Źle spałam.

A to dlatego, że eksmitowałam się na kanapę. Mężowska maska Hannibala Lectera, w której śpi, wydaje jakieś dziwne, głośne świsty i spać nie daje. Mnie oczywiście, on spał w najlepsze. No to poszam po pierwszej do salonu, potem jeszcze mama, siku!, mama, a długo jeszcze do rana? (1:24), jeszcze z tego wszystkiego ja zasnąć nie mogłam, zgłodniałam, zjadłam jabłko i banana, pomęczyłam internety i kiedy wreszcie przed trzecią zasnęłam, spałam tak niewygodnie, że boli mnie lewy bark i ruszam się jak robocop. Czarownie.

Dziś 23 stopnie, ciepło, chociaż pochmurno. Cienkie kurtki mieliśmy na sobie na spacerze, chociaż właściwie i bez nich byśmy się spokojnie obeszli.

Ida jeszcze do jutra siedzi w domu, zaczęła kasłać bardzo nawet jak na tutejsze standardy, albowiem zadzwoniła nauczycielka z przedszkola z sugestią, żeby może młodą pokazać lekarzowi, czy coś, bo ona naprawdę bardzo kaszle. No, no, poznałam tę granicę. Tymczasem młoda zostawiona w domu czym prędzej przyhamowała kaszelek, ale jako że covid, to nie mamy presji na szybki powrót do placówki. Jutro jeszcze idą na gimnastykę, więc niech mi spocone dziecko nie spaceruje po dzielni, ale w środę już pójdzie. Przecież tam Nevzat czeka! (Mattia uwielbia pikaczu, a Nevzat kocha mnie, a uwielbia psi patrol, mamo).

Żeby nie było, że tylko defetyzm sieję, to jutro rano mam rozmowę o pracę. Kompletnie nie mam ochoty ani na rozmowę, ani na pracę, szczerze powiedziawszy. Już nie chce mi się nic. No, ale pójdę, pójdę przecież, zobaczyć jak dorośli ludzie wyglądają, nawet w maseczkach. Oraz wysłałam tam dzisiaj w parę nowych miejsc, żeby mieli co odrzucać. Jak dostaję mejla, wzrok automatycznie pada na drugi akapit, w którym oni mnie standardowo z przykrością informują, z automatycznego adresu donotreply@, żebym przypadkiem się do nich więcej nie odezwała.

Sobotni wieczór uatrakcyjnił nam piekarnik, pokazując błąd i środkowy palec. Na szczęście już po tym, jak mąż zaserwował pizzę na obiad, niestety zanim miałam wstawić chleb do piekarnika. Znaczy, nie grzeje piekarnik i wali błędem po oczach, i piszczy. O drugiej rano wyłączałam korki w kuchni, bo sobie nagle przypomniał, że ma błąd, cholernik jeden. Byle do czwartku, przyjdzie miejmy nadzieję młody przystojny i mu tam przemówi do rozsądku.

A tymczasem trzymajcie Państwo kciuki jutro rano, a co mi tam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s