M jak mecz

Oglądamy, wszystkie jak leci. Aktualnie Szwecja – Ukraina. W dzieciństwie wydawało mi się, że te mistrzostwa trwają i trwają… A teraz myk i po fazie grupowej, moment i finał. Starzeję się.

Co to ja chciałam. A, opowiem Wam coś. Mam tu koleżankę. Na emigracji koleżanek nie wybieramy, tak? Bo jest nas garstka, Polaków i Polek (przez ostatnie osiem lat…). Lokalsi nie chcą się integrować, a człowiek też chciałby po polsku powiedzieć coś innego niż odrób lekcje albo wynieś śmieci. Zatem spotykamy się czasem z innymi Polkami i między nimi jest Iza. Iza jest tu rok dłużej niż ja, czyli osiem lat. Jest głęboko nieszczęśliwa, jeszcze bardziej niż ja tu bez pracy. Do tego negatywna, nigdy nic jej się nie podoba, zawsze musi mieć bardziej, gorzej, trudniej, jej dzieci natomiast – lepiej, ładniej, zdolniej i prościej. Generalnie typ zrzędliwy i nieznośny, bardzo was przepraszam, że tak ją tu oto odmalowuję, ale jest to ważne dla dalszej opowieści.
Otóż zaczepiłam koleżankę na Whatsappie, pogadałyśmy, a zaszczepieni, a jadą do Polski, no bo trzeba, testów nie robią, bo może nie będą sprawdzać i może się uda. A w ogóle to nie ma co tak jeździć do tej Polski, bo po tylu latach nikt tak tam już nie czeka.
– Bardzo mi przykro, że nikt tam na was nie czeka – odparłam ze współczuciem.

W ten sposób zdaje się straciłam koleżankę.

Jeszcze trzy dni i zaczynam urlop. Bardzo mi w tym roku urlop potrzebny, bo czuję się wyjątkowo zmęczona ostatnio. Po prostu siadam na dupie, bo nie mam siły, jak nie ja. Oraz ręce mnie bolą, spełniła się przepowiednia mamusi, że ja tylko wszystko dźwigam i tak dalej i tak dalej. Już zdelegowałam na małżonka zakupy owoców (w związku z czym w domu owoce są w domu przez dwa dni w tygodniu, bo znikają błyskawicznie, no ale on pracuje i jest zarobiony, 2h na bieganie znajdzie, ale kwadransa na spacer do sklepu już nie), ja i tak kupuję resztę, pieczywo, wędlina, mięso, śmietana, jogurty, pierożki, a to puszeczki z tuńczykiem bo w promocji, wiadomo. Na sobotnie zakupy zabieram młodego, ale te zakupy na tygodniu, takie 15 deko wędliny i teletydzień ważą wystarczająco dużo.

Dygresja numer jeden.
Młody mi niedawno oświadczył, że on nie przyniesie zgrzewki mleka (sklep 300 metrów od domu, zgrzewka 12 litrów, młody na siłowni dźwiga ciężary). Kazałam przed zakupami iść na siłkę, założyć dwa razy sześć kilo i potrenować, jak to będzie, a potem zahaczyć o spożywczy.

Dygresja numer dwa.
15 deko wędliny i teletydzień to tekst mojej mamy, która tylko po takie zakupy wychodziła co poniedziałek rano, a potem okazywało się, że ta wędlina i gazeta ważyły osiem kilo i wysypywało się to z toreb, bo a to jeszcze dwa banany, a to mleko i zsiadłe mleko, tu jakieś mięso ładne, to weźmie, no i się uzbierało. Wtedy też mama dojrzała do chodzenia na zakupy z wózeczkiem.

Koniec dygresji.

Rajzefibrę mam na pełnej. Jesteśmy odprawieni, formularze covidowe, o które przekopałam trzy internety, przyszły mejlem po odprawieniu nas, a ja zapomniałam o takim drobiazgu, jak odprawa i się denerwowałam, bo wciąż mam (co prawda coraz mniejszy) stres, że w ostatniej chwili coś się wyłoży, co pokrzyżuje nasze plany. ALE NIE. Oświadczam, że jesteśmy zdrowi i testy będą negatywne, nie zaśpimy na samolot (kto ustawił wylot 8:20…?), wylecimy i dolecimy, będziemy odpoczywać, spotykać się i dobrze się bawić w towarzystwie tych, którzy, mam cichą nadzieję, na nas jednak czekają ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s