Coś

zaczęłam pisać z tydzień temu, ale mnie rozłożyło i wróciłam pod ten kocyk na parę dni. Podrasowałam się antybiotykiem i we wtorek uciekłam z domu do biura. Ileż można w domu siedzieć! Wiem, wiem, sześć lat, i dalej mam traumę, jak widać.

Po mnie rozchorował się młody, ale to tak spektakularnie, jednego dnia, wstał z katarem, kaszlem i gorączką. Ja w biurze, ucieknięta na cały dzień, młody nie może gadać, bo gardło, więc pisze. Że się nie doczołga do lekarza, że nie ma siły i że w ogóle bida. Mówię mu, żeby pogadał z tatusiem, kiedy tatuś ma jakieś możliwości czasowe, żeby wziął samochód, zaklepał wizytę i młodego do tego lekarza zawiózł. Jest nawet parking dla pacjentów akurat naszego lekarza, więc nie trzeba będzie iść z buta dwa kilometry, bo akurat tam było miejsce do parkowania (nie pytajcie, młody zapytał mnie czy naprawdę nie mogłabym ja wyrobić sobie karty do wypożyczalni samochodów, bo jak tata zaparkuje kilometr dalej, albo próbuje zrobić kopertę przodem, to… No.)
Zatem wszystko wstępnie ustalone – tak by się mogło wydawać, bo tu na scenę wchodzi tatuś, który na prośbę młodego o zawiezienie go do lekarza, odparł, że ale z nim nikt nic nie ustalał, on tu jest tylko do wykonywania poleceń a wszystko jest ustalane za jego plecami. No tak, dobrze czytacie, dziecko leci z nóg, a ojciec ma pretensje, że nikt go nie poinformował z wyprzedzeniem, nie ustalił, nie wysłał podania i nie zapytał o zdanie.
Czułki mi opadły i kazałam wziąć młodemu taksówkę, ale zanim co, to wziął i zwymiotował i przestał się nadawać do transportu, zresztą w sumie co by mu ten lekarz dał (zwolnienie ze szkoły).
Tatuś po pierwszej reakcji poczuł się jednak tatusiem, bo dał dziecku aspirynę. Dobry tatuś.

Młoda się trzyma, nie kicha i nie prycha i chwilo trwaj, bo od czterech miesięcy usiłuję zrobić jej bilans sześciolatka, który to jest niezbędny do szkoły (cholera, chyba muszę poszukać jakichś papierów…?), a ostatnio, czyli we wrześniu akurat była chora. Miło byłoby wyrobić się przed siódmymi urodzinami.

Tymczasem w poniedziałek mam urodziny i jak powiedziałam mężowi, że w sumie mam wszystko i ucieszę się z jakiegoś fajnego kwiatka w doniczce (robię w domu dżunglę, mam już trzy duże kwiatki!), ten odparł, że no to chyba wiadomix, bo właśnie zamówił mi laptopa, TO CHYBA WYSTARCZY. Jaka to jest przykrość, że mam dobrą pamięć, spokojnie sięgającą do zakupu tableta, laptopa, kolejnych butów do biegania, bo w tych poszła nitka na szwie (szewc 8 franków, nie podarowałam ;/), zegarków, cygar, koszul, koszulek do biegania, „ale takiej kurtki jak jest mżawka to nie mam do biegania”, oraz tysiącznych dupereli do komputera, a to tylko ten rok. Dalej moja pamięć też sięga, ale jest litościwa (po dwóch latach kurzenia się czarnego kapelusza, którego nie chciało się schować wiosną 2020 do szafy, mąż spytał, czy mamy jakąś szczotkę żeby go odkurzyć… Taaa.) więc już przemilczę pozostałe zakupy. Agnieszka, Idy ukochana Ciocia chrzestna, na moje słowa, że kurcze, ja mam połowę ciuchów, gadżetów i ogólnie dużo mniej zakupów dla siebie robię, odrzekła, zostawiając pytanie bez odpowiedzi, że może ja po prostu nie potrzebuję się dowartościować zakupami…?
No, może 😉

Jutro mam rozmowę z szefową na temat przedłużenia umowy. Oraz oświadczyła, że jako że w poniedziałek mam urodziny, to firma daje na tę okoliczność dzień wolnego. Grzecznie podziękowałam i zasugerowałam, że w sumie to ja mam dziewięć dni urlopu, a wolnego dała mi na święta dziesięć i ja oczywiście już kupiłam bilety, ale może ja sobie ten dzień odbiorę właśnie jako dziesiąty legalny dzień urlopu? Ach nie, nie ma takiej potrzeby, ty tyle pracujesz, masz na pewno tyle nadgodzin, że spokojnie ten jeden dzień więcej ci się należy. (niniejszym pozdrawiam moją Przyjaciółeczkę, z którą czatuję na Whatsappie w godzinach porannych :-)).
No to co, to podziękowałam. Będę miała czas na upieczenie jakiegoś ciacha do pracy, bo oczywiście we wtorek mamy pracowy coffee break, a druga koleżanka ma urodziny w środę, więc będziemy świętować podwójnie.

Jutro fryzjer i jeszcze muszę ogarnąć kogoś, żeby mi brwi zrobił, bo wyglądam jak wypłukana ścierka, wybielona amoxycyliną. Jest jedna fajna babeczka, co mi zrobiła pudrową hennę, co to się miała trzymać nawet 8 tygodni, ale po pierwsze babeczka mieszka niedaleko ale z karkołomnym dojazdem, a po drugie henna zeszła po dwóch. To jak po dwóch, to ja sobie zrobię sama, nie pudrową, tylko normalną. Kiedyś essence miał takie formatki, szablony, żeby sobie namalować brwi, ale teraz nie mają, nie wiecie, gdzie to znajdę? Muszę poguglać. Co mi przypomniało, że kupiłam sobie jakąś pomadę do brwi i zaraz ją przetestuję, akurat przed snem spokojnie zmyję.

Za tydzień wychodzi ostatni tom sagi Marzeny Rogalskiej, już przebieram nóżkami, żeby wrzucić do koszyka, załadować na kundla i zniknąć na dwa wieczory.

To co, to idę te brwi testować. Dobranoc, kochani.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s