Co to się działo!

(sanatorium pół ze śmiechu się turlało!)

No. To tak sobie myślałam o pracy, w ubiegły długi weekend, że w sumie mogę spać spokojnie, że mam nierozwiązywalną umowę więc luzik, aż w niedzielę wieczorem dostałam do kalendarza zaproszenie od szefowej na rozmowę, na piątek. I wtedy potrząsnęłam kalejdoskopem i wyszedł mi zupełnie inny obrazek: że w sumie pracy mam na godzinę – dwie dziennie, z czego część mogą konsultantki zrobić same, a kartki urodzinowe do klientów wypisze pięknie szefowa, da radę. I że w sumie moja pensja to połowa czynszu za biuro. No i tak sobie dodawałam dwa do dwóch i mi wyszło, że niechybnie mnie zwolni. Znaczy, rozwiąże umowę przez likwidację stanowiska czy co tam wymyśli.

W poniedziałek szorowałam fugi w łazience mopem parowym. Wysprzątałam balkon na błysk, łazienkę, kuchnię i co mi jeszcze tam wpadło po drodze. Nagotowałam na zapas, chociaż samej jeść mi się akurat nie chciało. W końcu pragmatycznie stwierdziłam, że trudno, zwolni to zwolni. Może weźmie mnie na wolontariat, bo przecież w domu znowu to oszaleję. Bo mniej zarabiać nie mogę – w tej chwili zarabiam na zaliczkę na podatek. Lubię pracować, ale dokładać do interesu to może jednak nie. Nie do nieswojego.

No i tak mi się kotłowały w głowie myśli przeróżne przez cały tydzień. W międzyczasie szefowa porozmawiała z dwiema konsultantkami, ale za mało się znamy, żeby podpytywać, co i jak.

Tymczasem nadszedł piątek, szefowa na wstępie stwierdziła, że mam umowę na rok i to jest nienaruszalne, że mam jej pomóc ratować firmę, jak się da, jak mam pomysły, to mówić, wykorzystywać swoje sprzedażowe zaplecze z Polski i tak dalej, i tak dalej. Stres mnie na początku rozmowy dopadł taki, że zaschło mi w gardle i ledwo mówiłam. Dobrze, że w maseczkach, to nie było widać, jak mi się język plącze. Generalnie nie jest różowo, ale się nie poddajemy, ja jestem świetna, zmotywowana i zaangażowana, więc medal z kartofla mi pewnie dadzą w styczniu na pamiątkę, gdy ze łzami w oczach będziemy się rozstawać, no i tyle.

A, szefowa powiedziała, że zdejmują obowiązek home office (o ile firma testuje pracowników co tydzień albo o ile są wszyscy zaszczepieni) i zanim zaczęłam zawzięcie bronić idei pracy z domu (tyle wolności! zupa na gazie i dopilnowane dziecko!), na tym samym wydechu szefowa oznajmiła, że biorąc pod uwagę moją domową sytuację ona by nic nie zmieniała. Pracy do wykonania tylko i wyłącznie w biurze to jest może na godzinę w tygodniu, a i to tylko zeskanować dokumenty, albo ogarnąć pocztę. Całą resztę mogę robić z domu. Oczywiście jeśli sytuacja się zmieni i będzie potrzebna moja większa obecność w biurze, wtedy zmieniamy układ, ale osobiście mam przeczucie, że w listopadzie czwarta fala skutecznie wybije takie trendy z głowy. Bardzo podziękowałam szefowej za ten home office, bo to naprawdę jest ogromna wygoda dla mnie. W biurze jestem trzy poranki w tygodniu. Dwa popołudnia mam wolne (80% etatu), pozostałe trzy popołudnia teoretycznie pracuję, praktycznie – jak mam co robić, to robię. Zimą pisałam przewodnik po Zurychu dla ekspatów, co lepiej mi szło w domu z prostego powodu – szybciej mi się pracuje na moim laptopie, na mojej przeglądarce i na polskiej klawiaturze. I niby mogę sobie w pracy zainstalować mozillę, przestawić język klawiatury na polski, ale co w domu, to w domu :-). W biurze robię niezbędne rzeczy i spadam.

Momentalnie po rozmowie zeszło ze mnie napięcie z całego tygodnia. Do tego rano dostałam smsa z terminem szczepienia, wreszcie! Polecę do Polski po dwóch dawkach, co mnie niewyobrażalnie cieszy. Może rodzina nie będzie się mnie tak bała 🙂

Jako że walnął kamień z serducha, zachorowania u nas spadają, a pogodę zapowiedzieli piękną, zarządziłam wymarsz z domu. Półtora roku siedzenia w domu, bez jakichkolwiek wyjazdów, a ostatnie pół roku to już nawet bez shoppingu u Niemca, smuteczek. O właśnie, muszę jechać; wszyscy chętni pojechali trzy tygodnie temu, jak tylko Badenia zaczęła wpuszczać mieszkańców Szwajcarii na 24h bez kwarantanny. Tęsknię za twarogiem, ogórkami kiszonymi i wózkiem pełnym zakupów za 150 euro, a nie 400 franków.

No, to wymaszerowaliśmy wczoraj, do Gruyères, do fabryki czekolady, sera i na zamek, a na koniec jeszcze do Fryburga na obiadokolację. Spędziliśmy bardzo przyjemny dzień, było ciepło i słonecznie, nareszcie!, młody tylko dwa razy złapał focha, bo się tatuś na niego wydarł (wart pac pałaca), czyli wyjazd można uznać za całkiem udany. Co więcej, śmiało planuję raz w miesiącu ruszać rodzinę z miasta, plus wycieczki spacerowe tu lokalnie. Mamy niedaleko ruiny rzymskie na ten przykład, chętnie zobaczę. Ciekawe, jakie temperatury będą latem, bo oczywiście powyżej 30 stopni zamierzam udawać się na odkryte baseny i to będzie cały mój udział w letniej rozrywce. Zobaczymy.

Póki co wylot do Polski nabiera realnych kształtów, dentysta klepnięty, fryzjer klepnięty, szczepienia będą (młody jeszcze czeka w kolejce na termin, niestety, ale może na pierwszą dawkę się załapie przed wylotem).

Za oknem słońce, balkony otwarte, znaczy jeden, ale ma dwoje drzwi, na bogato! :), młoda bawi się za balkonem, a ja nasłuchuję i co jakiś czas sprawdzam obecność. Muszę wykupić dostęp do HBO GO na miesiąc, nie przepuszczę odcinka specjalnego Friendsów przecież, a i młody się ucieszy, bo obejrzy sobie Grę o Tron jeszcze raz.

A propos młody, to stwierdził, że w sumie czemu nie i za tydzień idzie z matką oddać honorowo krew. Twierdzi, że nie fiknie ;-). Dziś wypełnił formularz i śmiał się, bo pytania dotyczące choroby szalonych krów itp odnosiły się do końca lat 90., kiedy nie było go jeszcze na świecie.

To co, miłego wieczoru Państwu, a ja odpalam HBO GO.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s