Pachnie zupą

Czyli jesień przyszła. Nastawiam moją nieśmiertelną zupę śmieciową. Ida je chętnie, młody się trochę krzywi, ale jak sam mówi, „zjem i dasz mi spokój z warzywami”. Oprócz zupą pachnie też ciasteczkami czekoladowymi, które wyegzekwowała córunia. Obiecałaś!

W Polsce było jak zwykle dobrze. Błogo, spokojnie i na swoim miejscu. Bardzo jestem wdzięczna wszystkim, którzy rzucają, co mogą, dostosowują swoje grafiki, zmieniają plany i biorą urlopy, żeby się ze mną spotkać. Szwagier specjalnie dla mnie zrobił pyszne zapiekanki z pieczarkami! Wiecie, nie zdarza się zbyt często, żeby ktoś coś dla mnie zrobił czy ugotował. W zasadzie tylko w Polsce. Daję się wtedy rozpieszczać na maksa 🙂

Kochana córunia niezawodnie wstawała codziennie 7:05, nawet wcześniej niż do przedszkola! Zabierała przygotowane ubrania i stopującym gestem dłoni zatrzymywała mnie w łóżku: nie! ty tu zostań, ja sama idę do babci! Miód na moje serce, spałam do dziewiątej!!

Jednym z nazwijmy to minusów pobytu w Polsce jest to, że nie mam tam swojej kuchni – zaopatrzonej w swoje produkty. Ja mięsa prawie nie jadam (nie dotyczy kabanosów i salami na pizzy), bazuję na kaszach, warzywach i strączkach, ale pół pomidora w lodówce u mamy trochę mnie załamało. Zrobiłam jakieś zakupy, ale z papryką to ona się nie lubi, czerwona cebula to fanaberia na kanapkę, a te pół pomidora spokojnie wystarczyłoby jej chyba na tydzień. Rrrany. Oczywiście po raz kolejny kupiłam paczkę płatków owsianych, zapominając, że jeszcze są te z poprzedniego mojego pobytu (czyli z maja, tak) – i co ja mam z tym zrobić? (zjeść…?). Ale w listopadzie mama jedzie do sanatorium, już czekam na relacje, co było do jedzenia zielonego i dla królików :D.

Ach! I byłam na jednej rozmowie o pracę, znajoma z kontaktami przesłała moje CV komu trzeba. Rozmowa bardzo przyjemna, trochę poćwiczyłam autopromocję, ale koniec końców i tak okazało się, że nie jestem Szwajcarką, więc nawet do stania na promocji się nie nadaję. Budujące.

Plusem było natomiast to, że jako że tuż przed rozmową byłam akurat w Polsce (sama, zrzekać się w imieniu dzieci spadku) i jako że w mojej szafie królują jeansy i t-shirty, poszłyśmy z Sister do sklepu z ubraniami, w którym z miejsca się zakochałam. Można uszyć coś na moją figurę! I może to być bawełna z niewielką domieszką, ot, żeby dobrze leżało. Kupiłam sobie dwie pary spodni i dwie bluzki, do tego w Quiosque sukienka i żakiet. Z nowej kolekcji, więc ceny lekko wywrotowe, ale z drugiej strony w coś się musiałam ubrać. W ten oto sposób trochę nadrobiłam moje noworoczne postanowienie stworzenia bazy ubraniowej w szafie. Do grudnia akurat dokupię jeszcze jakiś sweterek i starczy :D.

No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Zmęczona jestem bardzo, nogi mi wchodzą nie powiem gdzie, trzeba zajrzeć do kuchni, bo póki co jeszcze pachnie zupą, ale jeszcze chwila i będzie jechało spalenizną. Kąpiel, czytanie i spać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s