Sezon na wiśniówkę

uważam za otwarty. Niby słoneczko i przyjemne piętnaście stopni, ale wieczorem, jak już się mieszkanie wywietrzy, bo przecież tak ciepło, to nagle taki hyś!! (u Was też się mówi, że hyś, czyli zimno? U mnie w domu się tak mówiło). No, czyli jak już się wywietrzy, to trzeba czym prędzej odpalać wiśniówkę, bo człowiek zamarznie.

Laptop mi się kończy. Gdyż albowiem kupiłam sobie nowe fancy słuchawki, bo do czego to podobne, chłopaki mają bezprzewodowe, ja też chcę. No to sobie kupiłam, trafiłam w dobrej cenie, zrealizowałam jakieś bony rabatowe, przysłali i mam.
Tylko że mój laptop jest już staruszek świat i nie współpracuje ze słuchawkami… Ośmiolatek, panie, oprócz tego, że mu zalałam klawiaturę i wymienialiśmy chałupniczo i nie przykleiliśmy od spodu i mi spacja nie dobija, to nic mu nie jest. No, czasem trochę muli, ale kto teraz nie muli. Ale serio, jak na moje potrzeby, czyli internet, netflix i spotify, on w zupełności wystarcza. No, czasem jakąś tabelkę w Excelu machnę, i też daje radę. A tu takie fopa. Póki co zamówię nowego bluetootha, może się okaże, że to on skurczybyk już nie łapie moich słuchawek. No a jeśli nie bluetooth, to mąż zaraz dostanie wypłatę za nadgodziny, prawda. Niech więc i żona ma coś z tych nadgodzin.
I teraz zaczyna się myk kolejny, bo o ile z 17″ z płaczem zrezygnowałam (nie istnieją, nie ma, null, zero), no to klawiaturę polską jedynie słuszną, czyli qwerty mieć muszę. A szwajcarskie są qwertz. W domu piszę jednak głównie po polsku i muszę mieć normalnie. Umlauty i te inne mam w pracy (i jak pracuję zdalnie z domu, dostaję schizofrenii, zamieniając zet z igrekiem. Kończy się tak, że w domu piszę na polskich ustawieniach i jak potrzebuję umlaut, robię to skrótami, np. ä to jest lewy alt + 123 (wszyscy teraz sprawdzają, czy to prawda :D), natomiast jak muszę w pracy coś po polsku napisać, to albo piszę bez polskich liter, albo wrzucam jakieś słowo z ąę do google’a i kopiuję. Trzeba sobie radzić, c’nie.

Jako, że dzieci właśnie kończą jesienne ferie, wywieźliśmy je wczoraj do Konstanz. Starzy urlopu nie mają, ale pracując ciężko całymi dniami zebrałam dwa wolne popołudnia w jeden dzień cały, mąż wziął urlop oraz samochód i pojechaliśmy. Najpierw udaliśmy się do wodospadów, ale mgła kazała nam się głównie domyślać, gdzie one dokładnie są. No, słychać je było. Natomiast Konstanz! Miasto ze śliczną starówką, Jezioro Bodeńskie, w tle Alpy, jedno z najlepszych piw pszenicznych na świecie! Zawsze te, które mi smakują najbardziej, są lokalne. Tak było z Lemke, piwem pitym w Berlinie gdzieś pod którymś kolejnym zamkiem, które zwiedzaliśmy kilka lat temu w ponad czterdziestostopniowym upale, teściowa poleciała jeszcze zwiedzać ogrody, a my zgodnym chórem oświadczyliśmy, że my ***** ogrody, i zamówiliśmy sobie po dużym piwie, a młodemu lody gigant. Z dwojga złego wolałam, żeby dostał zapalenia krtani niż udaru. No i my też, oczywiście. To Lemke było do tej pory numerem jeden, teraz ex aequo doszło Constanzer Wirtshaus Bier. Nie wiem, czy lepsze, bo Lemke piłam ostatnio chyba osiem lat temu, ale obydwa wyborne.

Młoda w ferie pochodziła do lokalnej, dzielnicowej świetlicy, trochę było wolnych godzin, a czasami zajęcia zorganizowane pt. wiatr albo drewno. Przyszłam ją odebrać po tym drewnie, a tam deski, ręczne piły, gwoździe i młotki. To nie na moje nerwy! Chociaż przyznać trzeba, że nic sobie nie zrobiła, a zabawkę z gwoździkami i młoteczkiem miała już w przedszkolu, no to chyba ogarnia.

Dużo Wam miałam poopowiadać, ale wyleciało mi z głowy. Kurtkę na zimę sobie kupiłam. Biłam się z myślami, bo cena dwukrotnie przekraczała mój mentalny budżet, ale kurczę poprzednia mi już spłowiała, i trochę wstyd tak chodzić (ale jeszcze ją zostawię, może ufarbuję, a może tak awaryjnie niech poleży) (robię się jak własna matka) (albo już nią jestem). A w ogóle to poszłam po kurtkę na jesień, ale jeszcze takich nie wyprodukowali, zwłaszcza, że sama nie wiedziałam, czego szukam tak naprawdę, oprócz tego, że ma być cieplejsza niż zwykła przeciwdeszczówka. No nic, może kiedyś ktoś się domyśli i mi uszyje.

Póki co bierze mnie przeziębienie, kolejny raz na weekend, w sam raz, żebym się teraz podkurowała i wróciła w poniedziałek zdrowiutka do biura.

Plan na jutro obejmuje wyspać się, umalować paznokcie, zdrzemnąć się, coś poczytać, zjeść uczyniony przez męża obiad i tak doturlać się do poniedziałku. Zero oczekiwań, zero potrzeb. Tyram jak głupia, pracuję, dom ogarniam, nawet dzisiaj nie mogłam na dupie usiedzieć, tylko po czterogodzinnym spacerku po mieście (kurtka jesienna, prawda), zaczęłam sprzątać w szafie, przy okazji machnęłam prasowanie, a skoro prasowanie, to uprasowałam wszystkie za małe na Idę ubrania i wystawiłam je na sprzedaż, bo zebrała się już tego torba z Ikei, plus druga jest w piwnicy.

Teściowa w tym tygodniu obchodzi okrągłe urodziny, i mimo że już od dziesięciu lat nie obchodzi oficjalnie urodzin, tylko imieniny, które ma tego samego dnia, szczypnęłam małżonka, żeby się wykazał. Zamówił bukiet kwiatów i voucher do day spa w Nałęczowie. To spa to mój pomysł, teściowa całe życie spracowana i styrana, zawsze oszczędzała na sobie, typowa Matka Polka, to niech ma teraz odrobinę luksusu. Czyli pojedzie pewnie na wiosnę, jak wirus na Lubelszczyźnie przycichnie. W międzyczasie ma mieć zastrzyk na drugie oko i laser na pierwsze, bo usunęli jej zaćmę, ale się okazuje, że jakaś błonka została pod rogówką, czy może urosła, czy coś, no w każdym razie trzeba poprawić i idzie pod nóż. Znaczy, pod laser.

Młoda śpi, młody poszedł na osiemnastkę do kolegi. Stary zmobilizował się do sprzątnięcia własnej łazienki, wziąwszy sobie do serca słowa ukochanej małżonki, że rzeczona łazienka jest już radioaktywna.

Psa mieliśmy znów na tydzień. Gdy właścicielka przyjechała po odbiór, pies przed blokiem zaparł się łapami i nie chciał iść do swojego domu. Nie wiem, może to ta wołowina z rosołu…? 🙂 My też przez kilka dni łapaliśmy się na tym, że trzeba psa wyprowadzić, albo że nie ma pretekstu, żeby oderwać się od pracy na parę minut (bo żeby tak wyjść na 10 minut do spożywczego i kupić pieczywo i banany, to nie można, no skąd). Gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że a może by psa, ale żeby był taki fajny, cichy i spokojny, i stary jak Zoja, ale z drugiej strony prędzej czy później jedno z nas albo oboje zmienimy pracę, pójdziemy do biur, i co, pies będzie wył sąsiadom przez pół dnia? Bez sensu.

No to co, przestańmy się obrażać na stare, kabelkowe słuchawki, i odpalmy coś na netfliksie. Po czterech sezonach Chicago Med nie dość, że świetnie przyswoiłam medyczne słownictwo, to sama mogę zlecać badania, gdy na SOR wjeżdża nowy pacjent. Tak to jest, jak się człowiek przestawi na oryginalną ścieżkę dźwiękową.

3 myśli na temat “Sezon na wiśniówkę

  1. hyś to u nas gorące, tak się mówi do małych dzieci, nie dotykaj to jest hyś
    na zimno mówi się brrrr , lub ale piździ 😀

    Polubienie

  2. moje różne próby polubienia się z bezprzewodowymi słuchawkami spełzały na niczym – czyli przy lapku mogę słuchać, a dwa kroki dalej już szczeka, z telefonu jeszcze gorzej… aż do słuchawek, które mają pipek wkładany do usb i to działa, nawet mogę iść do drugiego pokoju 😉 Zwą się Plantronics Voyager FOCUS UC B825 i chyba się wycofują, bo jakieś przeceny mają, ale najważniejszą rzeczą jest ten transmiter usb i może podążysz tym tropem 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s