Z okazji

Imienin Sister (najlepszego!!), Ida zaczęła warrrkotać. Oczywiście, że się cały ubiegły rok stresowałam, że jeszcze nie wymawia wyraźnie ani r, ani s. Dziecko cały rok chodziło do logopedy, gdzie głoskę s ogarnęło w 45 minut na pierwszej lekcji, by po roku zapomnieć i znowu zacząć seplenić. Oszaleć można. Na zajęciach logopedycznych pani kazała olać seplenienie (i rację miała kobieta!) i skupić się na nauce języka niemieckiego. Tu się toczyły delikatne spory, albowiem widząc, w jakim tempie u Piotrka zanika słownictwo w języku ojczystym, oraz jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że język niemiecki jest priorytetem, bo zaczyna się szkoła, co prawda też byłam zdania, że naukę niemieckiego należy wspierać, ale – poza domem. Koniec końców robiłyśmy jakieś ćwiczenia, Idka niemiecki ogarnęła w stopniu zadowalających panie nauczycielki w przedszkolu oraz panią logopedę zdaje się również, natomiast s zniknęło, r trwało w niebycie.

Wszystko zmieniło się w wakacje, kiedy to Idzie wypadły hurtowo górne jedynki i dwójka, i moi drodzy, to dopiero nazywa się seplenienie. Co ja wiedziałam o seplenieniu rok temu…! Natomiast wraz z pójściem do szkoły magicznym sposobem, mimo braków w uzębieniu, Ida potrafi prawidłowe s wydobyć. Magia normalnie. No a dzisiaj ze szkoły przyniosła piękne, regularne r. I ależ oczywiście, że się denerwowała, gdy jej przestało wychodzić, ale zaraz sama zacytowała wychowawczynię, która ją pocieszała, że jej też czasem coś zupełnie nie wychodzi, ale gdy poćwiczy, to potem są efekty. Ale jak matka to mówi, to dziecko nie wierzy. Dziwne.

Jutro w pracuni bierzemy udział w targach, gdzie będziemy reklamować usługi naszej firmy oraz zachęcać do współpracy. Do południa pracowałam w biurze, po południu byłyśmy umówione z szefową na targach, żeby przygotować stoisko. Wszystko było gotowe przed szesnastą, drugi koniec miasta… Szefowa mówi, że mam już wolne na dzisiaj, nie muszę już w domu pracować! Dobra kobieta, acz naiwna, jeśli myślała, że mając w perspektywie jutrzejsze 14h pracy, miałam w planach siadać jeszcze do komputera… No naprawdę.

Miesiące nam się tymczasem pomieniały, w sierpniu był wrzesień, za to we wrześniu wróciło upalne lato. Mamy 29 stopni i lampę (a jutro obowiązkowo ubranie na czarno i apaszka w kolorze firmowej purpury. Czarownie po prostu. Chociaż, może czarne bikini by się nadało? Bo że klientów by przyciągnęło, to nie wątpię :D).

Weekend był bardzo przyjemny, w sobotę byłyśmy z Idą na kolejnym, lokalnym flohmarkcie, gdzie kupiłam młodej piżamkę na zaś, sukienkę na zimę do szkoły oraz zestaw klocków lego, jakąś koparkę czy inną maszynę. Oraz spędziłyśmy razem trochę czasu, młoda wciągnęła gofra i pobawiła się z Frankiem, mamo, jak tu byliśmy z przedszkolem, to ja się bałam tędy przejść (na drewnianym zamku, po belce zawieszonej na 2,5 metra, trzymając się jednej liny, te panie tutaj to mają stalowe nerwy. Albo nie patrzą), ale Nuria mi powiedziała, żebym nie patrzyła w dół, i przeszłam! A teraz to się wcale nie boję! Rany boskie.

Potem musiałam w zastępstwie koleżanki powitać nowych klientów w ich nowym domu, i podczas gdy oni z dwójką małych dzieci, sześcioma walizami oraz spożywką na weekend usiłowali wydobyć się z chaosu (gdzie tu jest najbliższy sklep spożywczy czynny w niedzielę?), musiałam wyrecytować służbową formułkę o zasadach segregowania śmieci, zostawianiu otwartych rolet na wypadek gradu, niewyprowadzaniu psów na pseudotrawnik pod domem i tak dalej, i tak dalej. Na koniec pokazałam pani domu, gdzie mają śmietnik, a gdzie piwnicę, że do spożywczego to w lewo, i z obopólną ulgą stwierdziłyśmy, że gdyby czegoś nie wiedziała, to zadzwoni dopytać. Koleżankę, nie mnie ;p.

A potem to już była niedziela, spanie wyjątkowo nie do siódmej, a do całej ósmej z minutami!, lenistwo, obijactwo, wyścigi F1 w Holandii i ta niesamowita plaża w Zandvoort.
A propos Holandii, to nasi byli sąsiedzi, Holendrzy, którzy dwa lata temu wrócili do domu (tymczasowo, bo on robi karierę w HR), właśnie przeprowadzili się do Montrealu. Mieli wracać do Basel, ale widać albo go jeszcze tam doszkolą na tego prezesa, albo już tam nim zostanie. Fajni ludzie i brakuje mi ich tutaj.

A propos szkoły jeszcze, to po dwóch tygodniach szukania, pytania i płakała, odnalazł się bidon, który Ida dostała od ukochanej cioci chrzestnej. Szkoda mi go było, bo fajny, i od kompletu ze śniadaniówką, a tu zaraz w pierwszym tygodniu – zniknął z pola widzenia i śladu nie było. Przy okazji zebrania, obeszliśmy szkolne skrytki, kamień w wodę. Eh.
…aż w ubiegły czwartek Ida po szkole dostała gorączki i wyjątkowo zajrzałam do jej plecaka w poszukiwaniu śniadaniówki. Na dnie plecaka, schowany w przegródce, leżał sobie spokojnie bidon. Niby drobiazg, ale szkoda mi go było, poza tym tak od razu w pierwszym tygodniu go zgubić…? 🙂

Cały tydzień naćkany jak u cyganki w tobołku, jak to mawia brat. Jutro cały dzień na targach, w środę do biura, w piątek do biura, i tylko czwartek wytargowałam z domu, na dodatek pół dnia tylko. Ale już mnie młody chce wyciągnąć na zakupy po południu, no i Idka na kung fu, atose posiedziałam. Dobranoc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s