antybiotyk jak musiał brać (a brał często, bo on potny*), to go musiała przekupywać i po każdej połkniętej dawce dostawał od matki dwie dychy, łebski chłopak. Pamiętajcie, na odruch wymiotny najlepiej działa kasa. I syropków mu musi przywieźć z Polski, tutaj takich nie ma, bo Alanek pija tylko porzeczkowe albo jeszcze jakieśtam. Ostentacyjnie ziewałam przy stole, wykończona po całym dniu nawet nie musiałam za bardzo symulować.

*dlaczego potny? Dawno temu nasi rodzice mieli znajomych w Bułgarii, znajomi mieli dziewczynkę w moim wieku. Na dworze 30 stopni, my z Sister w najcieńszych sukienkach, a Megi zapięta pod szyję w sweterku z długim rękawem.
– Mariana – dopytywała mama – dlaczego Megi w sweterku? Przecież jest tak ciepło?
– A bo ona potna – odpowiadała Mariana.
Od tej pory wyrażenie „potna” weszło na stałe do naszego słownika.

Mariana ugościła kiedyś nas, podróżników z drogi (samochodem z Polski) tak, że do dzisiaj pamiętamy. My trzy dni na podróżnym wikcie, a nie były to czasy Macdonaldów i zajazdów przy drogach, siadamy do stołu, a Mariana położyła widelce, serwetki… i wielkiego arbuza pokrojonego na plastry. Kuszaj! – zachęcała. No to co, to kuszaliśmy, bo głodni przecież.

🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s