Się dzieje się

Mama przez dobry tydzień nie dowierzała wynikom, które miała przed oczami, pokazującymi jak byk cukrzycę. Nie jakąś typu 600 na czczo, bo wtedy to zdaje się, się słodko, nomen omen, śpi, ale też nie pozostawiających wątpliwości. I teraz przypomnijcie sobie jakiegoś znajomego dwulatka, rzucającego się na ziemię w stokrotce, bo matka nie chce kupić lizaka. Tak właśnie zachowywała się mama przez pierwsze parę dni, jak rozhisteryzowany dzieciak. Spazmy, szlochy, szok i niedowierzanie – no bo ale jak to, skąd?? Bo przecież nie z tej diety, gdzie na drugie śniadanie wjeżdża kasza manna na mleku posypana łyżką cukru po wierzchu, prawda? Nie z tego siedzenia w domu, gdzie jedyny przewidziany ruch to ten nadgarstkiem, bo albo szydełko, albo pasjans, albo facebook, a spacer do sklepu 300 metrów od domu należy do kategorii wyprawa. Chleb, zakupy – najrzadziej jak się da; chleb się mrozi, bo wtedy jest zapasik i nie trzeba tak codziennie z domu wychodzić. Zdaje się, że mama ma trzy bochenki chleba na zbyciu…
I wiecie, oczywiście, że mi jej szkoda. Wiadomo. Ale kurczę tak bardzo po pierwsze sobie na to zapracowała (wiem, wiem, i tak mi jej żal), tak bardzo wyśmiewała nasze rady i prośby (co, sałatę mam jeść, a co to ja królik jestem? No jak to tak, bez czekolady? Gorzka to nie czekolada! Bez słodkiego żyć? To jak żyć i po co w ogóle żyć?), i jak doszłam do wniosku – ta cukrzyca, z całym ryzykiem, który za sobą niesie, to jej może zrobić wyłącznie dobrze.
Minął tydzień od wyników, mamusia przestała mi szlochać w słuchawkę (wciąż przed oczami mam płaczącą babcię i mamę komentującą, że artystka! aktorka! Proszę, jakie artystyczne geny mamy w rodzinie…). Okrzepła, nawet dzisiaj kupiła sobie roszponkę! (sałata… króliki…) oraz chleb dla diabetyków, już wie, że dowożą do niej dwa razy w tygodniu. Ugotowała cierpiętniczo leczo z cukinii i chyba powoli przywyka do nowej, bezcukrowej rzeczywistości.
I wiecie, mnie jest jej naprawdę bardzo szkoda, bo chciałabym, żeby nikt na nic nie chorował i jak to mawiają kandydatki na miss USA, chciałabym pokoju na świecie. Ale tak jak powiedział młody, szkoda mi babci, ale nareszcie zacznie się zdrowo odżywiać. Amen.
Gdybyście znali fajne, proste przepisy albo całe strony lub portale internetowe z przepisami dla diabetyków, uprasza się o pozostawienie namiarów w komentarzu.

W pracy czekamy niecierpliwie i trzymamy kciuki, albowiem szefowa w ramach kryzysu, leci na ferie jesienne do Dubaju, no i te kciuki, to żeby żadne z nich nie wyszło pozytywne na ostatniej prostej, bo jak powszechnie wiadomo, urlop dzieli się na własny i przełożonego. Uprzedziła, że podczas jej nieobecności mogę być w biurze tylko dwa razy, wtorek i czwartek rano, co ochoczo zaaprobowałam, zamierzam się konsekwentnie nie przemęczać.
Ale! wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że umowa na łosia roku zostanie mi przedłużona, oczywiście za stosowną dopłatą, bo jednak pensja praktykanta to przegięcie w zestawieniu z tym, co za te grosze otrzymują (cytuję: ja w ogóle nie wiem, jak ja pracowałam, zanim ciebie zatrudniłam). No. Dzisiaj przeprowadziłam koleżankom szkolenie z nowego softu, którego będziemy używały do obróbki klientów. Wymyślam sposoby pozyskania nowych klientów, marketingowo ogarniam od nowych ulotek po firmowego linkedina, kolejny projekt na horyzoncie to przedłużenie znaku jakości firm relokacyjnych (jeszcze nie wiem, czemu, ale wszystkie bardzo się cieszą, że ja mam na głowie ten projekt w całości. Taaa… Taaa…).
Natomiast dzisiaj zabłysłam swoimi zaawansowanymi skilami informatycznymi, gdyż albowiem skończyły się koperty z okienkiem po lewej stronie (Szwajcarzy nie są ekologiczni ni cholery, nie wierzcie w to. Szwajcarzy są mistrzami w segregowaniu śmieci, muszą być, bo produkują tego na tony, na przykład drukując dodatkową stronę tylko z adresem, żeby było widać przez okienko koperty). Noęc lewe koperty się skończyły i jak one teraz mają pisać pisma?? Skoro na firmowych szablonach adres odbiorcy jest po lewej stronie, a w kopertach okienko po prawej? I wiecie, wtedy wchodzę ja cała na biało, naciskam parę tabulatorów, zapisuję jako i jestem ich guru informatyczną. Nawiasem mówiąc, moja poprzedniczka asystentka nigdy nie robiła plik – zapisz jako, bo uważała, że w ten sposób plik pierwotny znika. Znika. No spoko, w różne rzeczy ludzie wierzą. To nawiasem mówiąc trochę nie dziwne, że na mnie patrzą jak na bóstwo, skoro mnie jednak nie znika.

Młoda trochę pokasłuje, w końcu się powoli ochłodziło i poranki są naprawdę rześkie (+9/+13). Oraz chodzi bestia sama, to znaczy jak ja jadę do pracy, to idziemy w tę samą stronę, więc razem, potem ja ją puszczam luzem już na ulicy, przy której stoi szkoła, ma do przejścia sama jakieś 80 metrów, a ja idę dalej do przystanku, odprowadzając wzrokiem uciekający mi tramwaj, no bo przecież musiała mi dać sto tysięcy buziaczków i uścisków na do widzenia. W dni, w które pracuję z domu, młoda idzie rano sama. Wraca zawsze sama i na popołudnie dwa razy w tygodniu chodzi sama. Czy się stresuję? Ależ. Dziecko ma 6,5 roku przecież. Natomiast na ósmą rano i w południe pół dzielnicy idzie do i ze szkoły. Lekcje zaczynają się i kończą o tej samej porze. Po południu bywa to już różnie, ale gdy młoda rano wychodzi, wiem, że po minucie dołączy do niej Aymen, gdy przejdą na drugą stronę ulicy (przez tory tramwajowe, spoko…), dołączy Hendrick, i tak dalej, po kolei. Pod szkołą jest ich chmara, pierwszoklasiści w odblaskowych żółtych czapeczkach (bądź widoczny na drodze), starsi grają na boisku w kosza albo w nogę. Biegają, przepychają się, krzyczą, tańczą i wariują. I tylko pierwszoklasiści stoją tuż przy drzwiach, żeby równo z dzwonkiem wejść do środka i broń boże się nie spóźnić. Albowiem szkoła otwierana jest o 7:55, pięć minut ma wystarczyć na dotarcie do klasy (szatni nie ma, są wieszaki przed klasą na worek z butami i kurtkę. Acz w Sekundarschule czyli polskim byłym gimnazjum Piotrek już butów nie zmieniał).
Czy się stresuję? Denerwuję? No ależ skądżeż, odliczam tylko do ósmej piętnaście, bo jeśli dzieci nie dotrą do szkoły w ciągu kwadransa, wychowawczyni dzwoni do domu. To są najdłuższe kwadranse w moim życiu, kochani. Ale ostatnio byłam taka dzielna, że machałam sześcioipółletniej córce z balkonu, będąc ubrana jeszcze w piżamę! A ona mi wysyłała całuski, przytulaski i buziaczki, idąc tyłem i machając mi zawzięcie, by po chwili zniknąć za rogiem.

Młody ma jazdy, tutejszym zwyczajem jedną w tygodniu. Po niemal dwumiesięcznej przerwie (jego wakacje, potem instruktora długi urlop) wsiadł za kółko i bez większych problemów ruszył do przodu.
Oraz ostatnio spytał, czy nie mogłabym JA prowadzić, gdy wracamy z zakupów do domu. Bo tata najpierw objeżdża okoliczne rondo, by nie musieć skręcać w lewo w nasze osiedle, następnie, gdy ma tylko jedno wolne miejsce parkingowe, zajęcie go zajmuje mu dobrych kilka minut, manewrując godzinami by na koniec zaparkować całkiem na końcu owego miejsca, przytulając się do samochodu za nami, co jakby uniemożliwia otwarcie bagażnika. Detale…! Tatuś, co sam przyznaje, cedząc przez zęby to ty zaparkuj, nigdy nie był mocny w manewry.
A jeździć ja nie mogę, bo nie mam karty do wypożyczalni samochodów, bo gdybym miała, to bym sama jeździła i dźwigała, a tatuś by jeszcze bardziej siedział przed telewizorem i miał wszystko w nosie.

No, to tyle na dzisiaj, dobranoc się z Państwem!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s