Ufff

Podobno dzisiaj 6847. dzień stycznia dobiega wreszcie końca. U nas jeszcze chwila i będzie pachniało wiosną (no chyba, że w marcu sypnie śnieg i poleży przez miesiąc, raz tak już było).

Dzieci przyniosły tydzień temu pozytywne wyniki z testów przesiewowych. Trochę struchlałam, bo pod koniec tygodnia miałam audyt w pracy, i mimo że on online, to wypadałoby mieć dostęp do niektórych papierowych dokumentów na wyciągnięcie ręki, a nie parę kilometrów dalej. A w biurze akurat nikogo nie było, poza tym znowu zrobili ze mnie tę niezastąpioną, co to bez niej się wszystko zawali. No, ale wracając do naszych baranów, dzieci i siebie przetestowaliśmy i całe szczęście wszyscy negatywni, więc ufff.

Potem miałam cały tydzień szczękościsk i ataki paniki, ale zupełnie niepotrzebnie, bo było miło i przyjemnie, ale skąd miałam o tym wcześniej wiedzieć. Dwa przedpołudnia stresu i tak oto na koniec stycznia zadanie roczne pt. przedłużenie certyfikatu jakości mam zaliczone. Mogę się przez rok obijać 😀 (tu Kasia parsknęła śmiechem, wiedząc, co też sobie sama zaplanowała na ten rok, żeby się w pracy przypadkiem nie nudzić).

Póki co wróciłam w piątek po tym zaliczonym audycie, położyłam się dosłownie na chwilunię na power nap i odpłynęłam na dobre dwie godziny. I gdyby nie fakt, że przez szpary kanapy ciągnęło mi na nóżkę zimno i się budziłam (!!!), to już ten wiek, kochani, spałabym pewnie dłużej. Zaczynam rozumieć mamusię, która nie mogła położyć się spać na wersalce, o ile nie było na niej koca. Robię się do niej niebezpiecznie podobna pod pewnymi względami.

Weekend upłynął spokojnie, w sobotę wreszcie dotarłam do fryzjera, bo już czas był najwyższy wyrównać i uformować coś sensownego. W niedzielę wybraliśmy się na pizzę, świętować ostatnie nastoletnie urodziny młodego. Prezent dotarł już wcześniej i niezwłocznie został wręczony (koszulka CR7), Ida była rozczarowana, że jak to, żadnego rozpakowywania prezentu nie będzie? Dałam więc dzisiaj młodej do wręczenia (a młodemu do rozpakowania :)) kartonik z eklerkami, żeby nie było :):).

Wyciągnął ze mnie ten audyt wszystkie siły chwilowo. W piątek nawet nie próbowałam udawać, że pracuję, nawet się po południu nie logowałam (bo spałam :D). Dzisiaj też jakoś tak niemrawo, trochę internety, trochę młodej szukałam miejscówki na urodziny, trochę robiłam nic. Parę mejli i telefonów, ale tak po minimum. Nie da się długo jechać na 120% mocy. Teraz tylko skończyć przewodnik o Zugu i Lucernie, potem zebrać do kupy i ładnie zrobić w jednym segregatorze i folderze wszystkie zadania asystentki, żeby nie było w siedemnastu miejscach, formatach i językach, tylko raz a dobrze, dla przyszłych pokoleń. A potem też się coś wymyśli, żeby nudy nie było.

Na młodego się wczoraj bardzo pedagogicznie wydarłam, ale już naprawdę mi macki opadają. Piją panowie obaj szejki, nie arabskie, proteinowe, po siłowni, na mięśnie i w ogóle, z naciskiem na w ogóle. I jako że wczoraj ta pizza wypadła w porze wczesnej kolacji, młody przez cały dzień nic nie jadł – żeby się pizza zmieściła – tylko… no właśnie, szejki popijał. Trzy, na zmianę z jogurtami, proteinowymi, a jakże. Gdy po powrocie z kolacji zabrał się za przygotowanie kolejnego, już nie zdzierżyłam. No, ale ja się nie znam przecież, zbilansowana dieta to przeżytek i prehistoria, nastały czasy jak z seksmisji, jedna tabletka załatwia wszystko. Tłukę głową w ścianę, póki co swoją, ale zaraz zacznę tłuc jego łepetyną. Póki co napuściłam na niego chrzestnego, który być może ma jakikolwiek wpływ, żeby przemówić młodemu do rozsądku, z drugiej strony tatuś na siłowni napuszcza na młodego jego trenera, a z trzeciej, chyba zastosuję ten sam chwyt, co z młodą: młoda od niedawna dostaje kieszonkowe tylko wtedy (był taki znaczek na matematyce, wtedy i tylko wtedy :D), gdy ma porządek w pokoju. Młodemu przydałaby się tablica do zbierania naklejek za zjedzone normalne posiłki, ale takiego dużego konia trudniej przełożyć przez kolano i przemówić do rozsądku. Nie mam sił.

Rodzice Alanka się objawili, zrobili zakupy w polskim sklepie online i się zdziwili, jak im przyszły opakowania zbiorcze. Nic ich nie zastanowiło przy składaniu zamówienia, ani przy płaceniu, albo po prostu tak bardzo tęsknili za musztardą sarepską z Kamisa, że pomyśleli spoko, damy radę – i przyjechało osiem. Razy dwa, bo jeszcze stołowa. Oraz po 30 saszetek barszczu, żurku, gorących kubków i tak dalej. No co kto lubi, kochani, parę rzeczy przytuliłam, ale jeśli macie pomysły na potrawy z musztardą, chętnie poznam. I podeślę mamie Alanka :).

Jedna myśl na temat “Ufff

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s