Koniec ferii

Dzieci poszły dzisiaj do swoich placówek. Ida przechorowała do czwartku z wysoką gorączką, 40,2 pierwszy raz widziałam na termometrze. Lekarz stwierdził, że wirus. Po wizycie ją wysypało, też pierwszy raz w życiu, więc czym prędzej wysłałam sesję zdjęciową do konsultacji, bo a nuż to szkarlatyna albo inne cholera wie co. Ale nie, lekarz uspokoił i wyprorokował, że to jest przesilenie i za 2-3 dni będzie po wszystkim, i tak też się stało. Młoda blada i znowu schudła, ale nic to, odkarmimy.
Doktor: – A apetyt ma?
Mąż: – Ma, tak, zjada wszystko!
Ja, równocześnie: – Nie, ledwo co skubnie w ciągu dnia, ani apetytu, ani siły.
Doktor do mnie: – No tak, zazwyczaj to jednak mamy wiedzą lepiej, jak tam u dzieci z apetytem.
No pewnie, tatusiowie znad pracowej klawiatury mają nieco węższe pole widzenia. I mogliby się zamknąć na wizycie.

Zobaczymy, jak długo się to zdrowie młodej utrzyma, bo tatuś postanowił ją dzisiaj hartować. Otóż obiecał młodej ją zaprowadzić i odprowadzić z przedszkola, i tak też uczynił. Jako że rano pięć stopni, oprócz soft shellowej kurtki naszykowałam jeszcze bluzę, ale tatuś uznał, że naszykowałam tylko bluzę, zamiast kurtki, tak więc dziecko miało dzisiaj godzinę hartowania na pauzie, w deszczyku.
Nie zabiłam, sama nie wiem, jakim cudem.

Młody zdrowy, był po prostu przemęczony, odespał i odżył.

W międzyczasie mnie biodro zaczęło szwankować już na poważnie, więc poszłam pozawracać gitarę rodzinnej. Zapalenie torebki stawowej i leki. Oczywiście skoro tego samego dnia młoda dostała 40 stopni gorączki, to mnie momentalnie postawiło na nogi, prawda. Niemniej poprawa naprawdę przyszła szybko, lek zadziałał i tylko mam problem z koordynacją: osłonowy przed jedzeniem, właściwy w trakcie. No ni chusteczki nie łykam tego właściwego, za trudne, głowa wie, że już jeden łyknęła i wyłącza funkcję „weź pigułkę”. Na szczęście jeszcze tylko jutro i będzie można legalnie dać sobie spokój.

W weekend wróciła z Polski znajoma, samochodem, i przywiozła dla mnie ikeową torbę pełną moich internetowych zamówień: książki, gazety, płyty, ptasie mleczka, galaretki, zwykłe, rozpuszczalne, te niemieckie są jakieś chińskie, zawsze zbyt płynne, jakbym dawała 2 litry wody, nie zsiadają się ni cholery i szlag mnie trafia. Dojechały też jakieś witaminy i kosmetyki, o niebo tańsze w Polsce niż tutaj, oraz dwa pierścionki, które sobie sprezentowałam w aparcie. Jeden ulubiony codzienny zgubiła mi Ida rok temu, gdy Jurek był w szpitalu (żeby siedziała chwilę cicho i dała porozmawiać, dałam jej na chwilę przymierzyć, po czym niezwłocznie o pierścionku zapomniałam, brawo ja), drugi wpadł mi pod szafę, a nic nie wiem o kolejnej przeprowadzce, więc póki co leży tam dosłownie uziemiony. Tymczasem mam dwa nowe, srebrne, jeden na co dzień, drugi od święta. Zamierzam tę nową świecką tradycję kontynuować przy każdym transporcie z Polski.

Teraz czas odebrać młodą z przedszkola. Po południu poszła już w kurtce. Ze mną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s