Długi piątek przed długim weekendem

(nie mam wpływu na łamanie tekstu w nagłówku, choć aż palce świerzbią)

Znowu. Szwajcaria niby taka laicka, a proszę, poniedziałek po Zielonych Świątkach daje wolne.

Za to dzisiaj wybuchło w pracy.

Zaczęło się niewinnie, zebranie w piątek o szesnastej raczej nic dobrego nie wróży, rano pracowałam z domu. Pracowałam, a jakże!, intensywnie, chociaż nie, żeby zawodowo. Puściłam różne opłaty i przelewy, poodbijałam się od drzwi urzędów w Warszawie, ja im chcę dać pieniądze za podatek od nieruchomości, a oni: zadzwoń tu. Dzwonię tu, a sekretarka mówi: to nie u nas, dzwoń dalej. Dzwonię – wyślij mejla. Kurde jak nie chcecie moich pieniędzy, to po prostu powiedzcie, tak? Waciki se kupię. Wysłałam, szanowni państwo, bla bla bla, chcę zapłacić podatek, podajcie kwotę i konto. ZOSTAŁO WYSŁANE POCZTĄ. No super, domyślam się, że jak zwykle poleconym i lokatorka przyśle mi zdjęcie awizo, bardzo dziękuję, nijak nie odbiorę. Najwyraźniej są to jednak bardzo tajne dane, bo pani po drugiej stronie mejla postanowiła mnie zweryfikować do siódmego pokolenia wstecz niemalże i dopiero potem wypluła z siebie informację: 80 zeta. Łaaaaaał.

Potem, robiąc porządki w portfelu, zorientowałam się, że mi się dowód osobisty kończy w listopadzie i mogę go wcześniej przerobić na e-dowód, który nie wiem, do czego mi może być potrzebny, ale lepiej mieć jak nie mieć, jak przypuszczam. I nawet, pochwalę się Wam, mam e-PUAP! Będąc dawno temu w Polsce złożyłam wniosek, i mam. Żeby nie było nudno, w październiku kończy mi się ważność e-PUAPu, albowiem co trzy lata trzeba odnawiać. A w listopadzie dowód. Wykonałam w tym miejscu skomplikowaną pracę myślową oraz nieco riserczu i dowiedziałam się, że gdybym miała profil zaufany przez bank, to bym nie musiała osobiście go przedłużać, profilu, nie banku, tylko jednym klikiem. No dobrze, plan się ułożył sam, jutro wypada matki boskiej fryzjerskiej, będę wyglądać jakoś miejmy nadzieję jakoś bardziej do ludzi, to się cyknie fotę do dowodu, się przeniesie profil do banku i złoży wniosek online. A odbierze się dowód osobiście w dowolnej placówce w Polsce, czyli w mieście rodzinnym w czasie wakacji.

Jeszcze tylko bank mnie zeźlił na chwilę wczoraj, bo najpierw, a w zasadzie to dawno, dawno temu, u progu kryzysu 2008, nie dali nam kredytu hipotecznego na 100% inwestycji, tylko chyba na 80%, a resztę wam damy w kredycie odnawialnym. Czyli w debecie, mówiąc po polsku. Bardzo byliśmy wtedy szczęśliwi, bardzo. Ale braliśmy, co jest, byliśmy wtedy ostatnimi klientami w tym banku, którzy dostali kredyt w obcej walucie i w sumie na 100% wartości, i to tak naprawdę rzutem na taśmę. No i tak mieliśmy ten kredyt odnawialny vel debet, oczywiście w miarę sprawnie spłacony, ale wisiał. Tymczasem wyprowadziliśmy się do Szwajcarii i nasze pensje przestały wpływać na polskie konto i już po niemal ośmiu latach bank się dopatrzył, że według umowy powinno wpływać co miesiąc 15% wysokości debetu, ot dla zabezpieczenia, a nie wpływa, i żebyśmy może coś zrobili. Na to my, że w takim razie na co nam ponad 30k debetu, zmniejszamy, robimy aneks i wszystko będzie git majonez. Nic tam, że na koncie mamy górkę plus co miesiąc wpływy wyższe niż rata kredytu, no dobra, człowiek podpisywał, człowiek robi jak mu bank każe.

Pan na czacie (o 22 czynny czat z bankiem, z żywymi ludźmi, wyobrażacie sobie? Czad, taki czat. I zawsze mili i pomocni są), zatem pan na czacie mówi, robimy online, nie trzeba osobiście, to się bardzo rzadko zdarza, żeby odsyłali wniosek do oddziału, żeby podpisać osobiście. Ale mam tu jakiś błąd, pani musi przez infolinię. Dooobra. Dzwonię na infolinię (dwudziesta druga, spoko, oni pracują), tak, jasne, robimy wniosek, klikamy, wszystko jest, będzie informacja mejlem i na koncie. Informacja przyszła… że zostaliśmy szczęśliwcami wylosowanymi do odwiedzenia oddziału osobiście kurważeżmać. Anulowałam wniosek, ponowię go za miesiąc tuż przed wylotem, żeby go podpisać w Radomiu. Chociaż założę się, że wtedy akurat przejdzie online’owo. Argh.

Rany, piszę i piszę a nawet jeszcze nie zaczęłam.

No to pozałatwiałam dzisiaj rano te wszystkie przelewowo-urzędowe sprawy i spokojnym krokiem udałam się na popołudnie do pracy. Pora ni w ciućki, ni w pieski, jak to mawia moja teściowa, bo wyjść z domu musiałam przed pierwszą, dokładnie w porze obiadu. Zjadłam wcześniej, poprawiłam preclem z masłem, boże, czego ja wam piszę takie głupoty, przecież to nie ma żadnego znaczenia dla eksplozji, która wydarzyła się w pracuni o tej szesnastej. Trzydzieści.

Otóż: nasz główny klient (pracuję w firmie relokacyjnej czyli pomagamy imigrantom (ładnie to się nazywa: ekspatom) zatrudnionym w tutejszych firmach ogarnąć mieszkanie, meldunek, szkołę, życie jednym słowem), zatem nasz główny klient przysłał zapytanie ofertowe, żebyśmy stanęli do przetargu na usługi, za nudno nam było widocznie w czasach covidu i wstrzymanych migracji. Do przetargu stanęliśmy, daliśmy z siebie 500%, drugi etap, ładnie pięknie, prezentacja, promocja, wszystko super – i cisza. Na delikatne zapytania co z decyzją, która według ich terminarza miała być podjęta i zakomunikowana dwa tygodnie temu, szefowa dostała zwrotnie wiadro pomyj, i to tak po całości. Od firmy, z którą współpracowała osiem lat. Niestety zmienili się (albo zostali zmienieni…) ludzie z nami współpracujący, przestaliśmy dostawać zamówienia, dostaliśmy niezłe próbki chamskiego zachowania, naprawdę żenującego, żaden właściciel firmy na coś takiego by sobie nie pozwolił, ale tu mówimy o korporacji, największym pracodawcy w regionie, występującym z pozycji siły. Do którego wkroczyły młode wilczki i pokazują, co potrafią.

A u nas firma może nie rodzinna, chociaż atmosfera w niej owszem, większość dziewczyn pracuje od czasu założenia firmy, razem ją budowały. I nie są to dwudziestoparolatki, a raczej 40 plus, albo 50 minus, i dwie przedemerytalne. Pracują świetnie i na pełnych obrotach, żadne tam babcie w papuciach i z szydełkiem. Bez urazy.

Szefowa połączyła wszystkie klocki, opryskliwe mejle, przekroczone terminy, propozycje nowej umowy z absurdalnymi zapisami. Dodała dwa do dwóch i dzisiaj był ten dzień, kiedy nam wyłożyła kawę na ławę.

Że najprawdopodobniej nie będziemy już z nimi współpracować. Że mamy mało, bardzo mało zamówień. Nie jesteśmy w stanie utrzymywać firmy z obecnymi kosztami. Mówiąc krótko, na dzień dobry zwolniła dziewczynę, z którą budowała tę firmę od zera. Bo była najdroższa.

Wszystkie ryczałyśmy.

W przyszłym tygodniu będzie rozmawiać z pozostałymi dwiema konsultantkami, obstawiam, że albo zejdą z podstawy, albo z części etatu, choć i tak są na 50%.

Ja się nie czuję zagrożona i tu mam ogromny komfort w postaci pracującego męża. Poza tym moje waciki idą idealnie psu pod ogon, parrrdą, na zaliczkę na podatek, więc pracuję niejako charytatywnie. Poza tym umowę mam bez możliwości wypowiedzenia z żadnej strony, ale nawet gdyby trzeba było zwijać firmę, asystentka i tak gasi światło tuż przed szefową. Do czego mam nadzieję jednak nie dojdzie.

Przy okazji wychwalania teamu jako najlepszego składu, jaki do tej pory pracował, szefowa mnie pochwaliła, że jestem zaangażowana, zmotywowana i mam dużo pomysłów. Czego to człowiek z nudów nie zrobi, ale miło, że doceniła. Szkoda, że taka to była chwila niestety.

Póki co robię burzę mózgu, jednego, ale jeszcze na chodzie, co by tu mogło pomóc, dać nadzieję czy choćby cień szansy na przeżycie. Kurczę, szefowa dała mnie szansę pół roku temu, zaufała jakiejś dziewczynie, przez którą trzeba było zrobić nowego służbowego mejla office@, bo imię i nazwisko jest nie do powtórzenia, a tym bardziej zanotowania przez Szwajcara (hahaaaa dobrze wam tak, użytkownicy charczącego dialektu). Zaufała mi, a wiecie, jak ktoś ze mną dobrze, to ja z nim jeszcze lepiej, typowy Skorpion. Wszystkie horoskopy mi zawsze piszą, że najlepszy przyjaciel, najgorszy wróg i coś w tym jest, kto zna, ten wie, a niejeden się przekonał.

Wróciłam o jakiejś strasznie późnej porze, odbiór too good to go przepadł, bo dawno było pozamykane, dobrze, że zdążyłam złapać chleb koło pracy. Jeszcze tylko objazd przez pół miasta, bo demonstracje dla klimatu, które generalnie pochwalam i jestem całym sercem za, natomiast lało niemiłosiernie, na przesiadkowym przystanku mój tramwaj za 10 minut. Trudno, siadam, chowam się przed deszczem, wyciągam telefon. Po dziesięciu minutach czas oczekiwania zwiększył się do jedenastu, wstałam więc, zapięłam kurtkę pod szyję, wyciągnęłam parasolkę, super hiper, co się miała nie łamać, ale ma od niedawna jeden drucik bardziej, i ruszyłam z buta. Wybór miałam między stać i marznąć a iść i przemoknąć. Przeszłam dwa przystanki, pozostałe cztery przejechałam tramwajem, który łaskaw był mnie dogonić.

Szybka kąpiel na rozgrzewkę, przytulaski z młodą, kolacja i tak oto zaczynamy długi weekend. Ma być 30 stopni (dzielone na trzy dni) i nie będziemy musieli podlewać ogródków (chyba przez miesiąc). Czarownie.

3 myśli na temat “Długi piątek przed długim weekendem

    1. Serio? Dzięki, pogooglam jutro, wujaszek podpowiadał, że należy stawić się osobiście i tylko posiadanie profilu w banku lub u operatora umożliwia zdalne przedłużenie konta.
      Dzięki.

      Polubienie

    2. Za gov.pl: Aby przedłużyć ważności profilu zaufanego zaloguj się na swój profil zaufany, wybierz „Mój profil zaufany”, następnie wybierz „Złóż wniosek o przedłużenie ważności”. W ciągu 14 dni od założenia wniosku musisz go osobiście potwierdzić w punkcie potwierdzającym.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s