Basen

Kupiłam młodej zajęcia na basenie, te dofinansowywane z gemeinde, na drugi semestr. Mąż dowcipnie zapytał, czy on ma kupić i czy on ma zapłacić, było za daleko, żebym dorzuciła trzymaną właśnie w ręce książką, poza tym co książka winna.

Bardzo przyjemny weekend, wczoraj ogarnęłam mieszkanie, bo tak naprawdę od przed świętami było tak tylko po wierzchu. Nie, żebym okna myła, chociaż te akurat czekają na litość i wyższą temperaturę, bo na jesień jakoś tak nie było okazji. Dziś natomiast lenistwo i poranne czytanie w łóżku, wygonienie tatusia z córunią na obiecane łyżwy, z tekstem idźcie, idźcie, bo niedługo ma padać!. Padać nie padało, ale za to nie było ich calusieńki dzień. Nie spodziewałam się takiej siły po młodej, rok temu po półtorej godziny na łyżwach nie była w stanie dojść do przystanku, chociaż owszem, z lodowiska schodzić nie chciała.

Z młodym wybraliśmy się na spacer, mimo że było pochmurno i ponuro, ale potrzebowałam już wyjść do świata. Mam home office i tylko dwa razy w tygodniu jestem w biurze, plus puzzle, do których siadam i układam do oporu, ale już mi było w domu źle i musiałam się wyprowadzić na spacer.

W związku z omikronem wprowadzili nam home office gdzie tylko to możliwe, więc mam dwa przedpołudnia w biurze, a resztę zdalnie. Bardzo mi miło, zwłaszcza że dostałam do napisania kolejny przewodnik, tym razem po Zugu. Co ciekawego można napisać o Zugu? Że najniższe podatki, że w Baar mieszka Tina Turner (bo najniższe podatki) oraz w Rotkreuz jest Roche, bo – najniższe podatki. No, jezioro jest. I starówka, jakich pińcet dookoła, acz oczywiście wyjątkowa na pewno. No ale coś się kreatywnego wymyśli, wiadomo.

Oraz mało brakowało, a bym zawaliła zadanie roczne, zaraz w pierwszym tygodniu. Mam w ramach zadań publikować raz w tygodniu coś mądrego na LinkedIn firmy, no i tak bardzo mi się nie chciało…;) Ale głupio by było tak na dzień dobry zawalić, więc się zmusiłam, i zrobiłam. Szkoda, że nie można na LinkedIn publikować z datą przyszłą, to by wiele ułatwiło! 🙂

Młoda po tygodniowym zdalnym wraca jutro do szkoły. I to nie było tak, że wszystkie podstawówki w całym kantonie miały tydzień zdalnego, źle napisałam, przecież by się laboratoria zarąbały. Podstawówki wracały krok po kroku, od wtorku, według schematu: testy przesiewowe – i następnego dnia negatywni do szkoły. Po prostu na Idy szkołę padło na piątek, co miało tę zaletę, że w czwartek, kiedy już wreszcie nie szłam do biura, a młoda do szkoły, spałam do 8:25! Tak, tak, zaczynam pracę o wpół do dziewiątej. Ale to tylko raz mi się tak trafiło, bo od poniedziałku do środy musiałam być w biurze, no a w piątek Ida miała spucktest (spucken – pluć) na 8 rano, a na 8 rano jest jeszcze ciemnawo, więc poszłam z nią. Przy okazji – testy przeprowadzane były na zewnątrz, żeby ewentualnie chore dzieci nie weszły do środka i w zamkniętym pomieszczeniu nie poczęstowały kolegów. Na szczęście klasa Idy negatywna, z całych piątkowych testów 20 poszło do indywidualnych badań i pewnie dalej, na kwarantannę.

Młody niepocieszony, ale trzyma kciuki za rozwój wydarzeń, bo też by posiedział na kwarantannie i wstawał 7:55 zamiast 6:10. Póki co we wtorek ma pierwszą w życiu rozmowę o pracę, bo już czas najwyższy przyszłoroczne praktyki dopinać. Jako, że w środę miał wolne (nauczyciele mieli radę półroczną o 10:30, a on na 10:25 zaczynał zajęcia, chociaż raz miał farta z planem!), podzwonił po tych, do których wysłał CV, i tak przy okazji dowiedział się, że:
w jednym mu dziękują
w drugim zmienił się człowiek prowadzący praktyki i żeby przysłał jeszcze raz, skontaktujemy się z panem
w trzecim nikt nie odbierał
o czwartym zapomniał.
Osiwieć można.

W styczniu czeka mnie jeszcze audyt w pracy, który przez Omikrona odbędzie się pewnie zdalnie. Nie lubię robić czegoś pierwszy raz, i mimo, że od poprzedniego certyfikatu nie zmienił się podręcznik, denerwuję się. A nie lubię.

Oraz, zupełnie nie w związku z Nowym Rokiem, bo noworoczne postanowienia, jak historia pokazuje, nigdy nie robiły na mnie większego wrażenia, zatem, jak już wyjadłam kontrabandę przywiezioną z ojczyzny, podjęłam sobie malutkie postanowionka. Akurat dobry moment, bo mało w biurze, dużo w domu, mało możliwości pt. to na lunch sobie kupię wege konia z kopytami i poprawię czekoladą. Ustawiłam sobie w telefonowej apce cel: – 3 kg. Przecież jak wpiszę -30, to raz, że tego celu nie dożyję, dwa, że ten suwaczek będzie się tak deprymująco powoooli, ale to powoooli przesuwał, że moja wątła wytrwałość zniknie precz. A takie -3 kg jakoś lepiej brzmią, bardziej osiągalnie. Małymi kroczkami.

Cisza w domu, mąż padnięty po łyżwach, młoda podobnie, młody jutro zaczyna później, więc na luziku ogląda Grę o Tron (bo jak oglądał pierwszy raz, to jeszcze w Warszawie, dawno temu, i w słabej rozdzielczości, a w ogóle to jest taki super serial, mamo.) Nie wiem, może kiedyś włączę testowo jeden odcinek.

To ja też pójdę. Usnąć wcześniej mi się nie uda, więc sprawdzę twittery i instagrama, na IG zostanę oglądać rolki i tak mnie zastanie 1:30. Zazwyczaj mam przy łóżku na podłodze małego jaśka, bo jak zasypiam – a sypiam na boku – to wypada mi telefon z ręki, więc żeby nie wymieniać co chwilę panzerglassa, telefon ląduje mięciutko na podusi.

To dobranoc, kochani.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s