Wakacyjnie

Męża znajomi do nas przyjechali, na urlop, pozwiedzać, przy okazji zabierając z domu Idę z tatusiem, który też miał urlop. Spoko, goście są u nas zawsze mile widziani. Tym razem jednakże miałam okazję przetestować swoją cierpliwość oraz oblać egzamin z tolerancji. Chociaż w sumie nie jest mi z tym źle.
Znajomi przyjechali z pięciolatkiem wychowywanym, a pardą, nie wychowywanym. Chłopaczek jest trochę opóźniony, nie mówi, ja to rozumiem, ale on naprawdę rozumie, co się do niego mówi i potrafi być posłuszny. Jeśli się tylko tego od niego wymaga.
Dość powiedzieć, że do Piotrka do pokoju wszedł tylko raz i wystarczyło, więcej nie próbował. Mąż spytał mnie któregoś dnia: „ja nie wiem, co ty mu zrobiłaś, że on tu w ogóle nie wchodził, do naszej sypialni” – ale ja mu nic nie zrobiłam. Kucnęłam, żeby być na jego wysokości i przytrzymałam za ramię, żeby mi nie zwiał i powiedziałam, że tu nie wchodzimy. Magia jakaś normalnie.
Mamusia go natomiast karmiła jogurcikiem. W łóżku. Na leżąco. Albowiem on niejadkiem jest. Z podróży przywieźli przekąski: flipsy w czekoladzie, kukurydzę w solonym karmelu, wafelki i różne takie. I soczki, on musi pić soczki, bo nie je. No jasna sprawa.
Zaprawdę powiadam wam, wiele cierpliwości mnie kosztowało patrzeć na tę sytuację. Sam ojciec przyznał, że ma w domu dwoje dzieci, żona lelija i spokój grabarza, zero energii w sobie. W spokoju przeprowadzała poranne ablucje w łazience i w chwili, gdy wszyscy byli gotowi do wyjścia, ona właśnie szła suszyć włosy. A to trwa. Potem makijaż. To też trwa. Efekt był taki, że wcześniej jak o dziesiątej nie udało im się ruszyć na żadną wycieczkę, rekord padł o wpół do dwunastej. A plany mieli ambitne i w sumie wszystkie je, w miarę jak pogoda pozwalała, zrealizowali. A że wracali po północy i wnosili śpiące dzieci na rękach? Ojtam. Przyoszczędziłam na kolacjach :D:D:D
My z młodym mieliśmy tylko ubaw, kiedy meldowali z trasy oczekiwaną godzinę powrotu ;-). Mieliśmy też spokój w domu i ciszę, ja pracowałam, młody się wysypiał i obijał, trochę oglądaliśmy seriale, zamawialiśmy pizzę, takie wiecie, wakacje, tyle że w domu. I nikt nie trajkocze non stop.

Ta, co trajkocze, jeździ teraz na wycieczki z tatusiem. Goście pożegnali nas w sobotę, a tatuś ma jeszcze tydzień urlopu, który chciał spędzić w górach, tak, jak lubi. Kiedyś, dawno, planował, że może zrobi ze dwie proste trasy z Idą, a parę razy przejdzie się sam, ale jakoś mu to nie wyszło. Nasza córka ma dużą siłę przebicia :-).
Pierwsza trasa miała niecałe 10 km i 400 m przewyższenia. Druga, dzień później, krótsza, no bo tak dzień po dniu to Ida na pewno będzie zmęczona. Aha, jasne. Ida zapytała, gdzie są góry i dlaczego tak ciągle po płaskim. No to jutro, po dwóch dniach przerwy na baseny (mamy 31 stopni!), idą na trasę, którą jak młoda przejdzie bez jęków, to zyska mój dozgonny szacunek: chyba 8 czy 10 km trasy, z czego przewyższenia 800 metrów… No ja dziękuję za takie atrakcje. Ale oni lubią, to niech idą :-). Pobudka wcześnie rano i wymarsz na 8:30 na pociąg, w pociągu drzemka, a potem to już tylko masakra. To ja już wolę do biura.

Za kilka dni Ida pójdzie do szkoły. Dzisiaj robiłam porządki w papierach i wpadła mi w ręce jej książeczka zdrowia wraz z kartą szpitalną, otóż w dniu narodzin miała temperaturę 38 stopni, co jest normalne dla noworodków, a tu, że do szkoły. I na kung fu już nie będzie w grupie Pandy 4-6 lat, tylko Tygrysy, 7 i więcej. Oraz wyjęła sobie dzisiaj zęba, sama, własnoręcznie. Trochę go wczoraj naruszyłam, ale nie dała go całkiem wyjąć. Rano usłyszałam okrzyk radości i szybkie tuptuptuptuptup do sypialni rodziców, do której wpadło dziecko ze szczęśliwą, pełną krwi buzią oraz zębem w garści, na dowód.

Wczoraj miałyśmy kolację pożegnalną dla jednej z koleżanek z pracy, która z powodów finansowych tylko i wyłącznie, została zwolniona. Covid wykańcza małe firmy, odpływa od nas największy zleceniodawca, a ona po prostu zarabiała najwięcej. Czysta kalkulacja, chociaż łamiąca serca. W tej ośmioosobowej firmie człowiek czuje się jak w domu. Są aktualnie same babki, chociaż widziałam w historii jakiegoś asystenta. Jest miło, jest ciepło i przyjaźnie. Możesz się pomylić, dopytać, poprawić. Dzisiaj na przykład cztery razy wysyłałam fakturę w euro i upierałam się, że ona jest w euro, ale nagłówki pt. kwota, wartość, podatek były opisane CHF. A ja jeszcze kazałam szefowej ciasteczka wyczyścić, bo na pewno otwiera jej się poprzednia wersja, omyłkowo. Sama sobie potem narysowałam kółko na ścianie i starałam się trafiać w sam środek. Głową.

A, no to miałyśmy to pożegnanie, w restauracji takiej, że ta kolacja kosztowała całą moją mizerną bo mizerną, ale jednak pensję. Albo pół. Ale za to jadłam mus z białych pomidorów, nie był za dobry, coś jak ubite białko o smaku pomidora. Nie no dobra, pycha było wszystko, miałam sajgonki i wariacje na temat kalafiora, tak to się nazywało: były różyczki w panierce, ravioli z kalafiorem, mus z kalafiora. Całkiem jak robaczek w kubraczku. Oraz wino i szampan.

Jako, że one wszystkie znają się jak łyse konie, a ja tu jestem tylko na rok, oznajmiłam szefowej, że ja będę robiła zdjęcia. Zawsze lubiłam robić zdjęcia, one niech sobie gadają, ja mam przyzwoity aparat w telefonie. Zrobiłam im cały reportaż, który wrzucając na whatsappa okrasiłam komentarzami i anegdotkami z pożegnalnego wieczora, no a dzisiaj to nawet nóg nie muszę myć, bo mnie za to, co zobaczyły, cały dzień na rękach noszą. Bardzo miło, moja próżność +15.

Wieczór był bardzo miły, zaczął się od przyjemnego apero, po godzinie przeszłyśmy do stołu, gdzie szefowa zainaugurowała część artystyczną. Jest otóż w Niemczech taka zabawa, doskonała na dzieci nudzące się w trasie: do swojego plecaka zabieram… i każdy dodaje jedną rzecz, ale musi najpierw powtórzyć po kolei wszystkie poprzednie przedmioty włożone do tego plecaka. Franzi dostała plecak, a do niego każda z nas dawała jej coś od siebie. Leciało to mniej więcej tak: do mojego plecaka wkładam kabel USB, szampana, którego otworzę i wypiję wraz z wami, gdy dostanę nową pracę, Kirsz jajeczny (miks wiśniówki z adwokatem, mam nadzieję, że zima będzie mroźna!), kartkę od Cati (szefowej) z osobistymi życzeniami, którą przeczytam później i drugą od Lesley, której nie było z nami, pomarańczę, cytrynę, limonkę, gałkę muszkatołową imbir oraz tarkę do nich, zaproszenie od na weekend z Kathy i Danielą pod Zurychem, zaproszenie od Natalie do Davos na weekend na nartach wraz ze skipasem oraz dwa kieliszki (ze szklanymi kozłami w środku, czad!!) oraz zeszyt do notowania w nowej pracy, do którego spontanicznie wpisałyśmy wszystkie po kolei swoje życzenia dla Franzi. Zeszyt, jak nietrudno się domyślić, był ode mnie, jako że póki co nie dysponuję tym domkiem w Davos. Ale jak kiedyś będę, to na pewno ją zaproszę, i Was oczywiście też! Na narty.
Impreza się rozkręcała, wino lało się strumieniami, jednym z wypełniaczy do prezentu były pojedynczo pakowane czekoladki nescafe, co od razu zostało podchwycone jako gra memory 60+, wszystkie obrazki jednakowe. Przedział wiekowy moich pracowych koleżanek to 46-61, szacun za dystans! Sikałyśmy po nogach. Wieczór tak nam się rozkręcił, że w pewnej chwili podchwyciłam fragment rozmowy szefowej z drugą kundzią i okrzyknęłam: jak to nie znacie kubeczków menstruacyjnych! To ja wam zaraz wszystko opowiem! – i dostały wykład, a raczej odpowiedzi na pytania, którymi mnie zasypywały, wraz z demonstracją modeli na podstawie wujka google. Dla porządku dodam, że w gronie tym nie było żadnej rodowitej Szwajcarki, wszystkie to Amerykanki, Włoszki, Niemka itp. Zero kija w dupie, a wino lało się obficie, temat wypłynął i odpłynął swobodnie i spontanicznie. Co za wieczór, eh.

A propos pomidorków, to mam, co mam nie mieć, własne swoje osobiste, tymi ręcami wyhodowane! Całe pięć ich chyba będzie, bo dwie gałęzie mi się ułamały, być może pod własnym ciężarem, uratowała się tylko jedna, na którą chucham i dmucham, bo tam to już będzie można jutro robić przeciery na zimę i keczupy. Z pięciu koktajlowych pomidorków ;-).

Cudne te wakacje miałam, tak ogólnie, w Polsce wrażeń na rok, wypoczęłam, zmęczyłam się, nacieszyłam. Dobrze było.
I tylko anialip miała przyjechać, ale powodzie w Niemczech pokrzyżowały jej wakacyjne plany. Ania, co się odwlecze, to nie uciecze!! 🙂

No dobrze, kochani, wpół do duchów, idę spać. Zmywarka się właśnie odmeldowuje, suszarka chyba też, to teraz moja kolej. Pa!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s