Co u Was,

spytała Sister. A no trochę nowego. Szkoła się zaczęła.

Rok szkolny mamy mniej więcej ogarnięty. Ida już dwa razy sama wracała ze szkoły, raz zupełnie samiuśka, a matka ogryzała paznokcie w biurze, dopóki ojciec nie zameldował, że właśnie weszła, drugi raz zupełnym przypadkiem wracałam z pracy o tej samej porze, co młoda ze szkoły i tak sobie szłam kilkadziesiąt metrów za nią, patrząc, co robi. A nic nie robi, po prostu idzie do domu. Oraz upiera się, żebym rano wychodziła wcześniej do pracy, bo czy ona naprawdę nie może iść tak całkiem sama do szkoły? Pech chce, że idziemy w jedną stronę o tej samej porze, no co poradzę. Młoda zostawia mnie na przystanku i sama idzie dalej, czyli zaraz za przystankiem skręca w szkolną uliczkę, gdzie już jest jak w ulu, bo setki jej podobnych czekają na dzwonek o ósmej, żeby wejść do szkoły. Albo do 7:57, muszę przyuważyć.

Poniedziałki i wtorki popołudniami ma również zajęte przez szkołę i tu się ostatnio wydarzył dramat o zupełnie innej skali, albowiem dziecko wróciło samodzielnie ze szkoły w południe, powinno dostać obiad oraz o stosownej porze polecenie wymarszu na ciąg dalszy. Brzmi prosto, ale zderzyłam się z potokiem wyrzutów, że ale jak to, tatuś chciał iść pobiegać, a nie może! A ja we wtorki od nowego roku szkolnego jestem cały dzień w biurze, i nie mogę młodej przejąć. Tragedia, rozpacz, dramat fryzjerski. Uprzejmie przypomniałam, że wybierając pomiędzy jego pracą, moją pracą, młodej szkołą a jego bieganiem, to ostatnie jest na samym dole w mojej hierarchii ważności, zwyczajnie dlatego, że jest nieobowiązkowe. Biegać można o dowolnej porze dnia, chodzić do pracy już nie bardzo. Foch jeb o ścianę.

Młody też rozpoczął rok szkolny, żeby nie było. Plan ma zawalony, a że dojazdy to pół godziny autobusem, a autobus w szczycie co kwadrans, pobudka jest o nieludzkiej 6:20. Poprosił mnie, żebym przez pierwsze dni sprawdzała, czy wstał, bo wakacyjne (i weekendowe, nie oszukujmy się) rozregulowanie znacząco wpływa na poranną przytomność. A ja i tak się budzę od piątej, szóstej, więc mi żadna różnica. Od czasu do czasu miewam nawet ambitne przebłyski, żeby tak o tej piątej wstać, ale przeczekuję ten atak głupich myśli 🙂
Raz młody ma na szczęście na 11 i poprosił tatusia, żeby kontrolnie sprawdził o 9, czy się podniósł. Tatuś prośbę spełnił z ciężkim sercem, bo akurat wtedy też właśnie chciał iść biegać, to nie, musiał być w domu i zobaczyć, czy młody wstał. Czaicie te dramy, nie? 😀
(dzwonek telefonu młodego nie obudzi, od razu mówię).

Wczoraj przeczołgałyśmy się z młodą przez Flohmarkt w sąsiedniej dzielnicy. To taka garażowa lub osiedlowa wyprzedaż. Uwielbiam ten klimat: każdy przed domem wystawia, co ma do sprzedania, często perełki za grosze. Rok temu kupiłam patchworkową narzutę na łóżko, wielkości 2,5 x 3 m, za jedyne 40 franków. Cudo! Wczoraj upolowałyśmy t-shirt desiguala dla młodej, puzzle dla młodej, książeczkę dla młodej i cztery szklanki z ikei, te małe, zwykłe, i tak miałam dokupić, a tu były po franku, to kogoś uwolniłam.

Nawiasem mówiąc, IKEA od tego roku zaprzestała rozsyłania katalogów do domu; ekologia i te sprawy. Może i skrócili sobie trochę ślad węglowy czy oszczędzili trochę papieru, ale ciekawa jestem, czym mnie teraz chcą ściągnąć do sklepu. Do tej pory było tak, że przychodzi katalog, oglądam, i maks po dwóch – trzech tygodniach jadę na zakupy. Teraz jak się w listopadzie zbiorę, to będzie dobrze, na urodzinowe od nich ciasteczko.

No, to wczoraj najpierw pchli targ, a potem prosto udałyśmy się do mini zoo, na drugim końcu miasta, 29 stopni i słoneczko, prawda. Czarownie było. Albowiem były 150. urodziny tegoż zoo. Nastawiona byłam na jakieś atrakcje dla dzieci, opowieści o zwierzętach, festyn i watę cukrową, a była kupa. Dwadzieścia stoisk z ulotkami od lokalnych obrońców żyraf itp, ale już WWF nie było, a moja córka od czasu wiosennych przedszkolnych akcji z WWF, jest ich wielką fanką (- mamo, ja chcę wspierać WWF, daj mi worek, to pójdę zbierać śmieci dookoła domu. (gdzie dziecko, w Szwajcarii? Puknij się w czaszkę)). Jedyną atrakcją była przejażdżka na kucyku, a później kiełbaska z grilla z frytkami zjedzone na schodkach gdzieś w cieniu, bo stoliki wszystkie zajęte. Ale za to frytki pycha, z ziemniaków, a nie z zamrażarki. I piwo do tego, po upalnym dniu i wydeptanych 20 000 kroków, sami rozumiecie, że mi się ono po prostu należało. Jeszcze się u sprzedawczyni upewniałam, czy aby nie bezalkoholowe.

Po intensywnej sobocie przyszło ochłodzenie i deszcz. Mają być 22 stopnie przez cały tydzień, co bardzo mnie cieszy, jako że jak wiadomo, fanką upałów nie jestem. Postanowiłam się dziś wyspać i wyleżeć, następnie wykonałam przeróżne spa-podobne czynności w łazience i zrelaksowana wyszłam do ludzi. Za miło oczywiście być nie mogło, Ida grała na PS move czy jak się to nazywa, cały czas obaj tatuś z młodym krzyczeli na nią, żeby nie stała tak blisko telewizora (a można po prostu położyć puf pomiędzy; najprostsze rozwiązania przychodzą z dużym trudem, jak widać), młoda w ryk, że przecież nie stoi za blisko, oni dalej swoje, mój dobry nastrój szlag trafił, wkroczyłam cała na wkurwie, rzuciłam puf pod telewizor i kazałam na dziecko nie krzyczeć. Doleciało mnie jeszcze, że pewnie, nie można zwrócić jej uwagi, najlepiej się w ogóle nie wtrącać w wychowywanie, na co zacytowałam definicję biernej agresji z zaznaczeniem, że sobie jej nie życzę, i od tej pory niedziela minęła nam na zajmowaniu osobnych pomieszczeń.

Czyli jak zawsze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s