Nareszcie

Skończyłam dojczkurs. Oficjalnie pocztą dostanę papier, że umiem, i finito. Koniec z wieczornymi zajęciami. Cały kurs i organizacja generalnie bardzo fajne, tylko ta ostatnia lektorka, młoda i bojąca, robiąca odtąd-dotąd, trochę flaki z olejem. Robiła swoje, owszem, ale jednak po poprzednich nauczycielach byłam przyzwyczajona do innego sposobu prowadzenia zajęć, otwartego, aktywnego, pełnego dygresji i opowiastek z życia wziętych. Tutaj po prostu uczestniczki musiały przejąć inicjatywę i w sumie wyszło na to samo ;).

Po długich i ciężkich męczarniach, firma kurierska DPD dostarczyła dzisiaj wreszcie przesyłkę, która została nadana, bagatela, 10 dni temu.
Jako że zaraz lecę do Polski, zamawiam sobie różne rzeczy do mamy i potem odbieram hurtem.
Nadali w Poznaniu. I tak odleżała trzy dni w tamtejszym oddziale, potem objawiła się w Strykowie. Tam zaginęła w akcji, najpierw „jutro wyjeżdża do Radomia” (miejsca docelowego), potem „ze względów serwisowych” dostawa przełożona na świętego Dygdy (co go nie ma nigdy), po tygodniu od nadania pojawił się wreszcie skrót RAD. Ale to dopiero dwie trzecie sukcesu, bo jeszcze z RAD powinno trafić do odbiorcy, a to też nie takie hop siup, zeszło jeszcze trzy dni i to tylko dlatego tak krótko, bo wczoraj wieczorem zobaczyłam, że ma status „magazynowanie” (czyli mamy cię gdzieś, czekający odbiorco frajerze, se czekaj). Napisałam więc jednego średnio miłego mejla, na szczęście jeszcze pamiętam, jak się takie mejle pisze, się miało ten kontakt z klientem, chociaż zęby jadowe były tylko trochę wysunięte, nie żeby całkiem. Potrafię bardziej. Równolegle pan ze sklepu internetowego dzwonił po wszystkich świętych i proszę, już po 10 dniach od wysyłki, tadaaam! dostarczone. O 9 rano dzisiaj, pozbyli się tego gorącego kartofla.
Ja wiem, mogę być tylko promilem zagubionych przesyłek, tak, wiem, no ale to ja i to moja przesyłka i co mnie statystyki obchodzą ;-).

Kilka kropel jadu wysłałam też wczoraj do takiego centrum szkoleniowego, które oferuje darmowy mentoring, poszukującym pracy wykształconym imigrantkom. No, czyli mnie. Zapisałam się, po trzech miesiącach znalazła się mentorka, ładnie pięknie, świetnie nam się współpracuje, CV mam już tak podrasowane, że sama się sobie dziwię, że aż taka zajebista jestem. No i wczoraj dostaję fakturę, ani przepraszam, ani pocałuj mnie w d., tylko zapłać 200 franków. Obiektywnie patrząc, to nie są żadne pieniądze, tyle kosztuje godzina konsultacji u jakiegoś kołcza, a ja tu mam dziewczynę z doświadczeniem w HR, tutejszą, konkretną i ogarniętą, na pół roku ze spotkaniami co dwa tygodnie.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła ulotki, którą dostałam w Centrum Doradztwa Zawodowego, gdzie jak byk stoi, że kostenlos. Otóż – osoba odpowiedziała na mojego mejla (a przypominam, korespondowałam sobie wczoraj równolegle z kurierami w Polsce) – mam starą ulotkę, bo program sponsorowania mentoringu skończył się w 2016. I ok, ja to rozumiem, tylko gdyby oprócz faktury dołączyli jedno zdanie, że sorry, zasady się zmieniły, nie poinformowaliśmy wcześniej, a nie tak, że płać albo wypad. I jeszcze mi wmawia Frau Plama, że na pewno mi o tym mówiła. Kochana, co o pieniądzach, to ja słyszę bardzo wyraźnie, uwierz mi. Zwłaszcza jeśli mam je wydać i to na siebie.

Poza tym co. Młody miał jechać na wycieczkę szkolną, ale się rozchorował w sobotę. Akurat wybraliśmy się do Genewy, na długo wyczekiwane dni otwarte w CERN, żeby zobaczyć te cząsteczki latające w szaleńczym tempie i zderzające się ze sobą, i co z tego wyniknie. No ale tu młody leje się przez ręce, kolejka do zderzacza hadronów na 2h, małżonek mówi wyrazy, że tramwaj był bez klimatyzacji a w samym CERNie tłum, no kto by pomyślał, przecież to miał być dzień otwarty jedynie dla naszej rodziny, a tu wpuścili jeszcze jakichś ludzi, skandal po prostu, tak wszystkim pozwalać się rejestrować.

W CERN obejrzeliśmy kilka wystaw i doświadczeń z ciekłym azotem, i uciekliśmy z tego tłumu. Jeszcze nam pracownik doradził, żeby przejechać do innego wejścia do zderzacza, że tam jest krótsza kolejka. Była dłuższa, 150 minut. Dzięki.

Piotrek chciał muzeum Patek Philippe, co oni z tymi zegarkami mają, to ja nie rozumiem, no ale dobra, ładne były. Po muzeum upolowaliśmy jedną z nielicznych czynnych bez sjesty restauracji, zjedliśmy i wróciliśmy do domu.

A dzisiaj jest czwartek. Wczoraj skończyłam dojczkurs i tak nie bardzo wiedziałam, co ze sobą dzisiaj zrobić. Wypadałoby na zakupy, ale mogą jeszcze poczekać. Posprzątałabym, ale jestem zmęczona, latam i latam, dzisiaj dziewiętnasty, a ja mam nastukane 213 000 kroków. Koniec końców odprowadziłam Idę do przedszkola i siadłam na dupie. Zrobiłam sobie jajeczniczkę na śniadanie. Na masełku i cebulce, ze świeżą bułeczką. Napisałam parę mejli, robię jakąś papierologię, piję herbatę. Słucham radia.

To co, to miłego weekendu, bo on już za chwilę.

2 myśli na temat “Nareszcie

  1. Szacun za te 213k kroków, mi dzisiaj (20) stuknęło 241k ale tylko dla tego, że do drugiej pracy piechotą zacząłem chodzić 🙂 bo normalnie to takie wyniki w lecie w czasie urlopu. Więc jeszcze raz ukłony!\

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s