Uroczyście

rozpoczynam weekend. Wodą z cytrynką. Lekarka kazała mi pić, bo chrapię, bo mam wąskie te takie kanały w nosie i sucho mam w nosie (i w ogóle mam w nosie), więc mam pić. Nie sprecyzowała, co, więc tak na zmianę urozmaicam dietę, raz wino, raz woda z cytryną. A czasem i naraz.

Wiosna idzie, więc posiałam różnych rzeczy. Omiotłam wzrokiem jakiś nagłówek na wyborczej, że już można wysiewać sałaty i pomidorki, i dwa razy nie trzeba mi było powtarzać, grzeją się u młodej na parapecie (bo tylko ona i młody mają parapet, ale jakoś nie widzę u tego drugiego miejsca na parapecie na cokolwiek. Notatki leżą). Zatem wysiałam i czekam, co mi wyrośnie, może bób, tak jak rok temu, z dwóch długich skrzynek balkonowych ledwie miseczka bobu. Zadatki na plantatorkę mam, hm, niewielkie.

Jako że poszłam do pracy i zaczęłam zarabiać wstrząsające pieniądze, zaczęłam również inwestować w siebie. A co! Kupiłam sobie otóż tusz, nie taki, jak zawsze, ale dwa razy droższy, ale nic to, że dwa razy droższy, bo wciąż nie jest to połowa mojej mizernej pensji, ale on ma być taki och i ach. Jutro wam powiem, bo na noc nie będę się przecież malować. Ale a propos dworca, jak to mawiają starożytni Indianie, jako że poszłam do pracy, mąż zgłosił w swojej pracy, że małżonka pracuje, więc podpadamy pod inne widełki podatkowe, więc należy nam odrąbać większą zaliczkę na poczet podatku. Ot, zaliczkę w wysokości mojej miesięcznej pensji :):):). Dowcip roku ta moja pensja, ale cóż. Ze stoickim spokojem traktujemy ją jako inwestycję w moje CV i tyle. A w ogóle to nieprawda, że cała moja pensja idzie na zaliczkę, nie cała. Zostaje nam na dwa rodzinne wyjścia do maca, a to już jest coś.

Młody skończył osiemnaście lat, młoda skończyła sześć. Jak ten czas leci. On składa wniosek o egzamin teoretyczny na prawo jazdy, ona też składa, litery i coraz sprawniej jej to idzie.

Mamy nową rodzinną tradycję, otóż codziennie przed kolacją oglądamy Kuchenne Rewolucje. Wyrywkowo, odcinki jaki się trafi. Gdy młody był bardzo młody, na fali była Superniania (ale ten chłopiec jest niegrzeczny! a ja jestem grzeczny, prawda mamo?), teraz rządzi Magda Gessler. Na fali rewolucji młoda sieka sałatki i wydaje przyjęcia, na których obecność obowiązkowa i tak samo obowiązkowo należy wypijać podejrzane w składzie lemoniady. Ale ma frajdę i to się liczy, ma również frajdę, gdy następnego dnia myje fronty szafek, zapaćkane składnikami jej potraw. Win win.

Męża ostatnio rozczarowałam. Otóż on sportowiec (czytaj: mający dużo sportowych ubrań i akcesoriów, no dobra, jestem niesprawiedliwa, biega, niech mu tam będzie), zatem sportowiec mój rodzinny siadł któregoś wieczora na dywanie, żeby się porozciągać. Siadł i tak został, zmartwiony. Ożywił się, gdy weszłam do pokoju, i spytał, czy potrafię siedząc z wyprostowanymi nogami dotknąć stóp dłońmi. Siadłam, złapałam się za stopy, wzruszyłam ramionami, wstałam. Mąż tylko wydał z siebie jedną sylabę, tę, którą ludzie z Podlasia wydają z siebie, gdy widzą samolot (łooooo) (sorry za żart, bez urazy) i zaczął snuć domysły.
A bo ty chodziłaś na jogę (w 2011) i na pilates (ostatnio w listopadzie), to jesteś rozciągnięta.
Młody słusznie zauważył, że tatuś nawet jak buty zakłada, to na siedząco i z metrową łyżką do butów, jak starszy pan, to jak ma być rozciągnięty. A ja aktualnie jedyne rozciąganie, jakie trenuję, to mycie włosów nad wanną, nad którą pochylam się tak, że głową dotykam dna :-). To jedyne, co mi przychodzi na myśl, może jeszcze te wszystkie domowe czynności, które robią się same, a które wymagają jakiegoś ruchu, schylania się, sięgania na najwyższą półkę itp.
Natomiast młody zagadnięty, czy potrafi się złapać za stopy na siedząco, siadł, pochylił się do przodu, położył sobie dłonie na podeszwach, wstał, otrzepał się i poszedł. No i tutaj i mamusia powiedziała to, co mieszkańcy Podlasia na widok samolotu. Szacuneczek.

I tak to leci, proszę Państwa. W pracuni mnie chwalą niezmiennie, aż sobie policzyłam, jak szybko mija mi czas i że szkoda będzie się rozstawać, bo towarzystwo naprawdę jest fajne, i gdyby tylko nie te dwa zestawy maca (dla całej rodziny, żeby nie było!!) w miesiącu, to niczego bym nie zmieniała. I nie, nie mam ambicji być kierowniczką menadżerką szefową i ho ho, co jeszcze moja Kasia pokaże. Otóż nie, mamusiu. Uwielbiam chodzić do pracy i tak samo uwielbiam z niej wychodzić, mając świadomość, że nie przeprowadzam operacji na otwartym sercu i że zawalenie przeze mnie roboty spowoduje co najwyżej, że ktoś dostanie dokumenty dzień później. Kasia niczego nikomu nie zamierza udowadniać, jedynie zarabiać przyzwoite pieniądze i spokojnie sobie za nie żyć.

A propos żyć, pierwszy raz kupiłam sobie trzewiki z wyprzedaży. Co ma piernik do trzewików, zapytacie. Otóż mam takie specyficzne podejście do siebie, że nie będę inwestowała w ubrania/buty na za pół roku, bo nie wiadomo, czy dożyję i się zmarnuje. Tadam, kto mnie przebije? 🙂 Zatem – dzięki pracuni śmiało patrzę w przyszłość i pokładam pewną nadzieję, że trzewiki się zamortyzują w kolejnych sezonach. Odważne!

A teraz Państwa zostawię z piątkowym wieczorem, odpalając na Netfliksie Giny i Georgia. Polecam, Magda Gessler.

2 myśli na temat “Uroczyście

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s