Dziwnie tak

We czworo tylko. Nie jestem przyzwyczajona do takich skromnych osobowo wigilii, zawsze to było 9-15 osób, a tu tylko my. I mimo że wszyscy, albo większość, Polaków, zostali na miejscu na święta, to nikt z nikim się nie spotyka, bo strach. Dodatkowo nowa mutacja dotarła już do Szwajcarii oraz do Niemiec, do landu graniczącego z nami. I niby nic wielkiego, jest ona jedynie bardziej ekspansywna, to jednak ogólna psychoza jakoś tam się udziela.

Zadzwoniłam do rodziny z życzeniami i wcale nie chciałam długo gadać, bo jednak umalowałam oczy wcześniej, a po co ma wszystko spływać. Pierwszy dzień świąt to co innego, Wielkanoc to co innego, a Wigilia to Wigilia i kropka. Już wystarczy, że się mamie na skype oczy zaszkliły.
Może za rok już będzie normalnie. Niech.

Domowe Wigilie kojarzę też z chaosem i nerwami do ostatniej chwili. Tu karpia zatłuc, tu się coś nie udało, sernik z brzoskwiniami upieczony, a zamknięta puszka brzoskwiń stoi w kuchni, znowu coś nie tak, przeganianie, nerwy i stresy. U nas dzisiaj było dziwnie również dlatego, że pospałam do dziewiątej, albo jakoś po. W piżamie na luziku zjadłam jarzynową ze śledzikiem. Ogarnięcie ostatnich kuchennych czynności zabrało mi nie więcej niż godzinę i w sumie o 11 już bym mogła siadać do Wieczerzy, bo wszystko było gotowe. Z nudów umalowałam nawet paznokcie, co oznacza, że najwyższy świąteczny stopień przygotowań został osiągnięty. Obiadu nie przewidywałam, bo nagotowane było tyle, że naprawdę. O czternastej obejrzałyśmy z młodą Kevina; upewniała się, że u nas nie ma rabusiów (wierutnie skłamałam, wszak nie na darmo mówi się tutaj dyplomatycznie o turystach z Francji, czyli Rumunach przychodzących w ciągu dnia w odwiedziny). Oglądała z zaciekawieniem, ale i w napięciu, tłumaczyłam na bieżąco, bo nie zawsze łapała wątek. Rozluźniła się dopiero na ostatnie pół godziny, kiedy Kevin postanowił bronić swojej twierdzy, i tu już się śmiała. Ale widać było, że przeżywa. Witaj Święty Mikołaju, na którego czekałam od dwóch tygodni, umknął nam niestety, bo towarzystwo już było głodne i mi się plątało w okolicy lodówki, wstałam więc się przebrać i siedliśmy do Wieczerzy. Ale 25 000 włoskich żarówek zostało zaliczone! To najważniejsze 😉

Wieczorem wyturlaliśmy się zza stołu na krótki spacer, żeby choć trochę zmniejszyć wyrzuty sumienia, że przecież nie jedliśmy cały czas. Byliśmy jedynymi spacerowiczami, bo właśnie kończy się nad nami turlać halny, który z +17 wyczaruje nam +2 i nawet coś plotkuje o śniegu, niestety głównie z deszczem. Ale może uda się jutro wieczorem jakiegoś miniaturowego bałwana ulepić.

Świętować będziemy niespiesznie. Nic ani nikt nas nie goni, wstaniemy, zjemy, zalegniemy, pogramy w planszówki (farmer do spółki z twisterem rządzą!). Obejrzymy coś w telewizji, mąż będzie dopingował starych piwoszy grających w rzutki, i zleci. Też mają urok takie święta, bez krawata, w rytmie slow. Ale dla mnie święta są dużo-rodzinne, właśnie po to, żeby się ze wszystkimi spotkać, jak co roku powtórzyć te same rodzinne anegdotki, nacieszyć się, nałapać tych dobrych chwil.
Może za rok.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s