Zegar

Na komodzie stoi zegar. Stary, pamiątkowy, po tacie. Pewnie już wiekowy, a przynajmniej wiele mu nie brakuje. Niestety ma to do siebie, że musi być idealnie wypoziomowany, żeby chodził i wybijał godziny, ale gdy się ta sztuka uda – sama przyjemność. Dźwięki przenoszą mnie w czasie, znów jestem małą dziewczynką.
Zegar przyjechał ze mną na wygnanie (jakież to bardziej adekwatne określenie, zamiast emigracji! Użyła go pierwsza moja mama, określając tak wiosenny lockdown spędzony u córki, prawda, i postanowiłam zabrać do swojego słownika). Zatem zegar stoi, ale ni chusteczki nie chce chodzić. Swoją drogą, należy mu się jakiś przegląd i smarowanie, a jak wyguglałam po nazwie producenta, nie mamy do fabryki daleko, jakieś 100 km, do Badenii-Wirtembergi. Niech no tylko korona minie.
W weekend wzięło mnie na sprzątanie i jak rzadko kiedy, co przyznaję jako właścicielka jasnych mebli, na wycieranie kurzu. Pucowanie, prontowanie, polerowanie. Przesunęłam zegar lekko w lewo, wytarłam pod nim, odstawiłam na miejsce. Ruszyłam go. I zaczął chodzić! Nic to, że o 15:40 wskazuje 16:20, wszystko jedno, co pokazuje. Nie późni się ani nie spieszy, chodzi, bije i jest mi z tymi dźwiękami tak dobrze!
Niestety popełniłam jedną głupotę, mianowicie kluczyk jest schowany z tyłu zegara, więc gdy przyjdzie czas nakręcania go, znów będę musiała go ruszyć. Mam nadzieję, że będzie dalej działał.
Chociaż, może to chodziło po prostu o to, żeby z niego kurze zetrzeć…?

Rozmawiałam dzisiaj z teściową. Teściowa moja mieszka w wieżowcu, na 7. piętrze (i jeśli musi wyjść z domu, schodzi piechotą, boi się, że w windzie może złapać wirusa). Widok z okien ma między innymi na kościół i cmentarz. Twierdzi, że ta jesień jest bardzo intensywna w parafii – niemal codziennie po dwa pogrzeby, i to tylko te parafialne – a ludzie są jeszcze chowani na komunalnym przecież. Siedzi sama, nikogo nie odwiedza, nikogo nie wpuszcza, jedzenie wiosną młodszy syn dostarczał pod drzwi; on pracuje zdalnie, ale synowa jeździ do biura, a teściowa ma astmę, cukrzycę, hashimoto i wiele innych chorób, izoluje się więc, jak może. Trochę buszmeńskie życie, u fryzjera była ostatnio na Boże Narodzenie, włosy obcina sobie sama, matko bosko, wygląda jak nie powiem co, grzywka i koczek. Masakra.

Ale do brzegu, jak to mówią, bo przecież nie obgadywałabym tu teściowej tylko dla samego obgadywania, c’nie?

Rozmawiamy sobie dzisiaj, jak to Ida określiła, robimy skype’a na whatsappie, i po półgodzinie opowieści dziwnych treści, teściowa półgębkiem żali mi się, że z moim małżonkiem nie idzie się dogadać (rili??). Że co ona zacznie, to on jej przerywa, bo jest mądrzejszy i wie lepiej, a ty mnie nie pouczaj, kobieto, bo to moje ego wyjechało do Szwajcarii, a nie twoje. No. Zatem, jako empatyczna synowa już wzięłam wdech, żeby potwierdzić, że tak, że mam to na co dzień, że nie rozmawiam, bo to nie ma sensu, nie wysłucha, nie posłucha, a tylko wkurzy, gdy wtem – ten oto małżonek wraca z biegania. Pokazuję więc go telefonem mamusi, mamusia wita syna słowami: „no, spociłeś się tam, na tym bieganiu?” – ot tak, dla paddierżanja razgawora, ale syn nie z tych, co mają dystans do siebie albo złapałby jakąś aluzję i odpowiedział podobnym dowcipem. „No skąd! Przebiegłem właśnie 13 kilometrów, spaliłem ponad tysiąc kalorii, no jak mógłbym się spocić, no co ty opowiadasz!” – a to wszystko z fochem, nerwami i politowaniem w stronę rozmówcy jednocześnie. Wróciłam kamerką w swoją stronę, uśmiechnęłam się do teściowej, pokiwałam głową, że tak, zdaje się, że to o to jej chodziło, więc doskonale ją rozumiem.

Młoda w weekend objawiła kaszelek z katarkiem oraz ból głowy, baletuje więc w domu, ale jutro już się oddali do swojej ulubionej placówki. Nevzat czeka! (Mattia lubi pikaczu, a Nevzat kocha mnie a lubi psi patrol). Znowu, sam kaszel bez gorączki, to chyba dobrze, mam nadzieję.

Ja tymczasem wczoraj ułamałam sobie zausznik od okularów. Zdjęłam je do wycierania i pyk! – został mi w ręce. A ja bez okularów nawet nie jestem ślepa, ale od razu zaczyna mnie boleć głowa. Szczęście w nieszczęściu, że w ubiegły weekend zamówiłam nowe, od lipca czekały na budżet, jakoś się nie składało wcześniej. Zatem zamówiłam i miały być za półtora – dwa tygodnie, czyli teraz już tuż tuż. Tyle tylko, że w piątek mam tę rozmowę na łosia, i pójdę na nią w okularach, które na jednym ramieniu mają taką rurkę, odblask na szprychę roweru, a na to łapacz okularów dla biegaczy, czyli dwie gumowe rurki połączone sznurkiem (bez odblasku samo ramię okularów byłoby za cienkie i gumowa rurka by się zsuwała). Dobrze, że mi włosy odrosły, będę zasłaniać, chociaż na plecach lina okrętowa będzie widoczna 😀

Chciałam wam jeszcze poopowiadać jakieś same mądre rzeczy, ale młoda woła, żeby się z nią pobawić i pograć. To pa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s